Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 18 września 2019 - 14:02
O sobie:

Nauczyciel od 1979. Uprawnienia do matematyki, fizyki i angielskiego. Dwukrotnie, przez kilka lat, dyrektor szkoły polskiej poza granicami Polski (Budapeszt, Benghazi). Ukończony pierdyliard szkoleń i kursów. Prywatnie żonaty, dwóch synów, czwórka wnuków dzięki którym mam bieżący podgląd na publiczny system edukacji. Od wielu lat nauczyciel w szkołach STO.

  • Historii na głównej: 14 z 17
  • Punktów za historie: 2066
  • Komentarzy: 108
  • Punktów za komentarze: 462
 

#85137

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze krótki tekścik z tej samej beczki. Przypominam: szkoła nad jeziorem w pojunkierskim pałacu. Koniec roku. Wszyscy się cieszą oprócz Basi. Basia, uczennica klasy ósmej, w szkole bywała nader rzadko, bo odkryła swój utajony erotyzm i oddawała się ulubionym zajęciom w godzinach nauki szkolnej, co kolidowało z realizacją materiału.

Trzy dni przed zatwierdzającą wyniki radą pedagogiczną Basia objawiła się w moim (szumnie mówiąc) gabinecie i oświadczyła, że jeśli nie dostanie świadectwa ukończenia szkoły, to się powiesi. Teraz każdy dyrektor (być może) by ją skierował do psychologa, psychiatry, albo innego głowologa, ale ja takiej możliwości nie miałem. Co gorsza, niedawno jej brat się w rzeczy samej powiesił.

No cóż, trzy nieprzespane noce i decyzja - brak promocji.
Potem kolejne nieprzespane noce, bo a nuż. Skończyło się dobrze. Basia nie skończyła szkoły, ale za to zaszła w ciążę i urodziła zdrowego chłopaka. A mnie zostało tylko w pamięci " a gdyby"

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (206)
zarchiwizowany

#85223

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Onego czasu rzekł Nasz Pan i Prawodawca „przyjdźcie”. A głos jego był naonczas jako lwa karcącego nieposłusznych i niechętnych i jako psa strzegącego stada i jako jelonka skomlącego na pustyni. A w głosie tym były surmy miedziane i nuty spiżowe stanowczości pełne. I przyszli oni, gdyż byli to ludzie, we własnym przynajmniej mniemaniu, dobrzy. A On wołał ich jako ów centurion, co mówił swoim podwładnym „przyjdźcie” a oni przychodzili, gdyż wielka była ich bojaźń i szacunek dla Prawodawcy. Tedy opasali oni lędźwie swoje i przyszli i zasiedli. A niektórzy nawet kawę siorbali z ukontentowaniem znacznym. A oto on wyszedł przed nich i rozdarł na znak rozpaczy szaty swoje i rzekł: „Oto terminy przyszły na nas ostateczne i jako pasterz dobry i przezorny mówię wam, że „Ustawa o Danych Osobowych” zwana RODO jest coraz bliżej i nikt uniknąć jej nie jest władny”. Zafrasowali się silnie podwładni i szemrać poczęli przeciwko rządzącym, co trudne do zniesienia było. Gdyż albowiem przeciwko rządzącym szemrać nie należy, jako że jest to szkodliwe dla zdrowia i funduszu emerytalnego. A i tacy byli co wyrazów używali i fraz idiomatycznych silnie. Rzekli mu tedy potulnie, gdyż w rozterce wielkiej byli: „Panie, ty wiesz jako sprawiedliwymi być chcemy i zakonu naruszać nam nie wolno. Cóż tedy czynić mamy aby prawo się wypełniło?”. Zasumował się silnie pasterz nasz, ale z refleksem godnym wojownika odparł: „Jako Mojżesz dał prawa Izraelitom gdy w potrzebie byli i bożków a bałwanów glinianych czcić byli gotowi, tak i ja dam owieczkom swoim zagubionym dekalog swój”. To powiedziawszy zmilczał przez chwilę i dał.

I. Dane osobowe święte są i w zatajeniu wiecznym pozostać mają.
II. Pamiętaj, aby uczeń twój anonimowym był i nawet na mękach nie zdradź danych jego osobowych, a zwracaj się do niego przezwiskiem, by nikt danych jego nie poznał. A klasówki jego utajniaj szyfrując jego imię i nazwisko Enigmą potężną.
III. W żadnym miejscu i o żadnej dobie danych tych nie utrwalaj, a to ryjąc je w kamieniu, a to spisując myśli i uczynki na papirusie albo innym nośniku pamięci.
IV. A jeśli już utrwalisz je łamiąc zakon, nie pokazuj ich innym, bo nie znasz dnia ani godziny kiedy jawne się staną a ty winnym tego będziesz.
V. A Librus przenajświętszy jest, bo on tajne dane zawiera. A tyś jego strażnikiem jedynym, któremu tajemnicę powierzono byś był jej godnym.
VI. A jeśli pokusi cię, żeby dostęp do Librusa dać osobie pobocznej tedy odgryź sobie dłonie obie albo i co innego by się pokusy nieczystej pozbyć.
VII. A dane dostępowe i wszystkie inne świętsze są niż tajemnice Watykanu toteż spoczywać mają pod pieczęcią tajemnicy wielkiej w miejscu, którego poznać nikt nie zdoła.
VIII. A po dniu pracowitym poświęconym na drukowanie tabelek różnistych wszystkie akta zawierające dane osobowe spalone być mają, aby nikt tajemnicy ich poznać nie mógł.
IX. Nie pożądajcie zaś danych osobowych innych bo za to kara jest zapowiedziana, przy której jazda autobusem MZA w godzinach szczytu pikusiem jest niewielkim.
X. A słowo „archiwum papierowe” przeklęte ma być i na wiek wieków zapomniane.

To rzekł pasterz nasz i obrońca po czym zabulgotał był jak gdyby ze zgrozy i odszedł krokiem chwiejnym. A wszyscy osłupiali lekko, siedzieli w milczeniu i tylko niedopita ich kawa parowała w ciszy śmiertelnej. A paluszków słonych nie chrupał nikt.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (31)
poczekalnia

#85136

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Teraz mamy jakby nie osądzać 500+, a ja chciałbym przypomnieć jak to historycznie bywało. Dawno, bo połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Dyrektorowałem naonczas w szkole mieszczącej się w pojunkierskim pałacyku (którego historia to temat na osobną opowieść) nad jeziorem w urokliwym miejscu gdzieś w północnej Polsce. Do moich obowiązków należała piecza i kontrola w kwestii rodzin, które dziś byśmy nazwali patologicznymi. Do mojej szkoły chodziła jedenastka dzieci o nazwisku, powiedzmy Kotek. Kotki miały jeszcze trójkę rodzeństwa w wieku przedszkolnym i dorosłą siostrę. W kwestii ubioru charakteryzowało ich to, że co jakiś czas (sześć/siedem tygodni) ich garderoba zmieniała się na nową, a w tak zwanym międzyczasie następowała przemiana z nowej na taką, przy której majtki można ściągnąć przez głowę (przepraszam za niesmaczność).
No cóż, sprawie trzeba się było przyjrzeć. W owych czasach należało zapotrzebować (wiem, okropne) asystę funkcjonariusza emo i samochód. Asysta była niezbędna, bo naród jak wypity to porywczy bywał i nikt nie miał ochoty na siekierę w plecach.
No i pojechali. Styczeń w owych czasach na Mazurach to nie była Majorka. Minus siedemnaście, zaspy śniegu, a przed domem państwa Kotków ślizgawka (bo górka taka mała była). A z tej ślizgawki raźno jedzie ośmioletnie dziecię. Bose i w podkoszulce. Wchodzimy do środka tego e... domu. Dwie izby, podłogi nie widać, bo sprzątać trzeba by było koparką. W jednej izbie rozpalona "koza" z kominem kończącym się w wybitym lufciku uszczelnionym jakąś szmatą. W drugiej izbie melancholijny (i nieco wypity) pan domu niza liście tytoniu na drut (a uprawa tytoniu przynosiła wtedy niezłe zyski).
Obejrzałem, co trzeba i komentarz funkcjonariusza. "On jak trzeźwy, to normalny gość, ale jak zobaczy ile ma dzieciaków, to po flaszkę leci. A jak wypije, to robi kolejne".
Moje naiwne pytanie : Ale jak to oprać tyle dzieciaków? (Nic mądrzejszego mi nie przyszło do głowy). Oj panie, toż to wielodzietne. Co chwila paki z Caritasu i jakichś innych pomocy. To się zakłada nowe, a szmaty na strych.
I tak się toczyło i nadal toczy. Dał Pan Bóg dzieci, to da i na dzieci. A płacimy wszyscy.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (107)

#85058

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem krótko o służbie zdrowia, a raczej o piekielnym adepcie medycyny.

Z nieistotnych dla historii powodów trafiłem na kilka dni do szpitala i tam zacząłem mieć tak zwane przerwy w optyce - po prostu na minutkę przestawałem widzieć na jedno oko (powód hospitalizacji nie był związany z oczkami). Zgłosiłem komu trzeba, rankiem konsultacja okulistyczna. Chwila oczekiwania i przyjmuje mnie młody i z pozoru sympatyczny pan w białym fartuchu. Chwila medycznych czarów z towarzyszeniem aparatury i pytanie: "Gdzie się leczy?" Ja: "Nooo, nigdzie". Odpowiedź: "To oślepnie, bo ma jaskrę".

Kopara opadła mi z łoskotem na marmury i usłyszałem jeszcze tradycyjne: "Następny"! Przybity nieco wypełzłem na zewnątrz i do tej pory nie wiem, na czym polega tak zwana opieka lekarska. I tyle.
PS. Było to kilka lat temu. Nadal mam jaskrę, ale w sumie jest stabilnie. Jak na razie nie oślepłem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (93)

#85060

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem motoryzacja.
Jednym z pierwszych moich tekstów na tym portalu była historia "naprawy" skrzyni automatycznej w moim mietku, czyli jak się prawie dałem wydudkać na sporą kasę. Ale wtedy były to prywatne warsztaty, a nie ASO.

Historia o kilka lat wcześniejsza. Podróżowałem wówczas dość leciwym, ale kochanym volviakiem. Autko swoje lata miało, chyba wtedy osiem, albo coś koło tego. Psuło się rzadko i kłopotliwe nie było. Do czasu jednakowoż. Przyszła taka chwila, że bez powodu gasł mi silnik. Na szosie to nie problem, po chwili odpalał, ale na skręcie w lewo w środku miasta to już była żenada. Pomyślałem, że mam ASO rzut beretem od szkoły, w której uczyłem więc do fachowców.

W ASO full kultura - kawa, herbata, soczek, zjawiskowa hostessa z gazetką, bo "może chwilę diagnostyka potrwać". Potrwało i diagnoza - cóż przyczyn może być wiele, ale na pewno trzeba zdjąć głowicę, obejrzeć zawory itp. Fachowcem nie jestem, ale coś mi zagwizdało ostrzegawczo pod czaszką. Koszt? No kilka tysięcy na pewno, bo to i części i droga robocizna...

Dopiłem soczek i pomknąłem nach hause. Przy wjeździe na podwórko auto zdechło ostatecznie i już się odpalić nie dało. Mogiła. Na szczęście przypomniałem sobie, że moje poprzednie auta w drobnych kwestiach usprawniał odległy o 200 metrów warsztat pana Arka. Telefon, hol i volvo zajechało do warsztatu. Po dwudziestu minutach wiadomość: "W pompie paliwa jest taka membranka, a w niej jest dziura. Pompa zaciąga powietrze i stąd gaśnięcie silnika. Nabyć pompę i po sprawie". Reszta prosta - ekspresowe allegro, chwila na wymianę, koszt około 100 złotych. Głowicy zdejmować nie było trzeba.
Pozdrowienia dla mechaników z ASO.

W ASO

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (151)
poczekalnia

#85052

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wróciłem ci ja z zagranicznego wojażu (a dokąd, to za moment) i odpaliłem przegapione Polskie Drogi (wiem, taki trochę masochistyczny odruch). I tak mi się skojarzyło. W stolicy noszącej dumne miano Nursułtan, która notabene jest snem pijanego architekta i w innych miastach zaobserwowałem, że w chwili, gdy pieszy zbliża się do zebry ruch uliczny dosłownie zamiera. Stają nie tylko samochody ale i komunikacja miejska, a gdyby i pociąg jechał, to też by się pewnie zatrzymał. Patrzę z krawężnika: wszystko stoi, a przez przejście pełzną dwie babeczki. Później kierowca mojego środka lokomocji (na łebka, który przed chwilą stwierdził, że zaproponowane przeze mnie 1000 tenge to za dużo i zawiezie mnie za 700) wyjaśnia, że za lekceważenie pieszego jest potworny mandat. Ulice o kilku pasach ruchu - można śmigać. Miejscowi jeżdżą bardzo dynamicznie, ale nie więcej niż sześćdziesiątką. Kierowca pokazuje wszechobecne i nieoznakowane żółte skrzyneczki. Fotoradar i nie ma odwołania, a kara potężna i nieodwołalna. Można wyedukować użytkowników ruchu? Można. Pod warunkiem, że kara jest dotkliwa i nieuchronna.
A teraz z innej beczułki. Przez jakiś czas byłem odseparowany od polskiego piekiełka wyznań i poglądów. I obrazek z podobno dzikiego Kazachstanu. W restauracji siedzi grupka młodych ludzi. Kilka młodych dziewcząt w hidżabach i kilka panienek w mini. Chłopcy niektórzy brodaci, a niektórzy nie. Ci co chcą piją piwko, a ci co nie chcą soczek. Ci co chcą wiosłują coś, co wygląda na schabowego (tu mogłem się pomylić), a inni pierożki z warzywkami. Nikt nie krzyczy, że jest muslimem, chrześcijaninem, wege, czy kimś tam innym. Tolerancja i szacunek dla innych się to nazywa. Można? Można. Mój kierowca (Rosjanin urodzony w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR i dalej tam mieszkający, bo mu się podoba) wytłumaczył mi to z niejakim pobłażaniem - tu żyje 120 narodowości i grup etnicznych. Każda ma swoje obyczaje i przyzwyczajenia. Bez wzajemnego zrozumienia chyba byśmy się powyrzynali nawzajem. A u nas dalej hejcik i plucie na tych, co się od nas różnią. Przykre.
Gdyby ktoś był ciekaw kraju, atrakcji i mieszkańców, to zapraszam do komentarzy. Pozdrawiam.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (127)

#84806

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo lat temu, ale nie wieczność temu. Gimnazjum. Społeczne zresztą. Piekielni rodzice, bo co dzieci winne.

Ponieważ mieszkałem przez cztery lata w przepięknej stolicy bratanków, kilkakrotnie zorganizowałem swoim dzieciakom (z różnych klas) wyjazd do Budapesztu. Oczywiście nie przez biuro turystyczne - polowanie na okazje przelotu, znajomy hostel w centrum miasta, świadomość faktu, gdzie i niedrogo można zjeść, znajomość miasta. Dużo roboty, ale opłacalne.

Na przykład, żeby wówczas zarezerwować najtańsze bilety lotnicze dla 18 osób, trzeba było użyć dwóch osób jednocześnie klikających zamówienie (limit był 14 biletów). No nieważne - udawało się i wychodziło 750 złotych za pięć noclegów, przelot, żarełko i wstępy (a niektóre miejsca w Budapeszcie tanie nie są na przykład Sechenyi Furdo). Wszystko załatwione, bilety kupione, hostel czeka, szczegółowa kalkulacja przyjęta przez rodziców. Oczywiście warunki: dziecko musi mieć dowód albo paszport oraz komórkę z roamingiem. Lecimy. Na lotnisku, po odprawie, przed bramką do boardingu ZONK! Ta panienka nie poleci. Bo? Bo paszport nieważny od dwóch lat. Dowodu niet. Telefon do taty - będzie za czterdzieści minut. Odlot za dwadzieścia. Żaden z dwójki opiekunów (ja i koleżanka) zostać nie może, bo byłby to koniec bajki. Na szczęście kochana pani z personelu obiecała, że zaopiekuje się niedoszłą wycieczkowiczką i przekaże ją tacie. Niby nie wolno, ale jak trzeba...

Dobra. Jesteśmy na miejscu i zwiedzamy miasto. Każdy pacjent ma tygodniowy bilet na komunikacje i mapkę miasta. Miasto jest duże i tłoczne w centrum, więc przed każdą podróżą odprawa. Wsiadamy tu (nazwa w postaci pisanej, bo fonetycznie wygląda to inaczej), jedziemy iks przystanków, wysiadamy tu (nazwa). Jeśli, co nie daj Boże ktoś się zgubi, wraca na stację początkową i dzwoni do mnie. Poruszamy się w zwartej grupie i pilnujemy poleceń.
OK. Startujemy ze stacji metra przy dworcu kolejowym Nyugati.

Stacja duża, tłok, przecinają się dwie linie metra. Instruktaż odbyty, na wszelki wypadek co chwilę liczymy ilu nas jest. Wsiadamy, wysiadamy, liczymy i znowu ZONK! Nie ma Andrzejka. Bladość, spazmy i chwila refleksji. Ma mapkę, komórkę, wie skąd startowaliśmy, zaraz się znajdzie. Dzwonię. Brak odzewu. Wracam na Nyugati. Andrzejka brak. Robi się horror. Moja koleżanka już łka, mnie też nie jest do śmiechu (ZAWSZE odpowiedzialny jest kierownik imprezy). W desperacji jeżdżę po dwa, trzy przystanki do przodu i do tyłu obiema liniami.

Po trzech kwadransach Alleluja. Jest Andrzejek. Siedzi na pustym peronie na ławeczce w miejscu, gdzie bym się go raczej nie spodziewał. Dla kumatych jechaliśmy na Batthyani ter, a on był na Lehel ter. Oczywiście wylało się ze mnie wszystko, co mogło się wylać. Chłopię dostało cenzuralny op...l od góry do dołu. A potem jeszcze jeden, gdy okazało się, że nie wziął z Polski komórki. Bo? Bo sam nie wie. A dlaczego się zgubił? Bo papierek mu upadł, a szedł na końcu, a potem to już nas nie było.

Dobra. Wróciliśmy do Polski i w szkole zaprasza mnie szef. Człowiek kochany i rozumny. Tym razem nieco skrępowany. "Bo wiesz jotem, mama Andrzejka powiedziała, że to była dla syna tak straszna trauma (nie zagubienie się, ale mój op...l), że dramat, sajgon i niepowetowane straty psychiczne". I co teraz? I ona oczekuje, że Andrzejka na forum klasy przeprosisz.

I wiecie co drodzy czytelnicy? Przeprosiłem Andrzejka na forum klasy. Nie dlatego, żebym drżał o zatrudnienie, ale dlatego, że szef mnie o to poprosił. I była to ostatnia zorganizowana przeze mnie wycieczka.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (150)

#84678

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze było strasznie poważnie, to teraz będzie trochę z uśmiechem.

Było to już sporo lat temu. Szkoła społeczna z dość wysokim czesnym. Akcja na drugiej godzinie lekcyjnej, obie prowadzone przeze mnie.

Osoby: Ja, klasa (milcząca) i ona - Julia. Na pierwszej godzinie Julii nie było. Druga lekcja zaczyna się też bez niej.

Mija kwadrans, klasa pracuje, sielanka pedagogiczna. Nagle z rozmachem otwierają się drzwi i wchodzi ona, cała na czarno. Czyli Julia. Patrzę z lekkim zaciekawieniem spodziewając się jakiegoś "dzień dobry" i ewentualnego wyjaśnienia przyczyny spóźnienia. Cisza.

Julia wolnym krokiem pożeglowała na swoje miejsce, usiadła i zamyśliła się. Patrzę, co będzie dalej, lekko zbity z tropu. Klasa też patrzy, ciekawa, co będzie. Ogólne milczenie. W pewnej chwili Julia podjęła decyzję i sięgnęła do torby. Zamiast podręcznika jednak na ławce pojawiło się lusterko i komplet do makijażu. W grobowej ciszy panienka wykonała gruntowne szpachlowanie (według mnie totalnie zbędne) i zwróciła podmalowane oczęta w moim kierunku.

Mój wyraz twarzy przekonał ją chyba, że powinna coś powiedzieć. I tak się stało. "Bo wie pan, kobieta, taka jak ja, bez makijażu to się czuje jak naga".

Nie, puenty nie będzie. Rzadko, bardzo rzadko zdarza mi się zaniemówić ze zdumienia, ale to był właśnie taki moment.

Kurtyna.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (173)

#84670

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu szkolne, sorry.

Idzie koniec roku. Co tam idzie, biegnie jak żul po flaszkę. Dzięki deformie mamy podwójne roczniki do szkół średnich, a co za tym idzie upiorną walkę o każdy punkt na świadectwie. Rozumiem to. Sam mam dzieci (co prawda już dorosłe) i wnuki i chciałbym im nieba przychylić. No ale istnieją pewne granice.

Jak zwykle, o tej porze odbywają się ostatnie w tym roku spotkania z rodzicami. To, co teraz będzie, to nie tylko moje, ale i z nasłuchu od znajomych.

Moje dziecko musi mieć szóstkę z matematyki.
Motywacja - bo za to jest od czapy punktów. Owszem, dzieciątko jest niezłe, tak między czwórką a piątką. Żadnych osiągnięć w konkursach (w każdej szkole jest przedmiotowy system oceniania, precyzujący wyraźnie, za jakie wyniki jest konkretna ocena - może to być ujęte procentowo albo przy pomocy średniej generowanej przez dziennik elektroniczny). Mógłbym postawić, ale laureat konkursów w mojej klasie musiałby wtedy dostać ósemkę, a nie szóstkę.

Korepetytor mojego dziecka twierdzi, że jest ono piątkowe.
Być może. Nie znam tego korepetytora. Średnia ocen to 71%. W mojej szkole czwórka jest od 75%. Jednak proponuję czwórkę. No i będę miał dzieciątko na sumieniu, bo nie dostanie się do wymarzonej szkoły bez piątki.

Dzieciątko przez cały rok w czasie zajęć prowadziło ożywione życie towarzyskie, nie zwracając uwagi na przebieg zajęć. Zrzynając na sprawdzianach (czasami się milczy pomimo ewidentnych dowodów) z jedynki dogrzebało się do 45%. Ocena zgodnie z systemem - dopuszczająca. Stawiam trzy, bo nie chcę rzucać kłód pod nogi. Mamunia żąda czwórki, bo to takie dobre dziecko jest. Ręce opadają jak witki.

Wszystko staram się zrozumieć i cierpliwie wytłumaczyć, dlaczego nie. Z drugiej strony mam łzy, wymuszania i agresję. I nie tylko ja.

Kochani rodzice. Robimy, co możemy. Moi uczniowie będą mieli bardzo dużo punktów za egzamin (sprawdzone w wywiadzie). Jeśli nauczyciele z innych szkół postawią same szóstki, to przy ich słabszych wynikach nasi i tak polegną.

Sam nie wiem, co robić. Na razie siedzę wieczorami nad ocenami i kombinuję. Obniżam progi ocen, biorę pod uwagę aktywność. Nie mogę wszystkim postawić piątek i szóstek - istnieje coś takiego jak etyka zawodu (przynajmniej u mnie).

A Pani Zalewskiej gorąco dziękuję za Armageddon.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (173)

#84297

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam sobie co jakiś czas, że nauczyciele powinni mieć wreszcie unormowany czas pracy - załóżmy 18 godzin przy tablicy, reszta w szkole. Tam onże pedagog będzie sprawdzał klasówki, komponował kartkówki, poprawiał zeszyty i tworzył strategie na nadchodzące godziny. Co ciekawe, niektórzy nauczyciele też są za tym rozwiązaniem.

No chyba kogoś pos*ało. Po pierwsze primo (jak nadal niektórzy powiadają) nie mamy armat. W mojej poprzedniej szkole w pokoju nauczycielskim były dwa stacjonarne komputery z rwącym się Internetem na trzydziestkę chętnych. W obecnej szkole nie ma żadnego. (Gwoli sprawiedliwości, każdy nauczyciel ma laptopa na biurku w swojej klasie, ale czasu wystarcza na wpisanie tematu i sprawdzenie obecności. Oceny wpisuję w domu, żeby nie tracić zajęć). Propozycja zakłada, że w pokoju nauczycielskim w dużej szkole jest kilkanaście biurek z laptopami i siecią. Widział ktoś coś takiego?

Ale to jest pikuś. Po czterdziestu latach pracy w zawodzie dzielę nauczycieli na artystów i rzemieślników. Rzemieślnik (bez obrazy) po wejściu do klasy otwiera Librusa, patrzy, jaki ma temat zajęć, otwiera podręcznik na stosownej stronie i leci metodą paznokciową, czyli "stąd do strony 67". Jak już uczniowie przeczytają, jest kilka pytań kontrolnych, jakiś komentarz (niekoniecznie mądry) i zadanie pracy domowej (niekoniecznie wnoszącej coś nowego).

Tacy nauczyciele uwielbiają tzw. zeszyty ćwiczeń, bo zwalniają ich one od jakiejkolwiek aktywności. Tak, takim nauczycielom czterdziestogodzinny etat w szkole załatwia sprawę.

Klasyką są tu dla mnie nauczyciele fizyki (sam tego przedmiotu uczę). Hermetyczny i totalnie niezrozumiały dla uczniów język powoduje, że zamiast próbować cokolwiek wyjaśniać, zadaje się uzupełnianki "na małpę" w ćwiczeniach. Wysiłek intelektualny żaden, a potem tylko sprawdzić.

No i są artyści. Nauczyciele, którzy cały czas myślą, jak przeprowadzić lekcję tak, żeby efekt był jak najlepszy. Wiedzą z wyprzedzeniem, czego będą uczyć następnego dnia, wyszukują filmiki na YT (ale maksimum pięciominutowe), szukają innych źródeł informacji, z których mogą na lekcji skorzystać uczniowie ze swoimi smartfonami (komórka to nie jest samo zło!), zastanawiają się, jak język fizyki czy matematyki przetłumaczyć na codzienność, żeby to było dla podopiecznych zrozumiałe, mozolnie wyszukują ciekawostki i wiedzą, co dla którego ucznia będzie interesujące.

Artysta nie może mieć czterdziestogodzinnego tygodnia pracy w szkole. Przypomina to polecenie poecie napisania w czasie od 13.00 do 16.15 dwóch limeryków i trzech sonetów na zadany temat. Nauczyciel-artysta myśli o lekcji, gotując fasolową, siedząc na tronie i wyprowadzając psa. A czasami najlepsze pomysły pojawiają się podczas zasypiania. I tak to jest.

Niestety rzemieślników jest więcej niż artystów. Niektórzy są lepsi, niektórzy gorsi, ale zawsze odtwórczy. Ich ofiary trafiają z reguły na korepetycje.

Artystów jest niewielu. To ludzie z prawdziwym powołaniem do zawodu, ludzie, którzy dobrze wiedzą, co robią. Danie wszystkim, jak leci, po tysiąc złotych jest dla nich policzkiem. Ale to nie fabryka śrubek.

Ocena pracy nauczyciela subiektywna jest zawsze, a wyniki pracy niewymierne.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (157)