Profil użytkownika
BornToFeel ♂
| Zamieszcza historie od: | 18 września 2017 - 11:45 |
| Ostatnio: | 13 stycznia 2026 - 18:25 |
| O sobie: |
Fan muzyki metalowej i szeroko pojętej fantastyki. Trochę maruda. |
- Historii na głównej: 37 z 45
- Punktów za historie: 3785
- Komentarzy: 10
- Punktów za komentarze: 42
Już kiedyś psioczyłem na zachowanie ludzi w kinie i będę psioczyć dalej. Już pomijam vapowanie, bose stopy na fotelach, telefony i inne takie.
Wczoraj byliśmy z Partnerką na maratonie horrorów. Zawsze walczę ze sobą czy iść, czy nie iść, bo lubię horrory i maratony, ale niestety wiem, że niepokorna młodzież lubuje się w takich wydarzeniach.
No i nie pomyliłem się. Koło nas siedziała trójka nastolatków. Dwie dziewczyny i chłopak. Spóźnili się, świecili telefonami i oczywiście rozmawiali. Zwróciłem uwagę raz, drugi raz zwrócił ktoś inny. I tak do trzech razy sztuka, ale nic nie pomogło.
Podczas przerwy między filmami jedna z wspomnianych wcześniej, gadatliwych dziewczyn podzieliła się ze swoimi przyjaciółmi jakże błyskotliwym przemyśleniem, które najlepiej obrazuje cały problem:
"Kurde ponagrywałabym reakcje z tego na TikToka, ale siedzimy w takim otoczeniu, że ludzie rzeczywiście chcą oglądać film. Nie to co tam wyżej."
A ja powiem to samo co powiedziałem im. Jak ktoś ma ochotę na takie rzeczy to się zostaje w domu i ogląda coś na Netflixie.
Wczoraj byliśmy z Partnerką na maratonie horrorów. Zawsze walczę ze sobą czy iść, czy nie iść, bo lubię horrory i maratony, ale niestety wiem, że niepokorna młodzież lubuje się w takich wydarzeniach.
No i nie pomyliłem się. Koło nas siedziała trójka nastolatków. Dwie dziewczyny i chłopak. Spóźnili się, świecili telefonami i oczywiście rozmawiali. Zwróciłem uwagę raz, drugi raz zwrócił ktoś inny. I tak do trzech razy sztuka, ale nic nie pomogło.
Podczas przerwy między filmami jedna z wspomnianych wcześniej, gadatliwych dziewczyn podzieliła się ze swoimi przyjaciółmi jakże błyskotliwym przemyśleniem, które najlepiej obrazuje cały problem:
"Kurde ponagrywałabym reakcje z tego na TikToka, ale siedzimy w takim otoczeniu, że ludzie rzeczywiście chcą oglądać film. Nie to co tam wyżej."
A ja powiem to samo co powiedziałem im. Jak ktoś ma ochotę na takie rzeczy to się zostaje w domu i ogląda coś na Netflixie.
kino
Ocena:
128
(136)
poczekalnia
Skomentuj
(14)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Z racji zmiany pracy znów muszę korzystać z komunikacji miejskiej.
Do warszawskiego śródmieścia dojeżdżam przy pomocy WKD. Jak można się spodziewać rano, i w okolicach 16.00 potrafi być tam dość tłoczno.
Już nie będę pisać o takich banałach jak brak klimatyzacji (choć tutaj WKD całkiem dobrze sobie radzi). Będzie mowa o uwielbianych przez wszystkich rowerzystach.
Sytuacja bardzo świeża, bo sprzed 30 minut. Wagon zapchany, a do środka ładuje się Pan z rowerem. A, że padało to jego pojazd nie należał do najczystszych. Także szanowny Pan Rowerzysta zafundował mi błotnistą smugę na jeansach, tak samo jak jednej pani na jej śnieżnobiałym wdzianku, oraz kilku innym osobom, które miały nieszczęście znajdować się w jego najbliższej okolicy.
Panu Rowerzyście trzeba przyznać, że jakieś tam komunikacyjno-miejskie savoir vivre zna. Bo kiedy pociąg się zatrzymywał, Pan opuszczał wagon, żeby inni mogli swobodnie wyjść.
Szkoda, że za każdym razem oponami obijał się o kogoś innego.
Oczywiście padły niezadowolone komentarze, na które reagował mówiąc "sorry".
WKD chyba jest świadome problemu, bo niedawno zamieścili taką informację:
"Od 1 września zmiany w zakresie transportu rowerów - przewóz będzie odbywał się bezpłatnie, przy czym wprowadzany jest zakaz przewozu rowerów w dni robocze w składach odjeżdżających z Grodziska/Milanówka między 6.30 a 8.30 oraz wyjeżdżających z Warszawy od 14.30 do 16.30.
Uważamy, że decyzja jest bardzo słuszna - po powrocie młodzieży szkolnej, zapełnienie składów szczególnie po rozpoczeciu remontu będzie tak duże, że na bezpieczny transport roweru po prostu nie będzie miejsca. Nie wspominamy tutaj o tym, że często rowery są po prostu brudne i w tłoku mogą ubrudzić współpasażerów."
Pan niestety wsiadł o 08.33. Czyli chwilę po zakazie. Rozumiem, że złapał go deszcz, ale skoro i tak jechał kolejką to mógł rower przypiąć na stacji i później po niego wrócić.
Do warszawskiego śródmieścia dojeżdżam przy pomocy WKD. Jak można się spodziewać rano, i w okolicach 16.00 potrafi być tam dość tłoczno.
Już nie będę pisać o takich banałach jak brak klimatyzacji (choć tutaj WKD całkiem dobrze sobie radzi). Będzie mowa o uwielbianych przez wszystkich rowerzystach.
Sytuacja bardzo świeża, bo sprzed 30 minut. Wagon zapchany, a do środka ładuje się Pan z rowerem. A, że padało to jego pojazd nie należał do najczystszych. Także szanowny Pan Rowerzysta zafundował mi błotnistą smugę na jeansach, tak samo jak jednej pani na jej śnieżnobiałym wdzianku, oraz kilku innym osobom, które miały nieszczęście znajdować się w jego najbliższej okolicy.
Panu Rowerzyście trzeba przyznać, że jakieś tam komunikacyjno-miejskie savoir vivre zna. Bo kiedy pociąg się zatrzymywał, Pan opuszczał wagon, żeby inni mogli swobodnie wyjść.
Szkoda, że za każdym razem oponami obijał się o kogoś innego.
Oczywiście padły niezadowolone komentarze, na które reagował mówiąc "sorry".
WKD chyba jest świadome problemu, bo niedawno zamieścili taką informację:
"Od 1 września zmiany w zakresie transportu rowerów - przewóz będzie odbywał się bezpłatnie, przy czym wprowadzany jest zakaz przewozu rowerów w dni robocze w składach odjeżdżających z Grodziska/Milanówka między 6.30 a 8.30 oraz wyjeżdżających z Warszawy od 14.30 do 16.30.
Uważamy, że decyzja jest bardzo słuszna - po powrocie młodzieży szkolnej, zapełnienie składów szczególnie po rozpoczeciu remontu będzie tak duże, że na bezpieczny transport roweru po prostu nie będzie miejsca. Nie wspominamy tutaj o tym, że często rowery są po prostu brudne i w tłoku mogą ubrudzić współpasażerów."
Pan niestety wsiadł o 08.33. Czyli chwilę po zakazie. Rozumiem, że złapał go deszcz, ale skoro i tak jechał kolejką to mógł rower przypiąć na stacji i później po niego wrócić.
WKD
Ocena:
18
(42)
poczekalnia
Skomentuj
(30)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przez większość życia zawodowego miałem to szczęście, że nie musiałem stać za kasą. Ot, tak się złożyło. Nawet na studiach podejmowałem prace fizyczne, ale bez kontaktu z klientem.
Remont swoje kosztuje, dlatego przez ostatnich kilka miesięcy dorabiałem dodatkowo na stacji benzynowej. Zasiedziałem się tam rok. Czasem wpadałem tylko na 2–3 zmiany w miesiącu, czasem pracowałem każdy weekend, a bywało, że brałem kilka nocnych zmian. Kilka tygodni temu ostatecznie pożegnałem się z tym miejscem.
Przez ten czas nazbierało się jednak sporo piekielnych historii. Ta, którą przytoczę poniżej, nie dotyczy bezpośrednio samej pracy na stacji, lecz pewnego typu klientów.
Stacja, o której mowa, mieści się w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dość często trafiali się klienci, którzy nie mówili po polsku albo posługiwali się nim w bardzo ograniczonym zakresie. Dogadywaliśmy się po angielsku lub „ponglishu” i nie było problemu. Generalnie łatwo było rozpoznać turystę mówiącego po angielsku od imigranta, który wybrał życie w Polsce i stara się asymilować. Przez stację przewinął się cały wachlarz ludzi o różnych korzeniach. Przedstawiciele niemal każdej nacji, z jaką miałem do czynienia, mówili przynajmniej trochę po polsku. Robili to lepiej i chętniej niż moi nadęci współpracownicy z gigantycznego multi-kulti korpo, w którym pracuję na co dzień. Ich nauka języka polskiego kompletnie nie interesowała.
W każdym razie szlag mnie trafiał, kiedy stojąc na kasie, słyszałem teksty typu: „Winston krasny tonki”. Sam mieszkałem za granicą, wiem, jak to jest nie znać języka — ale, na litość boską, minimum wysiłku! Głupie „dzień dobry” w języku gospodarzy naprawdę wiele zmienia. Wielu naszych „braci ze Wschodu” z góry zakładało, że mogą mówić do mnie po swojemu, a ja to zrozumiem. Oczywiście, nie każdy musi znać angielski. Ale gdy okazywało się, że coś tam po polsku rozumieją i potrafią powiedzieć, to niejednokrotnie słyszałem, że to ja powinienem uczyć się ukraińskiego — będąc Polakiem w Polsce. Na jednego zasymilowanego Ukraińca, który rozmawiał ze mną po polsku, przypadało trzech takich, którzy bezczelnie mówili tylko po swojemu.
Niedawno byłem na urlopie w Grecji. Śmiałem się, że spotkałem tam więcej Greków mówiących do mnie po polsku (wiadomo — biznes) niż Ukraińców mówiących po polsku w Polsce.
Remont swoje kosztuje, dlatego przez ostatnich kilka miesięcy dorabiałem dodatkowo na stacji benzynowej. Zasiedziałem się tam rok. Czasem wpadałem tylko na 2–3 zmiany w miesiącu, czasem pracowałem każdy weekend, a bywało, że brałem kilka nocnych zmian. Kilka tygodni temu ostatecznie pożegnałem się z tym miejscem.
Przez ten czas nazbierało się jednak sporo piekielnych historii. Ta, którą przytoczę poniżej, nie dotyczy bezpośrednio samej pracy na stacji, lecz pewnego typu klientów.
Stacja, o której mowa, mieści się w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dość często trafiali się klienci, którzy nie mówili po polsku albo posługiwali się nim w bardzo ograniczonym zakresie. Dogadywaliśmy się po angielsku lub „ponglishu” i nie było problemu. Generalnie łatwo było rozpoznać turystę mówiącego po angielsku od imigranta, który wybrał życie w Polsce i stara się asymilować. Przez stację przewinął się cały wachlarz ludzi o różnych korzeniach. Przedstawiciele niemal każdej nacji, z jaką miałem do czynienia, mówili przynajmniej trochę po polsku. Robili to lepiej i chętniej niż moi nadęci współpracownicy z gigantycznego multi-kulti korpo, w którym pracuję na co dzień. Ich nauka języka polskiego kompletnie nie interesowała.
W każdym razie szlag mnie trafiał, kiedy stojąc na kasie, słyszałem teksty typu: „Winston krasny tonki”. Sam mieszkałem za granicą, wiem, jak to jest nie znać języka — ale, na litość boską, minimum wysiłku! Głupie „dzień dobry” w języku gospodarzy naprawdę wiele zmienia. Wielu naszych „braci ze Wschodu” z góry zakładało, że mogą mówić do mnie po swojemu, a ja to zrozumiem. Oczywiście, nie każdy musi znać angielski. Ale gdy okazywało się, że coś tam po polsku rozumieją i potrafią powiedzieć, to niejednokrotnie słyszałem, że to ja powinienem uczyć się ukraińskiego — będąc Polakiem w Polsce. Na jednego zasymilowanego Ukraińca, który rozmawiał ze mną po polsku, przypadało trzech takich, którzy bezczelnie mówili tylko po swojemu.
Niedawno byłem na urlopie w Grecji. Śmiałem się, że spotkałem tam więcej Greków mówiących do mnie po polsku (wiadomo — biznes) niż Ukraińców mówiących po polsku w Polsce.
obcokrajowcy
Ocena:
50
(90)
Ktoś ukradł mi jedną tablicę rejestracyjną z auta.
Pominę już fakt, że na komendzie byłem spławiany dwa razy – raz, bo byli zajęci, a drugi raz, bo pan policjant kończył zmianę za godzinę i kazał mi przyjść później, gdy przyjdzie jego zmiennik.
Auto zaparkowałem w czwartek o 18.00 i tablice jeszcze miałem.
W piątek rano zauważyłem ich brak, po pracy tego samego dnia próbowałem zgłosić kradzież, ale bezskutecznie. Udało się dopiero w sobotę, ale i tak musiałem próbować dwa razy.
Dziś dostaję telefon, że tablica się znalazła. Szkoda, że zdążyłem już zapłacić za nowe.
Najciekawsze jednak jest to, co zrobił złodziej.
Komuś innemu skradziono obie tablice, więc ten geniusz postanowił wyrwać po jednej z dwóch różnych aut i stworzyć „nowy komplet” do swojego samochodu.
Jedna pochodziła z mojego auta, a druga z pojazdu innego pechowca.
Efekt? Dwie niepasujące tablice na aucie złodzieja i kompletne kuriozum.
Pominę już fakt, że na komendzie byłem spławiany dwa razy – raz, bo byli zajęci, a drugi raz, bo pan policjant kończył zmianę za godzinę i kazał mi przyjść później, gdy przyjdzie jego zmiennik.
Auto zaparkowałem w czwartek o 18.00 i tablice jeszcze miałem.
W piątek rano zauważyłem ich brak, po pracy tego samego dnia próbowałem zgłosić kradzież, ale bezskutecznie. Udało się dopiero w sobotę, ale i tak musiałem próbować dwa razy.
Dziś dostaję telefon, że tablica się znalazła. Szkoda, że zdążyłem już zapłacić za nowe.
Najciekawsze jednak jest to, co zrobił złodziej.
Komuś innemu skradziono obie tablice, więc ten geniusz postanowił wyrwać po jednej z dwóch różnych aut i stworzyć „nowy komplet” do swojego samochodu.
Jedna pochodziła z mojego auta, a druga z pojazdu innego pechowca.
Efekt? Dwie niepasujące tablice na aucie złodzieja i kompletne kuriozum.
policja złodzieje
Ocena:
118
(130)
Zainspirowany historią Xynthii, podzielę się swoją. Też o zwierzakach, ale w przeciwieństwie do tamtej, moja będzie o strzelaniu.
Tak jak często wspominam w moich historiach, mam trzy psy.
I tak, zabezpieczam je na Sylwestra. Tabletki uspokajające, telewizor, żeby zagłuszyć hałas, podwójnie zapięta smycz na spacerze.
Ale są sytuacje, w których nawet to nie pomaga.
Na przykład gdy wychodzimy na spacer około 16, a przechodząca obok grupa szczyli rzuca nam pod nogi i łapy petardy (achtungi czy inne wybuchające rzeczy, ale bez ładnych światełek).
Gdyby nie to, że musieliśmy z partnerką skupić się na uspokajaniu naszego stadka, te gnojki skończyłyby z petardami tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Oczywiście uznali to wszystko za bardzo zabawne. Żałuję, że jedyne, co mogłem zrobić, to puścić w ich kierunku kilka wiązanek.
Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Za to mam szczerą nadzieję, że ten wybuch pod moim oknem, który słyszałem kilka godzin później, a który przerodził się w ryk bólu i krzyki przerażenia, należał do jednego z tych cwaniaczków.
Tak jak często wspominam w moich historiach, mam trzy psy.
I tak, zabezpieczam je na Sylwestra. Tabletki uspokajające, telewizor, żeby zagłuszyć hałas, podwójnie zapięta smycz na spacerze.
Ale są sytuacje, w których nawet to nie pomaga.
Na przykład gdy wychodzimy na spacer około 16, a przechodząca obok grupa szczyli rzuca nam pod nogi i łapy petardy (achtungi czy inne wybuchające rzeczy, ale bez ładnych światełek).
Gdyby nie to, że musieliśmy z partnerką skupić się na uspokajaniu naszego stadka, te gnojki skończyłyby z petardami tam, gdzie słońce nie dochodzi.
Oczywiście uznali to wszystko za bardzo zabawne. Żałuję, że jedyne, co mogłem zrobić, to puścić w ich kierunku kilka wiązanek.
Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Za to mam szczerą nadzieję, że ten wybuch pod moim oknem, który słyszałem kilka godzin później, a który przerodził się w ryk bólu i krzyki przerażenia, należał do jednego z tych cwaniaczków.
Sylwester
Ocena:
148
(170)
Bożonarodzeniowe ozdoby pojawiające się w sklepach już od października przypomniały mi pewne zdarzenie z wczesnych lat 2000. Kiedy to większość rodziny jeszcze żyła i czuć było tę magię świąt.
W tamtych czasach wigilię przygotowywała moja babcia. Wzięła też na siebie całe gotowanie.
Wtedy zimy były jeszcze białe. Zamiast błota i deszczu był skrzypiący pod nogami śnieg i temperatury na minusie.
Lodówka była tylko jedna, potraw oczywiście dwanaście, a garnków jeszcze więcej. I gdzieś trzeba to pomieścić.
Babcia wystawiła prawie wszystko, co ugotowała, na balkon. Niestety mieszkała na parterze. Nie wiem, czy ktoś ją przyuważył z ulicy, z bloku naprzeciwko, czy z premedytacją szukał takiego celu.
24 grudnia babcia wstaje, zagląda na balkon, a tam nic. Wszystkie garnki ukradzione razem z zawartością. Nawet pary spodni, które się tam wietrzyły, złodzieje nie odpuścili...
Jaką trzeba być gnidą, żeby komuś tak zepsuć święta?
W tamtych czasach wigilię przygotowywała moja babcia. Wzięła też na siebie całe gotowanie.
Wtedy zimy były jeszcze białe. Zamiast błota i deszczu był skrzypiący pod nogami śnieg i temperatury na minusie.
Lodówka była tylko jedna, potraw oczywiście dwanaście, a garnków jeszcze więcej. I gdzieś trzeba to pomieścić.
Babcia wystawiła prawie wszystko, co ugotowała, na balkon. Niestety mieszkała na parterze. Nie wiem, czy ktoś ją przyuważył z ulicy, z bloku naprzeciwko, czy z premedytacją szukał takiego celu.
24 grudnia babcia wstaje, zagląda na balkon, a tam nic. Wszystkie garnki ukradzione razem z zawartością. Nawet pary spodni, które się tam wietrzyły, złodzieje nie odpuścili...
Jaką trzeba być gnidą, żeby komuś tak zepsuć święta?
złodzieje
Ocena:
161
(175)
Jak wspominałem w poprzednich historiach mamy z dziewczyną swoje własne stado psów.
Historia będzie o największym z nich.
W połowie Husky w połowie tylko jego matka wie kto. Umaszczenie się zgadza, oczy też, ale zamiast wyć to szczeka no i sierść to bardziej igły jak u dzika niż puchate kłębki typowego Haszczaka.
Kochany, ciapowaty, do rany przyłóż i bardzo mądry przytulas. Gdy go pytam: "Idziesz czy nie?" To on idzie albo nie.
Jest to pies ratowany przez fundację. U mnie od lekko ponad roku. Trochę taki zwierzak po przejściach.
Zawsze gdy patrzę w te jego haszczakowe, błękitne oczy i widzę blizny na pysku, myślę o tym jak niewiele brakowało żeby stracił jedno ze swoich ślepi.
Ciągle zastanawiam się jakim prawem leśniczy u którego był od małego, mógł trzymać go w jednym kojcu z agresywnym amstaffem który go atakował. Najpewniej walczył o resztki z obiadu którymi ich karmiono przerzucając przez ogrodzenie.
Wydawało mi się, że ktoś taki jak leśniczy powinien mieć minimalne pojęcie o zwierzętach. Albo że każdy człowiek ma tyle oleju w głowie żeby rozdzielić psy z których jeden okalecza drugiego
Historia będzie o największym z nich.
W połowie Husky w połowie tylko jego matka wie kto. Umaszczenie się zgadza, oczy też, ale zamiast wyć to szczeka no i sierść to bardziej igły jak u dzika niż puchate kłębki typowego Haszczaka.
Kochany, ciapowaty, do rany przyłóż i bardzo mądry przytulas. Gdy go pytam: "Idziesz czy nie?" To on idzie albo nie.
Jest to pies ratowany przez fundację. U mnie od lekko ponad roku. Trochę taki zwierzak po przejściach.
Zawsze gdy patrzę w te jego haszczakowe, błękitne oczy i widzę blizny na pysku, myślę o tym jak niewiele brakowało żeby stracił jedno ze swoich ślepi.
Ciągle zastanawiam się jakim prawem leśniczy u którego był od małego, mógł trzymać go w jednym kojcu z agresywnym amstaffem który go atakował. Najpewniej walczył o resztki z obiadu którymi ich karmiono przerzucając przez ogrodzenie.
Wydawało mi się, że ktoś taki jak leśniczy powinien mieć minimalne pojęcie o zwierzętach. Albo że każdy człowiek ma tyle oleju w głowie żeby rozdzielić psy z których jeden okalecza drugiego
pies właściciel
Ocena:
169
(191)
IKEA Janki kilka dni temu.
Pojechałem z wujem i jego synem na zakupy. Oni brali jakieś tam meble, a ja kilka pierdół.
Doszliśmy do kasy ciągnąc za sobą obładowany wózek. Z racji płatności gotówką, odpadły kasy samoobsługowe. Trzeba było ustawić się w jedynej, długiej kolejce.
Nie minęła minuta a otwarta została kolejna kasa do której czym prędzej ruszyłem.
Co istotne najpierw ustawiły się tam dwie pary, które wcześniej nie stały w żadnej kolejce, za nimi facet który stał gdzieś tam przede mną w poprzednim wężyku, a zaraz za mną starsze małżeństwo, które w poprzedniej kolejce było przede mną.
Wujas z synem doczłapali się do mnie dopiero po chwili z racji na trudności w operowaniu wózkiem z meblami.
Żeby stanąć koło mnie krewni musieli przecisnąć się koło małżeństwa.
Wujek powiedział do starszej pary:
- przepraszam, my stoimy przed państwem
Po czym wskazał na mnie. Ja zaś potwierdziłem, że jesteśmy razem.
No i się zaczęło. Nie będzie słowo w słowo ale sens zachowany.
Stara Baba (SB): NO PEWNIE. MY JESTEŚMY WAMI, W TAMTEJ KOLEJCE BYLIŚMY PRZED WAMI.
Ja już naprawdę jestem zmęczony zachowaniem starszych osób. Wiek wiekiem, ale nie upoważnia ich to do roszczeniowości. Kiedyś pewnie bym to przemilczał, ale dziś po prostu wdaje się w pyskówki.
(J)a: Proszę Pani to jest nowa kolejka do innej kasy. Byłem tutaj przed Państwem, proszę przepuścić mojego wujka.
SB do faceta który stał przede mną i do swojego męża: NO TAK BO W TYM KRAJU JAK ZWYKLE WSZYSTKO TAK. KTO PIERWSZY TEN LEPSZY NO PEWNIE.
J: Jeśli Pani nie odpowiada to trzeba było zostać w tamtej kolejce.
Wujek przecisnął się między nimi, brat cioteczny pchał wózek. Niestety na rozkaz SB jej mąż zagrodził drogę chłopakowi i złapał za wózek.
Tu już Wuj się zdenerwował. Dosadnie, w żołnierskich słowach kazał facetowi się odsunąć. W odpowiedzi wujek usłyszał kilka wyzwisk i został przez starszego Pana popchnięty. Zaczęli się szarpać, po krótkiej chwili udało się ich rozdzielić.
Niewzruszona kasjerka poprosiła o spokój i zaprosiła nas do kasy, na szczęście była już nasza kolej.
SB jeszcze odgrażała się pod nosem, jej mąż z kolei chciał się z nami spotkać na zewnątrz.
Cóż. Starsi państwo nie mieli dużo zakupów. Gdyby nas uprzejmie zapytali o to czy możemy ich przepuścić nikt nie robiłby problemów.
Pojechałem z wujem i jego synem na zakupy. Oni brali jakieś tam meble, a ja kilka pierdół.
Doszliśmy do kasy ciągnąc za sobą obładowany wózek. Z racji płatności gotówką, odpadły kasy samoobsługowe. Trzeba było ustawić się w jedynej, długiej kolejce.
Nie minęła minuta a otwarta została kolejna kasa do której czym prędzej ruszyłem.
Co istotne najpierw ustawiły się tam dwie pary, które wcześniej nie stały w żadnej kolejce, za nimi facet który stał gdzieś tam przede mną w poprzednim wężyku, a zaraz za mną starsze małżeństwo, które w poprzedniej kolejce było przede mną.
Wujas z synem doczłapali się do mnie dopiero po chwili z racji na trudności w operowaniu wózkiem z meblami.
Żeby stanąć koło mnie krewni musieli przecisnąć się koło małżeństwa.
Wujek powiedział do starszej pary:
- przepraszam, my stoimy przed państwem
Po czym wskazał na mnie. Ja zaś potwierdziłem, że jesteśmy razem.
No i się zaczęło. Nie będzie słowo w słowo ale sens zachowany.
Stara Baba (SB): NO PEWNIE. MY JESTEŚMY WAMI, W TAMTEJ KOLEJCE BYLIŚMY PRZED WAMI.
Ja już naprawdę jestem zmęczony zachowaniem starszych osób. Wiek wiekiem, ale nie upoważnia ich to do roszczeniowości. Kiedyś pewnie bym to przemilczał, ale dziś po prostu wdaje się w pyskówki.
(J)a: Proszę Pani to jest nowa kolejka do innej kasy. Byłem tutaj przed Państwem, proszę przepuścić mojego wujka.
SB do faceta który stał przede mną i do swojego męża: NO TAK BO W TYM KRAJU JAK ZWYKLE WSZYSTKO TAK. KTO PIERWSZY TEN LEPSZY NO PEWNIE.
J: Jeśli Pani nie odpowiada to trzeba było zostać w tamtej kolejce.
Wujek przecisnął się między nimi, brat cioteczny pchał wózek. Niestety na rozkaz SB jej mąż zagrodził drogę chłopakowi i złapał za wózek.
Tu już Wuj się zdenerwował. Dosadnie, w żołnierskich słowach kazał facetowi się odsunąć. W odpowiedzi wujek usłyszał kilka wyzwisk i został przez starszego Pana popchnięty. Zaczęli się szarpać, po krótkiej chwili udało się ich rozdzielić.
Niewzruszona kasjerka poprosiła o spokój i zaprosiła nas do kasy, na szczęście była już nasza kolej.
SB jeszcze odgrażała się pod nosem, jej mąż z kolei chciał się z nami spotkać na zewnątrz.
Cóż. Starsi państwo nie mieli dużo zakupów. Gdyby nas uprzejmie zapytali o to czy możemy ich przepuścić nikt nie robiłby problemów.
Ikea
Ocena:
125
(147)
Na klatce w bloku mamy standardowe skrzynki na listy. Takie duże wiszące pudła jak to w starych blokach. Ostatnio wychodząc do pracy zauważyłem, że na skrzynce ktoś położył list zaadresowany do sąsiadki, która z tego co wiem już tu nie mieszka.
Nie wiem czy chciał żeby listonosz go zabrał czy po prostu wyjął ze skrzynki i rzucił tam od niechcenia.
List chyba ważny bo z tego co zauważyłem na kopercie nadrukowano logo Krajowego Rejestru Dłużników. No, ale dobra ruszać nie będę.
Wracam do domu po pracy, list nadal leży. Zakładam psu szelki i wychodzimy na dwór. Schodząc po schodach znów miałem dobry widok na grzbiet skrzynki na listy.
Co widzę? Ktoś rozciął nożyczkami bądź nożykiem bok koperty.
Najwyraźniej ktoś był bardzo ciekawy co było w środku, a po wszystkim złożył pismo, włożył do koperty z powrotem i odłożył na miejsce.
Nie wiem czy chciał żeby listonosz go zabrał czy po prostu wyjął ze skrzynki i rzucił tam od niechcenia.
List chyba ważny bo z tego co zauważyłem na kopercie nadrukowano logo Krajowego Rejestru Dłużników. No, ale dobra ruszać nie będę.
Wracam do domu po pracy, list nadal leży. Zakładam psu szelki i wychodzimy na dwór. Schodząc po schodach znów miałem dobry widok na grzbiet skrzynki na listy.
Co widzę? Ktoś rozciął nożyczkami bądź nożykiem bok koperty.
Najwyraźniej ktoś był bardzo ciekawy co było w środku, a po wszystkim złożył pismo, włożył do koperty z powrotem i odłożył na miejsce.
sąsiedzi
Ocena:
110
(128)
Niedawno do mojego bloku wprowadziła się rodzina ze wschodu w składzie 4 dorosłych i 3 dzieci.
Dzieci bawią się na klatce, przed klatką, wszędzie pełno zabawek, rowerów etc. No dobra aż tak mi to nie przeszkadza. Ich opiekunki (mama? ciocia?) przesiadują na ławce przed blokiem, bądź na kocu.
Kilkaset metrów dalej jest świetny park i plac zabaw. No dobra, nie moja sprawa. W tym wszystkim przeszkadza mi tylko wieczne zostawianie drzwi na oścież.
Drzwi do klatki otwiera się takim "klipsem", który przykłada się do domofonu. Wystarczy dzieciakom taki zamówić u administracji za 20 zł i nie będą dzwonić domofonem przy swoich zabawach na schodach.
Trzy razy pies mi zwiał, no dobra, moja nieuwaga czy tam niedopilnowanie. Choć uważam, że domofon jest po to żeby uniemożliwić kręcenie się po klatce osobom niepożądanym.
Jest ciepło. Gorące powietrze wlatuje do środka. Na klatce zaczęły pojawiać się puszki po piwie i zaczął unosić się zapach moczu. Którymś razem poprosiłem żeby Państwo zamykali drzwi jeśli nie obserwują czy nie przebywają przed klatką. "Ja niepaniemaju".
W pewnym momencie ułamała się nóżka od drzwi, która była już styrana tym opuszczaniem i podnoszeniem.
Pomogło na chwilę. Problematyczni sąsiedzi zaczęli wkładać puste puszki między drzwi a framugę tak żeby się nie zamykały.
Od tamtej pory prowadzimy cichą wojnę. Oni otwierają, ja i partnerka zamykamy. I tak ciągle.
Dochodzi do sytuacji typu: Oni siedzą przed klatką, my zamykamy wchodząc, zaraz potem otwierają. Żadne próby kontaktu nie pomagają.
Kilka tygodni temu ktoś po prostu na klatce nasrał. W kącie. Najpewniej jakiś bezdomny.
Drzwi były zamykane przez tydzień lub dwa i znowu zaczyna się to samo. Czekam na kolejne niespodzianki.
Dzieci bawią się na klatce, przed klatką, wszędzie pełno zabawek, rowerów etc. No dobra aż tak mi to nie przeszkadza. Ich opiekunki (mama? ciocia?) przesiadują na ławce przed blokiem, bądź na kocu.
Kilkaset metrów dalej jest świetny park i plac zabaw. No dobra, nie moja sprawa. W tym wszystkim przeszkadza mi tylko wieczne zostawianie drzwi na oścież.
Drzwi do klatki otwiera się takim "klipsem", który przykłada się do domofonu. Wystarczy dzieciakom taki zamówić u administracji za 20 zł i nie będą dzwonić domofonem przy swoich zabawach na schodach.
Trzy razy pies mi zwiał, no dobra, moja nieuwaga czy tam niedopilnowanie. Choć uważam, że domofon jest po to żeby uniemożliwić kręcenie się po klatce osobom niepożądanym.
Jest ciepło. Gorące powietrze wlatuje do środka. Na klatce zaczęły pojawiać się puszki po piwie i zaczął unosić się zapach moczu. Którymś razem poprosiłem żeby Państwo zamykali drzwi jeśli nie obserwują czy nie przebywają przed klatką. "Ja niepaniemaju".
W pewnym momencie ułamała się nóżka od drzwi, która była już styrana tym opuszczaniem i podnoszeniem.
Pomogło na chwilę. Problematyczni sąsiedzi zaczęli wkładać puste puszki między drzwi a framugę tak żeby się nie zamykały.
Od tamtej pory prowadzimy cichą wojnę. Oni otwierają, ja i partnerka zamykamy. I tak ciągle.
Dochodzi do sytuacji typu: Oni siedzą przed klatką, my zamykamy wchodząc, zaraz potem otwierają. Żadne próby kontaktu nie pomagają.
Kilka tygodni temu ktoś po prostu na klatce nasrał. W kącie. Najpewniej jakiś bezdomny.
Drzwi były zamykane przez tydzień lub dwa i znowu zaczyna się to samo. Czekam na kolejne niespodzianki.
sąsiedzi
Ocena:
161
(175)
‹ pierwsza < 1 2 3 4 5 > ostatnia ›