Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

vonavi

Zamieszcza historie od: 9 lipca 2016 - 14:10
Ostatnio: 23 czerwca 2018 - 18:22
  • Historii na głównej: 20 z 28
  • Punktów za historie: 3150
  • Komentarzy: 36
  • Punktów za komentarze: 67
 

#81129

(PW) ·
| Do ulubionych
Okres przedświąteczno-świąteczno-noworoczny.

Z racji, że dzieciaków w rodzinie dużo, to większość prezentów zamówiona z neta i mają przychodzić paczki. Paczki zamówione do domu, bo od połowy grudnia ja i luba na urlopach. 90% paczek zamawiane przez firmę, która też obsługuje paczkomaty. W kalendarzu sobie pozaznaczaliśmy kiedy, która ma przyjść bo trochę tego było.

Pierwsza ma być 18-19 grudnia. Wieczorem 18 sprawdzam status paczki a tam, że do odbioru w punkcie na ulicy XYZ. Żadnej informacji dlaczego tam, skoro była zamawiana do domu, a zawsze któreś z nas na miejscu było. Jadę następnego dnia odebrać, pytam o co chodzi, ale osoba na miejscu nie potrafiła odpowiedzieć. I tak przez kilka najbliższych dni z pozostałymi paczkami.

Po świętach miała przyjść jeszcze jedna, potrzebna dopiero po nowym roku. Sytuacja ta sama. Ja już wkurzony dzwonię na infolinię o co chodzi, że wszystkie paczki tam lądują. Oni nie wiedzą, zaznaczą i dadzą znać co i jak w ciągu 24 godzin. Do dzisiaj, żadnej informacji na ten temat. Przy odbiorze żądam numer kuriera obsługującego ten rejon. Dostałem numer i dzwonię do niego tłumacząc sytuację. Kurier stwierdził, że nie wie dlaczego i że tak wyszło pewnie, bo nikogo nie było (co było ściemą). A na pytanie czemu nie kontaktował się tak jak inni kurierzy w momencie gdy wiozą paczkę odpowiedział tylko "a po co?". I weź tu później czekaj na paczkę.

P.S. Gadałem później z kilkoma znajomymi z pracy mieszkającymi w tym samym rejonie co ja: nikt z nich nie dostał paczki od tego kuriera i musieli lecieć do tego samego punktu. Inni kurierzy przyjeżdżali bez problemu (do nas też). Skarga grupowa poszła.

kurierzy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (135)

#81090

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj znajoma na twarzoksiążce wrzuciła zapytanie, czy ktoś następnego dnia nie wybiera się do miasta wojewódzkiego autem i czy by jej nie podrzucił.

Tak się złożyło, że akurat owego dnia ja jechałem, więc ją poinformowałem, że o godzinie 12:00 będę na stacji benzynowej z orłem w logo na tej i tej ulicy, czekam 10 minut i jak chce się zabrać to niech przyjdzie, rzuci 10 zł na paliwo i ją podwiozę do dworca PKP w mieście wojewódzkim.

Nie spodziewałem się, że wywoła to taką lawinę pytań z jej strony:

1) czy nie mogę jechać o 10:00, bo ona musi być w południe w tym i tym miejscu,
2) czy nie mogę jej zawieźć w to konkretnie miejsce zamiast na dworzec,
3) czemu musi w ogóle płacić za podwiezienie,
4) czy jak będę jechał, nie mogę po nią przyjechać,
5) czy może ze sobą zabrać jeszcze koleżankę, ale też by nie dopłacała,
6) czy będę wracał, jak tak, to by się zabrały ze mną.

Na wszystkie pytania odpowiedziałem przecząco, ponieważ:
1) o 10:30 załatwiałem jedną sprawę w urzędzie w moim mieście,
2) musiałem być w centrum miasta i nie opłacało mi się jechać dookoła,
3) za darmo nie wożę i wszyscy, których podwoziłem zawsze się na takie coś godzili, bo za jazdę PKP zapłaciliby 2 razy tyle,
4) miała 2 minuty drogi z domu do tej stacji paliw, a ja koło niej nie przejeżdżałem,
5) koleżankę zabrać mogła, ale opłata za nią taka sama jak za nią, czyli 10 zł,
6) nie wracałem w tym dniu, tylko jechałem dalej w trasę, więc nawet nie było o tym mowy.

Po odmowach stwierdziła, że w takim razie jestem męskim członkiem (tylko mniej cenzuralnie), i że mam spadać na drzewo, po czym usunęła mnie ze znajomych na twarzoksiążce.

podwózka

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (159)

#81008

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma moja ma psa.

Pies to suczka, która w dniu wczorajszym się oszczeniła. Dzisiaj, przeglądając twarzoksiążkę, wśród ogłoszeń zauważyłem ogłoszenie owej znajomej, że ma do oddania te szczeniaczki. Kiedy dopytałem, kiedy ma zamiar się z nimi rozstać, powiedziała, że najlepiej od razu.

Na mój argument, że powinny one być przy matce przez kilka tygodni, bo mogą nie przeżyć, zapytany zostałem tylko, czy się decyduję na któregoś, bo jak nie, to mam jej nie truć.

Po prostu brak mi na to słów.

szczeniaki

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (100)

#80549

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyjedź z Lubą na tydzień swoim samochodem.

Gdy wrócisz zastań swoje wykupione i opisane miejsce parkingowe zajęte przez inne, nieznane ci auto.

Po ustaleniach z ochroną dowiedz się, że to sąsiad mieszkający naprzeciw ciebie.

Idź i poproś o wyjechanie ze swojego miejsca, bo chcesz zaparkować.

Spotkaj się z awanturą, żeś ostatni męski członek i że nie wyjedzie, bo stał ostatni tydzień, przy okazji o mało co nie dostając zamykającymi się drzwiami.

Wróć z wezwaną Policją, która zmusza sąsiada do wyjechania.

Stań się wrogiem nr 1, na którego nasyłana co chwilę jest policja za wymyślone imprezy itp.

Ot, sąsiedzkie życie.

Na szczęście tylko do końca roku, bo sąsiad z naprzeciwka musi zwrócić właścicielowi mieszkanie.

parking podziemny

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (169)

#79910

(PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii http://piekielni.pl/79682.

Otóż po całej akcji stałem się "najgorszą szują w naszym dziale, której za grosz nie można ufać, i która jest winna temu wszystkiemu złu, które teraz na nie spadło" jak to określiły moje współpracownice.

W sumie spodziewałem się tego, ale jakoś usłyszenie tego w twarz trochę zabolało. A wszystko dlatego, że przełożona poleciała z roboty. Jak się okazało, nie była to pierwsza podobna akcja z tą firmą w jej wykonaniu, tylko że tak tuszowała wszystko, że ciężko ją było przyłapać i nigdy nie było bezpośredniego dowodu.

Już wszystko tłumaczę:

Przełożona zajmowała się zawsze bezpośrednio zleceniami z firmy X. I o ile początkowo wszystko wyglądało cacy, o tyle później jakoś zawsze były zaniżane faktury, które ma ta firma zapłacić. Zawsze miała usprawiedliwienie, ale i tak to komuś śmierdziało.

Szef miał zawsze to na uwadze, odkąd zaczęły wychodzić nieprawidłowości, ale ciągle czekał na dowody. Ponadto poza mną, który to przyszedłem tam jako ostatni ponad rok temu, przełożona miała wolną rękę w wybieraniu swoich podwładnych, co skutkowało tym, że podobierała sobie lojalne koleżaneczki, które przytakiwały jej na wszystko*.

Jej pech chciał, że firma X potrzebowała, żebyśmy jej pilnie wykonali to zlecenie w momencie, gdy ta była na urlopie. A jako że żadna z jej koleżanek-podwładnych nie chciała się tego podjąć ("Bo to przecież zlecenie dla przełożonej!”), to wziąłem je ja i praktycznie doprowadziłem do końca.

Gdy ona wróciła i przekazałem jej to do finalizacji, na szybko próbowała "naprawić szkody”, które ja wyrządziłem i przez to nie udało jej się wszystkiego dobrze zatuszować. Gdy sprawa wyszła na jaw, a ja, w sumie chcąc chronić swój tyłek, dałem im dowody na jej machlojki, wysypały się te pozostałe trupy z szafy i nasz szef podjął decyzję o pogonieniu jej dyscyplinarnie.

A czemu współpracownice z działu tak się na mnie uwzięły? Po pierwsze bo przełożona-koleżanka poleciała przeze mnie, a po drugie bo nowym (na razie tymczasowym) naszym przełożonym został gościu z działu kontroli, który zaczął brać się za porządki w naszym dziale i zauważył, że ja sam robię tyle ile 3 z nich przez ten sam czas i zaczął od nich więcej wymagać.

P.S. Przełożona była tak chętna do zajmowania się firmą X i robienia naszej firmy w wała z kasą, bo miała romans z właścicielem firmy X.


*Nie dostałem pracy przez znajomości, jak większość sobie pomyśli, ale przez jeden ważny papier, który zrobiłem w sumie z braku pomysłu w pewnym momencie na siebie.

praca

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (176)

#79682

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z pracy. Może mało piekielna, ale mnie wkurzyła.

Jakiś czas temu przeglądając papiery w pracy zauważyłem, że wkradł się dosyć pokaźny błąd w kwocie jednej faktury. Błąd na kilkadziesiąt tysięcy PLN. Normalnie pewnie bym na to nie wpadł, ale przed urlopem zajmowałem się tym zleceniem, a dzień przed moim wolnym przekazałem je mojej przełożonej. Z natury jeśli chodzi o takie coś to jestem perfekcjonistą więc wystarczyło tylko sprawę doprowadzić do końca, poprawnie wystawić fakturę i czekać na pieniądze.

Gdy zobaczyłem fakturę, zaczęło coś mi nie grać, bo kwota była dużo mniejsza niż ja ustalałem i zacząłem szperać w systemie jak to ostatecznie wyglądało. Po sprawdzeniu i podliczeniu wszystkiego okazało się, że kwota powinna być nawet wyższa niż ja ustaliłem, gdyż nastąpiły dosyć poważne zmiany. Po ponownym przeliczeniu i sprawdzeniu jeszcze raz korespondencji z tą firmą potwierdziło się moje pierwotne przypuszczenie. Piszę maila do przełożonej, że taka faktura na firmę X jest źle naliczona i że trzeba zrobić korektę. Dodatkowo załączam moje wyliczenia dlaczego mi tak wyszło.

W mailu zwrotnym dostaję informację, że wszystko jest dobrze, że mam się nie przejmować i że tak to zostawić. Napisałem, że w takim razie nie biorę odpowiedzialności jak dział kontroli wykaże, że miałem rację, na co dostałem odpowiedź że ok i że ona uważa, że nie ma żadnego problemu. Całą wymianę maili zachowałem sobie w razie czego. Zapytacie zatem gdzie piekielność?

Przedwczoraj dział kontroli wysmarował do nas maila, że kwota z umową i zamówieniem się nie zgadza i że chcą wyjaśnienia dlaczego tak jest. Ze swojej strony napisałem, że w dniu tym i tym zgłosiłem sprawę przełożonej, że jest tam błąd i zgodnie z zasadami naszej firmy załączyłem naszą konwersację na ten temat. Nie minęła godzina, a wpada do mnie przełożona i krzyczy, że chcę ją pogrążyć i zająć jej miejsce, że ja za ten błąd odpowiadam bo nie zauważyłem go wcześniej, że mam go wyjaśnić i że mi się jeszcze odpłaci za to, że tak robię jak tylko wróci z dywanu u prezesa.

Zostałem po prostu zjechany za to, że dobrze wykonuję swoją pracę i jestem dokładny.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (257)

#79469

(PW) ·
| Do ulubionych
W weekend wpadł znajomy, który wrócił właśnie z urlopu i opowiedział mi taką historię, a która nawiązuje do jednej, która tu była. Publikuję za jego zgodą.

Pociąg InterCity startującego z dużego miasta na południu kraju, a jadącego prawie nad samo morze. Znajomy wsiadł do tego pociągu wracając ze swojego urlopu, gdyż uznał że dla niego i jego kobiety będzie to po pierwsze tańsze, a po drugie wygodniejsze. Do pierwszej stacji wszystko przebiegało bezproblemowo. W wagonie (dodam, że był bezprzedziałowy) dosyć spokojne, kilka osób sobie rozmawia ale na tyle cicho, że nikomu to nie przeszkadza.

Jednak wtedy wsiada piekielna rodzinka: matka z dzieckiem około 2-letnim, które na pierwszy rzut oka wyglądało na dziewczynkę a się okazało chłopcem, ojciec dziecka z naburmuszoną miną i ciotka klasyczna Dżesika z psem. Zapakowali się na miejsca przy stoliku i ojciec z Dżesiką pierwsze co zrobili to ruszyli do Warsu po "napoje", które okazały się piwem. I od tego zaczęła się piekielna podróż.

Dziecko raczej z nudów, gdyż przy nim nie było widać, żadnej zabawki zaczęło się wydzierać. I tak przez kilka następnych godzin średnio co 15-20 minut było słychać jego krzyk, wycie i w zasadzie próbę zwrócenia na siebie uwagi. Gdy tylko to mu się udało, to piekielny tatuś i ciotka Dżesika (którzy z każdą godziną byli coraz bardziej pod wpływem) to na dziecko krzyczeli, żeby się zamknęło, że następnym razem zostanie w domu z niańką i że ma im nie przeszkadzać.

Zapytacie co robiła matka? Ano tylko potakiwała na coś takiego. Gdy starsza kobieta siedząca prawie naprzeciwko nich w końcu zareagowała na to, żeby dzieciaka uciszyli i dali mu coś czym dziecko by się zajęło, to tatuś i Dżesika zjechali ją, że ma się nie wtrącać, że im też się nie uśmiecha jechać pociągiem ale nie stać ich na auto, że każdy był kiedyś dzieckiem i powinni rozumieć itp. Kobieta w końcu nie wytrzymała, coś im jeszcze odpowiedziała i poszła do Warsu, a za nią piekielny tatuś po kolejne butelki piwa.

I tak trwała dalej podróż przeplatana kolejnymi wyciami dziecka aż w końcu ktoś poszedł po kierownika pociągu. Znajomy jego interwencji nie słyszał, ale za to rodzice w końcu uspokoili dziecko i zaczęli się nim interesować. A raczej zaczęła matka, bo piekielny tatuś i Dżesika postanowili sobie w tym czasie w laptopie oglądać jeden z brutalniejszych amerykańskich seriali.

Znajomy wysiadł na swojej stacji po 5 godzinach podróży z nimi i ogromnym bólem głowy. I tylko dziecka szkoda, bo to nie jego wina że się nudziło, a rodzice i ciotka myśleli tylko o swoich tyłkach.

pkp ic kraków-szczecin pociąg piekielna rodzinka

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (124)
zarchiwizowany

#78014

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odnośnie historii Morningstar o numerze http://piekielni.pl/77929 opowiem o swojej historii z ostatniego weekendu.

Wracamy z Lubą z weekendu u moich rodziców. Spokojnie sobie ciągniemy do przodu jedną z krajówek, która w tym akurat miejscu jest jednopasmowa. Długa prosta więc i dobre miejsce do wyprzedzania. Jedziemy sobie: jedno autko (chyba VW ale nie jestem pewien), ja i za mną jeszcze kilka samochodów. Pojawił się za nami też on: Pan i Władca szos w srebrnym Vivaro. Stwierdził, że nasza "stówka" na liczniku to dla niego za mało i postanowił nas wszystkich wyprzedzić. No i tak brał nas wszystkich za jednym wyprzedzaniem aż zamigała mu wysepka na drodze przed pasem do skrętu w lewo. Nie mógł jej brać po pasie do jazdy z drugiej strony bo jechały auta więc postanowił wcisnąć się przede mnie. Przyhamowałem dosyć mocno, żeby mu nie wjechać w "tyłek". Gościu jednak niczym nie zrażony zaraz jak lewoskręt się skończył postanowił dalej wyprzedzać jak szalony. Tylko co mu to dało na koniec? A no niewiele bo do miasta wojewódzkiego (które też było naszym celem) dojechałem tuż po nim (widziałem jak wysiada ze swojego auta przy jednym z domów na przedmieściach).

kierowcy dk5

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (84)

#76989

(PW) ·
| Do ulubionych
Co do historii z mieszkaniem (#76946), to przypomniała mi się jedna z udziałem dwóch koleżanek z pracy mojego przyjaciela.

Jakiś czas temu zatrudniono u niego dwie dziewczyny do pracy na dwóch różnych działach. Jedną nazwiemy Adą, a drugą Martą. Obie kolegowały się dobrze jeszcze z czasów studenckich. Ada od studiów wynajmowała mieszkanie, w którym została nawet po podjęciu pracy. Marta dojeżdżała zawsze, ale stwierdziła, że musi sobie poszukać też czegoś na miejscu. Jako że w mieszkaniu Ady zwolnił się jeden z pokoi, to ta zaproponowała Marcie, by się tam wprowadziła. I Marta, i właścicielka były z tego układu zadowolone.

Jakiś czas później właścicielka mieszkania postanowiła je sprzedać. Poinformowała dziewczyny o tym i dała im czas ok. 3 miesięcy na znalezienie sobie czegoś, zaznaczając, że najlepiej będzie, jak sobie od razu coś poszukają, bo nie wiadomo kiedy znajdzie się kupiec, a wtedy wręczy im miesięczny okres wypowiedzenia (taki zapis widniał ponoć w umowie wynajmu). Ada ze swoim chłopakiem stwierdzili, że szukają sobie coś razem i spytali Martę, czy nie chce też się przyłączyć. Ta się początkowo zgodziła, jednak po jakimś czasie stwierdziła, że czułaby się niekomfortowo i najlepiej będzie, żeby każda szukała sobie czegoś na swoją rękę. Wszyscy się na to zgodzili. Ada ze swoim chłopakiem zaczęli więc szukać sobie kawalerki, co dosyć szybko skończyło się znalezieniem nowego mieszkanka. Co robiła w tym czasie Marta? Ano nic nie zrobiła. Nie poprosiła o pomoc w szukaniu, nie szukała nawet sama i po prostu sprawę sobie olała. Ada się wyprowadziła i zamieszkała z chłopakiem, a za jakiś czas właścicielka znalazła kupca, więc i Marta musiała się wyprowadzić.

Zapytacie gdzie piekielność: otóż gdy został jej tydzień do wyprowadzki, Marta miała do Ady pretensje, że razem nie szukały mieszkania, że jest zmuszona wrócić do swojej matki, że będzie musiała dojeżdżać do pracy z innej miejscowości oraz że w ogóle o niej nie pomyśleli. Po kilkudniowych pretensjach w tym stylu postanowiła się od Ady totalnie odciąć, udając, że jej nie zna. A ponoć była jej bardzo bliską przyjaciółką.

mieszkanie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (195)

#76461

(PW) ·
| Do ulubionych
Nawiązując do historii http://piekielni.pl/76386 dodam coś od siebie ale o przejazdach kolejowych.

Mała miejscowość, która jest miastem powiatowym. Ma to do siebie, że jest duże skrzyżowanie (a przydałoby się tam rondo) a kilometr za nim przejazd kolejowy z rogatkami. W godzinach szczytu krzyżówka się korkuje w taki sposób jak w wymienionej historii. Dodatkowo korek bardzo często potrafi sięgać przejazdu kolejowego.

Co robią kierowcy dojeżdżający do niego? Oczywiście wjeżdżają mimo, że nie ma możliwości zjazdu. A co robią, gdy ktoś zatrzyma się przed rogatkami widząc, że nie ma zjazdu? A no trąbią, żeby jechał albo nawet wyprzedzają. Sam tak kilkukrotnie zostałem potraktowany na tym przejeździe.

przejazd_kolejowy samochód przepisy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (159)