Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GlowaWChmurach

Zamieszcza historie od: 27 lutego 2020 - 15:12
Ostatnio: 8 kwietnia 2021 - 15:40
  • Historii na głównej: 12 z 12
  • Punktów za historie: 1472
  • Komentarzy: 53
  • Punktów za komentarze: 158
 

#87929

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam nieco podobną historię co Marljena, w temacie przywłaszczania windy.

Mam psa, staruszka, który ma problemy ze stawami, w związku z czym absolutnie nie może chodzić po schodach. Waży niecałe 40 kilogramów, więc nie jestem w stanie nosić go 3 razy dziennie w tą i z powrotem na czwarte piętro. Pozostaje jedyna opcja - winda.

Niestety, przeszkadza to sąsiadce z siódmego piętra, właścicielce kota. Wystosowała do mnie żądanie, by z psem hopsać po schodach, gdyż jej kot wyczuwa zapach psa w windzie i nie chce nią jeździć ze stresu. Odparłam, że winda jest dla wszystkich mieszkańców i nie widzę powodu, dla którego miałabym jej nie używać, z psem czy bez.

- Więc pani nie interesuje, że biedny kotek się stresuje i że mamy z nim problem?!
- No nie, szczerze mówiąc. Wszyscy mają prawo korzystać z windy.
- Ale my tu zamieszkaliśmy pierwsi, mamy więc większe prawo!

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (196)
Jestem motorniczym.

Stoję na przystanku z otwartymi drzwiami, tak już dłuższą chwilę, bo zaraz za przystankiem jest sygnalizator i obsługując przystanek, czekam na zmianę świateł. Kto miał wysiąść już dawno wysiadł, wchodzących też już nie widać. Z przejścia dla pieszych przede mną schodzi właśnie jakiś młody chłopaczek, idzie powoli, rozgląda się spokojnie i pali e-papierosa. No ewidentnie nigdzie się nie spieszy.

Widzę, że już niedługo dostanę światło zezwalające na wjazd, więc zaczynam zamykać drzwi i kontroluję jednocześnie sytuację na przystanku, czy nie widać żadnych dobiegających do tramwaju. Pod wiatą przystankową stoją dwie osoby patrzące w telefon, wcześniej wspomniany chłopaczek nadal idzie spacerkiem mniej więcej w kierunku tej wiaty. Nikogo zainteresowanego nie stwierdzam. Drzwi zamknięte, światło zmienione, to zaczynam ruszać.
Kątem oka w lusterku wyłapuję ruch. Młody spacerowicz dopada drzwi i stara się otworzyć je przyciskiem. Zmienił zdanie, czy zapłon ma gorszy niż trzydziestoletni Matiz? Nie ma znaczenia, musztarda po obiedzie, nie mam już czasu zatrzymać się i ponownie otworzyć mu drzwi. Na wszelki wypadek dzwonię dzwonkiem, by się odsunął od wagonu i kontynuuję rozruch. Zostałam pozdrowiona środkowym paluchem, a mój tramwaj kopniakiem.

No dzięki.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (144)
Losując historie trafiłam na jedną o poszukiwaniach mieszkania do wynajęcia i o chorych warunkach tego wynajmu. Oczywiście przypomniało mi to czasy, gdy sama szukałam mieszkania na wynajem. Do dziś na wspomnienia tego okresu zaczynam odczuwać stres i boli mnie głowa.

To, że właściciele oczekują milionów monet za okropne warunki mieszkaniowe to żadna nowość. Stare meble, dziurawe podłogi, ściany niemalowane od parunastu lat - a ceny z kosmosu i/lub wymagania jeszcze bardziej absurdalne.
Teraz jednak chciałabym opisać ofertę sprzed paru lat, która do dziś zajmuje szczególne miejsce w moim serduszku, gdzieś pomiędzy płaskoziemcami a ludźmi, którzy wstrzykują sobie wodę utlenioną.

Ofertę znalazłam przez internet. Zdjęć samego mieszkania było podejrzanie mało, może jedno czy dwa, na których też niewiele było widać. Opis też był raczej skromny, było wiadomo tylko tyle, że mieszkanie jest dwupokojowe, mieści się w bloku w lokalizacji X, okolica spokojna, a cena wynosi, powiedzmy, 1400 złotych. Biorąc pod uwagę położenie była to cena przystępna (standardowo trzeba było się liczyć z opłatami rzędu 1500-1600 i więcej za lokum w tej dzielnicy miasta). Postanowiłam skontaktować się telefonicznie z, jak się okazało, właścicielką, i dopytać o szczegóły.
Niestety, poza zachwalaniem, jakie to śliczne i tanie mieszkanko pani nie była w stanie opowiedzieć mi więcej, więc umówiłam się na spotkanie.
No i wyszło szydło z worka.

Pierwsze kłamstwo: mieszkanie nie znajdowało się w bloku, lecz w domku wielorodzinnym (większy dom podzielony na cztery mieszkania) z właścicielami jako sąsiadami.
Drugie kłamstwo: mieszkanie nie było na parterze, lecz na pierwszym piętrze, na które prowadziły dość strome schody. Dopytywałam o ten szczegół panią właścicielkę jeszcze przez telefon i uprzedziłam, że bardzo zależy mi na tym, by po drodze do mieszkania nie było żadnych "zestawów" schodów (dwa czy trzy stopnie były do zaakceptowania). Pani zapewniała, że mieszkanie jest na niskim parterze i z żadnych klatek schodowych nie będę musiała korzystać.
Trzecie kłamstwo: mieszkanie nie było dwupokojowe, i na pewno nie było śliczne.

Było to jedno z najbardziej zaniedbanych mieszkań, jakie widziałam. Meble wyglądały jak żywcem wyjęte z lat czterdziestych - stare, mocno zużyte, brudne, w większości uszkodzone. Firanki dosłownie żółte, choć było widać, że z 30 lat temu były białe. Wszędzie widoczna kilkucentymetrowa warstwa kurzu. Podłoga była nierówna, w łazience brakowało nawet paru kafli. Farba odchodziła płatami ze ścian. Jedyny tapczan obecny w mieszkaniu wyglądał jakby został przyniesiony spod mostu, gdzie był wcześniej używany przez grupę żuli. W mieszkaniu nie było pralki ani lodówki. Wanna była cała ruda od rdzy. Największą grozę jednak budziły grzałki i farelki umieszczone w każdym kącie mieszkania: bo było one pozbawione jakiegokolwiek ogrzewania! Ogólnie całokształt taki, że prawdopodobnie glinianka w kraju trzeciego świata oferowałaby większy komfort.

A najlepsze na koniec, a propos "taniego mieszkanka" - do wspomnianych 1400 złotych należało doliczyć opłaty za wodę, za śmieci i za prąd. A przypominam o grzałkach - elektrycznych przecież. Po podliczeniu wszystkiego wychodziło mi około 2300-2400 złotych miesięcznie.

Pani właścicielka była szczerze zdziwiona moją troską o stan jej zdrowia psychicznego ("Pani na głowę upadła?!") oraz stanowczą odmową.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (180)

#87423

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem motorniczym.

Bilans dzisiejszej, dziewięciogodzinnej, niedzielnej (czyli, przynajmniej w teorii, spokojniejszej) zmiany:

- Setki, dosłownie setki ludzi przechodzących/przejeżdżających na czerwonym świetle bądź w miejscu niedozwolonym. Często bez chociażby rozejrzenia się dookoła. Co gorsza - także rodzice z dziećmi - bo po co uczyć bezpiecznych zachowań na drodze?

- Przynajmniej kilkanaście przypadków omijania na przejściu dla pieszych, w tym dwa szczególnie groźne

- Mnóstwo przypadków przejeżdżania z ogromną prędkością przy obsługiwanym przeze mnie przystanku na jezdni,

- Parę aut zaparkowanych na torowisku

- Auto zaparkowane na pętli - właściciel auta ze wzrokiem tęskniącym za rozumem chyba nie do końca wiedział, dlaczego w ogóle dzwonię na niego

- Pani w SUV-ie, która utknęła na środku skrzyżowania na co najmniej 3 minuty, bo nie potrafiła z tego skrzyżowania zjechać

- Wymuszanie pierwszeństwa przejazdu - tyle tego było, że nawet nie próbowałam liczyć

- Trzy prawie kolizje, gdzie do zderzenia brakowało naprawdę paru sekund bądź centymetrów

- I jeden kierowca-gapa, który zapragnął poczuć, jak to jest być tramwajarzem i wjechał na torowisko, zamiast na swój pas ruchu.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (97)

#87218

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem historia zza kierownicy, nie zza zadajnika jazdy.

Stoję przed skrzyżowaniem na czerwonym świetle na pasie do jazdy prosto. Obok mnie, na pasie wyłącznie do jazdy w prawo, zatrzymuje się najpierw jedno auto, za nim zaraz następne.
Zapala się warunkowa zielona strzałka do skrętu w prawo.
Auta po mojej prawej stoją.

Na przejściu nie ma nikogo, do skrzyżowania kawałek, a auta stoją.

Zerkam na pierwsze auto. Kierowca w całości pochłonięty przez swój telefon. Prycham z dezaprobatą, no bo co zrobić. I wtedy moją uwagę przykuwa drugie auto, bo przecież dlaczego jego kierowca jeszcze nie trąbi?

On też był zajęty telefonem.

Moje zakorkowane miasto takie piękne

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (105)

#87100

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem motorniczym.

Dzisiaj będzie o tym, jaką leniwą *@%# jestem.

Robiłam już ostatni tego dnia kurs, wraz ze zjazdem na zajezdnię. Akurat miałam linię, na której zjazd nie wymaga zmiany trasy - końcowy przystanek przed zajezdnią jest mniej więcej w połowie tejże trasy. Wszystkie tablice w tramwaju oczywiście zmienione, ładnie informują już od pętli, w którym miejscu kończy się kurs. System zapowiedzi głosowych również krzyczy od paru przystanków, że, uwaga, uwaga, zjazd do zajezdni, ostatni przystanek taki a taki.

Dojeżdżam do takiego a takiego przystanku, nagłośnienie krzyczy teraz "koniec trasy", a ja widzę w lusterku, że jeszcze jedna osoba jest w środku. Grzecznie wychylam się z kabiny i powtarzam za wagonem: "Koniec trasy". Pasażerka miała minę, jakby właśnie zobaczyła jakieś nadzwyczajne zjawisko, a aż tak piękna nie jestem. Zaczęła rozglądać się po tramwaju, i już wiedziałam, co nastąpi.
- Ale jak to, koniec trasy?
- To jest zjazd do zajezdni, proszę pani.
- To powinna być gdzieś jakaś informacja!
- I jest, w postaci tablic oraz systemu nagłośnienia.
- Ale ja muszę dostać się do X!
- Przykro mi, będzie musiała się pani przesiąść.
- Ale ja się spóźnię!
- Przykro mi z tego powodu.
- A co pani szkodzi podjechać kawałek?
- (szok, wytrzeszcz i niedowierzanie) Słucham?
- No tylko do X. Co pani szkodzi?
- Eee, nie mogę zrobić czegoś takiego. Tramwaj ma rozkład i muszę się go trzymać.
- Jakby pani chciała, to by pani mogła! Tak ciężko pomóc?
- Nie, nie mogłabym, bo mogę stracić pracę. To tramwaj, nie taksówka.
- Skargę na ciebie złożę, leniwa *@%#!
- Bardzo proszę.
- (zbita z tropu) To ja nie wysiadam! Nie wysiadę, póki nie weźmiesz się do pracy i nie zawieziesz mnie!
- Okej.
Zamknęłam drzwi, ku uciesze pani, i skręciłam na zajezdnię ku nie-uciesze pani.
Tam ochrona zajęła się nią i przekonała ją, że jednak wysiądzie.
Nie wiem, czy zdążyła do X, bo, jak to leniwa *@%#, pojechałam do domu po pracy.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (232)

#86996

(PW) ·
| Do ulubionych
Teraz to ja byłam piekielna.

Ruszając powoli z przystanku zauważam pana zmierzającego w stronę przejścia dla pieszych przez torowisko. Pan, oczywiście i niestety, wpatrzony w telefon i nie odrywa od niego wzroku.

Mogę zadzwonić, ostrzec, że nadjeżdżam i uzmysłowić panu, że zamierza wtargnąć na torowisko, ale w myślach machnęłam ręką i uznałam, że pana przepuszczę bez dzwonienia.
Jak postanowiłam, tak też robię: toczę się swoim tramwajem ok 5-6 km/h i czekam, aż pan skończy przechodzić.

I wtedy pan, będący już na środku przejścia, postanowił się rozejrzeć. I dostrzegł mnie, w odległości około 15 metrów od siebie. Widok ten tak bardzo pana przestraszył, że niemal dostrzegłam wykrzykniki w jego oczach. Telefon przestał mieć znaczenie, niemal został wypuszczony z ręki, a pan, robiąc nieokreśloną figurę gimnastyczną, trochę przypominającą ptaka, który uderzył w szybę, rzucił się do ucieczki.

Żaden pan (ani telefon) nie ucierpiał podczas tej historii. A jeśli ten Pan to czyta, to przepraszam i dziękuję, ta jaskółka w Pańskim wykonaniu naprawdę mnie rozbawiła! A w przyszłości proszę patrzeć w telefon w bezpieczniejszych miejscach.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (156)

#86990

(PW) ·
| Do ulubionych
Barany to zwierzęta stadne.

Jest sobie bardzo przyjemne skrzyżowanko, torowisko przecina dwupasmową jezdnię jednokierunkową. Sygnalizacja jest, i to nawet taka wzbudzeniowa - po najechaniu na pętlę wzbudzeniową tramwaj dostaje "zielone" po paru sekundach.

No to podjeżdżam sobie pod sygnalizator i oczekuję upragnionego sygnału. Obserwuję jednocześnie sygnalizator ogólny, czekając aż na nim zapali się czerwone. Jest, samochody dostały już czerwone, u mnie sygnał zmienia się na zezwalający na wjazd, no to jadę, prawda?

A no nie.

Jeszcze kilkanaście (!) aut przejeżdża na swoim od dawna wyświetlanym czerwonym. Jeden za drugim. Dopiero po dłuższym czasie jednemu z kierowców zaświtało historyczne myślenie, że w sumie to chyba mam czerwone, a ten tramwaj to nie dzwoni może bez powodu?

Na szczęście sygnalizacja nie z serii tych, co "pojawiam się na 8 sekund, znikam na 70", więc zdążyłam jeszcze przejechać, ale na kolejnym skrzyżowaniu już złapało mnie czerwone.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (129)
Jestem motorniczym.

Ścisłe centrum miasta. Skończyłam obsługę przystanku, czekam już tylko na swoje "zielone" światło w postaci pionowej kreski (sygnalizator ST). Na przejściu dla pieszych znajdującym się tuż za moim sygnalizatorem czerwone światło wyświetla się już od kilkunastu-kilkudziesięciu sekund.

Upragniony sygnał pojawia się na sygnalizatorze, zaczynam więc ruszać moim wozem.
I nagle hamuję gwałtownie i odruchowo dzwonię, gdyż rowerzyści w postaci tatusia z synkiem na jednym rowerze (berbeć najwyżej trzyletni w foteliku na bagażniku), córeczki w wieku na oko ośmiu lat i mamusi zamykającej peleton postanowili przejechać sobie właśnie teraz.

Tatuś jeszcze mnie serdecznie pozdrowił bardzo szczególnym palcem i słowami "Ty k*rwo!".

Tym samym palcem teraz pozdrawiam. Świetny przykład dla dzieciaków.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (136)

#86426

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem motorniczym.

Postanowiłam opisać niektóre piekielności związane z moją pracą, a może też wyjaśnić niektóre mity, które, o zgrozo, są dość powszechne.

1. Zacznę od najbardziej chyba oczywistego faktu: tramwaj porusza się po torach. Nie jest w stanie poruszać się poza nimi (no, w sumie jest w stanie, ale raczej nie za daleko :D). Z tego powodu logicznym jest, że jeśli ktoś zaparkował ch... kijowo (za blisko torów lub nawet na torach), to żadne światła awaryjne czy inne gesty nie pomogą mi w przejechaniu.

2. Poruszanie się po torach niesie za sobą jeszcze jedno, mianowicie: droga hamowania. Jest ona o wiele dłuższa niż ta samochodu. Niestety tramwaj nie jest w stanie zatrzymać się tak szybko, jak byśmy chcieli. Większość zachowuje respekt przed sunącymi po szynach trzydziestoma tonami, niestety, nie wszyscy. A czym to się kończy? Awaryjne hamowanie najczęściej niestety powoduje gwałtowne i bardzo bliskie zapoznanie się pasażerów z elementami wystroju wnętrza wagonu. Dla drugiego uczestnika ewentualnej kolizji konsekwencje bywają niestety dużo poważniejsze.

3. Przystanki na jezdni. Nikt ich nie lubi, a na pewno większość nie wie, jak powinna się przy nich zachować. Pozwolę sobie w tym momencie przypomnieć, że nie ma obowiązku zatrzymania się na początku "łamańca" wyznaczającego przystanek i czekania tam, aż tramwaj ruszy. Jeśli jedziesz z przeciwnego kierunku i omijasz tramwaj z jego lewej - również nie musisz zatrzymywać się i czekać (autentyczna sytuacja z tego tygodnia). Jest natomiast obowiązek zachowania szczególnej ostrożności - a tej raczej nie zachowa kierowca, którego nie będzie ograniczał jakiś tam kodeks i jakieś tam bezpieczeństwo i który zdecydowanie odmawia zwalniania przed takimi przystankami.

4. Kwestia pierwszeństwa. Naprawdę większość kierowców nie potrafi poprawnie jej ustalić! Blokowanie tramwaju na skrzyżowaniu, wymuszanie - są na porządku dziennym. Skrajności w drugą stronę oczywiście również są - nagłe zatrzymywanie się z piskiem opon na widok tramwaju również jest częste.

5. Pasażerowie.
Na ten temat można napisać książkę, ale ograniczę się do najważniejszych punktów. Tłoczenie się przy jednych drzwiach do wejścia (jakby inne były płatne), śmiecenie, dewastacje, pytanie motorniczego w trakcie jazdy o rozkład, zwlekanie przy wchodzeniu, bo telefon ważniejszy... Dużo tego, jak mówiłam. Moim osobistym "faworytem" jest jednak zachowanie przy wchodzeniu/wychodzeniu w kontekście własnego bezpieczeństwa. Wybieganie zza wagonu, przebieganie na czerwonym świetle, między samochodami na trzypasmówce, skakanie przez barierki - jakby spieszyli się do ostatniego tramwaju w tym tygodniu. A następny za dwie minuty. ;)

Mimo wszystko naprawdę uwielbiam tę pracę. Na pewno nie należy do najłatwiejszych, ale daje sporo satysfakcji.
I nie płaczcie, kiedy odjadę. :)

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (117)