Profil użytkownika
BornToFeel ♂
| Zamieszcza historie od: | 18 września 2017 - 11:45 |
| Ostatnio: | 9 grudnia 2025 - 3:20 |
| O sobie: |
Fan muzyki metalowej i szeroko pojętej fantastyki. Trochę maruda. |
- Historii na głównej: 36 z 41
- Punktów za historie: 3525
- Komentarzy: 10
- Punktów za komentarze: 42
poczekalnia
Skomentuj
(5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Żeby mieć cały obraz sytuacji polecam zapoznać się z dwoma poprzednimi historiami na ten temat: #92344 #92391
Znowu urlopy.
Jak wspominałem w poprzednich historiach jestem na etapie przeglądania ofert pracy.
Zakładam, że cały proces potrwa długo. Z tego powodu, gdy w obecnej firmie padło, że możemy rozpisywać sobie urlopy na 2026 rok, to wpisałem swoje plany.
W końcu nie wiem, czy spędzę tu jeszcze trzy, sześć czy dziewięć miesięcy nim znajdę coś co będzie mi odpowiadać.
Odkąd tu pracuje istniała niepisana zasada "kto pierwszy ten lepszy". Tak więc z racji, że swoje plany już uknułem (wycieczki zagraniczne), a inne knucia nie wymagały, bo jeżdżę tam co roku (konwent larpowy/terenowy i festiwal metalowy), to praktycznie od razu wklepałem daty do systemu. Uprzedziłem też na czacie teamowym o moich planach. Miesiące w jakich planowałem nieobecności to koniec maja, pierwsza połowa lipca zahaczająca o drugą (dosłownie 2 wypadają w drugiej połowie), pierwsza połowa sierpnia i druga połowa września.
Dzień później mieliśmy nasze co tygodniowe spotkanie organizacyjne. Na tymże spotkaniu Kierownik obwieścił nową zasadę jaką wprowadza. Mianowicie: "w okresie wakacyjnym tj. od początku drugiej połowy lipca do końca pierwszej połowy września każdy może wziąć urlop tylko jeden raz."
W rzeczywistości Kierownika prawo działa wstecz bowiem stwierdził, że w związku z tym nie zaakceptuje mi sierpniowych planów pomimo braków obiekcji kolegów z zespołu.
Teraz zajrzałem do kalendarza urlopowego. Kierownik wpisał sobie urlop dokładnie w tym sierpniowym terminie, który wpisałem wcześniej ja.
Cóż. Widać jego obietnice "wpisujecie tak jak wam pasuje, ja się dostosuje jako ostatni" były warte tyle co nic.
Z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzę tego człowieka.
Dzień później na co tygodniowym spotkaniu
Znowu urlopy.
Jak wspominałem w poprzednich historiach jestem na etapie przeglądania ofert pracy.
Zakładam, że cały proces potrwa długo. Z tego powodu, gdy w obecnej firmie padło, że możemy rozpisywać sobie urlopy na 2026 rok, to wpisałem swoje plany.
W końcu nie wiem, czy spędzę tu jeszcze trzy, sześć czy dziewięć miesięcy nim znajdę coś co będzie mi odpowiadać.
Odkąd tu pracuje istniała niepisana zasada "kto pierwszy ten lepszy". Tak więc z racji, że swoje plany już uknułem (wycieczki zagraniczne), a inne knucia nie wymagały, bo jeżdżę tam co roku (konwent larpowy/terenowy i festiwal metalowy), to praktycznie od razu wklepałem daty do systemu. Uprzedziłem też na czacie teamowym o moich planach. Miesiące w jakich planowałem nieobecności to koniec maja, pierwsza połowa lipca zahaczająca o drugą (dosłownie 2 wypadają w drugiej połowie), pierwsza połowa sierpnia i druga połowa września.
Dzień później mieliśmy nasze co tygodniowe spotkanie organizacyjne. Na tymże spotkaniu Kierownik obwieścił nową zasadę jaką wprowadza. Mianowicie: "w okresie wakacyjnym tj. od początku drugiej połowy lipca do końca pierwszej połowy września każdy może wziąć urlop tylko jeden raz."
W rzeczywistości Kierownika prawo działa wstecz bowiem stwierdził, że w związku z tym nie zaakceptuje mi sierpniowych planów pomimo braków obiekcji kolegów z zespołu.
Teraz zajrzałem do kalendarza urlopowego. Kierownik wpisał sobie urlop dokładnie w tym sierpniowym terminie, który wpisałem wcześniej ja.
Cóż. Widać jego obietnice "wpisujecie tak jak wam pasuje, ja się dostosuje jako ostatni" były warte tyle co nic.
Z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzę tego człowieka.
Dzień później na co tygodniowym spotkaniu
Biuro
Ocena:
30
(54)
Kolejna historia o moim Kierowniku.
Choruję rzadko. Ale raz do roku łapie mnie jakieś paskudztwo. Może to tak zwana "męska grypa", może nie. W każdym razie kiedy tak choruję to zdycham, spisuję testament, ledwo żyję i przesypiam całe dnie.
No i w tym roku złapało mnie w biurze. Rano było okej, ale potem siedziałem w bluzie, kurtce i czapce przez dreszcze. Generalnie czułem się paskudnie, zupełnie bez sił.
Kieras oczywiście nie zgodził się żebym poszedł wcześniej do domu, nawet jak koledzy z zespołu wstawili się za mną. Moja obecność była niezbędna podczas meeta, który mógłby być mailem.
No i co? Podczas spotkania zaczęły łapać mnie jakieś majaki, odcinało mnie po prostu. Przysypiałem na krześle, nie dlatego, że siedziałem po nocach, a po prostu moje ciało nie dawało już rady.
Za każdym razem ze snu wyrywały mnie szturchnięcia kierownika i jego groźna mina.
Na szczęście uratował mnie Dyrektor, który wszedł do naszego pokoju i widząc jak wyglądam wysłał mnie do domu.
Ledwo doczłapałem się do ubera, wieczorem udało się dostać do lekarza i od ręki dostać L4 ze względu na jakieś 40 stopni gorączki, zapalenie, infekcję i coś tam jeszcze. Przespałem bite dwa dni.
Dlaczego przypomniało mi się to dziś? Koleżanka pracująca bliżej Dyrektora sprzedała mi info, że Kierownik wspominał mu coś o wypowiedzeniu dla mnie, ze względu na moje "zasypianie na meetach".
No cóż. Ja już od jakiegoś czasu rozsyłam CV. Zobaczymy kto pierwszy z kim się pożegna.
Choruję rzadko. Ale raz do roku łapie mnie jakieś paskudztwo. Może to tak zwana "męska grypa", może nie. W każdym razie kiedy tak choruję to zdycham, spisuję testament, ledwo żyję i przesypiam całe dnie.
No i w tym roku złapało mnie w biurze. Rano było okej, ale potem siedziałem w bluzie, kurtce i czapce przez dreszcze. Generalnie czułem się paskudnie, zupełnie bez sił.
Kieras oczywiście nie zgodził się żebym poszedł wcześniej do domu, nawet jak koledzy z zespołu wstawili się za mną. Moja obecność była niezbędna podczas meeta, który mógłby być mailem.
No i co? Podczas spotkania zaczęły łapać mnie jakieś majaki, odcinało mnie po prostu. Przysypiałem na krześle, nie dlatego, że siedziałem po nocach, a po prostu moje ciało nie dawało już rady.
Za każdym razem ze snu wyrywały mnie szturchnięcia kierownika i jego groźna mina.
Na szczęście uratował mnie Dyrektor, który wszedł do naszego pokoju i widząc jak wyglądam wysłał mnie do domu.
Ledwo doczłapałem się do ubera, wieczorem udało się dostać do lekarza i od ręki dostać L4 ze względu na jakieś 40 stopni gorączki, zapalenie, infekcję i coś tam jeszcze. Przespałem bite dwa dni.
Dlaczego przypomniało mi się to dziś? Koleżanka pracująca bliżej Dyrektora sprzedała mi info, że Kierownik wspominał mu coś o wypowiedzeniu dla mnie, ze względu na moje "zasypianie na meetach".
No cóż. Ja już od jakiegoś czasu rozsyłam CV. Zobaczymy kto pierwszy z kim się pożegna.
biuro
Ocena:
141
(153)
Kolejna historia z kina.
Co istotne, w tym konkretnym kinie, po seansie wychodzi się z sali kinowej do korytarza. W ten sposób można się przedostać z kina z powrotem do galerii handlowej.
Korytarz cały czas jest otwarty i dostępny, bo nikt go nie pilnuje.
I z tego faktu dziś skorzystała grupka dresików. Wpierw weszli wyjściem na salę kinową. Usiedli w pierwszym rzędzie, chwilę pogadali i ruszyli w stronę wyjścia. Nim jednak opuścili pomieszczenie odpalili latarki w telefonach i zaczęli się wydzierać "Legia Warszawa, Legia Warszawa, Legia Warszawa".
Przynajmniej zaraz potem wyszli.
Dlaczego fani innych sportów potrafią się zachować przyzwoicie?
Co istotne, w tym konkretnym kinie, po seansie wychodzi się z sali kinowej do korytarza. W ten sposób można się przedostać z kina z powrotem do galerii handlowej.
Korytarz cały czas jest otwarty i dostępny, bo nikt go nie pilnuje.
I z tego faktu dziś skorzystała grupka dresików. Wpierw weszli wyjściem na salę kinową. Usiedli w pierwszym rzędzie, chwilę pogadali i ruszyli w stronę wyjścia. Nim jednak opuścili pomieszczenie odpalili latarki w telefonach i zaczęli się wydzierać "Legia Warszawa, Legia Warszawa, Legia Warszawa".
Przynajmniej zaraz potem wyszli.
Dlaczego fani innych sportów potrafią się zachować przyzwoicie?
Kino
Ocena:
126
(138)
Kontynuacja histori #92344
Dziś powinienem się już pakować na ten nieszczęsny urlop do którego nie dojdzie ze względu na decyzję mojego przełożonego.
Pomimo wieszczenia "gorącego okresu" przez kierownika, roboty w ogóle nie przybyło. Koledzy z zespołu świetnie daliby sobie radę beże mnie
Nadal jestem zirytowany tą sytuacją, ale wczoraj mój szef, albo był jeszcze większym dupkiem z premedytacją, albo nie ma wyczucia. Może oba.
Kiedy zbieraliśmy się do domów, zapytał mnie co zrobiłem z tą moją wycieczką na którą miałem lecieć.
Gdy usłyszał, że straciłem "jedynie" kilkaset złotych zaliczki nie skomentował.
Licząc, że może ma jakieś wyrzuty sumienia zapytałem o urlop w styczniu. Co usłyszałem?
To za daleko w przyszłość a poza tym wtedy też może być gorący okres.
Nie wiem. Ja tam lubię ogarniać wyjazdy za granicę wtedy kiedy ceny są atrakcyjne. Nie na miesiąc-dwa przed wybranym terminem.
Dziś powinienem się już pakować na ten nieszczęsny urlop do którego nie dojdzie ze względu na decyzję mojego przełożonego.
Pomimo wieszczenia "gorącego okresu" przez kierownika, roboty w ogóle nie przybyło. Koledzy z zespołu świetnie daliby sobie radę beże mnie
Nadal jestem zirytowany tą sytuacją, ale wczoraj mój szef, albo był jeszcze większym dupkiem z premedytacją, albo nie ma wyczucia. Może oba.
Kiedy zbieraliśmy się do domów, zapytał mnie co zrobiłem z tą moją wycieczką na którą miałem lecieć.
Gdy usłyszał, że straciłem "jedynie" kilkaset złotych zaliczki nie skomentował.
Licząc, że może ma jakieś wyrzuty sumienia zapytałem o urlop w styczniu. Co usłyszałem?
To za daleko w przyszłość a poza tym wtedy też może być gorący okres.
Nie wiem. Ja tam lubię ogarniać wyjazdy za granicę wtedy kiedy ceny są atrakcyjne. Nie na miesiąc-dwa przed wybranym terminem.
Startup
Ocena:
126
(136)
poczekalnia
Skomentuj
(10)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Osiedle, na którym mieszkam, powstało w latach siedemdziesiątych, z tego, co się orientuję. Nie wiem, jak to wtedy wyglądało, bo sam jestem rocznik ’97, ale zakładam, że nikt nie przewidział, iż w przyszłości zapotrzebowanie na miejsca parkingowe będzie znacznie większe. Pomimo obecności komendy policji i urzędu miasta w odległości kilkuset metrów, zarówno policja, jak i straż miejska przymykają oko na parkowanie „bliziutko” przejścia dla pieszych itp.
W każdym razie: miejsc parkingowych jest jak na lekarstwo.
Obok znajduje się szkoła podstawowa. Jeśli dobrze liczę, to jakieś osiem miejsc zostało przekształconych w „kiss and ride”. Więc w tygodniu takie miejsce parkingowe dla mnie odpada, bo pracę zaczynam bliżej godziny dziewiątej, a nie będę zrywać się wcześniej tylko po to, żeby przestawić auto przed 8:00, czyli wtedy, gdy K&R zaczyna obowiązywać. Zresztą i tak do pracy jeżdżę kolejką. (Pomijam już fakt, że rodzice doskonale radzili sobie z podrzucaniem dzieci do szkoły, zanim te miejsca K&R powstały).
Jakby tego było mało, kolejne miejsca są permanentnie zajęte przez zarastające trawą szroty. Sądząc po wyglądzie, rocznikach aut, tuningu w stylu lat 90. (korale na siedzeniach, wypłowiałe od słońca pluszaki wyglądające przez okna) i w niektórych przypadkach czarnych tablicach rejestracyjnych to należą do lokalnych emerytów. Stoi to na przebitych oponach, kolor dawno zmieniło z lakieru na rudo-rdzawy. Zgłosiłem nawet jedno czy dwa takie auta, które ewidentnie powinno się usunąć, ale nikt się tym specjalnie nie przejął. No i tak jak stały tak dalej stoją.
Może tych miejsc i tak by wystarczyło, gdyby nie „busiarze”, że tak to ujmę. Otóż przedsiębiorcy z firm remontowych i kurierzy część parkingu sobie po prostu „przywłaszczyli”. Nie czepiam się, jeśli ktoś ma JDG i mieszka w okolicy. Rozumiem, że korzysta z takiego auta również prywatnie. Ale wielokrotnie widziałem już kuriera InPostu, który rano przyjeżdża swoim prywatnym autem na „obcych” blachach (z innego powiatu, tak, wiem, że można zachować tablice po zakupie), wyprowadza busa InPostu, parkuje swoje auto, a wieczorem robi odwrotnie: wyprowadza swoje i wstawia busa. Tym sposobem ma swoje prywatne miejsce na nie swoim osiedlu. Takich „przyjezdnych” jest kilku. Efekt? Połowa miejsc zajęta.
A, no i miejsca dla niepełnosprawnych. W najbliższej okolicy jest ich około pięciu. Odkąd tu mieszkam, zajmowane jest tylko jedno, a reszta stoi pusta.
Nie wiem, czy dla Was to równie piekielne, ale mnie naprawdę męczy szukanie miejsca przez godzinę za każdym razem, gdy wracam z zakupów, kina czy skądkolwiek wieczorem.
W każdym razie: miejsc parkingowych jest jak na lekarstwo.
Obok znajduje się szkoła podstawowa. Jeśli dobrze liczę, to jakieś osiem miejsc zostało przekształconych w „kiss and ride”. Więc w tygodniu takie miejsce parkingowe dla mnie odpada, bo pracę zaczynam bliżej godziny dziewiątej, a nie będę zrywać się wcześniej tylko po to, żeby przestawić auto przed 8:00, czyli wtedy, gdy K&R zaczyna obowiązywać. Zresztą i tak do pracy jeżdżę kolejką. (Pomijam już fakt, że rodzice doskonale radzili sobie z podrzucaniem dzieci do szkoły, zanim te miejsca K&R powstały).
Jakby tego było mało, kolejne miejsca są permanentnie zajęte przez zarastające trawą szroty. Sądząc po wyglądzie, rocznikach aut, tuningu w stylu lat 90. (korale na siedzeniach, wypłowiałe od słońca pluszaki wyglądające przez okna) i w niektórych przypadkach czarnych tablicach rejestracyjnych to należą do lokalnych emerytów. Stoi to na przebitych oponach, kolor dawno zmieniło z lakieru na rudo-rdzawy. Zgłosiłem nawet jedno czy dwa takie auta, które ewidentnie powinno się usunąć, ale nikt się tym specjalnie nie przejął. No i tak jak stały tak dalej stoją.
Może tych miejsc i tak by wystarczyło, gdyby nie „busiarze”, że tak to ujmę. Otóż przedsiębiorcy z firm remontowych i kurierzy część parkingu sobie po prostu „przywłaszczyli”. Nie czepiam się, jeśli ktoś ma JDG i mieszka w okolicy. Rozumiem, że korzysta z takiego auta również prywatnie. Ale wielokrotnie widziałem już kuriera InPostu, który rano przyjeżdża swoim prywatnym autem na „obcych” blachach (z innego powiatu, tak, wiem, że można zachować tablice po zakupie), wyprowadza busa InPostu, parkuje swoje auto, a wieczorem robi odwrotnie: wyprowadza swoje i wstawia busa. Tym sposobem ma swoje prywatne miejsce na nie swoim osiedlu. Takich „przyjezdnych” jest kilku. Efekt? Połowa miejsc zajęta.
A, no i miejsca dla niepełnosprawnych. W najbliższej okolicy jest ich około pięciu. Odkąd tu mieszkam, zajmowane jest tylko jedno, a reszta stoi pusta.
Nie wiem, czy dla Was to równie piekielne, ale mnie naprawdę męczy szukanie miejsca przez godzinę za każdym razem, gdy wracam z zakupów, kina czy skądkolwiek wieczorem.
parking
Ocena:
25
(45)
Niedawno porzuciłem swoje międzynarodowe korpo na rzecz pewnego startupu.
Od początku bieżącego roku miałem zaplanowanych kilka urlopów, o czym poinformowałem panią rekruterkę podczas jednego z etapów rozmowy kwalifikacyjnej.
Pierwszego dnia pracy dostałem plik, do którego miałem wpisać swoje planowane urlopy. Tak też zrobiłem. Oficjalnie zaakceptować je miał dopiero kierownik, który miał dołączyć do naszego działu za jakieś dwa miesiące.
Kierownik przyszedł, witając się z nami tekstem: „Zrezygnowałem z pracy, w której miałem dwa razy lepszą wypłatę, wygodny fotel i filiżankę kawy, żeby być tutaj z wami”.
No okej. Jeden urlop odhaczyłem, wracam z niego i widzę na portalu HR-owym powiadomienie, że kolejny urlop, z zaliczką opłaconą od prawie roku, został odrzucony.
Argumentacja była taka, że kierownik przewiduje, iż na ten termin przypadnie "gorący okres", a poza tym nie przedyskutowałem tego urlopu z nim. (Ciężko było by to zrobić kiedy podczas planowania pracowałem gdzie indziej, a w nowej pracy dołączył do zespołu jako ostatni.) Dodał też, że w historii edycji pliku widział, iż pierwszego dnia już wszystko wpisałem, i uznał, że to nie fair wobec moich kolegów z zespołu, bo rozplanowałem urlopy na cały rok (?).
Ugryzłem się w język i zapytałem, czy w takim razie mogę przełożyć to wolne na grudzień. W odpowiedzi usłyszałem, że wykorzystałem już połowę dni wolnych na ten rok, podczas gdy inni mniej, i „wrócimy do tego”.
Do kierownika moje argumenty o wcześniejszych ustaleniach z dyrektorem i rekruterką nie trafiają. Poruszyłem z nimi ten temat, ale dziwnym trafem każdy nabiera wody w usta albo nie pamięta, że o tym rozmawialiśmy.
No cóż. Mam nauczkę, żeby nigdy nie ustalać takich rzeczy na gębę. Już pół biedy zaliczka, która przepadła.
W tym wszystkim najbardziej szkoda mi mojej partnerki, która bardzo liczyła na ten urlop, a nie chciała lecieć sama więc odpuściła.
W każdym razie na pewno nie dam sobie wmówić, że mam wykorzystać cały urlop do końca roku. Będę kurczowo trzymać się tych kilku dni żeby przenieść je na kolejny rok. A w międzyczasie zrobię sobie certyfikaty przydatne w moim zawodzie i albo odejdę z końcem umowy, albo nasze skargi na niego (bo to nie jest jedyna historia z Kierownikiem w roli głównej) przyniosą jakiś pozytywny efekt.
Od początku bieżącego roku miałem zaplanowanych kilka urlopów, o czym poinformowałem panią rekruterkę podczas jednego z etapów rozmowy kwalifikacyjnej.
Pierwszego dnia pracy dostałem plik, do którego miałem wpisać swoje planowane urlopy. Tak też zrobiłem. Oficjalnie zaakceptować je miał dopiero kierownik, który miał dołączyć do naszego działu za jakieś dwa miesiące.
Kierownik przyszedł, witając się z nami tekstem: „Zrezygnowałem z pracy, w której miałem dwa razy lepszą wypłatę, wygodny fotel i filiżankę kawy, żeby być tutaj z wami”.
No okej. Jeden urlop odhaczyłem, wracam z niego i widzę na portalu HR-owym powiadomienie, że kolejny urlop, z zaliczką opłaconą od prawie roku, został odrzucony.
Argumentacja była taka, że kierownik przewiduje, iż na ten termin przypadnie "gorący okres", a poza tym nie przedyskutowałem tego urlopu z nim. (Ciężko było by to zrobić kiedy podczas planowania pracowałem gdzie indziej, a w nowej pracy dołączył do zespołu jako ostatni.) Dodał też, że w historii edycji pliku widział, iż pierwszego dnia już wszystko wpisałem, i uznał, że to nie fair wobec moich kolegów z zespołu, bo rozplanowałem urlopy na cały rok (?).
Ugryzłem się w język i zapytałem, czy w takim razie mogę przełożyć to wolne na grudzień. W odpowiedzi usłyszałem, że wykorzystałem już połowę dni wolnych na ten rok, podczas gdy inni mniej, i „wrócimy do tego”.
Do kierownika moje argumenty o wcześniejszych ustaleniach z dyrektorem i rekruterką nie trafiają. Poruszyłem z nimi ten temat, ale dziwnym trafem każdy nabiera wody w usta albo nie pamięta, że o tym rozmawialiśmy.
No cóż. Mam nauczkę, żeby nigdy nie ustalać takich rzeczy na gębę. Już pół biedy zaliczka, która przepadła.
W tym wszystkim najbardziej szkoda mi mojej partnerki, która bardzo liczyła na ten urlop, a nie chciała lecieć sama więc odpuściła.
W każdym razie na pewno nie dam sobie wmówić, że mam wykorzystać cały urlop do końca roku. Będę kurczowo trzymać się tych kilku dni żeby przenieść je na kolejny rok. A w międzyczasie zrobię sobie certyfikaty przydatne w moim zawodzie i albo odejdę z końcem umowy, albo nasze skargi na niego (bo to nie jest jedyna historia z Kierownikiem w roli głównej) przyniosą jakiś pozytywny efekt.
startup
Ocena:
136
(152)
Już kiedyś psioczyłem na zachowanie ludzi w kinie i będę psioczyć dalej. Już pomijam vapowanie, bose stopy na fotelach, telefony i inne takie.
Wczoraj byliśmy z Partnerką na maratonie horrorów. Zawsze walczę ze sobą czy iść, czy nie iść, bo lubię horrory i maratony, ale niestety wiem, że niepokorna młodzież lubuje się w takich wydarzeniach.
No i nie pomyliłem się. Koło nas siedziała trójka nastolatków. Dwie dziewczyny i chłopak. Spóźnili się, świecili telefonami i oczywiście rozmawiali. Zwróciłem uwagę raz, drugi raz zwrócił ktoś inny. I tak do trzech razy sztuka, ale nic nie pomogło.
Podczas przerwy między filmami jedna z wspomnianych wcześniej, gadatliwych dziewczyn podzieliła się ze swoimi przyjaciółmi jakże błyskotliwym przemyśleniem, które najlepiej obrazuje cały problem:
"Kurde ponagrywałabym reakcje z tego na TikToka, ale siedzimy w takim otoczeniu, że ludzie rzeczywiście chcą oglądać film. Nie to co tam wyżej."
A ja powiem to samo co powiedziałem im. Jak ktoś ma ochotę na takie rzeczy to się zostaje w domu i ogląda coś na Netflixie.
Wczoraj byliśmy z Partnerką na maratonie horrorów. Zawsze walczę ze sobą czy iść, czy nie iść, bo lubię horrory i maratony, ale niestety wiem, że niepokorna młodzież lubuje się w takich wydarzeniach.
No i nie pomyliłem się. Koło nas siedziała trójka nastolatków. Dwie dziewczyny i chłopak. Spóźnili się, świecili telefonami i oczywiście rozmawiali. Zwróciłem uwagę raz, drugi raz zwrócił ktoś inny. I tak do trzech razy sztuka, ale nic nie pomogło.
Podczas przerwy między filmami jedna z wspomnianych wcześniej, gadatliwych dziewczyn podzieliła się ze swoimi przyjaciółmi jakże błyskotliwym przemyśleniem, które najlepiej obrazuje cały problem:
"Kurde ponagrywałabym reakcje z tego na TikToka, ale siedzimy w takim otoczeniu, że ludzie rzeczywiście chcą oglądać film. Nie to co tam wyżej."
A ja powiem to samo co powiedziałem im. Jak ktoś ma ochotę na takie rzeczy to się zostaje w domu i ogląda coś na Netflixie.
kino
Ocena:
126
(134)
poczekalnia
Skomentuj
(14)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Z racji zmiany pracy znów muszę korzystać z komunikacji miejskiej.
Do warszawskiego śródmieścia dojeżdżam przy pomocy WKD. Jak można się spodziewać rano, i w okolicach 16.00 potrafi być tam dość tłoczno.
Już nie będę pisać o takich banałach jak brak klimatyzacji (choć tutaj WKD całkiem dobrze sobie radzi). Będzie mowa o uwielbianych przez wszystkich rowerzystach.
Sytuacja bardzo świeża, bo sprzed 30 minut. Wagon zapchany, a do środka ładuje się Pan z rowerem. A, że padało to jego pojazd nie należał do najczystszych. Także szanowny Pan Rowerzysta zafundował mi błotnistą smugę na jeansach, tak samo jak jednej pani na jej śnieżnobiałym wdzianku, oraz kilku innym osobom, które miały nieszczęście znajdować się w jego najbliższej okolicy.
Panu Rowerzyście trzeba przyznać, że jakieś tam komunikacyjno-miejskie savoir vivre zna. Bo kiedy pociąg się zatrzymywał, Pan opuszczał wagon, żeby inni mogli swobodnie wyjść.
Szkoda, że za każdym razem oponami obijał się o kogoś innego.
Oczywiście padły niezadowolone komentarze, na które reagował mówiąc "sorry".
WKD chyba jest świadome problemu, bo niedawno zamieścili taką informację:
"Od 1 września zmiany w zakresie transportu rowerów - przewóz będzie odbywał się bezpłatnie, przy czym wprowadzany jest zakaz przewozu rowerów w dni robocze w składach odjeżdżających z Grodziska/Milanówka między 6.30 a 8.30 oraz wyjeżdżających z Warszawy od 14.30 do 16.30.
Uważamy, że decyzja jest bardzo słuszna - po powrocie młodzieży szkolnej, zapełnienie składów szczególnie po rozpoczeciu remontu będzie tak duże, że na bezpieczny transport roweru po prostu nie będzie miejsca. Nie wspominamy tutaj o tym, że często rowery są po prostu brudne i w tłoku mogą ubrudzić współpasażerów."
Pan niestety wsiadł o 08.33. Czyli chwilę po zakazie. Rozumiem, że złapał go deszcz, ale skoro i tak jechał kolejką to mógł rower przypiąć na stacji i później po niego wrócić.
Do warszawskiego śródmieścia dojeżdżam przy pomocy WKD. Jak można się spodziewać rano, i w okolicach 16.00 potrafi być tam dość tłoczno.
Już nie będę pisać o takich banałach jak brak klimatyzacji (choć tutaj WKD całkiem dobrze sobie radzi). Będzie mowa o uwielbianych przez wszystkich rowerzystach.
Sytuacja bardzo świeża, bo sprzed 30 minut. Wagon zapchany, a do środka ładuje się Pan z rowerem. A, że padało to jego pojazd nie należał do najczystszych. Także szanowny Pan Rowerzysta zafundował mi błotnistą smugę na jeansach, tak samo jak jednej pani na jej śnieżnobiałym wdzianku, oraz kilku innym osobom, które miały nieszczęście znajdować się w jego najbliższej okolicy.
Panu Rowerzyście trzeba przyznać, że jakieś tam komunikacyjno-miejskie savoir vivre zna. Bo kiedy pociąg się zatrzymywał, Pan opuszczał wagon, żeby inni mogli swobodnie wyjść.
Szkoda, że za każdym razem oponami obijał się o kogoś innego.
Oczywiście padły niezadowolone komentarze, na które reagował mówiąc "sorry".
WKD chyba jest świadome problemu, bo niedawno zamieścili taką informację:
"Od 1 września zmiany w zakresie transportu rowerów - przewóz będzie odbywał się bezpłatnie, przy czym wprowadzany jest zakaz przewozu rowerów w dni robocze w składach odjeżdżających z Grodziska/Milanówka między 6.30 a 8.30 oraz wyjeżdżających z Warszawy od 14.30 do 16.30.
Uważamy, że decyzja jest bardzo słuszna - po powrocie młodzieży szkolnej, zapełnienie składów szczególnie po rozpoczeciu remontu będzie tak duże, że na bezpieczny transport roweru po prostu nie będzie miejsca. Nie wspominamy tutaj o tym, że często rowery są po prostu brudne i w tłoku mogą ubrudzić współpasażerów."
Pan niestety wsiadł o 08.33. Czyli chwilę po zakazie. Rozumiem, że złapał go deszcz, ale skoro i tak jechał kolejką to mógł rower przypiąć na stacji i później po niego wrócić.
WKD
Ocena:
16
(40)
poczekalnia
Skomentuj
(30)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przez większość życia zawodowego miałem to szczęście, że nie musiałem stać za kasą. Ot, tak się złożyło. Nawet na studiach podejmowałem prace fizyczne, ale bez kontaktu z klientem.
Remont swoje kosztuje, dlatego przez ostatnich kilka miesięcy dorabiałem dodatkowo na stacji benzynowej. Zasiedziałem się tam rok. Czasem wpadałem tylko na 2–3 zmiany w miesiącu, czasem pracowałem każdy weekend, a bywało, że brałem kilka nocnych zmian. Kilka tygodni temu ostatecznie pożegnałem się z tym miejscem.
Przez ten czas nazbierało się jednak sporo piekielnych historii. Ta, którą przytoczę poniżej, nie dotyczy bezpośrednio samej pracy na stacji, lecz pewnego typu klientów.
Stacja, o której mowa, mieści się w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dość często trafiali się klienci, którzy nie mówili po polsku albo posługiwali się nim w bardzo ograniczonym zakresie. Dogadywaliśmy się po angielsku lub „ponglishu” i nie było problemu. Generalnie łatwo było rozpoznać turystę mówiącego po angielsku od imigranta, który wybrał życie w Polsce i stara się asymilować. Przez stację przewinął się cały wachlarz ludzi o różnych korzeniach. Przedstawiciele niemal każdej nacji, z jaką miałem do czynienia, mówili przynajmniej trochę po polsku. Robili to lepiej i chętniej niż moi nadęci współpracownicy z gigantycznego multi-kulti korpo, w którym pracuję na co dzień. Ich nauka języka polskiego kompletnie nie interesowała.
W każdym razie szlag mnie trafiał, kiedy stojąc na kasie, słyszałem teksty typu: „Winston krasny tonki”. Sam mieszkałem za granicą, wiem, jak to jest nie znać języka — ale, na litość boską, minimum wysiłku! Głupie „dzień dobry” w języku gospodarzy naprawdę wiele zmienia. Wielu naszych „braci ze Wschodu” z góry zakładało, że mogą mówić do mnie po swojemu, a ja to zrozumiem. Oczywiście, nie każdy musi znać angielski. Ale gdy okazywało się, że coś tam po polsku rozumieją i potrafią powiedzieć, to niejednokrotnie słyszałem, że to ja powinienem uczyć się ukraińskiego — będąc Polakiem w Polsce. Na jednego zasymilowanego Ukraińca, który rozmawiał ze mną po polsku, przypadało trzech takich, którzy bezczelnie mówili tylko po swojemu.
Niedawno byłem na urlopie w Grecji. Śmiałem się, że spotkałem tam więcej Greków mówiących do mnie po polsku (wiadomo — biznes) niż Ukraińców mówiących po polsku w Polsce.
Remont swoje kosztuje, dlatego przez ostatnich kilka miesięcy dorabiałem dodatkowo na stacji benzynowej. Zasiedziałem się tam rok. Czasem wpadałem tylko na 2–3 zmiany w miesiącu, czasem pracowałem każdy weekend, a bywało, że brałem kilka nocnych zmian. Kilka tygodni temu ostatecznie pożegnałem się z tym miejscem.
Przez ten czas nazbierało się jednak sporo piekielnych historii. Ta, którą przytoczę poniżej, nie dotyczy bezpośrednio samej pracy na stacji, lecz pewnego typu klientów.
Stacja, o której mowa, mieści się w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dość często trafiali się klienci, którzy nie mówili po polsku albo posługiwali się nim w bardzo ograniczonym zakresie. Dogadywaliśmy się po angielsku lub „ponglishu” i nie było problemu. Generalnie łatwo było rozpoznać turystę mówiącego po angielsku od imigranta, który wybrał życie w Polsce i stara się asymilować. Przez stację przewinął się cały wachlarz ludzi o różnych korzeniach. Przedstawiciele niemal każdej nacji, z jaką miałem do czynienia, mówili przynajmniej trochę po polsku. Robili to lepiej i chętniej niż moi nadęci współpracownicy z gigantycznego multi-kulti korpo, w którym pracuję na co dzień. Ich nauka języka polskiego kompletnie nie interesowała.
W każdym razie szlag mnie trafiał, kiedy stojąc na kasie, słyszałem teksty typu: „Winston krasny tonki”. Sam mieszkałem za granicą, wiem, jak to jest nie znać języka — ale, na litość boską, minimum wysiłku! Głupie „dzień dobry” w języku gospodarzy naprawdę wiele zmienia. Wielu naszych „braci ze Wschodu” z góry zakładało, że mogą mówić do mnie po swojemu, a ja to zrozumiem. Oczywiście, nie każdy musi znać angielski. Ale gdy okazywało się, że coś tam po polsku rozumieją i potrafią powiedzieć, to niejednokrotnie słyszałem, że to ja powinienem uczyć się ukraińskiego — będąc Polakiem w Polsce. Na jednego zasymilowanego Ukraińca, który rozmawiał ze mną po polsku, przypadało trzech takich, którzy bezczelnie mówili tylko po swojemu.
Niedawno byłem na urlopie w Grecji. Śmiałem się, że spotkałem tam więcej Greków mówiących do mnie po polsku (wiadomo — biznes) niż Ukraińców mówiących po polsku w Polsce.
obcokrajowcy
Ocena:
47
(87)
Ktoś ukradł mi jedną tablicę rejestracyjną z auta.
Pominę już fakt, że na komendzie byłem spławiany dwa razy – raz, bo byli zajęci, a drugi raz, bo pan policjant kończył zmianę za godzinę i kazał mi przyjść później, gdy przyjdzie jego zmiennik.
Auto zaparkowałem w czwartek o 18.00 i tablice jeszcze miałem.
W piątek rano zauważyłem ich brak, po pracy tego samego dnia próbowałem zgłosić kradzież, ale bezskutecznie. Udało się dopiero w sobotę, ale i tak musiałem próbować dwa razy.
Dziś dostaję telefon, że tablica się znalazła. Szkoda, że zdążyłem już zapłacić za nowe.
Najciekawsze jednak jest to, co zrobił złodziej.
Komuś innemu skradziono obie tablice, więc ten geniusz postanowił wyrwać po jednej z dwóch różnych aut i stworzyć „nowy komplet” do swojego samochodu.
Jedna pochodziła z mojego auta, a druga z pojazdu innego pechowca.
Efekt? Dwie niepasujące tablice na aucie złodzieja i kompletne kuriozum.
Pominę już fakt, że na komendzie byłem spławiany dwa razy – raz, bo byli zajęci, a drugi raz, bo pan policjant kończył zmianę za godzinę i kazał mi przyjść później, gdy przyjdzie jego zmiennik.
Auto zaparkowałem w czwartek o 18.00 i tablice jeszcze miałem.
W piątek rano zauważyłem ich brak, po pracy tego samego dnia próbowałem zgłosić kradzież, ale bezskutecznie. Udało się dopiero w sobotę, ale i tak musiałem próbować dwa razy.
Dziś dostaję telefon, że tablica się znalazła. Szkoda, że zdążyłem już zapłacić za nowe.
Najciekawsze jednak jest to, co zrobił złodziej.
Komuś innemu skradziono obie tablice, więc ten geniusz postanowił wyrwać po jednej z dwóch różnych aut i stworzyć „nowy komplet” do swojego samochodu.
Jedna pochodziła z mojego auta, a druga z pojazdu innego pechowca.
Efekt? Dwie niepasujące tablice na aucie złodzieja i kompletne kuriozum.
policja złodzieje
Ocena:
116
(128)
« poprzednia 1 2 3 4 5 następna »