Profil użytkownika
mofayar
| Zamieszcza historie od: | 12 stycznia 2020 - 22:45 |
| Ostatnio: | 21 grudnia 2025 - 19:31 |
- Historii na głównej: 18 z 24
- Punktów za historie: 3148
- Komentarzy: 137
- Punktów za komentarze: 1134
zarchiwizowany
Skomentuj
(16)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Piekielność dla mojego budżetu i niemałe wyzwanie dla mojej kreatywności.
Moja kobieta ma urodziny w grudniu. W grudniu są też święta. W styczniu urodziny ma moja druga kobieta. Następnie, w lutym, są walentynki. Potem jeszcze marzec i dzień kobiet.
Wybulić na te wszystkie prezenty to pół biedy, bo mnie stać, ale weź tu człowieku wymyśl co im kupić!
Moja kobieta ma urodziny w grudniu. W grudniu są też święta. W styczniu urodziny ma moja druga kobieta. Następnie, w lutym, są walentynki. Potem jeszcze marzec i dzień kobiet.
Wybulić na te wszystkie prezenty to pół biedy, bo mnie stać, ale weź tu człowieku wymyśl co im kupić!
prezenty
Ocena:
84
(146)
Kolejny kwiatek z portalu randkowego.
Laska strzeliła na mnie giga focha i zerwała znajomość, bo nie chciało mi się godzinami gadać z nią przez telefon.
Na początku znajomości było to fajne i ciekawe, bo szły naprawdę interesujące tematy. Później, kiedy spotykaliśmy się już regularnie, a ona coraz bardziej przez ten telefon przynudzała, to mnie to po prostu męczyło. Poza tym jak spędziliśmy cały dzień razem, to po co ona jeszcze do mnie dzwoni wieczorem i cięgiem gada?
Ale jak ona gadała!
Miała taką manierę, że nie potrafiła niczego powiedzieć krótko i zwięźle. Pokażę to na przykładzie.
Normalny człowiek powie: "Poszedłem do sklepu i kupiłem mleko."
W jej wersji brzmiałoby to tak: "Mam mieszkanie na trzecim piętrze, składające się z czterech pomieszczeń - dwa pokoje, łazienka i kuchnia. W tejże kuchni mam szafki, kuchenkę, zlew, zmywarkę, kuchenkę mikrofalową i lodówkę. Kiedy zajrzałem ostatnio do lodówki, stwierdziłem, że mam w niej masło, ser, warzywa, mięso i kilka innych rzeczy, ale za to nie mam mleka. Mleko ma szerokie zastosowanie w kuchni i dużo go używam, dlatego postanowiłem udać się do sklepu celem jego nabycia..." - i tak jeszcze przez 10 minut.
Potrafiła 10 minut nawijać o czymś, co można powiedzieć w kilka sekund, zasypując mnie niemającymi żadnego znaczenia dla opowiadanej historii szczegółami. Oprócz tego rozmowy z nią coraz częściej polegały, że narzekała na dosłownie wszystko, a ja musiałem tego wysłuchiwać. Przez jakiś czas to znosiłem, później ją prosiłem by mówiła krócej i zwięźlej. Kiedy zmieniła pracę i zapytałem ją czym się zajmuje, przez pół godziny opisywała mi całą strukturę organizacyjną firmy (w tym informacje, których raczej nie powinno się wynosić poza firmę) i choć odpowiedź na moje pytanie gdzieś tam była, to była tak rozmyta, że niewiele z niej zrozumiałem.
Moje prośby zostały zignorowane, a męczyło mnie to coraz bardziej, więc zacząłem mówić jej wprost, że nie mam siły z nią rozmawiać całymi wieczorami przez telefon, na co ona zapytała, dlaczego. Wyjaśniłem jak wam wyżej. Ona na to zapytała, co mam lepszego do roboty. Odpowiedziałem, że chcę sobie odpocząć, wyciszyć się, poczytać książkę, obejrzeć coś, pograć, ogarnąć coś w domu, itd.
Po tym nastąpił foch, że wszystko jest dla mnie ważniejsze od niej i że ona takiej relacji nie chce. Zgodziłem się, że ja też takiej relacji nie chcę, a konkretnie to nie chcę wylądować w wariatkowie przez jej gadanie.
Laska strzeliła na mnie giga focha i zerwała znajomość, bo nie chciało mi się godzinami gadać z nią przez telefon.
Na początku znajomości było to fajne i ciekawe, bo szły naprawdę interesujące tematy. Później, kiedy spotykaliśmy się już regularnie, a ona coraz bardziej przez ten telefon przynudzała, to mnie to po prostu męczyło. Poza tym jak spędziliśmy cały dzień razem, to po co ona jeszcze do mnie dzwoni wieczorem i cięgiem gada?
Ale jak ona gadała!
Miała taką manierę, że nie potrafiła niczego powiedzieć krótko i zwięźle. Pokażę to na przykładzie.
Normalny człowiek powie: "Poszedłem do sklepu i kupiłem mleko."
W jej wersji brzmiałoby to tak: "Mam mieszkanie na trzecim piętrze, składające się z czterech pomieszczeń - dwa pokoje, łazienka i kuchnia. W tejże kuchni mam szafki, kuchenkę, zlew, zmywarkę, kuchenkę mikrofalową i lodówkę. Kiedy zajrzałem ostatnio do lodówki, stwierdziłem, że mam w niej masło, ser, warzywa, mięso i kilka innych rzeczy, ale za to nie mam mleka. Mleko ma szerokie zastosowanie w kuchni i dużo go używam, dlatego postanowiłem udać się do sklepu celem jego nabycia..." - i tak jeszcze przez 10 minut.
Potrafiła 10 minut nawijać o czymś, co można powiedzieć w kilka sekund, zasypując mnie niemającymi żadnego znaczenia dla opowiadanej historii szczegółami. Oprócz tego rozmowy z nią coraz częściej polegały, że narzekała na dosłownie wszystko, a ja musiałem tego wysłuchiwać. Przez jakiś czas to znosiłem, później ją prosiłem by mówiła krócej i zwięźlej. Kiedy zmieniła pracę i zapytałem ją czym się zajmuje, przez pół godziny opisywała mi całą strukturę organizacyjną firmy (w tym informacje, których raczej nie powinno się wynosić poza firmę) i choć odpowiedź na moje pytanie gdzieś tam była, to była tak rozmyta, że niewiele z niej zrozumiałem.
Moje prośby zostały zignorowane, a męczyło mnie to coraz bardziej, więc zacząłem mówić jej wprost, że nie mam siły z nią rozmawiać całymi wieczorami przez telefon, na co ona zapytała, dlaczego. Wyjaśniłem jak wam wyżej. Ona na to zapytała, co mam lepszego do roboty. Odpowiedziałem, że chcę sobie odpocząć, wyciszyć się, poczytać książkę, obejrzeć coś, pograć, ogarnąć coś w domu, itd.
Po tym nastąpił foch, że wszystko jest dla mnie ważniejsze od niej i że ona takiej relacji nie chce. Zgodziłem się, że ja też takiej relacji nie chcę, a konkretnie to nie chcę wylądować w wariatkowie przez jej gadanie.
Ocena:
137
(155)
poczekalnia
Skomentuj
(32)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Kolejna historia z portalu randkowego, tym razem krótsza.
Na początek ciekawostka. W restauracjach typu fast food, gdy zamawia się coś niestandardowego, np. burgera bez jakiegoś składnika, albo ze składnikiem dodatkowym, to czeka się dłużej, ponieważ wszystko robią taśmowo i tak samo, a jak pojawia się coś niestandardowego to muszą to zrobić osobno i dlatego czeka się dłużej.
Trzecie spotkanie z kobietą, pojechaliśmy sobie na wycieczkę za miasto. Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym fast foodzie coś zjeść. Ona zamówiła właśnie potrawę bez jednego składnika. Czekamy sobie, rozmawiamy, a ona coraz bardziej się niecierpliwi dlaczego to tak długo trwa. W końcu zapytała mnie:
- Czemu to tyle trwa?
Odpowiedziałem jej ciekawostką, którą napisałem we wstępie.
Momentalnie dostała dzikiej furii i zaczęła się na mnie wydzierać, że ją obwiniam o to że przez nią tyle czekamy, że jestem ch*jem, że to jest znęcanie się psychiczne, itd.
Mówię, że nic z tych rzeczy. Zapytała, to odpowiedziałem, proste. Mnie ani trochę nie przeszkadza, że czekamy.
Dostała jeszcze większego szału i się rozpłakała. W końcu zrobili nasze zamówienie, ja swoje zabrałem, ona swoje ostentacyjnie wywaliła do śmietnika i wyszła. Tyle ją widziałem, a byliśmy jakieś 30 km od miasta, z którego wyjechaliśmy.
Mam nadzieję, że bezpiecznie wróciła i zaraz potem zapisała się do psychiatry.
Na początek ciekawostka. W restauracjach typu fast food, gdy zamawia się coś niestandardowego, np. burgera bez jakiegoś składnika, albo ze składnikiem dodatkowym, to czeka się dłużej, ponieważ wszystko robią taśmowo i tak samo, a jak pojawia się coś niestandardowego to muszą to zrobić osobno i dlatego czeka się dłużej.
Trzecie spotkanie z kobietą, pojechaliśmy sobie na wycieczkę za miasto. Po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym fast foodzie coś zjeść. Ona zamówiła właśnie potrawę bez jednego składnika. Czekamy sobie, rozmawiamy, a ona coraz bardziej się niecierpliwi dlaczego to tak długo trwa. W końcu zapytała mnie:
- Czemu to tyle trwa?
Odpowiedziałem jej ciekawostką, którą napisałem we wstępie.
Momentalnie dostała dzikiej furii i zaczęła się na mnie wydzierać, że ją obwiniam o to że przez nią tyle czekamy, że jestem ch*jem, że to jest znęcanie się psychiczne, itd.
Mówię, że nic z tych rzeczy. Zapytała, to odpowiedziałem, proste. Mnie ani trochę nie przeszkadza, że czekamy.
Dostała jeszcze większego szału i się rozpłakała. W końcu zrobili nasze zamówienie, ja swoje zabrałem, ona swoje ostentacyjnie wywaliła do śmietnika i wyszła. Tyle ją widziałem, a byliśmy jakieś 30 km od miasta, z którego wyjechaliśmy.
Mam nadzieję, że bezpiecznie wróciła i zaraz potem zapisała się do psychiatry.
Ocena:
82
(122)
Kolejna przygoda z portalu randkowego. Będzie trochę długo.
Poznałem wspaniałą dziewczynę. Piękna, inteligentna, wykształcona (dwa kierunki studiów), 34 lata, mądra życiowo i doświadczona, bez dzieci i byłego męża, świetnie się dogadywaliśmy i pod każdym względem się układało. Ukrainka, od trzech lat w Polsce.
Pierwsza Ukrainka z jaką miałem okazję się spotkać. Wiele słyszałem i czytałem o tym, że Ukrainki podobno ciągną od facetów hajs na potęgę, że taka ich mentalność i tak są nauczone. Nie zamierzam oceniać całej nacji, ale w moim przypadku się to sprawdziło co do joty.
Pierwszy raz pojechała z grubej rury. Chce żebym ją zabrał do Warszawy na weekend i żebyśmy mieszkali w takim wysokim hotelu, żebyśmy mieli z okna widok na panoramę miasta. No, jest kilka takich hoteli w Warszawie, nawet byłoby to w moim budżecie, ale nie będę tam zabierał kobiety, z którą spotykam się od dwóch miesięcy. Uśmiechnąłem się i powiedziałem tylko: "Wszystko przed nami."
Później zaczęło się sępienie o ubrania i kosmetyki. Na początku w żartach, a potem coraz poważniej. Nie chciała żebym jej kupował, tylko żebym jej przelewał hajs, a ona pójdzie i sama sobie kupi. Powiedziałem, że to chore i nie mam zamiaru tego robić.
Eskalacja nastąpiła trzy dni temu. Była na shoppingu, wysłała mi zdjęcie w pięknej sukience, w której wyglądała niesamowicie. Pytam, czy ją kupiła. Ona, że nie. Ja mówię, że pojedziemy tam jutro i jej kupię, bo jest piękna.
Przyszło jutro, a ona mi mówi, że jednak nie może się spotkać, ale żebym wysłał jej hajs, to ona pójdzie i kupi, bo później może nie być już tej sukienki. Odmówiłem i zaczęła się litania.
Kobieta ma dużo wydatków. Ubrania, kosmetyki, zabiegi kosmetyczne, paznokcie, rzęsy, fryzjer, farbowanie, itd, nawet podpaski na tej liście wymieniła. Jej zdaniem facet powinien pokrywać te koszty lub przynajmniej w nich partycypować, skoro "korzysta" z tego.
Powtórzyłem, że to chore i jak żyję nigdy od żadnej kobiety czegoś takiego nie usłyszałem. Ona na to, że w takim razie po co jej facet, skoro nie chce jej dawać pieniędzy? Ja na to:
- To jesteś z facetem tylko dlatego, żeby ci dawał pieniądze? A jak nazywa się taka relacja? Sponsoring, albo mówiąc dobitniej, prostytucja.
Powiedziała, że niczego nie rozumiem i że to nie to samo, że jestem skąpy i że jej żałuję wszystkiego.
Od kiedy się spotykamy zabierałem ją w różne miejsca, do restauracji, do teatru, na wycieczki, itd., zawsze za wszystko płaciłem jako że skoro ja zapraszam, to ja płacę. To dla mnie normalne. Tak samo jak normalne jest, że od czasu do czasu kupię kobiecie coś ładnego, żeby jej sprawić przyjemność. Ale sponsorowanie jej wysyłając przelewy - absolutnie nie.
Tak też jej powiedziałem, na co się sfochowała, rozpłakała i powiedziała, że skoro jej teraz wypominam ile na nią wydałem, to ona mi wszystko odda. Tłumaczę, że powiedziałem to po to by jej uzmysłowić, że się myli mówiąc, że jestem skąpy i jej żałuję, oraz że chciałem jej wskazać różnicę między tym, a sponsoringiem.
Nie dotarło, rozhisteryzowała się jeszcze bardziej i powiedziała, że ona już nie będzie ze mną rozmawiać, bo przeze mnie tylko płacze. To było trzy dni temu i od tamtego czasu się nie odzywa. Ja też nie zamierzam. Ale szkoda mi, bo to w gruncie rzeczy dobra kobieta.
Jestem jednak w szoku, bo pierwszy raz trafiłem na takie podejście. Kobiety z którymi spotykałem się dotychczas, Polki, wręcz podkreślały swoją niezależność i samodzielność finansową, nie chciały ode mnie żadnych pieniędzy, wszędzie się upierały żeby płacić za siebie, albo robiliśmy tak że raz płaciłem ja, a raz ona. A tutaj takie odmienne podejście.
Poznałem wspaniałą dziewczynę. Piękna, inteligentna, wykształcona (dwa kierunki studiów), 34 lata, mądra życiowo i doświadczona, bez dzieci i byłego męża, świetnie się dogadywaliśmy i pod każdym względem się układało. Ukrainka, od trzech lat w Polsce.
Pierwsza Ukrainka z jaką miałem okazję się spotkać. Wiele słyszałem i czytałem o tym, że Ukrainki podobno ciągną od facetów hajs na potęgę, że taka ich mentalność i tak są nauczone. Nie zamierzam oceniać całej nacji, ale w moim przypadku się to sprawdziło co do joty.
Pierwszy raz pojechała z grubej rury. Chce żebym ją zabrał do Warszawy na weekend i żebyśmy mieszkali w takim wysokim hotelu, żebyśmy mieli z okna widok na panoramę miasta. No, jest kilka takich hoteli w Warszawie, nawet byłoby to w moim budżecie, ale nie będę tam zabierał kobiety, z którą spotykam się od dwóch miesięcy. Uśmiechnąłem się i powiedziałem tylko: "Wszystko przed nami."
Później zaczęło się sępienie o ubrania i kosmetyki. Na początku w żartach, a potem coraz poważniej. Nie chciała żebym jej kupował, tylko żebym jej przelewał hajs, a ona pójdzie i sama sobie kupi. Powiedziałem, że to chore i nie mam zamiaru tego robić.
Eskalacja nastąpiła trzy dni temu. Była na shoppingu, wysłała mi zdjęcie w pięknej sukience, w której wyglądała niesamowicie. Pytam, czy ją kupiła. Ona, że nie. Ja mówię, że pojedziemy tam jutro i jej kupię, bo jest piękna.
Przyszło jutro, a ona mi mówi, że jednak nie może się spotkać, ale żebym wysłał jej hajs, to ona pójdzie i kupi, bo później może nie być już tej sukienki. Odmówiłem i zaczęła się litania.
Kobieta ma dużo wydatków. Ubrania, kosmetyki, zabiegi kosmetyczne, paznokcie, rzęsy, fryzjer, farbowanie, itd, nawet podpaski na tej liście wymieniła. Jej zdaniem facet powinien pokrywać te koszty lub przynajmniej w nich partycypować, skoro "korzysta" z tego.
Powtórzyłem, że to chore i jak żyję nigdy od żadnej kobiety czegoś takiego nie usłyszałem. Ona na to, że w takim razie po co jej facet, skoro nie chce jej dawać pieniędzy? Ja na to:
- To jesteś z facetem tylko dlatego, żeby ci dawał pieniądze? A jak nazywa się taka relacja? Sponsoring, albo mówiąc dobitniej, prostytucja.
Powiedziała, że niczego nie rozumiem i że to nie to samo, że jestem skąpy i że jej żałuję wszystkiego.
Od kiedy się spotykamy zabierałem ją w różne miejsca, do restauracji, do teatru, na wycieczki, itd., zawsze za wszystko płaciłem jako że skoro ja zapraszam, to ja płacę. To dla mnie normalne. Tak samo jak normalne jest, że od czasu do czasu kupię kobiecie coś ładnego, żeby jej sprawić przyjemność. Ale sponsorowanie jej wysyłając przelewy - absolutnie nie.
Tak też jej powiedziałem, na co się sfochowała, rozpłakała i powiedziała, że skoro jej teraz wypominam ile na nią wydałem, to ona mi wszystko odda. Tłumaczę, że powiedziałem to po to by jej uzmysłowić, że się myli mówiąc, że jestem skąpy i jej żałuję, oraz że chciałem jej wskazać różnicę między tym, a sponsoringiem.
Nie dotarło, rozhisteryzowała się jeszcze bardziej i powiedziała, że ona już nie będzie ze mną rozmawiać, bo przeze mnie tylko płacze. To było trzy dni temu i od tamtego czasu się nie odzywa. Ja też nie zamierzam. Ale szkoda mi, bo to w gruncie rzeczy dobra kobieta.
Jestem jednak w szoku, bo pierwszy raz trafiłem na takie podejście. Kobiety z którymi spotykałem się dotychczas, Polki, wręcz podkreślały swoją niezależność i samodzielność finansową, nie chciały ode mnie żadnych pieniędzy, wszędzie się upierały żeby płacić za siebie, albo robiliśmy tak że raz płaciłem ja, a raz ona. A tutaj takie odmienne podejście.
Ocena:
124
(138)
poczekalnia
Skomentuj
(33)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Kilka rzeczy, które mnie wkurzają u kobiet z portali randkowych.
1. Zabieranie czasu
Poświęciłem jej 3/4 dnia, a jej mało. Sobota, spotkaliśmy się rano, zrobiliśmy sobie śniadanie i zjedliśmy, uprawialiśmy seks, później leżeliśmy w łóżku i się przytulaliśmy, później poszliśmy do teatru, wróciliśmy, uprawialiśmy seks, zjedliśmy obiad, uprawialiśmy seks, leżeliśmy i się przytulaliśmy, zrobiła się godzina 19 i ja mówię, że wracam do domu. Ona na to, żebym jeszcze został. A ja nie chcę. Chciałbym wrócić do domu, odpocząć, zająć się swoimi sprawami, poczytać książkę, pograć w grę i ogólnie spędzić trochę czasu sam ze sobą. Niby zrozumiała, ale i tak foch.
Inna z kolei chciała, żebym jej poświęcił cały weekend. Miałem do niej przyjechać w piątek po pracy, zostać na noc, później spędzić z nią całą sobotę i zostać na noc, a później jeszcze całą niedzielę i wieczorem wrócić do domu. Ja mówię, że nie. W piątek chcę odpocząć po pracy i iść na siłownię, mogę przyjechać w sobotę wieczorem i zostać na noc, a w niedzielę rano wrócić, bo chcę poogarniać rzeczy w domu i przygotować się do pracy na poniedziałek. Ona na to, że albo cały weekend albo wcale. Wybrałem opcję wcale. Mega foch.
2. Określanie relacji
Nie rozumiem dlaczego kobiety mają takie parcie na werbalne określenie relacji. Pytania typu: "Kim ja dla ciebie jestem?" "Co dalej z nami?" "Jak sobie wyobrażasz naszą przyszłość?" A srak!
Spotykamy się, spędzamy razem dużo czasu i uprawiamy seks. To chyba samo przez się określa jaka jest między nami relacja. Co, mam cię zapytać czy będziesz ze mną chodzić? Nie mamy 15 lat. Poza tym nie mam zamiaru składać żadnych deklaracji i niczego obiecywać. Dopóki jest miło i fajnie to się spotykamy, a jak będzie dalej to czas pokaże. Z doświadczenia i obserwacji wiem, że po określeniu relacji zaczyna się robić niefajnie, bo kobieta przestaje się starać.
3. Zbyt głęboka ingerencja w życie prywatne
Spotykamy się, spędzamy razem czas, ale każde z nas ma swoje prywatne życie i swoje tajemnice. Ja szanuję twoje, ty uszanuj moje. Nie interesuje mnie czy piszesz i spotykasz się z kimś jeszcze i ciebie też nie powinno interesować czy ja to robię. Nie pytaj mnie o takie rzeczy. Kiedy mówię, że danego dnia nie mogę się spotkać, to znaczy że nie mogę i nie pytaj dlaczego. Ja ciebie o takie rzeczy nie pytam. Jeśli nie możesz, to ok, spotkamy się kiedy indziej. Żeby relacja była fajna, to należy zachować balans między wspólnym życiem i życiem prywatnym. Nie powinno się zbyt głęboko wchodzić drugiej osobie w życie. Każdy potrzebuje też przestrzeni dla siebie.
1. Zabieranie czasu
Poświęciłem jej 3/4 dnia, a jej mało. Sobota, spotkaliśmy się rano, zrobiliśmy sobie śniadanie i zjedliśmy, uprawialiśmy seks, później leżeliśmy w łóżku i się przytulaliśmy, później poszliśmy do teatru, wróciliśmy, uprawialiśmy seks, zjedliśmy obiad, uprawialiśmy seks, leżeliśmy i się przytulaliśmy, zrobiła się godzina 19 i ja mówię, że wracam do domu. Ona na to, żebym jeszcze został. A ja nie chcę. Chciałbym wrócić do domu, odpocząć, zająć się swoimi sprawami, poczytać książkę, pograć w grę i ogólnie spędzić trochę czasu sam ze sobą. Niby zrozumiała, ale i tak foch.
Inna z kolei chciała, żebym jej poświęcił cały weekend. Miałem do niej przyjechać w piątek po pracy, zostać na noc, później spędzić z nią całą sobotę i zostać na noc, a później jeszcze całą niedzielę i wieczorem wrócić do domu. Ja mówię, że nie. W piątek chcę odpocząć po pracy i iść na siłownię, mogę przyjechać w sobotę wieczorem i zostać na noc, a w niedzielę rano wrócić, bo chcę poogarniać rzeczy w domu i przygotować się do pracy na poniedziałek. Ona na to, że albo cały weekend albo wcale. Wybrałem opcję wcale. Mega foch.
2. Określanie relacji
Nie rozumiem dlaczego kobiety mają takie parcie na werbalne określenie relacji. Pytania typu: "Kim ja dla ciebie jestem?" "Co dalej z nami?" "Jak sobie wyobrażasz naszą przyszłość?" A srak!
Spotykamy się, spędzamy razem dużo czasu i uprawiamy seks. To chyba samo przez się określa jaka jest między nami relacja. Co, mam cię zapytać czy będziesz ze mną chodzić? Nie mamy 15 lat. Poza tym nie mam zamiaru składać żadnych deklaracji i niczego obiecywać. Dopóki jest miło i fajnie to się spotykamy, a jak będzie dalej to czas pokaże. Z doświadczenia i obserwacji wiem, że po określeniu relacji zaczyna się robić niefajnie, bo kobieta przestaje się starać.
3. Zbyt głęboka ingerencja w życie prywatne
Spotykamy się, spędzamy razem czas, ale każde z nas ma swoje prywatne życie i swoje tajemnice. Ja szanuję twoje, ty uszanuj moje. Nie interesuje mnie czy piszesz i spotykasz się z kimś jeszcze i ciebie też nie powinno interesować czy ja to robię. Nie pytaj mnie o takie rzeczy. Kiedy mówię, że danego dnia nie mogę się spotkać, to znaczy że nie mogę i nie pytaj dlaczego. Ja ciebie o takie rzeczy nie pytam. Jeśli nie możesz, to ok, spotkamy się kiedy indziej. Żeby relacja była fajna, to należy zachować balans między wspólnym życiem i życiem prywatnym. Nie powinno się zbyt głęboko wchodzić drugiej osobie w życie. Każdy potrzebuje też przestrzeni dla siebie.
Ocena:
11
(117)
poczekalnia
Skomentuj
(25)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
W nawiązaniu do historii o walniętej psiarze, opowiem o swoich doświadczeniach z psiarami.
Generalnie nie lubię psów i psiarzy (któż ich lubi?), zdecydowanie wolę koty, ale nie skreślam kobiety tylko dlatego, że ma psa. Jednakże przebywanie u takiej psiary jest istną męczarnią. Spotykałem się z kociarami i psiarami i opowiem pokrótce jak to wyglądało.
Kociara:
Przychodzę, kot zaciekawiony wita mnie w drzwiach i patrzy. Wyciągam rękę, kot podchodzi, wącha i czasem da się pogłaskać po łebku. Jeśli zna mnie już lepiej, to ociera mi się przez chwilę o nogi i nadstawia się żeby go pogłaskać. Później idzie i zajmuje się swoimi kocimi sprawami. Kiedy siedzimy i rozmawiamy, albo leżymy i oglądamy jakiś film, kotek przychodzi i siada albo kładzie się koło nas, czasem na nas, zasypia i mruczy. To takie miłe. Mruczenie działa odprężająco. Kiedy wychodzę, kotek mnie odprowadza do drzwi i próbuje uciec, jak to koty.
Psiara:
Od samego wejścia pies na mnie skacze brudnymi łapami. Nie daje mi nawet butów zdjąć. Muszę go odpychać. Kiedy w końcu udaje mi się zdjać buty, idziemy do pokoju i siadamy na kanapie. Pies od razu wskakuje na kanapę, włazi na mnie i liże, brudząc mi ubranie śliną i pianą z pyska, która śmierdzi tak że aż wyciska łzy z oczu. Zrzucam go i przeganiam, ale on znowu wskakuje. Zrzucam go znowu, ale znów wraca. Nie potrafi się odczepić. Wręcz się prosi o kopa w dupę, ale nie uznaję przemocy wobec zwierząt, nawet tak irytujących. Mówię do niej:
- Zabierz go!
- Ale on zaraz przestanie!
- Od 5 minut nie może przestać.
W końcu zabiera go i zamyka drzwi od pokoju. Pies jeszcze przez dobre 20 minut skacze łapami na drzwi i szczeka. Później się uspokaja. Kiedy wychodzę, zaczyna się od nowa. Założenie butów jest istną ekwilibrystyką, a jej nie przyjdzie nawet do głowy żeby tego poj*bańca przytrzymać. W końcu wychodzę, w brudnym i oślinionym ubraniu.
Psiarstwo to chyba stan umysłu. Nie pojmuję jak ludzie znajdują przyjemność w obcowaniu z tak nachalnym i denerwującym zwierzęciem.
Generalnie nie lubię psów i psiarzy (któż ich lubi?), zdecydowanie wolę koty, ale nie skreślam kobiety tylko dlatego, że ma psa. Jednakże przebywanie u takiej psiary jest istną męczarnią. Spotykałem się z kociarami i psiarami i opowiem pokrótce jak to wyglądało.
Kociara:
Przychodzę, kot zaciekawiony wita mnie w drzwiach i patrzy. Wyciągam rękę, kot podchodzi, wącha i czasem da się pogłaskać po łebku. Jeśli zna mnie już lepiej, to ociera mi się przez chwilę o nogi i nadstawia się żeby go pogłaskać. Później idzie i zajmuje się swoimi kocimi sprawami. Kiedy siedzimy i rozmawiamy, albo leżymy i oglądamy jakiś film, kotek przychodzi i siada albo kładzie się koło nas, czasem na nas, zasypia i mruczy. To takie miłe. Mruczenie działa odprężająco. Kiedy wychodzę, kotek mnie odprowadza do drzwi i próbuje uciec, jak to koty.
Psiara:
Od samego wejścia pies na mnie skacze brudnymi łapami. Nie daje mi nawet butów zdjąć. Muszę go odpychać. Kiedy w końcu udaje mi się zdjać buty, idziemy do pokoju i siadamy na kanapie. Pies od razu wskakuje na kanapę, włazi na mnie i liże, brudząc mi ubranie śliną i pianą z pyska, która śmierdzi tak że aż wyciska łzy z oczu. Zrzucam go i przeganiam, ale on znowu wskakuje. Zrzucam go znowu, ale znów wraca. Nie potrafi się odczepić. Wręcz się prosi o kopa w dupę, ale nie uznaję przemocy wobec zwierząt, nawet tak irytujących. Mówię do niej:
- Zabierz go!
- Ale on zaraz przestanie!
- Od 5 minut nie może przestać.
W końcu zabiera go i zamyka drzwi od pokoju. Pies jeszcze przez dobre 20 minut skacze łapami na drzwi i szczeka. Później się uspokaja. Kiedy wychodzę, zaczyna się od nowa. Założenie butów jest istną ekwilibrystyką, a jej nie przyjdzie nawet do głowy żeby tego poj*bańca przytrzymać. W końcu wychodzę, w brudnym i oślinionym ubraniu.
Psiarstwo to chyba stan umysłu. Nie pojmuję jak ludzie znajdują przyjemność w obcowaniu z tak nachalnym i denerwującym zwierzęciem.
psy psiarze psiary
Ocena:
62
(104)
poczekalnia
Skomentuj
(5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
W nawiązaniu do historii o idiotach, którzy zamykali basen z powodu wyimaginowanej burzy.
Byłem sobie nad morzem, środek lata, gorąco, pluskam się na strzeżonym kąpielisku razem z setką innych ludzi, a tu nagle gwizdy ratowników, czerwona flaga i wszyscy mają wyjść z wody. Pierwsza moja myśl:
- O kurła, rekin! Jak w "Szczękach"!
Ale zaraz, przecież jesteśmy w Polsce nad Bałtykiem, tutaj nie ma rekinów, najwyżej meduza cię może poparzyć. Idę do ratownika i pytam, co się stało. Mówi:
- Jest silny wiatr i duże fale, będzie sztorm.
Patrzę na morze, potem na niebo, potem znów na ratownika, robię wielkie oczy i zastanawiam się, czy to mnie czy jemu słonko za mocno przygrzało, bo ewidentnie jeden z nas ma omamy. Pogoda jest identyczna jak dzień wcześniej, fale i wiatr takie jak zawsze, niebo prawie bezchmurne oprócz kilku niegroźnych cumulusów... Gdzie on tu zapowiadający się sztorm widzi? No ale nie ma sensu dyskutować, pewnie takie informacje dostał i taki rozkaz, żeby zamknąć plażę.
- A jak sobie poza teren strzeżony pójdę, to mogę wejść do wody?
- Tam to może się pan nawet utopić, jeśli pan chce.
- Dziękuję.
Poszedłem, a wraz ze mną wspomniana setka ludzi. W efekcie strzeżone kąpielisko stało puste, wszyscy pluskali się 100 metrów dalej, a sztorm nie przyszedł ani w tym czasie jak byłem na plaży, ani przez resztę dnia, ani w nocy, ani na następny dzień, ani do końca mojego pobytu tam.
Byłem sobie nad morzem, środek lata, gorąco, pluskam się na strzeżonym kąpielisku razem z setką innych ludzi, a tu nagle gwizdy ratowników, czerwona flaga i wszyscy mają wyjść z wody. Pierwsza moja myśl:
- O kurła, rekin! Jak w "Szczękach"!
Ale zaraz, przecież jesteśmy w Polsce nad Bałtykiem, tutaj nie ma rekinów, najwyżej meduza cię może poparzyć. Idę do ratownika i pytam, co się stało. Mówi:
- Jest silny wiatr i duże fale, będzie sztorm.
Patrzę na morze, potem na niebo, potem znów na ratownika, robię wielkie oczy i zastanawiam się, czy to mnie czy jemu słonko za mocno przygrzało, bo ewidentnie jeden z nas ma omamy. Pogoda jest identyczna jak dzień wcześniej, fale i wiatr takie jak zawsze, niebo prawie bezchmurne oprócz kilku niegroźnych cumulusów... Gdzie on tu zapowiadający się sztorm widzi? No ale nie ma sensu dyskutować, pewnie takie informacje dostał i taki rozkaz, żeby zamknąć plażę.
- A jak sobie poza teren strzeżony pójdę, to mogę wejść do wody?
- Tam to może się pan nawet utopić, jeśli pan chce.
- Dziękuję.
Poszedłem, a wraz ze mną wspomniana setka ludzi. W efekcie strzeżone kąpielisko stało puste, wszyscy pluskali się 100 metrów dalej, a sztorm nie przyszedł ani w tym czasie jak byłem na plaży, ani przez resztę dnia, ani w nocy, ani na następny dzień, ani do końca mojego pobytu tam.
Ocena:
60
(86)
W nawiązaniu do ostatnich historii o portalach randkowym i ludziach tam poznanych, opowiem swoją.
Poznałem kobietę, 35 lat, dwoje dzieci (ja 37, bez dzieci) i zaczęliśmy się spotykać. Po kilku tygodniach znajomości doszło do pierwszego zbliżenia, a kilka dni później ona mi mówi, że teraz jesteśmy w związku, że opowiedziała już o mnie całej rodzinie i znajomym i że niedługo poznam jej dzieci.
Hola, hola! To, że cię raz puknąłem nie oznacza jeszcze, że jesteśmy parą i byłoby miło gdybyś przed ogłoszeniem całemu światu naszego związku, ustaliła to najpierw ze mną.
Tak jej powiedziałem, tylko że bardziej dyplomatycznie. Zapytała:
- Ale to nie chcesz być ze mną?
- Chcę, ale zanim zacznę poznawać twoją rodzinę i znajomych to chciałbym żebyśmy najpierw sami poznali siebie nawzajem.
Nie spodobało jej się to, ale w końcu się ze mną zgodziła. Po jakimś czasie nastąpiła druga akcja.
Oznajmiła mi, że w weekend dzieci jadą do ojca, będzie wolna i pojedziemy gdzieś razem. Zaznaczam, że oznajmiła, a nie zapytała, bo zdążyłem już zauważyć, że jak sobie coś wymyśli to tak ma być, a moje zdanie nie ma tu znaczenia.
Tak się akurat złożyło, że na ten weekend byłem już umówiony na wyjazd w góry z kolegami, który zaplanowaliśmy kilka tygodni wcześniej.
- No i co z tego? To odwołaj.
- Nie odwołam, bo chcę tam jechać, wszystko jest już przygotowane i byliśmy na ten wyjazd umówieni już od dawna.
- Aha, czyli koledzy są ważniejsi ode mnie?
- Nie są ważniejsi. Jakbym był wcześniej umówiony z tobą, a koledzy by chcieli żebym z nimi pojechał, to też bym im odmówił.
Przyjęła do wiadomości moje argumenty, choć z wielkim fochem. Po jakimś czasie nastąpiła trzecia i ostatnia akcja.
Wymyśliła sobie, że chce poznać moich rodziców. Mówię:
- Na to jest jeszcze za wcześnie. Spotykamy się dwa miesiące z hakiem. Po co tak gonić?
- Nie traktujesz mnie poważnie.
- Chcę traktować cię poważnie, ale to co robisz jest niepoważne.
Dalej były szantaże emocjonalne, że jeśli nie zacznę jej traktować poważnie, to będzie koniec. Ja na to, że jeśli nie zacznie zachowywać się poważnie, to faktycznie będzie koniec.
No i tak też nastąpił koniec.
Taka narwana, wszystko na już chciała i tak jak ona sobie wymyśli.
Poznałem kobietę, 35 lat, dwoje dzieci (ja 37, bez dzieci) i zaczęliśmy się spotykać. Po kilku tygodniach znajomości doszło do pierwszego zbliżenia, a kilka dni później ona mi mówi, że teraz jesteśmy w związku, że opowiedziała już o mnie całej rodzinie i znajomym i że niedługo poznam jej dzieci.
Hola, hola! To, że cię raz puknąłem nie oznacza jeszcze, że jesteśmy parą i byłoby miło gdybyś przed ogłoszeniem całemu światu naszego związku, ustaliła to najpierw ze mną.
Tak jej powiedziałem, tylko że bardziej dyplomatycznie. Zapytała:
- Ale to nie chcesz być ze mną?
- Chcę, ale zanim zacznę poznawać twoją rodzinę i znajomych to chciałbym żebyśmy najpierw sami poznali siebie nawzajem.
Nie spodobało jej się to, ale w końcu się ze mną zgodziła. Po jakimś czasie nastąpiła druga akcja.
Oznajmiła mi, że w weekend dzieci jadą do ojca, będzie wolna i pojedziemy gdzieś razem. Zaznaczam, że oznajmiła, a nie zapytała, bo zdążyłem już zauważyć, że jak sobie coś wymyśli to tak ma być, a moje zdanie nie ma tu znaczenia.
Tak się akurat złożyło, że na ten weekend byłem już umówiony na wyjazd w góry z kolegami, który zaplanowaliśmy kilka tygodni wcześniej.
- No i co z tego? To odwołaj.
- Nie odwołam, bo chcę tam jechać, wszystko jest już przygotowane i byliśmy na ten wyjazd umówieni już od dawna.
- Aha, czyli koledzy są ważniejsi ode mnie?
- Nie są ważniejsi. Jakbym był wcześniej umówiony z tobą, a koledzy by chcieli żebym z nimi pojechał, to też bym im odmówił.
Przyjęła do wiadomości moje argumenty, choć z wielkim fochem. Po jakimś czasie nastąpiła trzecia i ostatnia akcja.
Wymyśliła sobie, że chce poznać moich rodziców. Mówię:
- Na to jest jeszcze za wcześnie. Spotykamy się dwa miesiące z hakiem. Po co tak gonić?
- Nie traktujesz mnie poważnie.
- Chcę traktować cię poważnie, ale to co robisz jest niepoważne.
Dalej były szantaże emocjonalne, że jeśli nie zacznę jej traktować poważnie, to będzie koniec. Ja na to, że jeśli nie zacznie zachowywać się poważnie, to faktycznie będzie koniec.
No i tak też nastąpił koniec.
Taka narwana, wszystko na już chciała i tak jak ona sobie wymyśli.
randka portal
Ocena:
148
(196)
Mieszkam na zamkniętym osiedlu i niedawno wymienili nam bramę wjazdową. Teraz nie trzeba już nic naciskać, tylko dostaliśmy takie chipy, które gdy mamy przy sobie i podjeżdżamy pod bramę, sprawiają, że ta otwiera się automatycznie.
Problem w tym, że ten system p***doli się jak studentka na Erasmusie i często trzeba podjeżdżać pod bramę, odjeżdżać i znowu podjeżdżać, żeby złapało. Jest to irytujące i marnuje się czas, bo bywa i tak, że przez kilka minut nie chce złapać. Nie ma też możliwości ręcznego otwarcia bramy.
Przyjeżdżali już dwa razy i naprawiali, ale z marnym skutkiem. Z kilkoma sąsiadami napisaliśmy do nich, że jak do końca tego tygodnia nie zostanie to definitywnie naprawione, to naprawimy to własnymi siłami - po prostu zdemontujemy bramę.
Zobaczymy, co zrobią.
Problem w tym, że ten system p***doli się jak studentka na Erasmusie i często trzeba podjeżdżać pod bramę, odjeżdżać i znowu podjeżdżać, żeby złapało. Jest to irytujące i marnuje się czas, bo bywa i tak, że przez kilka minut nie chce złapać. Nie ma też możliwości ręcznego otwarcia bramy.
Przyjeżdżali już dwa razy i naprawiali, ale z marnym skutkiem. Z kilkoma sąsiadami napisaliśmy do nich, że jak do końca tego tygodnia nie zostanie to definitywnie naprawione, to naprawimy to własnymi siłami - po prostu zdemontujemy bramę.
Zobaczymy, co zrobią.
osiedle brama
Ocena:
135
(163)
Kojarzycie takie szkoły prywatne, za które płaci się mnóstwo pieniędzy i w których nie ma ocen, od uczniów niczego się nie wymaga i chwali się ich nawet, gdy udzielają błędnych odpowiedzi? W założeniu teoretycznym takie szkoły mają wychowywać ludzi o otwartych umysłach, kreatywnych, myślących nieszablonowo i takie tam kołczingowe bzdety, ale w praktyce hodują życiowe niedorajdy o zerowej odporności na wszelką krytykę, które w swoich pierwszych krokach w dorosłe życie brutalnie zderzają się z rzeczywistością i nie potrafią sobie z nią poradzić.
Taką szkołę skończył mój kuzyn i o nim będzie ta historia.
Rodzice kuzyna byli bardzo z siebie dumni, że zapisali go do takiej szkoły, choć nie jest to tanie. Ale warto! Na każdym rodzinnym spotkaniu zachwycali się jak świetnie idzie mu w szkole i wróżyli mu świetlaną przyszłość.
Zderzenie z rzeczywistością nastąpiło gdy po zakończonej szkole, w przerwie wakacyjnej przed studiami, kuzyn poszedł do swojej pierwszej pracy. Popracował kilka dni, aż któregoś dnia wrócił do domu z płaczem i powiedział, że więcej tam nie pójdzie.
Co się stało?
Otóż zrobił coś nie tak i szkolący go pracownik wyjaśnił mu na czym błąd polegał oraz pokazał, jak ma robić poprawnie.
Dla kuzyna to był pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś go skrytykował. Przez całą szkołę wszyscy mówili mu, że wszystko robi dobrze, nawet jeśli robił źle. W pracy jednak o tym nie wiedzieli, że chodzi do takiej szkoły i potraktowali go tak, jak każdego innego pracownika. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Rodzice musieli go zabrać do psychologa.
Kupa śmiechu będzie jak zacznie studia i zda sobie sprawę, że oprócz uśmiechania się i mówienia co ślina na język przyniesie, trzeba się też uczyć.
Taką szkołę skończył mój kuzyn i o nim będzie ta historia.
Rodzice kuzyna byli bardzo z siebie dumni, że zapisali go do takiej szkoły, choć nie jest to tanie. Ale warto! Na każdym rodzinnym spotkaniu zachwycali się jak świetnie idzie mu w szkole i wróżyli mu świetlaną przyszłość.
Zderzenie z rzeczywistością nastąpiło gdy po zakończonej szkole, w przerwie wakacyjnej przed studiami, kuzyn poszedł do swojej pierwszej pracy. Popracował kilka dni, aż któregoś dnia wrócił do domu z płaczem i powiedział, że więcej tam nie pójdzie.
Co się stało?
Otóż zrobił coś nie tak i szkolący go pracownik wyjaśnił mu na czym błąd polegał oraz pokazał, jak ma robić poprawnie.
Dla kuzyna to był pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś go skrytykował. Przez całą szkołę wszyscy mówili mu, że wszystko robi dobrze, nawet jeśli robił źle. W pracy jednak o tym nie wiedzieli, że chodzi do takiej szkoły i potraktowali go tak, jak każdego innego pracownika. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Rodzice musieli go zabrać do psychologa.
Kupa śmiechu będzie jak zacznie studia i zda sobie sprawę, że oprócz uśmiechania się i mówienia co ślina na język przyniesie, trzeba się też uczyć.
szkola
Ocena:
108
(138)
1 2 3 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 3 następna »
mofayar