Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nikodem

Zamieszcza historie od: 30 marca 2016 - 15:55
Ostatnio: 1 marca 2020 - 12:20
  • Historii na głównej: 17 z 25
  • Punktów za historie: 4187
  • Komentarzy: 68
  • Punktów za komentarze: 284
 
zarchiwizowany

#76015

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakimi cwaniakami potrafią być ludzie.

W skrócie: jestem studentem i jak większość studentów wynajmuję mieszkanie. Tak się złożyło, że blok, w którym mieszkam należy do bardzo fajnej spółdzielni: zapewnia regularne przeglądy, remonty etc. Co jest ważne - spółdzielnia o wszystkim informuje wywieszając wielkie ogłoszenia na drzwiach od klatek, nie sposób ich przegapić, ponadto mieszkaniec nie ponosi żadnych własnych kosztów tychże działań, wszystko jest zawarte w czynszu.

Akcja właściwa.
Słyszę dzwonek do drzwi, otwieram. Równocześnie drzwi otworzyła sąsiadka z naprzeciwka. Od razu zostaliśmy zaatakowani przez faceta, który jak karabin maszynowy wypalił:
- Dezynsekcjarobięzapisynajutro9-10albo18-19naktórązapisać?
Tak, naprawdę brzmiało to jak jedno słowo. Pierwsza odpowiedziała sąsiadka, ja czekałem na swoją kolej. Całego dialogu nie ma sensu przytaczać, najważniejsze było tylko to zdanie:
- Płatne 40 zł, dziś jutro, kiedy pani płaci?
W tym momencie w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Po pierwsze, nie widziałem ogłoszenia o żadnej akcji dezynsekcji, po drugie, gdyby nawet taka była, to byłaby darmowa, a po trzecie - od samego początku mojego wynajmu (czyli ponad rok) robaka w mieszkaniu nie widziałem. A facet wparował tak, jakby to była obowiązkowa akcja. Więc się zapytałem:
- Czy ta dezynsekcja jest obowiązkowa?
Facet z wyraźnie skwaszoną miną odpowiedział:
- No ja pana do niczego nie zmuszę - wtedy z jednego z sąsiednich mieszkań wyszła kolejna sąsiadka i do niej rzucił: - Dezynsekcję robię, jest pani zainteresowana?
Ach, więc teraz już tylko jest dla zainteresowanych.
- Wie pan co, ja podziękuję - i zamknąłem drzwi.

40 zł nie pieniądze, ale po pierwsze chwilowo muszę liczyć każdy grosz, a po drugie nie znoszę takiego cwaniactwa.

mrówkowiec

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (33)

#75882

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kilku miesięcy.

Pewna dziewczyna miała problem zdrowotny, nieważne jaki, dość, że do jego zwalczenia potrzebna była przede wszystkim silna wola, ale mogło się okazać, że w grę wchodzą jeszcze zaburzenia hormonalne. Dziewczyna przez lata była zachęcana przez ciotkę-lekarkę do przyjazdu do stolicy województwa na wykonanie kompletu badań, dzięki którym można by było ustalić przyczynę zaburzeń i dobrać terapię. Dziewczyna była też do tego zachęcana przez matkę (która, co ważne dla historii, jest pielęgniarką). Trwało to tak długo, ponieważ na przemian uważała, że problem nie istnieje, albo że sama sobie z nim poradzi. W końcu jednak poszła po rozum do głowy i pojechała w odwiedziny do ciotki.
Tam zrobili jej komplet badań, dobrali leki, wszystko poszło dobrze.

Gdzie piekielność? Po powrocie do domu, matka przejrzała receptę na leki i stwierdziła, że tego i tamtego leku dziewczyna brać nie będzie i już. Ponieważ "mama wie najlepiej", dziewczyna się z nią zgodziła i leków nie wykupiła. Ciotka wściekła (w końcu latami prosiła, zachęcała tylko po to, by usłyszeć że jej wysiłek poszedł na marne), a problem zdrowotny jak był tak pozostał.

rodzina

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (202)
zarchiwizowany

#75888

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o kurierze, który popisał się piekielnością do kwadratu.

Słowem wstępu: studiuję na wydziale zajmującym się chemią. Chemicy jak to chemicy od czasu do czasu potrzebują różnych odczynników, rozpuszczalników i najczęściej zamawiają je z przesyłką kurierską. Tak było i tym razem.

Problem polegał na tym, że kurier podjechał pod wydział grubo po zaznaczonych godzinach dostawy, ale też po godzinach pracy kogokolwiek i pocałował klamkę. Zwyczajnie więc pojechał do magazynu i zapomniał o problemie. Towar dostarczył dopiero następnego dnia.

Na pozór piekielności brak, ale jest i to duża. Odczynniki chemiczne mają to do siebie, że nieraz wymagają specjalnych warunków przechowywania: braku dostępu światła, braku wilgoci, niskiej temperatury inaczej zwyczajnie się rozkładają i nie nadają się już do niczego. Gdyby było tego mało - są też pieruńsko drogie, dość powiedzieć, że za 5 g jednego z używanych przeze mnie związków trzeba dać 500 zł. A jeśli weźmie się pod uwagę, że zamówień na podobne a nawet droższe odczynniki jest niemało, to koszty rosną niebotycznie. Ze względu na wrażliwość, paczki są oznaczone tak, by nikt nie miał wątpliwości z jak wrażliwym towarem ma do czynienia. Kurier tymczasem jeździł cały dzień z nim po mieście, a na końcu zostawił w magazynie w Bóg jeden wie jakich warunkach. Następnie przywiózł jakby nic się nie stało. Czy się nie stało - nie wiem, natomiast oburzenie pracowników było aż nadto widoczne.

kurierzy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (119)

#75791

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów szkolnych, o piekielnej nauczycielce.

Gwoli wyjaśnienia: mam troje młodszego rodzeństwa. Każde z nas w czasach podstawówki dobrze się uczyło: były stypendia naukowe, konkursy (nigdy jakieś wygrane, ale zawsze wysokie miejsca). W domu nigdy nie było biedy. Historia dotyczy brata.

Tak się złożyło, że po przeprowadzce i moim przejściu do gimnazjum, jeden z braci byłby ostatnim dzieckiem chodzącym do dość odległej od nowego domu podstawówki, dlatego gdy skończył 3 klasę, został przeniesiony do innej, bliższej domu. Tam jego wychowawczynią została piekielna matematyczka.

Historii z nią związanych było naprawdę wiele, szczególnie w pamięci wyryły mi się dwie.

Pewnego razu brat pochwalił się przy niej, że dostałem stypendium naukowe (głupotka, jednorazowo kilkadziesiąt złotych za średnią, ale dziecko to cieszy). Jej odpowiedź:
- Nieprawda. Nie dostał stypendium naukowego, tylko socjalne, bo was jest dużo i jesteście biedną rodziną.

Brat załamany. Piekielnica zmieniła zdanie o naszym statusie materialnym dopiero gdy zobaczyła, że nasza mama chodzi do tego samego fryzjera co ona.

Brat w 4 klasie chciał wziąć udział w Kangurze matematycznym (dla niezaznajomionych: Kangur jest międzynarodowym konkursem dla dzieciaków z różnych przedziałów wiekowych. Wystarczyło wpłacić drobne wpisowe). W 3 klasie miał bardzo dobry wynik, więc istniała szansa, że tym razem napisze jeszcze lepiej (klasy 3 i 4 miały te same zadania). Odpowiedź piekielnicy:
- Nie pozwolę ci iść na Kangura, bo w nim mogą brać udział tylko zdolni uczniowie, a ty do nich się nie zaliczasz.

Efekt tego "wychowawstwa"? Brat totalnie zniechęcił się do szkoły i już nigdy nie zależało mu na tym, by w jakikolwiek sposób się wybić.

piekielna nauczycielka.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (260)

#74349

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o wychowywaniu kolejnego pokolenia piekielnych.

Jakiś czas temu w markecie spotkałem, a raczej usłyszałem matkę z dziećmi. Ponieważ była w sąsiedniej alejce, nie mogłem widzieć co robiły jej dzieci (wnioskując po dźwiękach były raczej grzeczne), natomiast ją słyszałem dobrze. Bardzo dobrze.

- NO WRACAJ TUTAJ, ROZUMIESZ?! WSZYSTKO POZRZUCASZ, WSZYSTKO I BĘDĘ MUSIAŁA PŁACIĆ! NO NIE RUSZAJ NICZEGO, WSZYSTKO POZRZUCASZ!!!

I tak w koło Macieju, darła się jakby położył ją kto na rozżarzone węgle. Żadnego tupotu małych stópek nie słyszałem, podobnie jak dziecięcego harcowania, może po prostu wściekła matka je zagłuszała?

Tak się złożyło, że stanąłem w kolejce do kasy tuż za nią i miałem okazję się przyjrzeć tym "diabłom wcielonym". Chłopiec, na oko trzyletni, stał cicho przy wózku, a pięcioletnia dziewczynka obok jadła bagietkę. Gdy przyszła kolej kobiety, zaczęła drzeć się do córki (poważnie, od razu w krzyk, nawet nie próbowała zacząć spokojnie):

- NATYCHMIAST DAJ MI TĘ BAGIETKĘ, JAK MUSZĘ ZA NIĄ ZAPŁACIĆ! DAJ MI JĄ, JUŻ!!!

Wtedy córka pokazała, że jabłko niedaleko pada od jabłoni i pilnie uczy się od matki. Wykrzywiła się i wywarczała-wysyczała (naprawdę nie wiem, jak lepiej określić ten dźwięk):

- JEEEEEEEEEEM!!!

I dała dyla ze sklepu. Oczywiście bagietka wcale nie była potrzebna, by kasjerka ją nabiła, więc kobieta szybko zapłaciła za zakupy i pobiegła za córką.
Pewnie była z niej dumna jak paw.

market

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (217)

#74236

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie tak dawno napisałem historię o kotach, które stały się przyczyną konfliktu z dziadkami (http://piekielni.pl/73830), teraz, najwyraźniej, nastąpiła kulminacja.

Dzisiaj rano rodzice zostali wezwani przed oblicze dziadków i oto co usłyszeli:
- mój ojciec (a ich syn) nigdy nie powinien się urodzić
- działka nie jest nasza, nie jesteśmy u siebie i powinniśmy się wynosić (prawda jest taka, że część działki, na której stoi dom, jest nasza, natomiast pozostała część została oddana nam w wieczyste użytkowanie)
- nasz dom powinien zostać zburzony
- mój brat został nazwany gównem.

Rodzeństwo, choć już dorosłe, zwyczajnie się popłakało, a rodzice z wrażenia wsiedli w samochód i pojechali gdzieś żeby ochłonąć.
Przypominam, że cała ta wojna wynikła z powodu trzech małych kociaków, które być może w trakcie swoich harców wskoczyły w dziadkowe ziemniaki i zostały na tym przyłapane, a być może i nie, tylko dziadkom coś się uroiło w głowach, bo musieli sobie jakoś wytłumaczyć to, że ziemniaki im zwiędły (prawda jest taka, że najprawdopodobniej była to najzwyklejsza zaraza ziemniaczana).

Zdaję sobie sprawę, że są to już starzy ludzie i od starości zwyczajnie w głowach im się poprzewracało, niemniej takie słowa bolą. Cholernie bolą.

wojna z dziadkami

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (319)
zarchiwizowany

#73830

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O (kociej) kości niezgody. Będzie długo.

Dwa lata temu przypałętała się do nas kotka. Czarna jak smoła piekielna ze ślepiami żółtymi jak jad żmii. No i kochana, bardzo kochana. Nasze wzajemne relacje od początku zawierały w sobie pewną rezerwę, kotka jest właściwie półdzika - chodzi gdzie chce, a w domu nigdy nie była, bo po prostu sama wejść nie chciała. Nie to nie, nie zmuszamy (podejrzewamy, że ktoś kiedyś ją skrzywdził i stąd ta nieufność). Tata zbił jej ze sklejki budę, żeby miała gdzie się schować i tyle jej wystarczyło. Ponieważ to kotka, szybko też pojawili się "amanci". Ale minęła jedna ruja, potem druga, a kocięta żadne się nie pojawiały. Uznaliśmy po prostu, że kotka jest bezpłodna. A w tym roku niespodzianka - kocięta. Dla nas problem żaden, wręcz przeciwnie, zakochaliśmy się w tych trzech maleństwach i nieba im przychylamy. One też stały się przyczyną piekielności.

Przez płot sąsiadujemy z dziadkami ze strony taty. Nasza działka została właściwie wykrojona z ich dawnej działki i na niej wybudowaliśmy dom. Oczywiście wszystko prawnie zostało uregulowane, a dziadkowie spłaceni.
Ich stosunek do kotów od samego początku był, można powiedzieć, stosunkiem Schrödingera. W jednej chwili wołali kotkę, żeby dać jej jeść, a chwilę później wyganiali miotłą. Biedne zwierzę nie wiedziało jak się zachowywać. Już od dłuższego czasu powtarzamy im, że jak nie chcą, żeby kot im łaził po ich części, to niech go nie karmią. Ale oni dalej swoje.

To rozdwojenie nasiliło się jeszcze po tym, jak kotka się okociła. Póki kocięta były jeszcze niezdarne i strachliwe, to dziadkowie się nad nimi rozpływali, jaki to ten a tamten ładny i oczywiście je dokarmiali. Ale kocięta podrosły, zrobiły się mobilniejsze i bardziej ciekawskie. I to było przyczyną wojny.
Dziadkowie mają mikroskopijny ogródek, na którego punkcie są przewrażliwieni do granic (to właściwie temat na osobną historię). Uprawiają tam kilka ziemniaków, trochę szczypiorku i trochę kwiatków.
Wczoraj nastąpiło przesilenie. Gdy mama wyszła na podwórko i się przywitała naskoczyli na nią z pretensjami:
- Kociaki łażą im po podwórku! (Jakby nie karmili to by może nie łaziły, poza tym, to koty i co my możemy z tym zrobić?)

- Kociaki zniszczyły im ziemniaki. (Pomijam już fakt, że przez upały rośliny trochę przyklapły i zdecydowanie nie są połamane. Przede wszystkim, kociaki nadal są lekkie jak piórko i nie byłyby w stanie niczego zniszczyć. My też mamy na swojej części kwiatki mniejsze i większe i jakoś nic im nie jest, a to u nas przede wszystkim koty się bawią).

- To wszystko wina mamy, mama od zawsze niszczyła rodzinę. (Jak powszechnie wiadomo czarownica ma kota, a co dopiero, gdy taka ma ich cztery. To oczywiste, że mama jako najgorsza z synowych, zło wcielone, napuściła kociaki na dziadkowy ogródek, by zniszczyć cenne uprawy. Zresztą to, jak mama niby niszczy rodzinę od 25 lat nadaje się na osobną historię).

Żadne logiczne argumenty do nich nie trafiały. W związku z powyższym dziadkowie postawili istny mur berliński, aby maksymalnie odgrodzić się od złowrogich, niszczących uprawy kociąt. Nie muszę wspominać, że koty, jako jedne z bardziej wszędobylskich i zwinnych zwierząt nic sobie z takiej przeszkody nie robią i jeśli zechcą to wlezą.
Obawiam się, że to jeszcze nie koniec tego cyrku i musimy pilnować, żeby dziadkowie perfidnie kotów nie wywieźli albo nie otruli. No i teraz już nie ma wyjścia, jak tylko oddać kocicę do sterylizacji.

z rodziną najlepiej na zdjęciu

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (158)
zarchiwizowany

#73654

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Postanowiłem dać upust frustracji, która narastała we mnie cały semestr. Temat: piekielny przedmiot.

Pierwsza piekielność z nim związana miała miejsce, zanim w ogóle się zaczął. Widzicie, jest to bardzo zaawansowany przedmiot inżynieryjny, który był poprzedzony przez kilka podstawowych przedmiotów. Moim zdaniem, integralną częścią tego wycinka studiów powinny być zajęcia laboratoryjne. Jasne, wszelkie modele matematyczno-fizyczne i obliczenia są równie istotne, ale moim zdaniem, bez praktyki są nic nie warte. To trochę tak jakby programistę uczyć programowania wyłącznie poprzez pisanie kodu na kartce, bez jakiegokolwiek kontaktu z komputerem. Czysty absurd, musicie przyznać. Myśmy żadnych zajęć laboratoryjnych nie mieli, ani nie mieliśmy mieć. Pięknie.

Druga piekielność kryła się już w samej formule przedmiotu: ponieważ jest to przedmiot inżynieryjny, to kluczem do jego zrozumienia jest rozwiązywanie zadań, więc logicznym powinno być dołączenie do wykładu ćwiczeń audytoryjnych, albo chociaż projektowych. Nic z tego, sam wykład.

Dalej nastąpił zwyczajny wysyp piekielności. Prezentacje z wykładów stanowiły ściany wzorów matematycznych, bez jakichkolwiek objaśnień, czy założeń. Czego brakowało na slajdach, wykładowca dopisywał na tablicy, bez jakichkolwiek tłumaczeń. Wykładowca zresztą też posiadał niebywały talent do nieumiejętności przekazywania jakiejkolwiek wiedzy. Gdyby mówił po chińsku, rozumiałbym tyle samo. Zadań zresztą też prawie nie robił, a jeśli już, były to rzeczy kosmiczne przy których przeskakiwał po kilka kroków naraz tak, że samemu nie dało się tego odtworzyć.

"Na szczęście" przedmiotowi towarzyszył skrypt typu zadania z rozwiązaniami. Cudzysłów jest tutaj bardzo na miejscu. Ponieważ bardzo zależało mi na tym, by to piekielne diabelstwo zdać, stwierdziłem, że spróbuję uczyć się ze skryptu. Płonne me nadzieje. Nie udało mi się przebić przez żadne z początkowych zadań, ponieważ owe rozwiązania polegały na pokazaniu wzoru, od którego należy zacząć i od razu podaniu rozwiązania w formie wykresu. Brakowało tez porządnych wstępów teoretycznych ze wszystkimi niezbędnymi do obliczeń formułami. Te nieraz wyskakiwały jak króliki z kapelusza, bez jakichkolwiek wyjaśnień.

W akcie desperacji udałem się do wykładowcy, by wyjaśnił jak to zrobić. To, co usłyszałem, zwaliło mnie z nóg. Nie dziwota, że nie potrafiłem sobie poradzić z początkowymi zadaniami, ponieważ zadania w stosunku do nich podstawowe z rozwiązaniami bliższymi modelu "krok po kroku" były... w środku skryptu! Niestety i tamte, choć teoretycznie prostsze i lepiej wytłumaczone, były problemami pokroju pytań o sens istnienia, gdzie choć wiedziałem, jak coś policzyć, tak w trakcie obliczenia ekstremalnie się paskudziły, że bez pomocy komputera ani rusz nie mówiąc o tym, by wyrobić się z tym na egzaminie.

W końcu udało mi się dotrzeć do samych zadań (i rozwiązań) egzaminacyjnych. I tu już zaświeciła się pewna iskierka nadziei, ponieważ okazały się być one dalece prostsze niż wszystko to, co pokazane nam było na wykładzie, czy zaprezentowane w skrypcie. Tak przynajmniej wynikało z pokazanych obliczeń. Niestety, żeby rozwiązać nawet tak proste zadania, należy wykazywać chociaż minimalne zrozumienie przedmiotu, a tego nie było. Nietrudno się domyślić, że podejście całego roku, nie polegało na zrozumieniu przedmiotu, a na wykuciu na blachę schematów rozwiązań z nadzieją, że coś się powtórzy.

Zastanawia mnie jaki jest sens czegoś takiego. Przedmiotu, który bez zajęć praktycznych jest całkowicie bezużyteczny oraz pomyślany i prowadzony w taki sposób, że nie są się z niego absolutnie nic wynieść.
Zaznaczę, że lubię swoje studia i większość uwag, jakie mam do programu czy sposobu prowadzenia nawet nie zbliża się do granicy piekielności.

piekielny przedmiot

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (106)
zarchiwizowany

#73378

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W czasach liceum brat poznał w szkole językowej pewną dziewczynę. Rówieśniczka, chodziła do tego samego LO, ale do innej klasy, na pozór zupełnie normalna miła dziewczyna. Nie zostali ani parą, ani przyjaciółmi, tylko po prostu znajomymi.

Po rekrutacji na studia brat szukał sobie ludzi, z którymi mógłby wynająć mieszkanie i okazało się, że znajoma ze szkoły językowej również wyjeżdża na studia do tego samego miasta, co on. Niewiele myśląc, zaproponował wspólne wynajęcie mieszkania. Ona pełna zgoda i wkrótce zaczęli poszukiwania. Nic z nich nie wyszło, bo okazało się, że dziewczyna ma w tamtym mieście kuzynkę, czy też starszą przyjaciółkę i postanowiła z nią zamieszkać. Brat się nie przejął, kontakt urwał się na kilka miesięcy.

Spotkali się na jakiejś imprezie z ludźmi z LO. Gadka-szmatka, wszystko w najlepszym porządku. Brat kulturalnie zaproponował jakieś wspólne wyjście w nowym mieście. Była to z jego strony czysta życzliwość, bo przytomnie uznał, że skoro się znają i są w tym samym mieście, to czemu nie utrzymywać znajomości. Chyba każdy normalny człowiek tak, by postąpił na jego miejscu. Dziewczyna się zgodziła.

Jakiś czas później chcąc wcielić swój zamiar w życie napisał do niej na Facebooku. Kolejna niezobowiązująca gadka-szmatka.

Piekielność dziewczyny objawiła się niedługo potem. Pocztą pantoflową brat dowiedział się, że wariatka wypisuje do ludzi z LO, że, cytując:
"Czego on ode mnie chce? Jest jakiś nienormalny, niech się odwali, nie chcę mieć z nim nic wspólnego!"

Co sobie ona wyobrażała, diabli wiedzą. Bratu było przykro, bo chciał być tylko miły, a został potraktowany jak chory zboczeniec i to za swoimi plecami.

---

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (195)

#73224

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o szarlatance.

Zaczęło się od zwykłego bólu, a potem poszło już szybko: lekarz, szpital, diagnoza - ostatnie stadium raka, bez szans na wyleczenie, kilka miesięcy życia. Dosłownie widać, jak z dnia na dzień osoba żyjąca pełnią życia staje się wrakiem człowieka. Rodzina załamana. Ponieważ pieniędzy im nie brakowało, chodzili od lekarza do lekarza oferując złote góry, byleby tylko wyleczył bliską osobę. Pierwszy profesor odmówił przyjęcia pieniędzy, bo nie był w stanie w żaden sposób pomóc; powiedział tylko że zostało pół roku życia. Drugi profesor dał cztery miesiące.

W takiej sytuacji trudno się dziwić, że tonący brzytwy się chwyta. Pocztą pantoflową rodzina dowiedziała się o znachorce, która raka leczy od ręki, więc czym prędzej zaprowadzili do niej bliską osobę. Zaznaczam, że nie uważam rodziny za piekielną, trudno im się dziwić, że chwytali każdej nadziei.

Jak nietrudno się domyślić, zaczęło się dojenie z pieniędzy. Znachorka słono sobie liczyła za wizytę - 100 zł. A kazała przychodzić codziennie. Jej metoda polegała na "wyrywaniu raka z korzeniami" siłą woli. Wkrótce i tych wizyt było jej mało, stała się bardziej pazerna. Mówiła, że codziennie rano przez kilka godzin wysyła dobrą leczącą energię i za to też kazała sobie płacić. W końcu nadeszło to, co nieuniknione - osoba zmarła pewnej nocy. Następnego dnia znachorka jeszcze dzwoniła i mówiła, że znowu wysyłała dobrą energię, rak już praktycznie wyrwany, bliska osoba zaraz wróci do zdrowia.

Jedyne co szarlatanka wyrwała to kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Błagam, ludzie nie wierzcie różnym szarlatanom, co opowiadają, że rak to zakwaszenie organizmu, jakieś drożdże, czy inne cuda wianki, a jedynym skutecznym lekiem soda oczyszczona, czy soki z owoców z upraw ekologicznych. O nowotworach krąży tyle mitów, bo sposób ich powstawania i funkcjonowania jest tak złożony, że trudno go w prostych słowach wytłumaczyć społeczeństwu. I dzięki temu szarlatani mogą działać.

szarlataneria

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (351)