Profil użytkownika
mofayar
| Zamieszcza historie od: | 12 stycznia 2020 - 22:45 |
| Ostatnio: | 7 grudnia 2025 - 7:30 |
- Historii na głównej: 18 z 23
- Punktów za historie: 3005
- Komentarzy: 137
- Punktów za komentarze: 1134
Kolejny kwiatek z portalu randkowego.
Laska strzeliła na mnie giga focha i zerwała znajomość, bo nie chciało mi się godzinami gadać z nią przez telefon.
Na początku znajomości było to fajne i ciekawe, bo szły naprawdę interesujące tematy. Później, kiedy spotykaliśmy się już regularnie, a ona coraz bardziej przez ten telefon przynudzała, to mnie to po prostu męczyło. Poza tym jak spędziliśmy cały dzień razem, to po co ona jeszcze do mnie dzwoni wieczorem i cięgiem gada?
Ale jak ona gadała!
Miała taką manierę, że nie potrafiła niczego powiedzieć krótko i zwięźle. Pokażę to na przykładzie.
Normalny człowiek powie: "Poszedłem do sklepu i kupiłem mleko."
W jej wersji brzmiałoby to tak: "Mam mieszkanie na trzecim piętrze, składające się z czterech pomieszczeń - dwa pokoje, łazienka i kuchnia. W tejże kuchni mam szafki, kuchenkę, zlew, zmywarkę, kuchenkę mikrofalową i lodówkę. Kiedy zajrzałem ostatnio do lodówki, stwierdziłem, że mam w niej masło, ser, warzywa, mięso i kilka innych rzeczy, ale za to nie mam mleka. Mleko ma szerokie zastosowanie w kuchni i dużo go używam, dlatego postanowiłem udać się do sklepu celem jego nabycia..." - i tak jeszcze przez 10 minut.
Potrafiła 10 minut nawijać o czymś, co można powiedzieć w kilka sekund, zasypując mnie niemającymi żadnego znaczenia dla opowiadanej historii szczegółami. Oprócz tego rozmowy z nią coraz częściej polegały, że narzekała na dosłownie wszystko, a ja musiałem tego wysłuchiwać. Przez jakiś czas to znosiłem, później ją prosiłem by mówiła krócej i zwięźlej. Kiedy zmieniła pracę i zapytałem ją czym się zajmuje, przez pół godziny opisywała mi całą strukturę organizacyjną firmy (w tym informacje, których raczej nie powinno się wynosić poza firmę) i choć odpowiedź na moje pytanie gdzieś tam była, to była tak rozmyta, że niewiele z niej zrozumiałem.
Moje prośby zostały zignorowane, a męczyło mnie to coraz bardziej, więc zacząłem mówić jej wprost, że nie mam siły z nią rozmawiać całymi wieczorami przez telefon, na co ona zapytała, dlaczego. Wyjaśniłem jak wam wyżej. Ona na to zapytała, co mam lepszego do roboty. Odpowiedziałem, że chcę sobie odpocząć, wyciszyć się, poczytać książkę, obejrzeć coś, pograć, ogarnąć coś w domu, itd.
Po tym nastąpił foch, że wszystko jest dla mnie ważniejsze od niej i że ona takiej relacji nie chce. Zgodziłem się, że ja też takiej relacji nie chcę, a konkretnie to nie chcę wylądować w wariatkowie przez jej gadanie.
Laska strzeliła na mnie giga focha i zerwała znajomość, bo nie chciało mi się godzinami gadać z nią przez telefon.
Na początku znajomości było to fajne i ciekawe, bo szły naprawdę interesujące tematy. Później, kiedy spotykaliśmy się już regularnie, a ona coraz bardziej przez ten telefon przynudzała, to mnie to po prostu męczyło. Poza tym jak spędziliśmy cały dzień razem, to po co ona jeszcze do mnie dzwoni wieczorem i cięgiem gada?
Ale jak ona gadała!
Miała taką manierę, że nie potrafiła niczego powiedzieć krótko i zwięźle. Pokażę to na przykładzie.
Normalny człowiek powie: "Poszedłem do sklepu i kupiłem mleko."
W jej wersji brzmiałoby to tak: "Mam mieszkanie na trzecim piętrze, składające się z czterech pomieszczeń - dwa pokoje, łazienka i kuchnia. W tejże kuchni mam szafki, kuchenkę, zlew, zmywarkę, kuchenkę mikrofalową i lodówkę. Kiedy zajrzałem ostatnio do lodówki, stwierdziłem, że mam w niej masło, ser, warzywa, mięso i kilka innych rzeczy, ale za to nie mam mleka. Mleko ma szerokie zastosowanie w kuchni i dużo go używam, dlatego postanowiłem udać się do sklepu celem jego nabycia..." - i tak jeszcze przez 10 minut.
Potrafiła 10 minut nawijać o czymś, co można powiedzieć w kilka sekund, zasypując mnie niemającymi żadnego znaczenia dla opowiadanej historii szczegółami. Oprócz tego rozmowy z nią coraz częściej polegały, że narzekała na dosłownie wszystko, a ja musiałem tego wysłuchiwać. Przez jakiś czas to znosiłem, później ją prosiłem by mówiła krócej i zwięźlej. Kiedy zmieniła pracę i zapytałem ją czym się zajmuje, przez pół godziny opisywała mi całą strukturę organizacyjną firmy (w tym informacje, których raczej nie powinno się wynosić poza firmę) i choć odpowiedź na moje pytanie gdzieś tam była, to była tak rozmyta, że niewiele z niej zrozumiałem.
Moje prośby zostały zignorowane, a męczyło mnie to coraz bardziej, więc zacząłem mówić jej wprost, że nie mam siły z nią rozmawiać całymi wieczorami przez telefon, na co ona zapytała, dlaczego. Wyjaśniłem jak wam wyżej. Ona na to zapytała, co mam lepszego do roboty. Odpowiedziałem, że chcę sobie odpocząć, wyciszyć się, poczytać książkę, obejrzeć coś, pograć, ogarnąć coś w domu, itd.
Po tym nastąpił foch, że wszystko jest dla mnie ważniejsze od niej i że ona takiej relacji nie chce. Zgodziłem się, że ja też takiej relacji nie chcę, a konkretnie to nie chcę wylądować w wariatkowie przez jej gadanie.
Ocena:
133
(151)
Kolejna przygoda z portalu randkowego. Będzie trochę długo.
Poznałem wspaniałą dziewczynę. Piękna, inteligentna, wykształcona (dwa kierunki studiów), 34 lata, mądra życiowo i doświadczona, bez dzieci i byłego męża, świetnie się dogadywaliśmy i pod każdym względem się układało. Ukrainka, od trzech lat w Polsce.
Pierwsza Ukrainka z jaką miałem okazję się spotkać. Wiele słyszałem i czytałem o tym, że Ukrainki podobno ciągną od facetów hajs na potęgę, że taka ich mentalność i tak są nauczone. Nie zamierzam oceniać całej nacji, ale w moim przypadku się to sprawdziło co do joty.
Pierwszy raz pojechała z grubej rury. Chce żebym ją zabrał do Warszawy na weekend i żebyśmy mieszkali w takim wysokim hotelu, żebyśmy mieli z okna widok na panoramę miasta. No, jest kilka takich hoteli w Warszawie, nawet byłoby to w moim budżecie, ale nie będę tam zabierał kobiety, z którą spotykam się od dwóch miesięcy. Uśmiechnąłem się i powiedziałem tylko: "Wszystko przed nami."
Później zaczęło się sępienie o ubrania i kosmetyki. Na początku w żartach, a potem coraz poważniej. Nie chciała żebym jej kupował, tylko żebym jej przelewał hajs, a ona pójdzie i sama sobie kupi. Powiedziałem, że to chore i nie mam zamiaru tego robić.
Eskalacja nastąpiła trzy dni temu. Była na shoppingu, wysłała mi zdjęcie w pięknej sukience, w której wyglądała niesamowicie. Pytam, czy ją kupiła. Ona, że nie. Ja mówię, że pojedziemy tam jutro i jej kupię, bo jest piękna.
Przyszło jutro, a ona mi mówi, że jednak nie może się spotkać, ale żebym wysłał jej hajs, to ona pójdzie i kupi, bo później może nie być już tej sukienki. Odmówiłem i zaczęła się litania.
Kobieta ma dużo wydatków. Ubrania, kosmetyki, zabiegi kosmetyczne, paznokcie, rzęsy, fryzjer, farbowanie, itd, nawet podpaski na tej liście wymieniła. Jej zdaniem facet powinien pokrywać te koszty lub przynajmniej w nich partycypować, skoro "korzysta" z tego.
Powtórzyłem, że to chore i jak żyję nigdy od żadnej kobiety czegoś takiego nie usłyszałem. Ona na to, że w takim razie po co jej facet, skoro nie chce jej dawać pieniędzy? Ja na to:
- To jesteś z facetem tylko dlatego, żeby ci dawał pieniądze? A jak nazywa się taka relacja? Sponsoring, albo mówiąc dobitniej, prostytucja.
Powiedziała, że niczego nie rozumiem i że to nie to samo, że jestem skąpy i że jej żałuję wszystkiego.
Od kiedy się spotykamy zabierałem ją w różne miejsca, do restauracji, do teatru, na wycieczki, itd., zawsze za wszystko płaciłem jako że skoro ja zapraszam, to ja płacę. To dla mnie normalne. Tak samo jak normalne jest, że od czasu do czasu kupię kobiecie coś ładnego, żeby jej sprawić przyjemność. Ale sponsorowanie jej wysyłając przelewy - absolutnie nie.
Tak też jej powiedziałem, na co się sfochowała, rozpłakała i powiedziała, że skoro jej teraz wypominam ile na nią wydałem, to ona mi wszystko odda. Tłumaczę, że powiedziałem to po to by jej uzmysłowić, że się myli mówiąc, że jestem skąpy i jej żałuję, oraz że chciałem jej wskazać różnicę między tym, a sponsoringiem.
Nie dotarło, rozhisteryzowała się jeszcze bardziej i powiedziała, że ona już nie będzie ze mną rozmawiać, bo przeze mnie tylko płacze. To było trzy dni temu i od tamtego czasu się nie odzywa. Ja też nie zamierzam. Ale szkoda mi, bo to w gruncie rzeczy dobra kobieta.
Jestem jednak w szoku, bo pierwszy raz trafiłem na takie podejście. Kobiety z którymi spotykałem się dotychczas, Polki, wręcz podkreślały swoją niezależność i samodzielność finansową, nie chciały ode mnie żadnych pieniędzy, wszędzie się upierały żeby płacić za siebie, albo robiliśmy tak że raz płaciłem ja, a raz ona. A tutaj takie odmienne podejście.
Poznałem wspaniałą dziewczynę. Piękna, inteligentna, wykształcona (dwa kierunki studiów), 34 lata, mądra życiowo i doświadczona, bez dzieci i byłego męża, świetnie się dogadywaliśmy i pod każdym względem się układało. Ukrainka, od trzech lat w Polsce.
Pierwsza Ukrainka z jaką miałem okazję się spotkać. Wiele słyszałem i czytałem o tym, że Ukrainki podobno ciągną od facetów hajs na potęgę, że taka ich mentalność i tak są nauczone. Nie zamierzam oceniać całej nacji, ale w moim przypadku się to sprawdziło co do joty.
Pierwszy raz pojechała z grubej rury. Chce żebym ją zabrał do Warszawy na weekend i żebyśmy mieszkali w takim wysokim hotelu, żebyśmy mieli z okna widok na panoramę miasta. No, jest kilka takich hoteli w Warszawie, nawet byłoby to w moim budżecie, ale nie będę tam zabierał kobiety, z którą spotykam się od dwóch miesięcy. Uśmiechnąłem się i powiedziałem tylko: "Wszystko przed nami."
Później zaczęło się sępienie o ubrania i kosmetyki. Na początku w żartach, a potem coraz poważniej. Nie chciała żebym jej kupował, tylko żebym jej przelewał hajs, a ona pójdzie i sama sobie kupi. Powiedziałem, że to chore i nie mam zamiaru tego robić.
Eskalacja nastąpiła trzy dni temu. Była na shoppingu, wysłała mi zdjęcie w pięknej sukience, w której wyglądała niesamowicie. Pytam, czy ją kupiła. Ona, że nie. Ja mówię, że pojedziemy tam jutro i jej kupię, bo jest piękna.
Przyszło jutro, a ona mi mówi, że jednak nie może się spotkać, ale żebym wysłał jej hajs, to ona pójdzie i kupi, bo później może nie być już tej sukienki. Odmówiłem i zaczęła się litania.
Kobieta ma dużo wydatków. Ubrania, kosmetyki, zabiegi kosmetyczne, paznokcie, rzęsy, fryzjer, farbowanie, itd, nawet podpaski na tej liście wymieniła. Jej zdaniem facet powinien pokrywać te koszty lub przynajmniej w nich partycypować, skoro "korzysta" z tego.
Powtórzyłem, że to chore i jak żyję nigdy od żadnej kobiety czegoś takiego nie usłyszałem. Ona na to, że w takim razie po co jej facet, skoro nie chce jej dawać pieniędzy? Ja na to:
- To jesteś z facetem tylko dlatego, żeby ci dawał pieniądze? A jak nazywa się taka relacja? Sponsoring, albo mówiąc dobitniej, prostytucja.
Powiedziała, że niczego nie rozumiem i że to nie to samo, że jestem skąpy i że jej żałuję wszystkiego.
Od kiedy się spotykamy zabierałem ją w różne miejsca, do restauracji, do teatru, na wycieczki, itd., zawsze za wszystko płaciłem jako że skoro ja zapraszam, to ja płacę. To dla mnie normalne. Tak samo jak normalne jest, że od czasu do czasu kupię kobiecie coś ładnego, żeby jej sprawić przyjemność. Ale sponsorowanie jej wysyłając przelewy - absolutnie nie.
Tak też jej powiedziałem, na co się sfochowała, rozpłakała i powiedziała, że skoro jej teraz wypominam ile na nią wydałem, to ona mi wszystko odda. Tłumaczę, że powiedziałem to po to by jej uzmysłowić, że się myli mówiąc, że jestem skąpy i jej żałuję, oraz że chciałem jej wskazać różnicę między tym, a sponsoringiem.
Nie dotarło, rozhisteryzowała się jeszcze bardziej i powiedziała, że ona już nie będzie ze mną rozmawiać, bo przeze mnie tylko płacze. To było trzy dni temu i od tamtego czasu się nie odzywa. Ja też nie zamierzam. Ale szkoda mi, bo to w gruncie rzeczy dobra kobieta.
Jestem jednak w szoku, bo pierwszy raz trafiłem na takie podejście. Kobiety z którymi spotykałem się dotychczas, Polki, wręcz podkreślały swoją niezależność i samodzielność finansową, nie chciały ode mnie żadnych pieniędzy, wszędzie się upierały żeby płacić za siebie, albo robiliśmy tak że raz płaciłem ja, a raz ona. A tutaj takie odmienne podejście.
Ocena:
120
(134)
W nawiązaniu do ostatnich historii o portalach randkowym i ludziach tam poznanych, opowiem swoją.
Poznałem kobietę, 35 lat, dwoje dzieci (ja 37, bez dzieci) i zaczęliśmy się spotykać. Po kilku tygodniach znajomości doszło do pierwszego zbliżenia, a kilka dni później ona mi mówi, że teraz jesteśmy w związku, że opowiedziała już o mnie całej rodzinie i znajomym i że niedługo poznam jej dzieci.
Hola, hola! To, że cię raz puknąłem nie oznacza jeszcze, że jesteśmy parą i byłoby miło gdybyś przed ogłoszeniem całemu światu naszego związku, ustaliła to najpierw ze mną.
Tak jej powiedziałem, tylko że bardziej dyplomatycznie. Zapytała:
- Ale to nie chcesz być ze mną?
- Chcę, ale zanim zacznę poznawać twoją rodzinę i znajomych to chciałbym żebyśmy najpierw sami poznali siebie nawzajem.
Nie spodobało jej się to, ale w końcu się ze mną zgodziła. Po jakimś czasie nastąpiła druga akcja.
Oznajmiła mi, że w weekend dzieci jadą do ojca, będzie wolna i pojedziemy gdzieś razem. Zaznaczam, że oznajmiła, a nie zapytała, bo zdążyłem już zauważyć, że jak sobie coś wymyśli to tak ma być, a moje zdanie nie ma tu znaczenia.
Tak się akurat złożyło, że na ten weekend byłem już umówiony na wyjazd w góry z kolegami, który zaplanowaliśmy kilka tygodni wcześniej.
- No i co z tego? To odwołaj.
- Nie odwołam, bo chcę tam jechać, wszystko jest już przygotowane i byliśmy na ten wyjazd umówieni już od dawna.
- Aha, czyli koledzy są ważniejsi ode mnie?
- Nie są ważniejsi. Jakbym był wcześniej umówiony z tobą, a koledzy by chcieli żebym z nimi pojechał, to też bym im odmówił.
Przyjęła do wiadomości moje argumenty, choć z wielkim fochem. Po jakimś czasie nastąpiła trzecia i ostatnia akcja.
Wymyśliła sobie, że chce poznać moich rodziców. Mówię:
- Na to jest jeszcze za wcześnie. Spotykamy się dwa miesiące z hakiem. Po co tak gonić?
- Nie traktujesz mnie poważnie.
- Chcę traktować cię poważnie, ale to co robisz jest niepoważne.
Dalej były szantaże emocjonalne, że jeśli nie zacznę jej traktować poważnie, to będzie koniec. Ja na to, że jeśli nie zacznie zachowywać się poważnie, to faktycznie będzie koniec.
No i tak też nastąpił koniec.
Taka narwana, wszystko na już chciała i tak jak ona sobie wymyśli.
Poznałem kobietę, 35 lat, dwoje dzieci (ja 37, bez dzieci) i zaczęliśmy się spotykać. Po kilku tygodniach znajomości doszło do pierwszego zbliżenia, a kilka dni później ona mi mówi, że teraz jesteśmy w związku, że opowiedziała już o mnie całej rodzinie i znajomym i że niedługo poznam jej dzieci.
Hola, hola! To, że cię raz puknąłem nie oznacza jeszcze, że jesteśmy parą i byłoby miło gdybyś przed ogłoszeniem całemu światu naszego związku, ustaliła to najpierw ze mną.
Tak jej powiedziałem, tylko że bardziej dyplomatycznie. Zapytała:
- Ale to nie chcesz być ze mną?
- Chcę, ale zanim zacznę poznawać twoją rodzinę i znajomych to chciałbym żebyśmy najpierw sami poznali siebie nawzajem.
Nie spodobało jej się to, ale w końcu się ze mną zgodziła. Po jakimś czasie nastąpiła druga akcja.
Oznajmiła mi, że w weekend dzieci jadą do ojca, będzie wolna i pojedziemy gdzieś razem. Zaznaczam, że oznajmiła, a nie zapytała, bo zdążyłem już zauważyć, że jak sobie coś wymyśli to tak ma być, a moje zdanie nie ma tu znaczenia.
Tak się akurat złożyło, że na ten weekend byłem już umówiony na wyjazd w góry z kolegami, który zaplanowaliśmy kilka tygodni wcześniej.
- No i co z tego? To odwołaj.
- Nie odwołam, bo chcę tam jechać, wszystko jest już przygotowane i byliśmy na ten wyjazd umówieni już od dawna.
- Aha, czyli koledzy są ważniejsi ode mnie?
- Nie są ważniejsi. Jakbym był wcześniej umówiony z tobą, a koledzy by chcieli żebym z nimi pojechał, to też bym im odmówił.
Przyjęła do wiadomości moje argumenty, choć z wielkim fochem. Po jakimś czasie nastąpiła trzecia i ostatnia akcja.
Wymyśliła sobie, że chce poznać moich rodziców. Mówię:
- Na to jest jeszcze za wcześnie. Spotykamy się dwa miesiące z hakiem. Po co tak gonić?
- Nie traktujesz mnie poważnie.
- Chcę traktować cię poważnie, ale to co robisz jest niepoważne.
Dalej były szantaże emocjonalne, że jeśli nie zacznę jej traktować poważnie, to będzie koniec. Ja na to, że jeśli nie zacznie zachowywać się poważnie, to faktycznie będzie koniec.
No i tak też nastąpił koniec.
Taka narwana, wszystko na już chciała i tak jak ona sobie wymyśli.
randka portal
Ocena:
144
(192)
Mieszkam na zamkniętym osiedlu i niedawno wymienili nam bramę wjazdową. Teraz nie trzeba już nic naciskać, tylko dostaliśmy takie chipy, które gdy mamy przy sobie i podjeżdżamy pod bramę, sprawiają, że ta otwiera się automatycznie.
Problem w tym, że ten system p***doli się jak studentka na Erasmusie i często trzeba podjeżdżać pod bramę, odjeżdżać i znowu podjeżdżać, żeby złapało. Jest to irytujące i marnuje się czas, bo bywa i tak, że przez kilka minut nie chce złapać. Nie ma też możliwości ręcznego otwarcia bramy.
Przyjeżdżali już dwa razy i naprawiali, ale z marnym skutkiem. Z kilkoma sąsiadami napisaliśmy do nich, że jak do końca tego tygodnia nie zostanie to definitywnie naprawione, to naprawimy to własnymi siłami - po prostu zdemontujemy bramę.
Zobaczymy, co zrobią.
Problem w tym, że ten system p***doli się jak studentka na Erasmusie i często trzeba podjeżdżać pod bramę, odjeżdżać i znowu podjeżdżać, żeby złapało. Jest to irytujące i marnuje się czas, bo bywa i tak, że przez kilka minut nie chce złapać. Nie ma też możliwości ręcznego otwarcia bramy.
Przyjeżdżali już dwa razy i naprawiali, ale z marnym skutkiem. Z kilkoma sąsiadami napisaliśmy do nich, że jak do końca tego tygodnia nie zostanie to definitywnie naprawione, to naprawimy to własnymi siłami - po prostu zdemontujemy bramę.
Zobaczymy, co zrobią.
osiedle brama
Ocena:
134
(162)
Kojarzycie takie szkoły prywatne, za które płaci się mnóstwo pieniędzy i w których nie ma ocen, od uczniów niczego się nie wymaga i chwali się ich nawet, gdy udzielają błędnych odpowiedzi? W założeniu teoretycznym takie szkoły mają wychowywać ludzi o otwartych umysłach, kreatywnych, myślących nieszablonowo i takie tam kołczingowe bzdety, ale w praktyce hodują życiowe niedorajdy o zerowej odporności na wszelką krytykę, które w swoich pierwszych krokach w dorosłe życie brutalnie zderzają się z rzeczywistością i nie potrafią sobie z nią poradzić.
Taką szkołę skończył mój kuzyn i o nim będzie ta historia.
Rodzice kuzyna byli bardzo z siebie dumni, że zapisali go do takiej szkoły, choć nie jest to tanie. Ale warto! Na każdym rodzinnym spotkaniu zachwycali się jak świetnie idzie mu w szkole i wróżyli mu świetlaną przyszłość.
Zderzenie z rzeczywistością nastąpiło gdy po zakończonej szkole, w przerwie wakacyjnej przed studiami, kuzyn poszedł do swojej pierwszej pracy. Popracował kilka dni, aż któregoś dnia wrócił do domu z płaczem i powiedział, że więcej tam nie pójdzie.
Co się stało?
Otóż zrobił coś nie tak i szkolący go pracownik wyjaśnił mu na czym błąd polegał oraz pokazał, jak ma robić poprawnie.
Dla kuzyna to był pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś go skrytykował. Przez całą szkołę wszyscy mówili mu, że wszystko robi dobrze, nawet jeśli robił źle. W pracy jednak o tym nie wiedzieli, że chodzi do takiej szkoły i potraktowali go tak, jak każdego innego pracownika. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Rodzice musieli go zabrać do psychologa.
Kupa śmiechu będzie jak zacznie studia i zda sobie sprawę, że oprócz uśmiechania się i mówienia co ślina na język przyniesie, trzeba się też uczyć.
Taką szkołę skończył mój kuzyn i o nim będzie ta historia.
Rodzice kuzyna byli bardzo z siebie dumni, że zapisali go do takiej szkoły, choć nie jest to tanie. Ale warto! Na każdym rodzinnym spotkaniu zachwycali się jak świetnie idzie mu w szkole i wróżyli mu świetlaną przyszłość.
Zderzenie z rzeczywistością nastąpiło gdy po zakończonej szkole, w przerwie wakacyjnej przed studiami, kuzyn poszedł do swojej pierwszej pracy. Popracował kilka dni, aż któregoś dnia wrócił do domu z płaczem i powiedział, że więcej tam nie pójdzie.
Co się stało?
Otóż zrobił coś nie tak i szkolący go pracownik wyjaśnił mu na czym błąd polegał oraz pokazał, jak ma robić poprawnie.
Dla kuzyna to był pierwszy raz w życiu, kiedy ktoś go skrytykował. Przez całą szkołę wszyscy mówili mu, że wszystko robi dobrze, nawet jeśli robił źle. W pracy jednak o tym nie wiedzieli, że chodzi do takiej szkoły i potraktowali go tak, jak każdego innego pracownika. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Rodzice musieli go zabrać do psychologa.
Kupa śmiechu będzie jak zacznie studia i zda sobie sprawę, że oprócz uśmiechania się i mówienia co ślina na język przyniesie, trzeba się też uczyć.
szkola
Ocena:
106
(136)
Co się właśnie odwaliło, to ja nie wiem...
Byłem właśnie dzisiaj na imprezie plenerowej w moim miasteczku. Muzyka na żywo, budki z piwem, kiełbasy i szaszłyki z grilla, takie tam, jak to na tego typu imprezach. Po kilku piwach przycisnęło mnie na pęcherz i odkryłem wówczas, że mądre głowy odpowiedzialne za organizację tej imprezy uznały, że 5 toi-toi'ów na kilka tysięcy osób w zupełności wystarczy. Efektem były kilkusetmetrowe kolejki. Żeby było śmieszniej, za luksus ten trzeba było jeszcze zapłacić, bo sralnio-szczalni owej pilnował rasowy dziadek klozetowy, który domagał się opłat. Nawet bym zapłacił, ale nie będę stał godzinę w kolejce żeby spuścić jaszczura ze sznura, zwłaszcza że zbyt długie wstrzymywanie moczu jest niezdrowe. Jesteśmy wszakże w parku, więc udałem się między drzewa, wyciągnąłem ptaka i robię swoje. Wtem słyszę krzyki:
- Co to k*** ma być?! Nie ma takiego szczania! Czekaj w kolejce i płać jak wszyscy!
Niewiarygodne, ale to dziadek klozetowy we własnej osobie przybiegł tu za mną, by skarcić mnie za nielegalne odlewanie się pod drzewem.
Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy w tej sytuacji i którą natychmiast ubrałem w słowa, była:
- Co ty, pe***em jesteś, że przyszedłeś mi się na fujarę gapić?
Na takie dictum dziadek się wnerwił i rzucił się z pięściami. Uchyliłem się przed ciosem i skontrowałem w szczękę, nie za mocno, żeby nie zrobić krzywdy, ale żeby się opamiętał. Zaznaczam, że cały czas lewą ręką trzymałem pytonga i oddawałem mocz. Dziadyga, wyraźnie zszokowany, trzymając się za ryj, zrezygnował z dalszych ataków. Obrzucił mnie jedynie inwektywami oraz groźbami, po czym wrócił pilnować swojego zaszczanego biznesu.
A to wszystko z powodu głupiej złotówki, którą chętnie bym mu zapłacił za tego toi-toi'a, gdyby tylko nie trzeba było do niego stać godzinę w kolejce.
Byłem właśnie dzisiaj na imprezie plenerowej w moim miasteczku. Muzyka na żywo, budki z piwem, kiełbasy i szaszłyki z grilla, takie tam, jak to na tego typu imprezach. Po kilku piwach przycisnęło mnie na pęcherz i odkryłem wówczas, że mądre głowy odpowiedzialne za organizację tej imprezy uznały, że 5 toi-toi'ów na kilka tysięcy osób w zupełności wystarczy. Efektem były kilkusetmetrowe kolejki. Żeby było śmieszniej, za luksus ten trzeba było jeszcze zapłacić, bo sralnio-szczalni owej pilnował rasowy dziadek klozetowy, który domagał się opłat. Nawet bym zapłacił, ale nie będę stał godzinę w kolejce żeby spuścić jaszczura ze sznura, zwłaszcza że zbyt długie wstrzymywanie moczu jest niezdrowe. Jesteśmy wszakże w parku, więc udałem się między drzewa, wyciągnąłem ptaka i robię swoje. Wtem słyszę krzyki:
- Co to k*** ma być?! Nie ma takiego szczania! Czekaj w kolejce i płać jak wszyscy!
Niewiarygodne, ale to dziadek klozetowy we własnej osobie przybiegł tu za mną, by skarcić mnie za nielegalne odlewanie się pod drzewem.
Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy w tej sytuacji i którą natychmiast ubrałem w słowa, była:
- Co ty, pe***em jesteś, że przyszedłeś mi się na fujarę gapić?
Na takie dictum dziadek się wnerwił i rzucił się z pięściami. Uchyliłem się przed ciosem i skontrowałem w szczękę, nie za mocno, żeby nie zrobić krzywdy, ale żeby się opamiętał. Zaznaczam, że cały czas lewą ręką trzymałem pytonga i oddawałem mocz. Dziadyga, wyraźnie zszokowany, trzymając się za ryj, zrezygnował z dalszych ataków. Obrzucił mnie jedynie inwektywami oraz groźbami, po czym wrócił pilnować swojego zaszczanego biznesu.
A to wszystko z powodu głupiej złotówki, którą chętnie bym mu zapłacił za tego toi-toi'a, gdyby tylko nie trzeba było do niego stać godzinę w kolejce.
impreza dziadek klozetowy
Ocena:
119
(155)
Z cyklu "wszyscy są winni, tylko nie ja".
Swego czasu spotykałem się przez około rok z zamężną kobietą. Były to spotkania tylko na seks. Gdy poznałem normalną kobietę i zacząłem normalny związek, tamtą relację zakończyłem i urwałem kontakt. W związku byłem kilka lat, rozstaliśmy się i po jakimś czasie postanowiłem odnowić kontakt z tamtą.
Napisałem, wymieniliśmy kilka wiadomości i się umówiliśmy.
Spodziewałem się miłego spotkania z jeszcze milszym zakończeniem, ale zamiast tego musiałem wysłuchać historii jej życia zakończonej morałem, że wszystko co złe to wina facetów, a najbardziej moja.
Otóż po mnie znalazła sobie innego kochanka. Ten jednak nie był tak ostrożny jak ja i mąż się o nich dowiedział. Skurczybyk mąż był tak wyrachowany, że przed konfrontacją zdobył dowody jej zdrady, dzięki czemu jego adwokat zmasakrował ją w sądzie.
Zapytałem, gdzie tu moja wina. Odpowiedziała, że to przeze mnie zdradziła męża, a potem już nie mogła przestać. Że to ja sprowadziłem ją na tę drogę.
Następnie obwiniła drugiego kochanka, za to, że po prostu był.
Kolejnym winnym był jej mąż, który zamiast jej wybaczyć, wystąpił o rozwód z orzeczeniem o winie, który dzięki dowodom otrzymał już na pierwszej rozprawie.
Najbardziej okrutne było to, że po rozwodzie musiała przeprowadzić się z domu męża do kawalerki i pójść do pracy, bo wcześniej utrzymywał ją mąż.
Tyradę swą zakończyła słowami, że mężczyźni zniszczyli jej życie i nie chce mieć z nimi już nic wspólnego.
Nawet nie próbowałem dyskutować, bo nie było sensu. Spojrzałem tylko na zegarek i powiedziałem:
- Późno już, muszę lecieć.
I poleciałem.
Swego czasu spotykałem się przez około rok z zamężną kobietą. Były to spotkania tylko na seks. Gdy poznałem normalną kobietę i zacząłem normalny związek, tamtą relację zakończyłem i urwałem kontakt. W związku byłem kilka lat, rozstaliśmy się i po jakimś czasie postanowiłem odnowić kontakt z tamtą.
Napisałem, wymieniliśmy kilka wiadomości i się umówiliśmy.
Spodziewałem się miłego spotkania z jeszcze milszym zakończeniem, ale zamiast tego musiałem wysłuchać historii jej życia zakończonej morałem, że wszystko co złe to wina facetów, a najbardziej moja.
Otóż po mnie znalazła sobie innego kochanka. Ten jednak nie był tak ostrożny jak ja i mąż się o nich dowiedział. Skurczybyk mąż był tak wyrachowany, że przed konfrontacją zdobył dowody jej zdrady, dzięki czemu jego adwokat zmasakrował ją w sądzie.
Zapytałem, gdzie tu moja wina. Odpowiedziała, że to przeze mnie zdradziła męża, a potem już nie mogła przestać. Że to ja sprowadziłem ją na tę drogę.
Następnie obwiniła drugiego kochanka, za to, że po prostu był.
Kolejnym winnym był jej mąż, który zamiast jej wybaczyć, wystąpił o rozwód z orzeczeniem o winie, który dzięki dowodom otrzymał już na pierwszej rozprawie.
Najbardziej okrutne było to, że po rozwodzie musiała przeprowadzić się z domu męża do kawalerki i pójść do pracy, bo wcześniej utrzymywał ją mąż.
Tyradę swą zakończyła słowami, że mężczyźni zniszczyli jej życie i nie chce mieć z nimi już nic wspólnego.
Nawet nie próbowałem dyskutować, bo nie było sensu. Spojrzałem tylko na zegarek i powiedziałem:
- Późno już, muszę lecieć.
I poleciałem.
kobiety mężczyźni seks związki zdrada
Ocena:
145
(181)
Wewnątrzkrajowa żegluga powietrzna w Polsce to jakiś żart...
Mieszkam na Śląsku i w najbliższych dniach muszę wybrać się do Poznania załatwić jedną sprawę. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bardzo mi się nie chce marnować całego dnia. Pomyślałem, że może samolotem. Sprawdziłem i zacząłem się śmiać.
Lot z Katowic do Poznania, od dwóch i pół do sześciu godzin. Dlaczego tak? Bo najpierw do Warszawy, a tam dopiero przesiadka do Poznania, na którą jeszcze trzeba czekać. To ja już wolę samochodem.
Sprawdziłem z ciekawości jak wyglądają połączenia między innymi dużymi i ważnymi miastami w Polsce. Wyglądają dokładnie tak samo. Wszystko leci najpierw do Warszawy i wychodzą absurdalnie długie czasy, nierzadko dłuższe niż przejazd samochodem.
Dlaczego nie ma bezpośrednich połączeń? Za mało ludzi lata i liniom lotniczym się nie opłaca?
Mieszkam na Śląsku i w najbliższych dniach muszę wybrać się do Poznania załatwić jedną sprawę. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bardzo mi się nie chce marnować całego dnia. Pomyślałem, że może samolotem. Sprawdziłem i zacząłem się śmiać.
Lot z Katowic do Poznania, od dwóch i pół do sześciu godzin. Dlaczego tak? Bo najpierw do Warszawy, a tam dopiero przesiadka do Poznania, na którą jeszcze trzeba czekać. To ja już wolę samochodem.
Sprawdziłem z ciekawości jak wyglądają połączenia między innymi dużymi i ważnymi miastami w Polsce. Wyglądają dokładnie tak samo. Wszystko leci najpierw do Warszawy i wychodzą absurdalnie długie czasy, nierzadko dłuższe niż przejazd samochodem.
Dlaczego nie ma bezpośrednich połączeń? Za mało ludzi lata i liniom lotniczym się nie opłaca?
samoloty polska
Ocena:
151
(167)
Niecały rok temu rozstałem się z kobietą. Byliśmy razem dwa lata. Rozstaliśmy się kulturalnie i w zgodzie, bo za dużo nas dzieliło, a za mało łączyło. Teraz sobie żyję korzystając z zalet stanu kawalerskiego i jest mi dobrze.
Najwyraźniej nie podoba się to kobietom moich kolegów. Według nich facet bez kobiety nie może być szczęśliwy i trzeba mu tę kobietę na siłę znaleźć.
Tak też na każdym spotkaniu towarzyskim, na które koledzy zabiorą swoje kobiety, obowiązkowym punktem staje się festiwal żenady, który można podzielić na trzy akty:
1. Współczucie
"Oj, tak mi przykro. Pewnie za nią tęsknisz"
"Na pewno się nudzisz i męczysz tak sam, w pustym mieszkaniu"
2. Pocieszanie.
"Taki fajny facet na pewno długo nie będzie sam"
"Zawsze na ciebie laski leciały"
"Zanim się obejrzysz już się jakaś nowa pojawi"
3. Swatanie.
"Dam ci numer do koleżanki"
"Moja koleżanka też się niedawno rozstała i jest smutna, dogadacie się, mogę was poznać"
Idiotycznych tekstów jak powyżej było oczywiście więcej, ale przytoczyłem te najdurniejsze. Przez pewien czas byłem kulturalny, grzecznie odmawiałem i mówiłem, że dobrze mi tak jak jest i nie jestem obecnie zainteresowany nawiązywaniem bliskich relacji z kobietami, że chcę odpocząć. Oczywiście nie docierało. Do mnie za to dotarło, że nie tędy droga i muszę zmienić podejście. Przy kolejnej okazji, gdy zaczął się festiwal żenady i dotarliśmy do punktu swatania, odpowiedziałem:
- Dobra, dajcie kilka numerów do koleżanek, bo w sumie bym coś nabił na ku*asa. Tylko żeby ładne były, a nie jakieś paszczury albo grubaski.
W jednej chwili zostałem zdegradowany z fajnego faceta do świni i chama, ale dokładnie taki był plan. Od tamtego czasu mam spokój. Tylko krzywo patrzą.
Koledzy zresztą przyznali mi rację i wyznali, że ich też męczyły te żenujące gadki na każdej imprezie.
Najwyraźniej nie podoba się to kobietom moich kolegów. Według nich facet bez kobiety nie może być szczęśliwy i trzeba mu tę kobietę na siłę znaleźć.
Tak też na każdym spotkaniu towarzyskim, na które koledzy zabiorą swoje kobiety, obowiązkowym punktem staje się festiwal żenady, który można podzielić na trzy akty:
1. Współczucie
"Oj, tak mi przykro. Pewnie za nią tęsknisz"
"Na pewno się nudzisz i męczysz tak sam, w pustym mieszkaniu"
2. Pocieszanie.
"Taki fajny facet na pewno długo nie będzie sam"
"Zawsze na ciebie laski leciały"
"Zanim się obejrzysz już się jakaś nowa pojawi"
3. Swatanie.
"Dam ci numer do koleżanki"
"Moja koleżanka też się niedawno rozstała i jest smutna, dogadacie się, mogę was poznać"
Idiotycznych tekstów jak powyżej było oczywiście więcej, ale przytoczyłem te najdurniejsze. Przez pewien czas byłem kulturalny, grzecznie odmawiałem i mówiłem, że dobrze mi tak jak jest i nie jestem obecnie zainteresowany nawiązywaniem bliskich relacji z kobietami, że chcę odpocząć. Oczywiście nie docierało. Do mnie za to dotarło, że nie tędy droga i muszę zmienić podejście. Przy kolejnej okazji, gdy zaczął się festiwal żenady i dotarliśmy do punktu swatania, odpowiedziałem:
- Dobra, dajcie kilka numerów do koleżanek, bo w sumie bym coś nabił na ku*asa. Tylko żeby ładne były, a nie jakieś paszczury albo grubaski.
W jednej chwili zostałem zdegradowany z fajnego faceta do świni i chama, ale dokładnie taki był plan. Od tamtego czasu mam spokój. Tylko krzywo patrzą.
Koledzy zresztą przyznali mi rację i wyznali, że ich też męczyły te żenujące gadki na każdej imprezie.
związki kobiety
Ocena:
230
(266)
Jestem piekielny i chamski, ale inaczej się nie da.
Bardzo denerwują mnie ludzie, którzy nie potrafią uszanować czyjejś przestrzeni osobistej, w tym przypadku mojej. Mam na myśli ludzi, którzy w sytuacjach społecznych podchodzą do mnie zbyt blisko. O wiele za blisko niż powinni, w sytuacjach, kiedy nie muszą.
Mam tak od zawsze. Jako dziecko i nastolatek nie reagowałem, bo myślałem, że to niegrzecznie. Jako młody dorosły zwracałem kulturalnie uwagę - nie skutkowało. Teraz po prostu jestem chamem i wiecie co? To działa.
Kilka przykładowych sytuacji, które powtarzają się regularnie.
1. Jadę autobusem. Kiedy są godziny szczytu i autobus jest załadowany do pełna, to nie mam nic przeciwko jak ktoś usiądzie obok mnie, normalne. Ale co ma we łbie koleś, który w prawie pustym autobusie, przy kilkunastu wolnych miejscach, siada koło mnie? W tej sytuacji akurat się przesiadam, bo nic mnie to nie kosztuje, a rozwiązuje problem.
2. Pływalnia. Wchodzę i idę do szatni. Godzina taka, że basen prawie pusty. Ogromna szatnia, mnóstwo szafek, przebieram się, przyłazi facet i ładuje się do szafki tuż obok mnie. Dokładnie obok mnie. Ja mam szafkę powiedzmy numer 88, a ten bierze szafkę numer 89. Nie będę wyciągał wszystkich ciuchów i się przenosił, więc przeganiam natręta. Mówię:
- Panie, cała szatnia pusta, dlaczego akurat tutaj się pan ładujesz?
- Ale co?
- Ale gówno! Przyjaciół pan szukasz, czy jesteś pan jakimś zbokolem i chcesz się pan o mnie ocierać? Idź pan dalej, całą szatnię pan masz!
Mniej lub bardziej speszony delikwent odchodzi.
3. Kolejka w sklepie. Koleś staje za mną tak blisko, że czuję jego oddech na karku. Odwracam się:
- No na plecy niech mi jeszcze pan wejdzie!
- No co, w kolejce stoję za panem.
- Stoi pan tak blisko, że czuję co pan jadł! Krok w tył, proszę!
Zwykle się reflektują i przepraszają.
4. Pisuary w publicznych toaletach. Mężczyźni to znają, a sytuacja jest wręcz memiczna. Jest niepisana zasada, że musi być jeden pisuar przerwy między sikającymi. Są jednak ludzie, którzy nawet jak wszystkie pozostałe pisuary są wolne, wybiorą akurat ten obok twojego. Na to po prostu nie mam słów...
Te sytuacje są całkowicie niezależne od covida i zalecanego dystansu społecznego, bo występowały przed covidem i występują cały czas. Co jest nie tak z niektórymi ludźmi?
Bardzo denerwują mnie ludzie, którzy nie potrafią uszanować czyjejś przestrzeni osobistej, w tym przypadku mojej. Mam na myśli ludzi, którzy w sytuacjach społecznych podchodzą do mnie zbyt blisko. O wiele za blisko niż powinni, w sytuacjach, kiedy nie muszą.
Mam tak od zawsze. Jako dziecko i nastolatek nie reagowałem, bo myślałem, że to niegrzecznie. Jako młody dorosły zwracałem kulturalnie uwagę - nie skutkowało. Teraz po prostu jestem chamem i wiecie co? To działa.
Kilka przykładowych sytuacji, które powtarzają się regularnie.
1. Jadę autobusem. Kiedy są godziny szczytu i autobus jest załadowany do pełna, to nie mam nic przeciwko jak ktoś usiądzie obok mnie, normalne. Ale co ma we łbie koleś, który w prawie pustym autobusie, przy kilkunastu wolnych miejscach, siada koło mnie? W tej sytuacji akurat się przesiadam, bo nic mnie to nie kosztuje, a rozwiązuje problem.
2. Pływalnia. Wchodzę i idę do szatni. Godzina taka, że basen prawie pusty. Ogromna szatnia, mnóstwo szafek, przebieram się, przyłazi facet i ładuje się do szafki tuż obok mnie. Dokładnie obok mnie. Ja mam szafkę powiedzmy numer 88, a ten bierze szafkę numer 89. Nie będę wyciągał wszystkich ciuchów i się przenosił, więc przeganiam natręta. Mówię:
- Panie, cała szatnia pusta, dlaczego akurat tutaj się pan ładujesz?
- Ale co?
- Ale gówno! Przyjaciół pan szukasz, czy jesteś pan jakimś zbokolem i chcesz się pan o mnie ocierać? Idź pan dalej, całą szatnię pan masz!
Mniej lub bardziej speszony delikwent odchodzi.
3. Kolejka w sklepie. Koleś staje za mną tak blisko, że czuję jego oddech na karku. Odwracam się:
- No na plecy niech mi jeszcze pan wejdzie!
- No co, w kolejce stoję za panem.
- Stoi pan tak blisko, że czuję co pan jadł! Krok w tył, proszę!
Zwykle się reflektują i przepraszają.
4. Pisuary w publicznych toaletach. Mężczyźni to znają, a sytuacja jest wręcz memiczna. Jest niepisana zasada, że musi być jeden pisuar przerwy między sikającymi. Są jednak ludzie, którzy nawet jak wszystkie pozostałe pisuary są wolne, wybiorą akurat ten obok twojego. Na to po prostu nie mam słów...
Te sytuacje są całkowicie niezależne od covida i zalecanego dystansu społecznego, bo występowały przed covidem i występują cały czas. Co jest nie tak z niektórymi ludźmi?
dystans ludzie
Ocena:
206
(238)
1 2 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 następna »
mofayar