Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KittyBio

Zamieszcza historie od: 5 marca 2018 - 12:52
Ostatnio: 17 listopada 2018 - 23:32
  • Historii na głównej: 4 z 5
  • Punktów za historie: 470
  • Komentarzy: 59
  • Punktów za komentarze: 107
 
poczekalnia

#83560

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja kochana firma zasponsorowała mi studia zaoczne w związku z tym, że pani K. za 2,5roku idzie na emeryturę, a jej zaszczytny i o wiele bardziej płatny etat przypadnie mi, o ile ukończę ową "uczelnie".
Piekielnosci:
- wf na studiach zaocznych - na swojej alma mater też miałam, przy czym do wyboru było ponad 20 różnych dyscyplin, a wf był na zal (wystarczało być i coś robić - można było iść na basen, w następnym tyg iść na zumbę, a innym razem na badmitona). Tutaj jest do wyboru siłownia w niedzielę o 14 albo...siłownia na 9 rano w sobotę. Oczywiście na ocenę. Zajęcia prowadzi jakiś niespełniony "osiłek", który jeśli nie przejedziesz 10 km w 20 min na rowerze nazywa Cię "leniwą kluchą" (WTF?!)<to nie było o mnie, bo pewnie napisałabym życzliwą skargę do kierownika>
- dziekanat -> jest połowa listopada - do dziś nie mogę uzyskać kart przedmiotów ani planu studiów. Uprzejme panie nigdy nic nie wiedzą. Nie wspomnę już gburowatym podejściu (Pani siądzie!Pani podpisze! Pani czytać nie umie?! Nie ma to nie ma, jak będzię to będzie!).
- pseudowykładowcy - czemu pseudo? Ano bo większość jest mgr zatrudnionymi chyba przez znajomości, bo wiedzy za specjalnie nie mają (matematyk który sam nie ogarnia macierzy, prawnik który nie odróżnia podstawowych terminów i używa ich naprzemiennie -> mam dr z biologii, a to co teraz omawiamy już miałam, ale przepisać nie mogą bo inny wymiar godzin i ECTSy). Nie wiem czy tak się zestarzałam, ale mówienie "dzieciaczki niech łaskawie zanotują" "kwiatuszki popatrzą" nie wydaje mi się zbytnio na miejscu (może w podstawówce, chociaż do nas tak się nie zwracali).Poza tym są też tacy, którzy o swojej nieobecności nie raczą poinformować (u mnie większość miała ten szacunek i albo dzwoniła do starosty albo była kartka w drzwiach albo wiadomość na usosie), a obsługa komputera i rzutnika to dla nich magia. Nie wspominam już o jakości prezenetacji tych, którzy tą tajemną sztukę posiadli (slajdy nabite tekstem pełnym błędów ortograficznych, czytanie tekstu słowo w słowo ze slajdów).
Ja wciąż nie mogę się otrząsnąć z tego, jakim prawem taki cyrk funkcjonuje i ma się całkiem dobrze. Gdzie do jasnej ciasnej są jakieś PKA albo inne komisje oceniające prace uczelni (uczelnia państwowa)?

studia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (74)

#83209

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok szkolny zaczął się miesiąc temu, a o piekielności szkoły można napisać esej. Mój dużo młodszy kuzyn właśnie zaczął 2. klasę technikum i…

Zacznijmy od składek. W sumie już 300 zł, więc można by rzec niedużo, gdyby nie wydane 1200 zł na podręczniki, zeszyty i inne dziwne sprzęty do przedmiotów zawodowych, których szkoła nie ma. Składki na papier dla nauczycieli - dla każdego po 3 zł (75 zł z całej klasy - 7 ryz papieru, z czego każdy dostanie może z 20 kartek w sprawdzianach i kartkówkach - może nauczyciele są w mafii papierowej?). Rada rodziców - 70 zł - pieniądze, o których nikt nic nie wie. Zrzutka na pomnik przed szkołą - 20 zł (wychowawczyni powiedziała, że nauczyciele płacą 40 zł). Na przybory na warsztaty, mydełka i ręczniki… Innymi słowy, gdzie są pieniądze, które idą na szkołę z naszych podatków? <nauczyciela też prywatnie trzeba zatrudniać, bo z tymi ze szkoły trudno zdać maturę>

Lekcje. Zacznijmy od kontrowersji, a więc WDŻ i podstawy przedsiębiorczości, które prowadzi... ksiądz. Nic w tym dziwnego, bo i oni zdarzają się wykształceni, ale niestety on do nich nie należy. Młodzież gra na telefonach albo odrabia lekcje na później.

Zajęcia zawodowe - podobno byłyby fajne, gdyby coś na nich było. Szkoły nie stać na komputery ani sprzęt, jakim obecnie dysponują fabryki czy warsztaty. Tak więc jest teoria, ale nic poza tym.

Oprócz tego brak jest od początku nauczyciela do 1 przedmiotu, więc w tym miejscu jest religia, WDŻ, od święta była 1 raz fizyka i 2 razy matematyka.

WF - pół klasy kicha, ale wyjdźmy na dwór pobiegać, a potem pograć w piłkę (czyli postójmy w krótkich spodenkach i t-shirtach, bo sala jest 1, a klasy na wf 3). Nauczyciel siedzi w kurtce na ławce.

Dlaczego uczniowie bywają chorzy (a raczej przychodzą do szkoły chorzy). Pacjent 0 przychodzi, bo tak trzeba - bo nauczyciel podważa nawet zwolnienia lekarskie. Pacjent 0 zaraża koleżków z ławki, a ci potem niosą do domu, gdzie zarażają domowników (czasami starszych, czasem niemowlaki, co może być dla nich niebezpieczne).

Pismo do kuratorium - nie, nikt nie podpisze, bo ich dziecko będzie miało "przegwizdane".

szkoła

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (148)

#82999

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie jestem pewna, czy historia iście piekielna, ale z pewnością "ku przestrodze”.

Dostałam 4 dni wolnego, więc postanowiłam odwiedzić siostrę. Umówiłyśmy się w stolicy, bo ta dostała "okazjonalne" zadanie w postaci przetransportowania 1 konia (koń przyjaciółki) z warszawskiego Służewca pod Kraków.

Koń ogółem za jazdą nie przepada, ale jest spokojny, dopóki się jedzie (zajęty jest trzymaniem równowagi, a nie rozrabianiem).

Trasa się dłużyła, bo tam jakaś stłuczka, to znów roboty, tam korek na światłach, generalnie więcej stania niż jechania, więc koń się zaczął trochę nudzić. Zdecydowałyśmy, że za Kielcami zjedziemy gdzieś w ustronne miejsce, coby zobaczyć, co z koniem, a jeśli będzie trzeba, to będzie można go wyprowadzić i dać mu "rozprostować kopyta".

GPS pokazał, że za 15 km będzie jakiś las i zajazd. Chwilę tam postałyśmy, za namową właścicieli (sami mieli konie i ogólnie bardzo mili ludzie) przelonżowałyśmy konia, zjadłyśmy i jedziemy (było już jakoś po 21).

Droga wąska, las, koń w przyczepie - ze 35 km/h jechałyśmy, a może i tego nie. Za nami wlókł się drugi samochód. Trudno napisać, że nagle zobaczyłyśmy panią z dzieckiem, idącą środkiem drogi, bo widziałyśmy ją ok. 5-7 m wcześniej. Ubrana na ciemno, dzieciak też jakaś ciemniejsza bluzka.

Droga wąska, więc nie ma jak ominąć, ale pani nawet zeszła z dzieckiem na pobocze.

Tylko dziecku szyszka uciekła i wleciał nam dosłownie pod koła. Przy zawrotnej prędkości 20 km/h (zwolniłyśmy, jak ich zobaczyłyśmy) dzieciaka nawet samochód nie dotknął, bo nawet z masą 600 kg w przyczepie wyhamowałyśmy. Samochód za nami juz nie.

Pani drze ryja, bo żeśmy jej Antosia prawie rozjechały. Z samochodu wyszła para i ma pretensje, że w nas wjechała (bo nie zachowała odstępu). Koń też przerażony (no dobra, żadnego kwiku nie było, więc aż tak tragicznie nie było).

Ok, nie ma sprawy - zadzwonimy po policję. Ale na hasło policja, matka wzięła za rękę dziecko i znikła w lesie, a młoda para na siłę chciała wcisnąć 100 zł (oni mieli kilka rys na masce). Generalnie też się zaraz zmyli, marudząc coś pod nosem.

Konia uspokoiłyśmy (na całe szczęście nic mu nie było), ale w sumie dojechałyśmy na 2 w nocy. Gdyby nie koń, to mógłby być tylko zły sen, a tak tyle stresu.

I teraz apel:

1) Idąc/jadąc rowerem wieczorem/nocą, miejcie odblaski (ja za swoje rowerowe zapłaciłam aż 15 zł - to niedużo, a może uratować Wam życie). Z pewnością nie ubierajcie się na ciemno w takich miejscach. Jesteście zwyczajnie niewidoczni (gdybyśmy nie jechały z koniem, jechałybyśmy trochę szybciej, chociaż i tak boimy się wyskakujących saren, inni mogliby tam jechać znacznie szybciej - tragedia gotowa).

2) Jeżeli jedziecie za kimś, kto się wlecze, a i tak nie da się go wyprzedzić, zachowajcie trochę odstępu. To, że będziecie jechać na "tyłku", nie znaczy, że w magiczny sposób go wyprzedzicie.

3) Jeżeli widzicie, że ktoś ma konia w przyczepie i wlecze się - nie trąbcie jak jakieś bezmózgi, bo Was widać (słabo Was widać, jak się jedzie z 50 cm za przyczepą, ale jednak widać). Zapewniam Was, że nikt nie robi Wam na złość i gdyby się dało, jechałybyśmy szybciej/zjechałybyśmy Wam z drogi. Koń to płochliwe zwierzę (na szczęście ten w przyczepie był przyzwyczajony do hałasu). Gdyby to był "zwykły" koń, mógłby być słabiej uwiązany albo bardziej płochliwy i może stać się coś gorszego niż parę rys na masce.

wypadki drogowe

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (120)

#82737

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępu - mój dziadek mieszka sam w mieszkaniu w bloku z "wielkiej płyty" i ta historia będzie tyczyć się jego sąsiadów.

Nie tak dawno nadszedł czas na wieczne odejście sąsiadki z piętra niżej i po mało hucznym pogrzebie w owym mieszkaniu zamieszkała całkiem nowa "wesoła" rodzinka. Wesoła rodzinka to pies (od miesiąca), 2 chłopców i rodzice.

Dziadek jest lekko głuchy, jak większa część sąsiadów (średnia wieku klatki pewnie wyszłaby koło 65 r.ż. albo wyżej), więc wysłuchanie Barw szczęścia w łazience nie stanowi problemu. Niczym niesłychanym jest też bicie mięsa na niedzielne schabowe. To tyle uciążliwego sąsiedztwa. Są jeszcze 2 wady.

Większość klatki (poza 1 mieszkaniem na parterze, gdzie jest 1 dziecko z samotną matką i babcią oraz pracującą parą na 4) to oszczędni emeryci, więc klatkę trzeba sprzątać samemu. Część opłaca sprzątacza, cześć robi to sama, ale klatka ogólnie błyszczy. Może inaczej - błyszczała.

Otóż nowi klatki nie sprzątali i popełniali klatkowe przestępstwo w postaci wystawiania worka na klatkę, a że mieszkali na piętrze 2, sporo ludzi miało im to za złe. Mało tego - na klatce pojawiały się papierki, podobno nawet nagryzione kanapki (a większość to ludzie starsi, co czczą chleb jak świętość). Co więcej, psu zdarza się nasikać na "perski" dywan sąsiadów z naprzeciwka (z 2 piętra).

Nowi mają także "dzikie" dzieci w wieku ok. 5 i 13 lat. Dzikie, bo bicie schabowego to przy nich pikuś. Obecnie dzieci, o ile są w domu, hałasują, zakłócając mir 2 piętra wyżej i 2 piętra niżej, czyli w całej klatce. Dodajmy do tego psa, który jak ich nie ma (a zdarza się to podobno co 2. dzień), to wyje.

Tak więc zaczęło się od grzecznych upomnień i rozmów, ale nic to nie dało. Przyniosło odwrotny skutek. Nowi dzwonią na policję po 22 - bo sąsiadka obok ogląda Ojca Mateusza i dzieciak nie może im spać, a do dziadka co parę dni przychodzi ktoś ze spółdzielni, bo rzekomo ich zalewa. Sąsiadów z góry oskarżyli o zbyt głośne bicie kotletów i wywieszanie prania za balkon (tak, wiem, że to nielegalne, ale nikomu to nie przeszkadzało).

Dziś wraz z moim partnerem byłam na konspiracyjnej radzie klatki (opiekuję się dziadkiem, więc bywam u niego co sobotę i poszliśmy z nim z ciekawości). Pomogliśmy zwinąć dywan, pozbieraliśmy obrazy (tak - wisiały obrazy na klatce).

Od jutra nowi obudzą się w nowej rzeczywistości. No bo kto zabroni starszemu człowiekowi oglądać Barwy szczęścia albo słuchać opery za dnia na maxa w TV? I tak każdy dostał zadania - dziadek ma za zadanie głośniej stukać laską jak chodzi. :)

Cóż każdy jest trochę piekielny w sobie, ale po "moich" emerytach nigdy się nie spodziewałam, jakie mają pomysły.

P.S. Skarga do administracji również została napisana.
P.S. 2 - Sąsiadka z dzieckiem z 1 wyjeżdża na wakacje, a sąsiadów pracujących nie ma, bo pracują.
P.S. 3 - Byliśmy w zasadzie tylko obserwatorami (cóż, większość nie chciała zastosować się do "tylko" napisania skargi, bo to nic nie da, bo spółdzielnia chce ich się pozbyć, bo są starzy...) .

sąsiedzi

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (137)

#82312

(PW) ·
| Do ulubionych
O lekarzach było już sporo (i dopiszę na końcu historię o nich), ale o weterynarzach raczej jest mało, chociaż bywają bardziej piekielni.

Zdarzyło mi się przyjechać do dziadka, który ma psa. No i jakoś tak wyszło, że od tygodnia pies pije za dużo i chodzi za często na "siku", więc na następny dzień (sobota) wybrałam się do "znanej i renomowanej" lecznicy (tak wynikało z opinii internetów). Wygoliłam psu łapę (długowłosy), no i tłumaczę co i jak - zły ze mnie opiekun, bo chcę badania krwi, które wiele pomaga w diagnostyce, a pani niezbyt chętna (zaraz powiem czemu).

Pies się trzęsie jak galareta, pani w żyłę trafić nie może. U psów pobranie krwi wygląda nieco inaczej - wbija się igłę i tą igłą krew "skapuje" do probówki. Pani igłę w końcu wbiła, ale ja sobie tak stałam trzymając psa i fiolkę z krwią. No ale to początek - "bo widzi pani, nie ma naszej laborantki, może pani zaczekać do poniedziałku".

Żeby to była jakaś filozofia, ale myślę że dzieci znające trochę angielski dałyby radę. W międzyczasie wspomniałam, że jestem biologiem medycznym i pracuję w labie. Otóż krew wkłada się do "komputera" ustawia się parametry zwierzęcia - gatunek, masa, wiek itp. Po 5 min wyskakuje paragon z wynikami. Wyniki wyszły praktycznie w normie. Pani chyba nie bardzo doświadczona strzela jak z karabinu, wymieniając choroby i dosyć drogie badania (tomografia na początek). Proponuję najczęstsze i najbardziej prawdopodobne - cukrzyca - nie będę tłumaczyć biologii, ale jak pies się trzęsie jak galareta, to glukoza nijak mu nie wyjdzie prawidłowa, więc zaproponowałam, że sama zbadam "w domu", bo to też dosyć proste (może ktoś ma cukrzyka w domu to wie, ze obsługa glukometru nie jest trudna).

Cukrzyca - nie, to na pewno nie. Może Cushing?! W sumie może być. Pani chce już przepisywać leki na Cushinga, jakieś przeciwbólowe, na ładniejszą sierść (wtf?), no i "cudowna" karma. Niestety nie skorzystałam z promocji. Zapłaciłam 300 zł za badania krwi i 2 ampułki z lekiem przeciwbólowym (uznałam warte sprawdzenia, chociaż dziwne, że mi pani dała do wstrzyknięcia w domu). Dziadek zapłaciłby pewnie koło 600 zł (na pewno skorzystałby ze wszystkich polecanych specyfików).

Wieczorem coś mnie tchnęło, by zadzwonić do kolegi z pracy (specjalizuje się w gryzoniach, ale co tam). Zaczął od najprostszej rzeczy - wywiadu. Okazało się, że dziadek przez przypadek kupił inną karmę. Zastanawiam się ile pani zarabia na nieświadomości klientów.

Historia o człowieczej służbie zdrowia.
Ostatnio byłam u lekarza od spraw kobiecych. Hitem okazała się "cytologia" przez USG (prywatnie). Zapytana dr czy komórki są w porządku, odpowiedziała bez namysłu że tak. Mam już innego lekarza :) Tyle w temacie kompetencji służby zdrowia i nabijania klientów "w butelkę".

słuzba_zdrowia weterynarz lekarz

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (191)

1