Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

lemongirl

Zamieszcza historie od: 30 kwietnia 2012 - 16:40
Ostatnio: 4 września 2019 - 22:40
  • Historii na głównej: 44 z 58
  • Punktów za historie: 9121
  • Komentarzy: 223
  • Punktów za komentarze: 907
 
zarchiwizowany

#83459

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lato.
Przystanek.
Kilka osób czeka na autobus.
Ja też.

Podjeżdża samochód, od strony chodnika opuszcza się szyba, myślę, że kierowca chce o coś spytać, więc podchodzę.

Ale nie, kierowca lewą rękę trzyma na kierownicy, a prawą, ruszając nią w górę i w dół, trzyma na własnym... no na pewno nie drążku zmiany biegów.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (67)
zarchiwizowany

#80509

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja historia nie jest piekielna, ale doskonale wpisuje się w nurt opowiastek z poczekalni u lekarza.

Nie pamiętam z jakiego powodu, zresztą nie jest to istotne, siedziałam w prawie pustej poczekalni. Na krześle obok mnie usiadła starsza pani dość pokaźnych rozmiarów i swoim biodrem napierała na mnie. W pewnym momencie się odchyliła na zewnątrz i z ukrytego końca przewodu pokarmowego wydała soczyste "prrrryyyttt". Po powrocie do pozycji siedzącej udawała, że nic się nie stało, a ja, nie znajdując żadnych słów, przesiadłam się nieco dalej...

Poczekalnia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (29)
zarchiwizowany

#80267

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Siedzę sobie w restauracji typu vege, bio, gluten free i co tam kto jeszcze chce. Kobieta koło mnie dostaje jakieś wypasione śniadanie z pieczywem i zaczyna jeść.
Po paru minutach podchodzi do niej kelnerka i mówi:
- Przepraszam bardzo, ale to pieczywo jest z glutenem, bo zapomniałam powiedzieć na kuchni, że pani chciała bez...

Na szczęście prośba tej klientki wynikała z mody na jedzenie bezglutenowe i nic wielkiego się nie stało. Ale gdyby miała celiakię to mogłoby to się skończyć nieciekawie...

Gluten free

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (27)
zarchiwizowany
Bardziej smutne niż piekielne:

Godzina 14 z minutami. Chłopak i dziewczyna siedzą na ławeczce. Na oko mają po 20 lat. Spleceni ze sobą tak, że ciężko stwierdzić która noga czyja. Piją piwo. On rozmawia przez telefon:
- Ty, kur*a, co ta twoja Weronika, kur*a, teraz robi?
- Sprząta, kur*a?
- To weź jej, kur*a, powiedz, żeby, kur*a, się spakowała i, kur*a, wsiadła z tobą do samochodu. Nie chcecie, kur*a, gdzieś pojechać?

A dwa metry dalej plac zabaw i pełno dzieci...

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (42)
zarchiwizowany

#74508

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja sprzed chwili. Jadę z dzieckiem autobusem. Dziecko w wózku na miejscu dla wózków. Wolnych miejsc siedzących pełno, ale tylko jedno na tyle blisko synka, żebym mogła na nim usiąść. I właśnie to miejsce zajmuję.

Wchodzi babina i staje nade mną. "Przepraszam" i się na mnie gapi. Miejsc wolnych nadal pełno, więc siedzę dalej. Ale ona gapi się coraz intensywniej i jeszcze dodatkowo stanęła pomiędzy mną a synkiem. Poddałam się i wstałam.

Ona usiadła, i owszem, ale na miejscu obok. I od razu przesiadła się jeszcze gdzie indziej.

Chciałabym to jakoś błyskotliwe skomentować na koniec, ale nie bardzo wiem jak...

komunikacja_miejska baba

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (153)
zarchiwizowany
W ramach wprowadzenia z lekka nakreślę ramy sytuacyjne: byłam w siódmym miesiącu ciąży z bliźniakami, brzuch miałam potężny. Na tym etapie już ciężko było mi się ruszać i w zasadzie całymi dniami siedziałam w domu. Jak tylko mąż mógł mnie zabrać "do ludzi" (czyt. do centrum handlowego), to cieszyłam się jak dziecko i zawsze z tego korzystałam, pomimo, że taka wyprawa polegała zwykle na siedzeniu w jakiejś kawiarence i odpoczywaniu.

Historia właściwa: celem nabycia jakiegoś czytadła (w tamtym okresie książki nadspodziewanie szybko się kończyły) udałam się do księgarni. Stoję przy regale z bestsellerami/nowościami (nie pamiętam już co to było, grunt, że książki stały na szczycie większego regału). Z mojej prawej strony żwawym krokiem (takim naprawdę żwawym) zbliża się pan w wieku około 50 lat, idzie o kuli. Naprawdę nieźle popyla. Zatrzymuje się jakieś 15 cm ode mnie i najwyraźniej oczekuje, że go przepuszczę. Spojrzałam na niego, ale nie zamierzałam się ruszać. Pan uraczył mnie wzrokiem mogącym zabić i postanowił obejść cały regał, u którego szczytu stałam.

Gdzie piekielność? Za mną były ze dwa metry wolnej przestrzeni, więc gdyby zdecydował się zrobić jeden krok w bok, spokojnie by mnie wyminął. Ale nie, lepiej "umilić" życie na ciężarnej.

...może nie umiał skręcać w lewo.

księgarnia ciąża

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4 (44)
zarchiwizowany
Pracuję w prywatnej firmie, ale obecnie jestem na urlopie macierzyńskim. Pracodawca zapewnia pakiet medyczny w prywatnej placówce. Pakiet wypasiony, bo nawet dentystę mieliśmy za darmo.

Jakiś czas temu drogą bardzo nieoficjalną doszła do mnie informacja, że ze względu na cięcie kosztów obecny pakiet będzie obowiązywał do końca miesiąca, a potem dentysta już nie będzie bezpłatny. Ok, rozumiem, nawet miałam się zapisać na kilka wizyt, żeby wykorzystać to, co mi jeszcze zostało, jak się da, bo wiadomo, leczenie zębów do tanich "przyjemności" nie należy. Ale jakoś się nie złożyło.

W swojej naiwności myślałam, że ktoś mnie poinformuje o tej drobnej zmianie, ale jednak tak się nie stało. Złożyło się jednak tak, że w nowym miesiącu musiałam się pilnie zapisać do lekarza, więc dzwonię do wspomnianej placówki medycznej, coby wizytę umówić. Jakież było moje zdziwienie, gdy konsultant poinformował mnie, że mój pakiet jest nieaktywny!

Ja rozumiem, że cięcie kosztów, że firma szuka oszczędności, i nawet nie mam pretensji o to, że mi ten pakiet całkiem zamknęli. Ale bolałoby ich to, gdyby ktoś do mnie zadzwonił, maila wysłał, czy nawet marnego smsa, cobym na idiotkę na infolinii nie wyszła? Zwłaszcza, że dzień wcześniej rozmawiałam z dziewczyną odpowiedzialną za takie decyzje, i słowem się na ten temat nie zająknęła...

Firma prywatna

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (160)
zarchiwizowany
Miałam być matką chszestną pierwszej córki mojego brata. A z tym się wiąże konieczność uzyskania zaświadczenia ze spowiedzi i to jeszcze konkretnie z parafii, w której będzie chrzest. Małe miasto, może trochę inne obyczaje, ale cóż zrobić. Dojechaliśmy wieczorem, w dniu poprzedzającym przyjęcie małej do grona dzieci Boga, więc dopiero następnego dnia rano mogłam się udać do spowiedzi.

Wierzę w Boga, ale w kościół to już trochę mniej. Ale zależało mi, chciałam się szczerze wyspowiadać. Na początku oczywiście standardowa formułka, przechodzę do grzechów. Mówię o tym, że nie szanuję ojca (nie zasłużył na szacunek), że "nie zachowałam czystości przedmałżeńskiej", że nie chodzę co niedziela do kościoła... I w tym momencie ksiądz mi przerwał słowami: "Jak to nie chodzisz do kościoła?! A czy ty wiesz, że to bardzo ciężki grzech?! BÓG SIĘ CIEBIE WSTYDZI!"

Trochę mnie wmurowało w podłogę, już nie pamiętam jak się potoczyła moja spowiedź dalej, ale zaświadczenie ostatecznie dostałam.

Tak sobie myślę: Czy to na pewno mnie Bóg się wstydzi? Czy może raczej tego księdza, który odstrasza młodych ludzi od kościoła...?

kościół

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (51)
zarchiwizowany
Kolejna historia o służbie zdrowia:

Kilka lat temu po raz pierwszy w życiu miałam grypę. Wcześniej oczywiście jakieś przeziębienia z temperaturą dochodzącą do 38 stopni, ale nic poza tym. Tym razem było inaczej: temperatura powyżej 40 stopni, dreszcze, jakieś dziwne rzeczy widziałam, a obecny mąż mi potem opowiadał, że mówiłam jakieś dziwne rzeczy.

Poszłam do lekarza, z taką temperaturą przyjęli mnie bez problemów, ale przyjmował tylko jakiś nowy lekarz. OK, było mi wszystko jedno, byleby coś mi dał, a i zwolnienie do pracy potrzebowałam (40 stopni, praktycznie brak głosu, a wtedy jeszcze pracowałam „na słuchawkach” – nie wyobrażałam sobie inaczej).

Pan doktor (taki trochę do „Znachora” podobny) powiedział, że to żadna grypa, że grypa to była ostatnia jakieś 60 lat temu, od tamtej pory grypy nie ma. Dał mi jakieś tabletki emskie, powiedział, że zwolnienia nie, bo nic mi nie jest.

Poszłam do rejestracji, mówię, że byłam u nowego doktora, nie dał mi zwolnienia, ale może panie pielęgniarki by mi chociaż wypisały zaświadczenie, że byłam u lekarza, żebym w pracy problemów nie miała?
Jak mnie zobaczyły to tylko: „no nie, znowu ten nowy doktor” i dawaj mnie do kierowniczki przychodni. Ta, jak mnie zobaczyła, zbadała, to od razu antybiotyk, zwolnienie na tydzień i nie wychodzić z domu bo zarażam.

Piekielną pacjentką raczej nie byłam, ledwo na nogach stałam. Ale nowego pana doktora już więcej nie widziałam.

służba zdrowia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (187)
zarchiwizowany
Groupon. Niby fajna rzecz…

Znalazłam ofertę metamorfozy w salonie fryzjerskim, gdzieś na Łuckiej. Miało być wszystko: komputerowe dobieranie fryzury, zdjęcie przed, strzyżenie, farbowanie, czesanie, makijaż, zdjęcie po. Full wypas i to za jedyne 129zł zamiast 450! Biorę.

Zapisałam się na wizytę i o wyznaczonej porze zjawiłam się w salonie. Siedzę w poczekalni, ludzi sporo, bo grouponów ponoć sprzedali dużo. W międzyczasie fryzjerzy nas zagadywali, a co byśmy chciały, a jaki kolor, a że mi to by było dobrze w kolorze sarnim (miałam włosy brązowe) itp. Po dwóch godzinach oczekiwania (!) w końcu zostałam zaproszona na fotel. Pan mnie poinformował, że żeby zrobić mi kolor sarni to trzeba będzie zrobić dekoloryzację, a to zajmie jakieś 2 godziny i on teraz nie ma tyle czasu. I że trzeba będzie dopłacić 60zł (cena zależy od długości włosów), bo groupon tego nie pokrywa. Mam się umówić na inny termin. Się trochę zirytowałam, bo przecież sam mówił, że mi ten sarni kolor zrobi i widział, że włosy miałam brązowe. No ale nic. Umówiłam się na inny termin.

O wyznaczonej porze stawiam się na miejscu. Fryzjer mnie poznał, się uśmiechnął, ale muszę czekać bo znowu klientki. Po godzinie siadam na fotel i fryzjer mnie informuje, że on nie ma sarniego koloru, ale może mi zrobić czerwony. Hmm, nie do końca to, o co mi chodziło. To może przyjdę innego dnia, jak kolor już będzie?

O wyznaczonej porze stawiam się na miejscu. Znowu „dzień dobry”, uśmiechy, zapewnienie, że kolor jest. Rewelacja! Po dwóch godzinach siadam na fotel, dekoloryzacja nałożona, mam czekać kolejną godzinę, żeby mój obecny kolor zszedł. Niewtajemniczonym powiem, że dekoloryzacja jest zabiegiem niszczącym włosy bardziej niż farbowanie i trwała razem wzięte.
Po umyciu włosów byłam przerażona tym, co zobaczyłam w lustrze: żółty przeplatany rudymi i brązowymi plamami! Ale podobno to normalne po dekoloryzacji. Fryzjer zaczął mi nakładać „sarnią” farbę i po pokryciu połowy włosów stwierdził, że coś za czerwona wychodzi. Więc dawaj do zmycia. Następna farba to ja już nie wiem co to było, jakiś taki świński blond, ale o tym to się przekonałam już po wysuszeniu włosów. No ale przecież nie powiem, żeby mi jeszcze czwartą farbę nałożył, bo zostanę łysa! Jakoś przeboleję, przemęczę się tydzień, a potem jakiś delikatny szampon koloryzujący czy coś…

To teraz cięcie. Po raz pierwszy miałam włosy obcinane brzytwą!



Makijaż miałam zrobiony na cukierkowo różowo, włosy przesuszone, jak jeszcze nigdy w życiu, kolor okropny, fryzurę taką, że chodziłam w związanych włosach (chociaż nie było za bardzo co zbierać w kucyk). Bo już nie mówię, że o komputerowym dobieraniu fryzury czy jakichkolwiek zdjęciach nie było mowy! I jeszcze za dekoloryzację musiałam dopłacić 80zł; widocznie przez tydzień włosy mi aż tak urosły, że 60zł tego nie pokryje. Się jeszcze potem zastanawiałam po co robili mi dekoloryzację na całych włosach, skoro potem i tak je o połowę skrócili?

Niestety nie byłam wtedy zbyt asertywna i należnej awantury im nie zrobiłam, a szkoda.

Wydaje mi się, że nie byłam jedyną niepocieszoną osobą, bo salon juz nie istnieje. I dobrze! Mam tylko nadzieję, że nie trafię na tego samego fryzjera w jakimś innym miejscu...

Salon fryzjerski na Łuckiej

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (206)