Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 5 marca 2021 - 17:48
O sobie:

Nauczyciel od 1979. Uprawnienia do matematyki, fizyki i angielskiego. Dwukrotnie, przez kilka lat, dyrektor szkoły polskiej poza granicami Polski (Budapeszt, Benghazi). Ukończony pierdyliard szkoleń i kursów. Prywatnie żonaty, dwóch synów, czwórka wnuków dzięki którym mam bieżący podgląd na publiczny system edukacji. Od wielu lat nauczyciel w szkołach STO.

  • Historii na głównej: 39 z 40
  • Punktów za historie: 5368
  • Komentarzy: 234
  • Punktów za komentarze: 1247
 

#87804

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiadomo jestem nauczycielem. Jak też wiadomo, w warunkach pandemii uczę zdalnie. Jakie są tego efekty?

Już nie proszę uczniów, by włączali kamerki. Nie chcę oglądać sypialni z rozrzuconymi ciuchami, w tym również fragmentów bielizny walających się po krzesłach, rozgrzebanych łóżkach i podłodze. Jak również niekoniecznie mam ochotę na obserwowanie resztek śniadanka pochłanianych przez mojego rozmówcę (to nie on mówi niewyraźnie, to coś z mikrofonem).

Ale pojawiło się coś gorszego. Brak motywacji i niechęć do angażowania się. Wiadomo, że jak robię kartkówkę, czy sprawdzian, to rybki mają swobodny dostęp do swoich notatek i do podręcznika. A także do odmętów Internetu. Tego uniknąć się nie da. I co? I gucio.
Pytania (fizyka, szkoła podstawowa) stricte teoretyczne, w całym dziale tylko jeden wzór do ogarnięcia. Średnia ocen ze sprawdzianu 35% (a dzieciaki jeszcze rok temu były całkiem niezłe). Co robić, nie wiem. Pokazuję doświadczenia, daję linki do materiałów z YT, cuda wianki, a wszystko o kant doopy rozbić. Podejrzewam, że większość nawet nie robi notatek z zajęć. Tym bardziej, że próba poproszenia kogoś o odpowiedź, to ...cisza. "bo mnie wyrzuciło, bo kurierowi musiałam otworzyć, bo pies mi nasikał na dywan, bo ...wstaw cokolwiek".

Nie mam specjalnie żalu do swoich podopiecznych. Lubię ich i (chyba) oni lubią mnie. Ale jest kiepsko. Granica zmęczenia materiału jest coraz bliżej.
Wiem, kupa ludzi napisze, że po co te restrykcje, to głupie jest. Z poglądami nie mogę dyskutować. Ale, moja niewielka szkoła pracowała do tej pory offline z klasami I-III. Już nie pracuje. Dyrekcja, zastępca, sekretarka i kilku nauczycieli mają covida. Inni nauczyciele na kwarantannie. Pracować kim nie ma. Decyzją Sanepidu maluchy (wszystkie!) na kwarantannie. Cała szkoła na zdalnym.

Nie użalam się i nie skarżę. Sam wychodzę tylko do sklepu. Ale tak mi cholernie żal tych młodych ludzi. Zero kontaktów społecznych, tak ważnych w tym wieku, depresja i poczucie beznadziei związane z uwięzieniem w domu. A na horyzoncie jutrzenki nie widać, a raczej jedyne co można zobaczyć to bardzo czarne chmury.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (133)

#87782

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele się mówi o konieczności oszczędzania energii, o źródłach odnawialnych itd. Faktycznie, jak sfajczymy paliwa kopalne, to zostanie tylko rowerowe dynamko. Ale ja nie o tym.

Jak wiadomo z jednego moich postów w swoim czasie odwiedziłem Kazachstan. Wylądowałem w Astanie, pardon w Nursułtanie na lotnisku imienia Nazarbajewa. Fajne miasto - buduje się dużo i na bogato, aczkolwiek momentami całkowicie bez sensu. No, ale ich pieniądze, ich wola.
Wśród licznych ciekawych miejsc są tereny Expo 2017. Między innymi jest tam bardzo interesująca ekspozycja w kuli o średnicy ponad 100m. Na każdym z sześciu pięter stworzono centra informacyjne dotyczące oszczędzania energii i różnych możliwości jej pozyskania ze źródeł odnawialnych. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie tej atrakcji. Było bardzo fajnie i ciekawie, dużo interaktywności i ogólnie na bardzo bogato. Nie jesteśmy z żoną nawiedzonymi ekologami, ale po obejrzeniu wystawy umocniła się nasza wiara w słuszność idei.

No, fajnie. Jak gdyby vis a vis kuli jest olbrzymie centrum handlowe. Powtarzam OLBRZYMIE! Cały parter zajmowało sztuczne lodowisko. Temperatura, jak to w lecie w Kazachstanie, oscylowała wokół 35 stopni, a do centrum nie prowadziły żadne drzwi - po prostu otwarta przestrzeń wychodząca na rozprażoną ulicę. I to tyle w kwestii oszczędzania energii. Spojrzeliśmy nawzajem na siebie lekko zdumionymi oczętami i stwierdziliśmy, że dotąd sądziliśmy, że pewnych granic absurdu przekroczyć się nie da. Byliśmy w błędzie.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (136)

#87587

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałem być uczciwym obywatelem i postanowiłem zalegalizować udzielanie korków, płacić rzetelnie podatki i czuć, że dzielę się zyskiem z moją ojczyzną, która mi wypłaca emeryturę (z moich wieloletnich zresztą składek).


I już teraz wiem, czemu pół Polski działa na czarno.
Pogrzebałem w necie, poczytałem, zadzwoniłem do Urzędu Skarbowego i jako dumny posiadacz tzw. profilu zaufanego wszedłem na stronę CEDG. Poszło ekstra. Przy pomocy syna (bo ja już jestem w pierwszej grupie szczepień na COVID) założyłem działalność, wypełniłem PIT 16 i dostałem REGON plus parę innych drobiazgów. Działalność rozpocząłem oficjalnie 25 listopada. Miła pani w US powiedziała,że decyzja o naliczeniu podatku będzie na dniach.


Korkuję sobie śmiało, serce przepełnia mi duma ze spełnienia obywatelskiego obowiązku, a tu emalia z ZUS. Nie dopełniłem wysłania druku ZZA i DRA za listopad i grudzień i w ogóle jak tak można. No to infolinia w ZUS. Po trzech godzinach dowiedziałem się, że owszem US to jedna sprawa, a ZUS to inna. Ja nieco zdziwiony, bo składkę odciągają mi z emerytury i z pensji (bo nadal, na pół etatu pracuję), czyżbym więc musiał ją płacić po raz trzeci?!


Nie jestem w ciemię bity, więc założyłem sobie profil na elektronicznym ZUSie, który jest równie intuicyiny jak panel sterowania W BMW.


Okazało się przy wypełnianiu papierków, że co miesiąc muszę płacić prawie cztery stówy na ubezpieczenie zdrowotne - przypominam, że to ubezpieczenie już mam dwukrotnie, jako emeryt i jako zatrudniony. Podobno coś sobie będę mógł odliczyć w rocznym PIT, ale ZUS nie wie, bo to domena US.


Żeby płacić podatki muszę mieć decyzję naczelnika US o wymiarze podatku (karta podatkowa). Do dzisiaj jej nie dostałem. Czemu? Od listopada do połowy grudnia "dokumenty się gdzieś zawieruszyły, ale już je widzę". NB zgubić coś w sieci, to duża sztuka. Potem "koleżanka poszła na zdalne". No niech kuffa obsługuje nawet z Księżyca, ale praca ma zostać wykonana. Potem "koleżanka jest na chorobowym". Ale co mnie to obchodzi? Z doświadczenia wiem, że w kwestii zaległego podatku US jest w stanie wysłać pluton komorników pod bronią i nie ma zmiłuj.


I tak sobie dalej czekam na polecony, albo na telefon (bo też podałem) i coraz bliżej jestem decyzji o wejściu na stronę Centralnej Ewidencji i użyciu opcji "wyrejestruj działalność" Z dwóch powodów: Załóżmy, że z korków mam dwa tysi miesięcznie.


Po podatku i Zusie już będzie znacząco mniej. Po drugie obsługa tego towaru przez biuro księgowe (bo nie ze wszystkim dam sobie radę sam) spowoduje, że stanie się to działalnością charytatywną. A tak w ogóle dlaczego mam finansować pińcet plus Seby i Karyny?
Polska nasza kochana.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (205)

#87588

(PW) ·
| Do ulubionych
Że tak na fali wspomnień, przypomniały mi się czasy żarłocznego kapitalizmu w latach 90.

Naonczas, przy przypływie gotówki, postanowiłem sobie wymienić komputer na coś lepszego. Po powrocie z Libii, ociekając gotówką nabyłem sobie absolutny wypas na rynku, czyli PC Olivetti z dyskiem twardym 20MB, kolorowym monitorem i procesorem 13 MHZ (w trybie turbo 17.5MHz). Nie śmiać się proszę - takie były początki. No, ale sprzęt się trochę zestarzał i trzeba było wymienić na coś lepszego. Allegro jeszcze nie było, więc jazda do sklepu przodującej sieci, konfiguracja i zakup. Oczywiście faktura ze zwolnieniem z VAT.

Przy nowych gierkach czas mijał szybko, aż tu nagle informacja z US. Nie zapłacił pan VAT, a sprzedawca nie był uprawniony do jego odliczenia (jeśli coś popieprzyłem, to sorry - nie znam się). Zapraszamy na wizytę.

OK, jeśli jestem coś winien, to się uiszczę, nie ma sprawy. Zapłaciłem, zapytałem, czy to już wszystko i usłyszałem: "Nie, proszę pana. Popełnił pan przestępstwo karno-skarbowe i teraz dla przykładu pana ukarzemy. Zapraszamy do pokoju 120". Mknę. Na drzwiach etykieta: referat karno - skarbowy. Wchodzę.

I teraz, żeby była jasność sytuacji. W pokoju jest jedna pani za biurkiem i ja. I pani pyta otwierając i zamykając szufladę biurka "i co my z tym zrobimy, bo ja mogę panu dać karę 50.000 zł" (przeliczam ze starych na obecne).

Moja odpowiedź: "to ja to odsiedzę, a potem opiszę, bo lubię pisać". No niech się pan tak nie unosi. I tak sobie trwała rozmowa, przy każdym etapie żądania malały. W końcu doszło do umówienia spotkania z naczelnikiem US, który, przy mojej niezłomnej postawie wymierzył mi karę w wysokości 200% wpłaconej kwoty. Ale jakie to były możliwości korupcyjne - tylko ja, pani i szuflada.

PS. Wadliwy sprzedawca sprzedał mi potem fikcyjnie transport monitorów i wyszedłem na swoje, bo był to jednak uczciwy gość.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (144)

#87389

(PW) ·
| Do ulubionych
Na specjalne życzenie czytelników kolejne libijskie migawki (kurczę, niedługo z tego książka chyba wyjdzie!). Tym razem o mieszkańcach Libii.

Generalnie Libia jest baaaardzo duża, a ludzi mieszka tam mało, i to głównie w miastach. Większość kraju, to pustynie żwirowe (serir), piaski i górki (na południu). W takich warunkach pomoc staje się imperatywem kategorycznym, niezależnie od koloru skóry.

Mkniemy limuzyną PF 125 przez serir. Asfalt (położony przez polski Dromex) więc zapieprzamy. Na asfalcie można, z racji temperatury, smażyć sadzone. Nagle paff i, jak mówią miejscowi, gumma kasura, czyli pora na zmianę koła. Pięćdziesiąt kilometrów dalej paff i już jesteśmy w czarnej d.... Zapasu nie ma, a na trzech kołach daleko nie zajedziemy. Ale bez paniki. Mieszkający w Libii Polak w takiej sytuacji otwiera bagażnik, wyjmuje turystyczny stoliczek, krzesełka, parasol (od słoneczka) i zamrożoną wodę w butelkach. I się siedzi i czeka, bo ruch jest niewielki. Po godzinie, bez żadnego machania zatrzymuje się przy nas dżip pełen nastolatków w skórzanych kurtkach. Oj, niedobrze. To ci najbardziej zindoktrynowani Kaddafim. Rozmowa jest krótka: Jaki macie problem? No, dwie gumy nam padły. Nie ma problemu, dawajcie koła, zawieziemy do gumiarza i naprawi. NB: najbliższy gumiarz, to na pewno około 50 km. Ryzykujemy i dajemy kapcie. Chłopaki wracają za dwie godziny, pomagają zmienić kapeć i nie chcą nawet kasy za rachunek od gumiarza. Też kiedyś komuś pomożesz. I odjechali.

Podobna podróż. Paliwa trochę mało (zapomniałem - po raz ostatni! - zatankować do pełna), ale na mapie figuruje miasteczko Mehilla (niektórzy znają je z opisów kampanii w Libii). Miasteczko! pięć namiotów na krzyż i zadupie wszechświata. Ale stary Arab mówi: niedaleko stąd jest szarika (czyli zakład) i mogą mieć paliwo. Jedziemy i rzeczywiście jest jakiś barak i alleluja, pompa paliwa. Barak otacza drut kolczasty, pompa jest na zewnątrz. Żona i dzieci w samochodzie, a ja idę się przywitać z mieszkańcami baraku. Czterech panów w dżellabach spożywa właśnie z dużej miednicy posiłek, wymieniamy przez kwadrans tradycyjne uprzejmości: kto, skąd, jak się masz, a jak się ma samochód, a jak tam żona i dzieci zanim przechodzę do meritum. W odpowiedzi: pompa (czyli bomba, bo w arabskim nie ma głoski p) jest tam, zatankuj sobie, ale zouza (żona) musi zostać w samochodzie (kwestia skalania przez obcą kobietę). Zatankowałem cały bak pod korek, chcę się uiścić i słyszę: O, Allah, nie weźmiemy żadnych pieniędzy. Trzeba pomagać bez nagrody. Inna sprawa, że w owych czasach na stacjach benzynowych cena była nie za litr, a za 10 litrów benzyny i była to równowartość paczki najtańszych fajek.

Jadę z Benghazi do Tobruku (z rodziną) i podczas tankowania w Al Marj Arab zwraca mi uwagę, że z autka coś kapie. I w rzeczy samej. Kapie woda. Krótki rzut oka - padła pompa wodna. Do Tobruku nie dojadę na pewno, na pewno też nie uda mi się wrócić do Benghazi, do mojego ulubionego mechanika zwanego pieszczotliwie (z racji postury) ziemniaczkiem. Czyli znowu d... Ale Arab mówi, że jego brat ma warsztat i do niego jakoś się na holu doczłapię. To make the long story short. Spędziliśmy w tym warsztacie około sześciu godzin, dożywiani pieczonymi kurczakami i bagietkami przez liczną arabską rodzinę. Warsztaciarz musiał jeździć po szrotach, coś tam przerabiać i dorabiać, ale pompę wymienił i znowu nasza fura była na chodzie. Zapłaciliśmy grosze w porównaniu do tego, co by nam zaśpiewał mechanik w Polsce.

I znowu gorzko słodka historyjka na koniec. W Libii każde uszkodzenie samochodu musiało być wpisywane do książki wozu (kutaib) po zgłoszeniu na policji drogowej. Mknąłem, jak zwykle rodzinnie, na inspekcję szkoły w Dernie (głupie 300 km od Benghazi) i na parkingu nad morzem przywaliłem w słupek. Lekko wygiąłem zderzak i błotnik. Zlekceważyłem to, jak się okazało niesłusznie.

Przy wjeździe do Derny, jak wszędzie, był posterunek policji z kontrolą drogową. Dałem ksero paszportu (tzw. dyplomatyczna dwójka - immunitet służbowy), prawo jazdy i książkę wozu. I tu pojawił się problem. W książce nie było wgiętego zderzaka, a w autku był. Więc szlaban, ale z drugiej strony ten paszport i służbowa podróż poświadczona przez miejscowy MSZ. Sytuacja stawała się powoli patowa. Policjanci gdzieś dzwonili, ale bez satysfakcjonujących wyników, próbowali do rozmowy zaprosić moją żonę (zouza zostaje w aucie, tylko mężczyźni!) i na horyzoncie rozwiązania nie było widać.

W końcu któryś z nich wpadł na pomysł: Masz bambini? No, mam. Siedzą już długo w aucie. To jak masz bambini i są zmęczone, to my cię puścimy. Bo bambini są najważniejsze. A tak w ogóle, to ty jesteś Polak, a u nas w szpitalu są polskie pielęgniarki i my je kochamy. Minutę później mknęliśmy do miasta, co koń wyskoczy. A mogło być różnie... Łącznie z noclegiem w celi, bo policja mogła robić, co chciała. Uratowały nas blondwłose bambini i polskie siostrzyczki ze szpitala w Dernie.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (189)

#87367

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatni, miejscami wybuchowy, odcinek libijskich migawek (chyba, że ktoś poprosi o jeszcze).

Zaraz po przyjeździe, z ustępującym szefem wybraliśmy się w odwiedziny do filii Szkoły Polskiej (niektórych właśnie zamykanych). Pomknęliśmy maluchem (!) na wschód, do Tobruku. Za Al Marj (dawna Barka, zrujnowana przez trzęsienie ziemi i odbudowana na nowym miejscu przez między innymi polskie firmy) trzeba było przejechać nad wąwozem potężnym mostem na pylonach. NB, identyczny most w Genui widowiskowo się zawalił jakiś czas temu. Arabowie swój zamknęli kilka lat wcześniej w trosce o bezpieczeństwo.

Na przyczółku mostu zatrzymaliśmy się odcedzić kartofelki, a współtowarzysz mówi: zobacz, co teraz będzie. Minęło może pięć minut i z piskiem zatrzymał się obok malucha dżip pełen kałaszy, wrzasków i młodych ludzi w skórzanych kurtkach. Kazali oddać wszystkie aparaty fotograficzne, kamery i notatniki, ale my niczego takiego nie mieliśmy. W końcu odjechali, a ja się dowiedziałem, że przez najbliższe trzy lata wraz z całą rodziną będę pod czułą obserwacją służb.

Zbliżamy się do Tobruku. Mijamy Ajn al Gazalah (miłośnicy II wojny wiedzą, o co biega). Niemalże do szosy dochodzą świetnie zachowane okopy z oblężenia Tobruku. Poprosiłem o zatrzymanie, bo było widać hełmy i jakieś resztki wyposażenia. I kolejna lekcja: tu wszystko jest ostro zaminowane aż do granicy z Egiptem. Nikt tego nie czyścił, bo i po co. Najwyżej dołożyli, jak kłócili się z sąsiadem.

Jeżdżąc drogą nad morzem wielokrotnie mijałem stanowisko rakiet przeciwlotniczych S 125 Newa. W czasie służby wojskowej pracowałem na takich zestawach i zauważyłem, że wyrzutnie są w fatalnym stanie. Sól od morza powoduje szybką korozję, a i nie było widać gospodarskiego zainteresowania. Zapytałem o to kumpla mieszkającego w Libii dłużej. Wyjaśnienie: A wiesz, bo jak działa, to trzeba przy tym siedzieć, a tak to można popijać herbatkę. W 1989, w czasie nalotu Air Force nawet odpalili. Rakieta trafiła w stację benzynową na końcu ulicy, bo zapomnieli podnieść belkę wyrzutni. Tak, że tak. Polscy instruktorzy wyjechali i już nikomu się nic nie chciało.

Mieszkając w mieście parkowałem auto zawsze przed wejściem do budynku i pieczołowicie je zamykałem. Zawsze rano okazywało się, że jest otwarte. Pewnego razu nie tylko było otwarte, ale pod fotelem był prezent: amerykańska super dokładna sztabówka okolic Benghazi zatopiona w plastiku z mnóstwem czerwonych i niebieskich strzałek (wyglądało na plan jakiegoś ataku na miasto). Trzy minuty później prezent płonął w kiblu (potworny smród), a ja trzęsłem się ze strachu, co by było, gdyby...

Wyjeżdżając poza miasto trzeba się było liczyć z kontrolami na szosie. Czyli rząd beczek po benzynie, wąski przejazd z gościem uzbrojonym po zęby i papierologia. Tłumaczę, kim jestem i gdzie jadę, legitymując się stosownym libijskim dokumentem i nagle zdaję sobie sprawę, że gostek czyta moje pismo do góry nogami, a paluszek ma na spuście kałasza ustawionego na ogień ciągły. Lufa patrzyła na moje kolana, mniej więcej. A gdyby kichnął? I już wiedziałem, dlaczego do stawki MSZ dodano mi tzw. dodatek frontowy.

Gdybyście chcieli, to w następnym odcinku mogą być fajne spotkania z mieszkańcami Libii.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (116)

#87363

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem nie szkoła, nie Libia, ale skala nonsensu podobna.

Jestem, co w moim wieku zrozumiałe, zażartym czytaczem. Ponieważ za szczenięcia nauczyłem się czytać sam, czytam około sześciu stron na minutę, więc książek mi zawsze mało. W domu przestały się mieścić, więc odkryłem e-booki i nabyłem sobie czytnik. Zmieściło się 1100 książek i alleluja.

Ponieważ mój wnuczek też czyta, podjęliśmy decyzję o zakupie czytnika dla niego. Poszło przez OLX, syn odebrał i no problem. Idąc za ciosem postanowiliśmy w podobny sposób uszczęśliwić wnuczkę. Zamówienie przez alledrogo, zapłacone, dostawa do paczkomatu. Informacja, że przyszło, więc koleżanka małżonka oddelegowała moją skromną osobę do odbioru. Szafka otworzyła się z brzękiem, paczka była, wyjmuję i... coś nie gra. Zamiast nalepki ręcznie nabazgrany numer, ale wewnątrz twarde pudełko. Na wszelki wypadek włożyłem paczkę do skrytki i podając wszystkie dane kliknąłem. I otworzyła się ta sama skrytka. No, cóż zabrałem pakunek nach hause.

Po otwarciu, cóż się ukazało oczom zbłąkanego turysty? Zamiast czytnika za ponad pięć stów w paczce był elektryczny zszywacz do papieru.

Krok pierwszy. Natychmiast telefon do operatora paczkomatu. Rozmowa długa, podawanie wszystkich danych, numerów, godziny odebrania itp. Pani obiecała, że się zorientuje i oddzwoni.

Następnego dnia, z racji braku reakcji, ponowny telefon. Inna pani nic nie wie, podajemy detale jeszcze raz. Na Allegro powiadamiamy sprzedawcę, gdyż albowiem w ewentualnym sporze nie jesteśmy stroną.

Brak reakcji na telefony, więc cztery dni później dzwonimy po raz kolejny. Oczywiście podajemy znów wszystkie numerki. Ha! Jest reakcja. Ktoś odbierze wadliwie umieszczoną w paczkomacie przesyłkę. Czy pokwitują odbiór? Nie ma takich procedur. Pokwitowanie jest niezbędne, aby sprzedawca mógł domagać się zadośćuczynienia za zagubiony czytnik (bo nie ta przesyłka - inny numer i inna zawartość). A co z moją przesyłką? Nie wiadomo. Brak w systemie takiej informacji. Czyli czytnik wcięło w wielkiej czarnej d...ziurze.

Właściciel paczkomatów robi pierwsze podejście. Przybywa kurier z jakimś skrawkiem szajspapieru, Żadnych danych, żadnego podpisu. Żegnaj kurierze. W odpowiedzi: zostaniecie zaskarżeni za przywłaszczenie! Cóż, z tego co wiem w naszej ojczyźnie można bezkarnie kraść do 500 złotych (a jak ktoś jest odpowiednio umocowany, to suma nie gra roli. Na przykład,,, no, nie, ma być bez nazwisk).
Podejście drugie. Przybywa ten sam kurier. Przebieg akcji ten sam. Proponujemy, że sami napiszemy pokwitowanie, a on poda dane i podpisze. Cisza.

Podejście trzecie. Lekko załamany kurier podpisuje i zamiast podać swoje dane podaje swój numer jako kuriera. Prosimy o dowolny dokument potwierdzający to, co wpisał. On nie ma. Hasta la vista baby!

W tak zwanym międzyczasie sprzedawca przelewa nam kasę za zagubiony czytnik. Wielkie dzięki, bo w zasadzie robi to na gębę. Jednak nie wszyscy ludzie honoru wymarli.

Ze strony paczkomatowców obrażone milczenie. Zszywacz kisi się w przedpokoju i czeka na lepsze czasy. Pewnie ktoś za nim płacze...

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (103)

#87268

(PW) ·
| Do ulubionych
Migawki z Libii spotkały się z bardzo życzliwym przyjęciem (dzięki), więc ciągniemy temat:

Przy rodzinnym wyjeździe przysługiwało mi tak zwane mienie przesiedlenia. Spakowałem podstawowe książki, garnki, lampki, sztućce, odzież i co tam jeszcze w 32 kartony i postanowiłem wysłać Lotem Cargo do Benghazi. Sympatyczna pani w Locie wybiła mi to z głowy. Wie pan, do Trypolisu latamy, ale co będzie potem, to nie wiemy. Są tacy, co dawno skończyli kilkuletni kontrakt, a cargo nadal nie pokonało tej trasy. Czyli OK. Niech leci do Tripoli, a ja sobie tam odbiorę.

Jest info, że Lot dostarczył pakunki do Trypolisu. Poranny lot z Benghazi z normalnymi problemami (o czym poniżej), furgonetka i sekretarz ambasady jako obstawa. Biuro to duże pomieszczenie z wejściem na jednej ścianie i pierdyliardem okienek na trzech pozostałych. Pierwsze okienko: dokumenty, manifest cargo, lista poświadczona przez wszystkich świętych, paszporty i inne pierdoły. Przeszło. Dostajemy niebieski papierek z pieczątką i przechodzimy do okienka numer dwa. Tam po kontroli papierologii dostajemy różowy papierek z pieczątką i przechodzimy do okienka numer trzy. I tak przez pół dnia od okienka do okienka zbieramy papierki z przerwami na urzędniczą kawę, modlitwę i coś tam jeszcze. Po kilku godzinach dysponując całą garścią kolorowych papierków docieramy do ostatniego okienka. Nieco niechlujny urzędnik bez czytania wyrzuca wszystko do kosza i daje nam mały zielony papierek z wielką pieczątką. Alleluja. Odbieramy pakunki. Jakiś polski pojazd dowiezie to do szkoły w Benghazi (1200km). I już mamy garnki, majtki i książki.

Wracamy z Libii. Tym razem ruchomości są zgrabnie spakowane w trzy drewniane cargoboxy, bo transport morski. Informacja z portu w Gdyni, że dotarło. Furgonetka od kumpla i jedziemy. Oczywiście komisyjne otwarcie w obecności celników i pytanie: gdzie manifest zawartości? No nie wiem. Może w polskim MSZ, może w libijskim, może u przewoźnika. Groźne: będziemy clić. Moja reakcja - obok stoi widlak, to zrzućcie to całe badziewie to kanału, bo wraca, to co wyjechało. Ale ja tu widzę trzy nowe patelnie marki Tefal. To zrzućcie do kanału tylko te patelnie. Po dwóch godzinach przepychanek decyzja. Bierz pan to, ładuj i sp..... Ufff.
Więcej ciekawostek jak zwykle, na życzenie.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (178)

#87308

(PW) ·
| Do ulubionych
Pierwsze migawki libijskie trafiły na główną, drugie się kiszą w poczekalni, ale obiecałem odcinek o podróżach lotniczych, więc dotrzymuję słowa.

Wielokrotnie latałem przez te trzy lata na trasie Benghazi - Trypolis. Warunkiem wejścia na pokład była wklejka z okejką w bilecie (Internetu wtedy nie było). Skąd wziąć okejkę. Mnie wklejał znajomy dyrektor Libyan Airways w Benghazi, Ale inny znajomy (arab) miał całą furę tych wklejek - nie wiem skąd i znajomym użyczał. To nie koniec.

Wejście na pokład nie oznaczało podróży. Jeśli w ostatniej chwili pojawiała się w pełnym samolocie wycieczka dwudziestu libijskich skautów, to dwudziestu białych wysiadało z samolotu. Biały, to kategoria niższa od Libijczyka. Dyskusji na ogół nie było.

Pewnego razu wracałem z Polski do Libii. Podróż koszmarna - samolot z Warszawy do Wiednia, potem na Maltę i potem 17 godzin promem do Trypolisu. No, ale mieszkałem w Benghazi. Miałem bilet open Tri-Ben. W samolocie z Wiednia poznałem kilku młodych Libijczyków wracających z Chin z tobołami jedwabiu. Ja się nimi zaopiekowałem, a potem oni zaopiekowali się mną. W Trypolisie podjechali ze mną do biura Libyan, gdzie okazało się, że nie ma okejek na loty do Benghazi (sezon pielgrzymek do Mekki). Ale oczywiście nie był to problem. Ich kumpel w Libyan usunął z komputera pasażera z okejką i na jego miejsce wpisał mnie. Na lotnisku słyszałem, jak jakiś facet się potwornie awanturuje. Pewnie to był ten pechowiec.

Lotnisko w Benghazi (jako mniejsze) było jednak bardziej cywilizowane niż wielkie lotnisko w Trypolisie. Regułą było sprzedawanie biletów (z okejkami) na loty krajowe z overbookingiem rzędu 300%. W efekcie po otwarciu malutkich drzwi prowadzących do hali check-in zaczynała się druga bitwa pod Wiedniem. Był tylko jeden sposób. Kiedyś leciałem z żoną i w tym tratującym się tłumie usłyszałem powtarzane przez wszystkich słowo "zouza". Skąd oni mogli o tym wiedzieć - pomyślałem - a poza tym moja żona jest całkiem fajna :) Chodziło o coś innego.

Dotknięcie obcej kobiety mogło "skalać" co bardziej pobożnego Libijczyka, więc zaraz wokół nas zrobiła się pusta przestrzeń (a zouza, to żona). Niestety rzadko mogłem podróżować ze swoją lepszą połową, więc lekko nie było.

I tradycyjnie na koniec słodko-gorzka anegdotka. W czasie naszego pobytu odwiedzili nas (po potwornej biurokratycznej batalii, bo nie istniało pojęcie wizy turystycznej, czyli oparło się o MSZ i badaniach na HIV i gruźlicę) moi rodzice. Przylecieli LOT-em do Trypolisu i tak samo mieli wracać. Termin ich powrotu zbiegał się z zawieszeniem wszystkich lotów do/ i z Libii (taka sankcja ONZ). Znajomy z Libyan, który o tym wiedział zaprosił mnie do siebie do biura i powiedział:
- Yussuf, niech oni nie lecą tym lotem.
- Ale ja im jeszcze chciałem Cyrenę pokazać, a jak polecą wcześniejszym, to nie zdążę.
- To ja ich zawiozę i pokażę (250 km).
- Ale dlaczego?
- Bo wiesz, ma być na lotnisku w TRI spontaniczna manifestacja mieszkańców oburzonych sankcjami i ten samolot nie poleci (do odlotu był tydzień).
- To co robić?
- Ja im przebukuję bilety na Libyan i spokojnie polecą
I tak było. Samolot LOT-u nawet nie wystartował z Warszawy. Moi bliscy wrócili do Warszawy libijskimi liniami. Przy okazji ich bagaż zaginął w całości.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (162)

#87265

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak, żeby się trochę odprężyć w tych ciężkich czasach trochę opowieści z arabskich 101 dni i nocy. Czyli Libia.
Jak kiedyś pisałem mieszkałem w tym (kiedyś pięknym) kraju przez trzy lata. Więc kilka migawek:

Środek dnia, centrum miasta. Idę sobie po hobzę, czyli chlebek do sklepiku na rogu i widzę taki obrazek: tata rodziny przelewa płynny gaz z dużej butli do mniejszej. Nad tym wszystkim mgła, bo skrapla się para wodna w powietrzu przy niskiej temperaturze. Wszystko obserwuje liczny tłumek progenitury również pochylony na butlą i tatusiem. Tatuś w trakcie przelewu żwawo pali papieroska. Że to wtedy nie pierdyknęło to cud boski. A ta duża butla to było 15 kg propanu pod ciśnieniem.

Trzypasmowa główna ulica Benghazi czyli Abd El Naser Street w godzinach szczytu. Ruch jak jasny piernik. Pod prąd pomyka na deskorolce tak na oko dwunastolatek. Kierowcy hamują i pobłażliwie się śmieją. Toż to tylko dzieciak.

Na rondzie ja, jak pan Bóg przykazał skręcam w prawo. Jadący za mną gość skręca w lewo. Czemu? Bo tak ma bliżej do zjazdu (90 stopni zamiast 270).

Autostrada. Gość wali pod prąd szybciej niż stówą. Czemu? Bo ma w ten sposób bliżej do zjazdu do swojego domku.

Też dwupasmówka. Jadą dwie furgonetki obok siebie, prędkość koło stówy (myśmy na nie mówili szara śmierć). Kierowca jednej podaje pasażerowi drugiej zapalonego papierosa. No, nie miał co biedaczek zapalić.

Widok z mojego balkonu na czwartym piętrze. Z Naser Street czasowy zakaz skrętu w prawo w kierunku hotelu Tibesti (podobno miał tam być Kaddafi). Stoi i pilnuje policja. Nagle wypasiony Merc jednak skręca z piskiem paska klinowego. Policjant mógłby odpalić z kałasza (po to tam stoi), ale zamiast tego łapie spory kamień i rzuca. I co najlepsze, trafia - totalna demolka świateł z jednej strony. Sprawiedliwości stało się zadość.

Muszę się dostać do Polski, a jest embargo na loty Libia/świat spowodowane zamachem na dyskotekę w Berlinie (albo Lockerbie - już nie pamiętam). Więc prom z Tripoli na Maltę, a dalej Warszawa via Wiedeń. Prom całkiem fajny i, co ważne, z polskimi kelnerkami. To znaczy staff kuchenny był silnie międzynarodowy, ale mój i sąsiedni stolik obsługiwały Polki. Z naszą kelnerką pożartowałem. Obśmialiśmy się jak norki i wtedy Arab z sąsiedniego stolika postanowił być macho i złapał panienkę jednocześnie za biust i za pupę. Nie, nie było żadnego plaskacza. Był tak solidny prosty na punkt, że gość zaliczył zgon druzgocąc po drodze nieco zastawy. Przy następnym posiłku jakoś się nie objawił, ale nasza kelnerka była na posterunku.

I ostatnia historyjka, już nie tak śmieszna. Kilka domów dalej był duży kompleks należący do Tajnej Służby Bezpieczeństwa (Muchabarat). Libijczycy przechodząc obok bledli. W nocy słychać było nad ranem strzały - podobno tak kończyli ci, którzy już wszystko powiedzieli. Pewnego razu zawitał tam polski konsul. Na bramce powitał go libijski kapitan i zapytał nienaganną polszczyzną: "czy pan wie, że po przejściu przez te drzwi pańska legitymacja dyplomatyczna traci ważność?" Konsul podał tyły.
Więcej historyjek na życzenie.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (152)