Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ryszka

Zamieszcza historie od: 27 września 2019 - 22:08
Ostatnio: 25 października 2020 - 19:53
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 433
  • Komentarzy: 1
  • Punktów za komentarze: 0
 

#87314

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio z mężem przeprowadziliśmy się na swoje. Z racji, że wyprowadziliśmy się od rodziców, gdzie dużo rzeczy mieliśmy z nimi wspólnych, to postanowiliśmy nie kupować wszystkiego na raz, tylko jak coś będziemy potrzebować.

No i tak się stało, że będąc któregoś dnia sama w domu, dość mocno zaczęłam się nożem. Krew się leje, jednak nie na tyle mocno żeby jechać na pogotowie, ale na tyle że przydałoby się to zakleić czymś i spryskać jakimś antyseptykiem. Nie było to malutkie zacięcie, więc potrzebowałam kawałek gazy i przylepiec. Apteka dosłownie pod blokiem, kilka metrów od wyjścia z klatki. Zawinęłam palec ręcznikiem papierowym, nic lepszego nie miałam i poszłam.

Ale!

Działo się to kilka dni temu, więc godziny dla seniorów. Rozumiem, że to przepisy, że mandaty i w ogóle. Co prawda zostałam obsłużona, ale ile się przy tym wysłuchałam to moje. Farmaceucie nie mam nic do zarzucenia, jak zobaczył z czym przyszłam, to nie miał problemu, żeby mnie obsłużyć, ale dwie starsze panie w aptece to inna bajka. Dowiedziałam się mnóstwo nowych rzeczy o całej mojej rodzinie kilka pokoleń wstecz i nauczyłam dwóch nowych epitetów, których nie będę tu przytaczać.
Nawet zrozumiałabym ich zachowanie, gdybym chciała się wcisnąć w kolejkę, ale nie. Grzecznie czekałam aż zostaną obsłużone, poza tym do apteki po mnie nawet nikt nie wchodził.

Dużo się mówi o złym wychowaniu młodych ludzi, ale widać kto najwyraźniej ich wychowywał.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (116)

#86932

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność dnia codziennego, ale bardzo denerwująca. Przynajmniej dla mnie.

Mieszkam przy ślepej ulicy. Na jednym końcu park, a na drugim skrzyżowanie w kształcie litery T. Jakiś czas temu zaczął się remont całego skrzyżowania i ulicy, nazwijmy ją, Poziomej. Ulica nie jest długa, a na całej jej długości jest ruch wahadłowy. Chcąc wyjechać z ulicy Pionowej. Trzeba się zatrzymać i zobaczyć, z której akurat strony jadą samochody, żeby móc się włączyć, albo poczekać na zielone po drugiej stronie. Stojąc na skrzyżowaniu, jest bardzo dobra widoczność, widać oba końce ruchu wahadłowego, więc bez problemu można sprawdzić, czy jechać czy jednak jeszcze poczekać.

Co mają w głowach kierowcy, którzy na siłę pchają się na ulicę Poziomą, gdy akurat samochody jadące w drugą stronę mają zielone światło? Nie dość, że to całe skrzyżowanie jest w środku miasta, wiec ruch jest spory, to przynajmniej kilka razy w tygodniu trafi się jakiś mistrz kierownicy. A to Janusz, który przecież zdąży, najwyżej inni się zatrzymają, albo Seba, który ma sportowego grata po tuningach, więc wszyscy powinni mu ustępować na drodze, albo jakaś inna Grażynka, która nie ogarnia, gdzie w ogóle chce jechać. Wczoraj trafiła się tez L-ka. A co zrobił instruktor? Zamiast nauczyć kursanta, jak zachować się na takim skrzyżowaniu, najpewniej kazał mu jechać, bo za chwilę cofali się kilkanaście metrów do skrzyżowania.

Gdyby jeszcze każdy, który wjedzie „pod prąd” cofał do skrzyżowania, widząc że samochody już mają zielone, to nie byłoby problemu. Jednak praktycznie każdy, kto tam wjedzie myśli chyba, że jest panem całej drogi i wszyscy powinni mu ustąpić. Wiecie, wymachuje łapami i zaczyna krzyczeć. Jednak chyba łatwiej cofnąć jednemu samochodowi, niż całemu sznurowi, który i tak ma pierwszeństwo.

Żeby ulica Pionowa chociaż nie była ślepa, to jeszcze jakoś można niektórych usprawiedliwić. Ale, kurczę, żeby wjechać, i tym samym wyjechać, trzeba przejechać przez ten nieszczęsny ruch wahadłowy, więc wszyscy na tym skrzyżowaniu wiedzą o zmianach w organizacji ruchu.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (108)

#86950

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może nie piekielna, bardziej śmieszna, może trochę głupia/żałosna, ale opiszę.

Raz w miesiącu w moim mieście odbywa się targ staroci. Jak mam chwilę to zawsze się na niego wybieram, bo można znaleźć ciekawe rzeczy.

Tak było i tym razem. Przechadzając się między straganami znalazłam pana sprzedającego porcelanowe filiżanki. Oprócz mnie przy stoisku stał tylko jeden facet, który oglądał filiżanki, które akurat bardzo mi się spodobały.
Tamten facet pooglądał, popatrzył, zapytał o cenę i sobie poszedł do innego straganu. No cóż, korzystając z okazji i tego, że filiżanki bardzo mi się spodobały, to je po prostu kupiłam.

Idę dalej oglądać, z moim łupem w torbie, gdy czuję puknięcie w ramię. Nic to myślę, dużo ludzi, pewnie przez przypadek ktoś mnie puknął. Ale za chwilę słyszę:
- Przepraszam bardzo, ale dlaczego pani kupiła MOJE filiżanki?
Ja lekka konsternacja bo o ch... chodzi. Odwracam się, a tam facet, który przede mną oglądał filiżanki.

Nie będę tu przytaczać całego dialogu, albo raczej monologu owego pana, ale głównie to było „Dlaczego pani kupiła te filiżanki? Ja je oglądałem i chciałem kupić. Pani powinna mi je teraz odsprzedać, a najlepiej oddać, bo są moje i ja je miałem kupić”. Udało mi się wtrącić, że przecież, tylko obejrzał i sobie poszedł, ale jakbym mówiła do ściany. Postanowiłam sobie nie psuć nerwów, popukałam się w czoło i po prostu poszłam w swoją stronę. Ale za plecami jeszcze słyszałam, że „on tak tego nie zostawi i jeszcze będę musiała mu oddać te filiżanki, bo one są jego”.

Cóż kochani, pamiętajcie żeby nigdy w takich miejscach nie kupować rzeczy, które wcześniej ktoś oglądał. Bo jak oglądał to znaczy, że już są jego.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (158)

#85357

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, po co ludzie robią sobie dzieci, jeśli nie mają zamiaru się nimi potem zajmować i ich wychowywać. I nie chodzi mi tu o rozpuszczone dzieciaki, a o coś, moim zdaniem, gorszego.

Kilka miesięcy temu wyjechałam do USA jako Au Pair (opiekunka dla dziecka, która mieszka z rodziną). Trafiłam na super rodzinkę, a przynajmniej na super dzieci (10 i 12 lat)... Na rozmowie, jeszcze przed moim wyjazdem rodzice sprawiali świetne wrażenie, więc pomimo innych rodzin, z którymi miałam kontakt, wybrałam właśnie ich.

Na miejscu okazało się, że oprócz mnie będzie też druga Au Pair. Trochę się zdziwiłam, ale ok. Wkrótce dowiedziałam się, czemu. Pracujemy po 8 godzin, 5 dni w tygodniu, ale w taki sposób, że jedna pracuje od szóstej rano do czternastej, a druga z nas od czternastej do dwudziestej drugiej. Weekendy mamy wolne, ale wtedy przychodzą inne opiekunki, które pracują w takim samym wymiarze godzin.
Rodziców praktycznie w ogóle nie ma w domu, wychodzą gdy dzieci jeszcze śpią, a wracają, jak dzieci już śpią. Czasami w weekendy gdzieś jadą razem, ale są to miejsca, w których dzieci mogą zająć się same sobą, jak salony gier, albo wielkie wewnętrzne place zabaw. Ale najczęściej rodzice jeżdżą gdzieś sami, na całe dnie.

Odkąd tu pracuję, nie było dnia, żeby któreś z rodziców spędziło w domu kilka godzin podczas dnia, razem z dziećmi. Z tego co wiem, z rozmowy z dziadkami dzieciaków, rodzice w pracy siedzą normalnie osiem, czasami dziewięć godzin. Reszta czasu to po prostu unikanie dzieci. Odwiedzanie znajomych, spa, zakupy, kina i inne tego typu zajęcia. (Dziadkowie, czy inna rodzina znają sytuację i starają się odwiedzać dzieciaki tak często, jak mogą, jednak większość z nich mieszka dość daleko, więc nie są to zbyt częste wizyty.)

Jest to dość bogata rodzina, więc mnie i drugą Au Pair zabrali w tym roku na wakacje, oczywiście po to, żeby nie musieli spędzać czasu ze swoimi dziećmi. Gdy któraś z nas była na urlopie (przysługuje nam po dwa tygodnie płatnego urlopu), na ten czas zatrudniali inną opiekunkę.
W domu panuje zasada, że co niedzielę wszyscy jedzą razem kolację i spędzają czas. Ale co da dzieciom kilka godzin sztywnej rozmowy, typu: „Jak było w szkole?”, „Dobrze”, „To fajnie, podaj proszę sałatkę”.

Ostatnio starsze z dzieci miało w szkole przedstawienie. Wszyscy rodzice byli wtedy w szkole, oczywiście oprócz „moich”. Zamiast nich byłam ja i druga Au Pair. Nie była to pierwsza taka sytuacja. Między sobą śmiejemy się, że jesteśmy po prostu jak para lesbijek wychowująca adoptowane dzieci.

Ale ile można się z tego śmiać? Mi jest na prawdę szkoda tych dzieciaków. Pomimo tej sytuacji są na prawdę grzeczne i kochane. Po latach takiego „wychowania” zdążyły się przyzwyczaić do sytuacji. Niby mogłabym to gdzieś zgłosić, ale tak na prawdę nie łamią żadnego punktu regulaminu i cały czas mamy z nimi telefoniczny kontakt w razie jakiegoś wypadku.

Zastanawiam się tylko, po co im to było? Na pokaz, żeby móc pochwalić się, że mają dzieci? Już teraz relacje między nimi są lekko mówiąc słabe, a ci będzie gdy dzieciaki dorosną? Zamiast wspomnień z rodzicami będą miały wspomnieni z kilkudziesięcioma (Au Pair można być na maks dwa lata) tak naprawdę obcymi osobami. Nie chcę i nawet nie mam powodu, żeby zmieniać rodzinkę, ale jest mi naprawdę przykro, gdy myślę o tym, jak te dzieciaki się wychowują.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (149)

1