Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

zaszczurzony

Zamieszcza historie od: 1 czerwca 2011 - 18:23
Ostatnio: 3 maja 2018 - 22:59
Gadu-gadu: 11909198
O sobie:

Chcesz poznać szczura bliżej?Bez obaw!Tu bywam:
GG:11909198
www.facebook.com/zaszczurzony - tu FP Zaszczurzonego. ;) Zapraszam. ;)
Mój blog: http://ratgod.blogspot.com/
---
FAQ:
-Czy pójdę na piwo/zaproszę do swojej stacji?
Nie.
-Czy kobieta powinna iść na RM?
Przejdź się po wszystkich miejscach gdzie zatrudnia się RM,sprawdź w ilu zatrudniają kobiety.
-Coś mi się zrobiło-co to?
Nie wezmę odpowiedzialności za twoje zdrowie.
-Dlaczego dziennikarze szukali cię na piekielnych?
Przez jedną z historii.
-Nie przyjechaliście!Czemu!?
RM nie odpowiada za odmowę wysłania karetki.
-Za nieudzielenie pierwszej pomocy coś grozi?
Pierwszej pomocy - nie, pomocy ogólnie Art.162.KK i 93.KW.
-Czemu nie wystawiliście mandatu za bezpodstawne wezwanie?
Ratownik medyczny NIE MOŻE wystawić żadnego mandatu.

  • Historii na głównej: 151 z 163
  • Punktów za historie: 164593
  • Komentarzy: 1826
  • Punktów za komentarze: 15087
 

#46641

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno miałem poprowadzić kurs pierwszej pomocy w pewnej firmie, zajmującej się sprzedażą wyrobów medycznych. Zdecydowali się na to, bo przychodzi do nich mnóstwo chorych klientów i wiadomo, różnie bywa i lepiej żeby pracownicy wiedzieli w razie czego co i jak.

Nie jestem typem, który wbije się w garniak i krawat. Wiem, może to mało profesjonalne, ale taki już jestem (i nigdy nie miałem z tym problemów). Więc usiadłem sobie w poczekalni sklepu. Z miesięcznym zarostem na twarzy, w glanach, skórzanej kurtce i czarnych bojówkach. Wyciągnąłem telefon żeby zadzwonić do koordynatora tej firmy i zawiadomić, że już jestem (ponieważ nie wiedziałem gdzie go szukać). Kiedy wybierałem numer, z pokoju przy poczekalni wyłonił się jakiś gość w garniturze. Rozejrzał się po poczekalni i rzucił do babeczki, która wyszła za nim:

- Weź usuń stąd tego gościa co tam siedzi bo wstyd, a zaraz przyjdzie facet od szkoleń.

Następnym razem rozważę chociaż ogolenie się. :)

Praca praca

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1388 (1496)

#46592

(PW) ·
| Do ulubionych
Łaziłem, robiłem podchody, byłem upierdliwy i nieustępliwy. I udało się!
Namówiłem guru medycyny ratunkowej, żywą legendę naszego miasta (no i okolicznych) żeby wepchnął w swój bardzo napięty grafik, 90 minut z moją grupą z ratownictwa. Facet ma łeb do tych spraw. Doświadczenie pod ciężarem, którego i mnie się nogi uginają. Widział i robił rzeczy, o których przeciętny ratownik-napaleniec może tylko śnić. Doktor X.

Z dziarską miną wkroczyłem następnego dnia od otrzymania maila do sali. Ogarnąłem grupę wzrokiem mówiącym: teraz was zaskoczę! Ja, Zaszczurzony, dałem radę! Przeżyjecie przygodę, której nie miała zaszczytu przeżyć połowa moich doświadczonych kolegów ratowników. Spotkacie się z legendą! Gościem, o którym nawet wy, nędzni zjadacze chleba, słyszeliście!

Na samą myśl odliczałem w głowie dni do tego wykładu. Nie mogłem się doczekać, aż podzielę się z grupą tą niesamowitą nowiną. Jeszcze przed sprawdzeniem listy rzeczę do młodych:

- Nie uwierzycie! Dostąpił was zaszczyt o jakim ja nie marzyłem będąc na studiach. A tym bardziej w szkole policealnej! Będziecie mieli szczęście wysłuchać 90-minutowego wykładu najlepszego lekarza medycyny ratunkowej, o jakim słyszało nasze miasto! Zgodził się wepchnąć was w swój grafik, który i tak pęka w szwach, by przyłożyć rękę do wykształcenia nowego pokolenia ratowników! Odwiedzi was doktor X! - moje słowa pełne entuzjazmu, emocji i zapału odbiły się jednak w sali głuchym echem. Zapanowała cisza, choć spodziewałem się wybuchu euforii. Z końca sali przyszło mi tylko usłyszeć szept:

- Ja pier... Na ch... nam to...

I poczułem się jak Doktor Obarecki, któremu wybili szyby z okien.

Cieszę się, że młode pokolenie wybiera kierunki kształcenia zgodnie z powołaniem i pałają chęcią zdobywania wiedzy...

Praca praca

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1231 (1313)

#46870

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie dostałem telefon od cioci...

Powiedziała żebym odebrał ją i moją kuzynkę z komisariatu jak zadzwonią jeszcze raz. Mojej niepełnosprawnej kuzynce ktoś ukradł... wózek inwalidzki.

Wracały od babci, ciocia wstąpiła do sklepu po bilety, a kuzynka została pod sklepem ponieważ nie był on dostosowany i nie mogła wjechać. Ktoś podbiegł, ściągnął ją z wózka, posadził na ziemi i uciekł razem z wózkiem...

Jestem lekko w szoku.

Nawet nie wiem jak to nazwać...

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1925 (2001)

#46202

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawia mnie jedno...
Któryś rok z rzędu pracowałem sobie w wigilię. Możecie mi wyjaśnić dlaczego co roku, w każde święta, mamy tonę wezwań do PRZEŻARĆ? Czy ludziom odbija jak widzą jedzenie? Występuje jakiś wirus wywołujący zbiorowe zaburzenia łaknienia? Do tego stopnia, że trzeba obeżreć się do nieprzytomności?

Wigilia 2012.

Ledwie przekraczam próg stacji, jeszcze nie zdążyłem zaznaczyć, że już jestem, a byłem wsadzony do karetki i wio. Facet, za przeproszeniem, rzyga. Klęka, głową nurkuje w sedesie, a w ręku... Udko kurczaka! Autentycznie facet rzygał przegryzając co przerwę mięcho. Jak już nerwy nie wytrzymują, krzyczę:

-Puść pan to! Przestań żreć!
-Zmarnuje się!

I gadaj tu...

Inne wezwanie. Czyli "lekcja dla żołądka". Babka blada, spocona, z gorączką. "Zdaje się, że trochę przesadziła z jedzeniem". Całkiem możliwe, mogła przestać zaraz po pierwszym daniu. Niestety, apetyt dopisywał na tyle, że wciągnęła jeszcze karpia, lody, śledzia, kawę, sałatkę, pasztecik, bigos, barszcz, drugą kawę, wszystko zapiła colą i na doprawkę rzuciła karpatką (nie pamiętam wszystkiego co wymieniła, ale byłem pod wrażeniem pojemności jej żołądka)... A była dopiero 10 rano.

Dzieci wymiotują. Dwójka. Maluchy, całkiem sympatyczne. Od rana babcia i mama wcisnęły w nie tyle jedzenia, że zaczęły kulać się przez ból brzucha. Nic dziwnego jak musiały posmakować każdą rybkę, zupkę, pierożka, ciasteczko, placek i inne smakołyczki... Żeby na wieczór wszystko było tip-top i nie było zażaleń typu "nie smakuje mi". Według mnie nie byłoby. Bo dzieciaki i tak nie zmieściłyby tego dnia nic więcej.

Pani gotuje potrawy na rodzinną wigilię. Z niewiadomego powodu jednak zaczęła strasznie wymiotować. Choć dla mnie powód był jasny jak już babka wygadała się, że robi wigilię dla duuuużej rodziny i od rana smakuje dziesiątki potraw. Zwyczajnie próbowała tak dużo, że się przeżarła. "Co prawda czuła, że trochę jej niedobrze, ale smakowała dalej, bo co się mogło stać...".

Myślę, że w każde święta ludzie popadają w jakiś zbiorowy stan hipnotyczny. Jedzenie do nich przemawia: ŻRYJ!

Praca praca

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1298 (1394)

#45993

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie mam w zwyczaju opowiadać aktualnych historii, ale ludzie, wczorajsza służba doprowadziła mnie do szału.
Ostatnio jest dość ślisko. Wiecie, padał deszcz, później przyszedł przymrozek, a na to wszystko jeszcze spadł lepki, wilgotny śnieg.
Nie chcę opowiadać tu o ludziach, co wzywali nas do stłuczeń po wywrotce na lodzie. No niech im będzie... Chociaż raz dojechaliśmy na miejsce, a kobiety już nie było (czyżby stwierdziła, że to jednak tylko siniak i poszła sobie w chol... znaczy, gdzieś tam?).

Ja rozumiem doskonale, że ludzie czekają po kilka miesięcy, a nawet lat, na operacje i inne zabiegi czy przyjęcia do szpitala... Ale czy to moja wina? Bo wiecie, samego wczorajszego dnia dostaliśmy cztery "nagłe" wezwania...

Dojeżdżamy do bólu w klatce piersiowej. Na miejscu okazuje się, że pani od dwóch miesięcy czeka na jakąś operację związaną z BARKIEM. Ma nadzieję, że jak zawieziemy ją karetką to przyjmą ją i operację będzie miała natychmiast! Pani najpierw przyznaje się, że kłamie, a kiedy widzi, że my w to nie wchodzimy zaczyna udawać. Po zbadaniu jej - wszystko ok. Straciliśmy 40 minut. Pani i jej siostra czy inna kuzynka grożą nam i wyzywają kiedy wychodzimy.

Pan złamał nogę. Nic dziwnego w taką pogodę. Ale na miejscu okazało się, że pan złamał ją miesiąc wcześniej... I nie poszedł do lekarza (!?) bo "po co". Ale zrosło się źle, więc zapisał się do ortopedy. Ale ortopeda przyjmie go dopiero we wrześniu czy jakimś podobnym terminie, więc pan wymyślił, że wezwie, że złamał to my go zawieziemy, przyjmą go na oddział i jutro będzie miał operacyjnie poprawiany zrost. TA DA! Ale nie. My nie bierzemy i nigdzie nie odwozimy, a takie czary na nasze szpitale nie działają. Pan wyszarpuje mi i rozsypuje całą "luźną" zawartość plecaka (tego takiego naszego medycznego), po czym depta po wszystkim po czym daje radę. Tym bardziej uznajemy, że coś z gościem nie tak i dopiero groźba wezwania odpowiednich służb i zapłaty za zniszczenia (nic nie zniszczył, ale to zadziałało) dały nam spokojnie opuścić jego mieszkanie. 55 minut w czarnej du...
W dodatku wychodzimy od gościa, a już czekają na nas przy wypadku kolejnego mądrego, który nie uznaje ani wymiany opon ani przestrzegania prędkości (serio, 90 km/h na terenie zabudowanym i łysych oponach...?). W dodatku koleś rozbił się tuż koło drogówki, więc można powiedzieć, że policja była wyjątkowo pierwsza. :)

Trzecie wezwanie tego typu dnia wczorajszego na szczęście nie zajęło nam tyle. Od progu pani poinformowała nas o co jej chodzi. Odmówiliśmy jej, więc pozwoliła nam wyjść po kilku minutach rozmowy. Starsza pani czeka na wymianę stawu biodrowego do... 2015 roku. Jeszcze trochę...

Córka po operacji jest, źle się czuje i takie tam. Jedziemy. Na miejscu owszem, córka po operacji kolana (choć przyznam, że z relacji dyspo wychodziło na to, że to nie operacja ortopedyczna), ale wcale źle się nie czuje. Tylko nie może dostać się na rehabilitację. W szpitalu na oddział przyjmą ją w lipcu, a w przychodni rehabilitacyjnej (z dopiskiem reh pilna) dopiero na początku marca. Polecamy jej wykupić prywatnie, bo co mamy niby zrobić? Tłumaczymy, że trzeba uniknąć poważnego przykurczu i w ogóle rozpływamy się nad tematem, że chodzi o sprawność kończyny, że im później tym ciężej. Nie! Mamy ją wziąć i przyjąć na oddział. Nie dotarło do samego naszego wyjścia, że my na żaden oddział nikogo przyjąć nie możemy, bo my nie od tego.

Generalnie rozumiem, że ludzie czekają na pilne operacje po pół roku, czasem rok... Ale przecież to nie moja wina. Wiem, że skoro czekają na coś takiego to jest powód, który obniża im komfort życia. Ale ludzie, karetka jest po to, żeby wzywać nas do NAGŁYCH ZAGROŻEŃ ŻYCIA. Jesteśmy ratownikami, nie mamy bloku operacyjnego w karetce... Nie mamy też takiej władzy żeby kilka razy dzienne stawiać szpital do pionu i organizować dla pacjentów zabiegi... Wzywanie nas, grożenie nam, niszczenie nam czegokolwiek nic Wam nie pomoże. Jesteśmy wobec tego tak samo bezradni jak i Wy. Jest ślisko, jak Wy nam podacie "ból w klatce piersiowej" to staramy się jechać możliwie najszybciej. Zrozumcie, że my nie jesteśmy nieśmiertelni i jak taki ambulans wpadnie w poślizg, to nie dostaniemy drugiego życia... A jak dojeżdżamy na miejsce, a ktoś z Was wzywa nas do takiej durnoty lub dlatego, że ma operację za X miesięcy i my mamy to przyspieszyć (JAK?) to załamujemy ręce.

Praca praca

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 896 (990)

#43613

(PW) ·
| Do ulubionych
Zgłoszenie do silnego krwawienia. Krztusi się krwią! Opis jakby łyknął pudło żyletek. Podobno 17-latek się wykrwawia na amen już, teraz, za momencik... Po drodze w budzie przekładam tak żeby w plecaku (mamy takie beznadziejne plecaki, długie i cienkie, okropnie nieporęczne) na wyciągnięcie ręki były wszelkie gazy i takie tam.

Dojeżdżamy. Od progu poznaję kobietę, która wpuszcza nas do środka. Nie znałem jej z nazwiska, ale doskonale wiedziałem kim jest. Spodziewałem się więc, że to coś poważnego. W przebłysku geniuszu ona chyba też skumała kim jestem, bo w pewnym momencie zwróciła się do mnie po imieniu, a nie mam żadnego czarodziejskiego nadruczku na mundurze.

Wpadamy do pokoju. Rzucam plecakiem (nie szczędzę go...). Szarpie się z zamkiem kiedy kolega dobiega do leżącego na kanapie młodzieńca.

- Piotr... - pada z ust kolegi. - Jemu nic nie jest.

Jak to nic nie jest? Krztusi się krwią, no jak byk na wezwaniu tak jest podane! Faktycznie. Krwią się dusił bo miał krwotok z nosa, a mama kazała położyć mu się na plecach i odchylić głowę do tyłu. To też się krztusił, bo miał czerninę w gardle.

Po zaczarowanym zabiegu posadzenia młodego i pochylenia głowy w przeciwną stronę niż miał, nagle okazało się, że będzie żył. Krwawienie ustało.

Pożegnaliśmy się z panią pielęgniarką z izby przyjęć w szpitalu, do którego jeździmy najczęściej i wróciliśmy do bazy.

Praca praca ;)

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1448 (1500)

#43116

(PW) ·
| Do ulubionych
Zaszczurzony miewa złe dni w pracy.

Wezwanie. Gorączkujący malec. Wymiotujący malec. Zmieniający kolory malec. Wszystkie trzy postacie występują w jednym malcu jakby co. Dyspo zapomniał tylko zaznaczyć, ze wizytować będziemy jakieś domowe przedszkole.

Wkraczamy z kolegą Rutkiem do pokoju wielkości 40 metrów kwadratowych (tak na oko oczywiście, nie biegaliśmy w międzyczasie z miarą). Na tej małej powierzchni od momentu wkroczenia zaczęło nam się przyglądać 14 par oczu. 14 par oczu odbiegających od podłogi ledwo na pół metra. Szybko lokalizujemy powód przyjazdu i próbując nie zmiażdżyć plecakiem któregoś krasnoludka, przeciskamy się wśród smoków i klocków na drugi koniec pokoju.

Malec, we wszystkich kolorach tęczy, współpracuje niechętnie jak to gatunek ten ma w zwyczaju robić. Dotknięty stetoskopem maluch wydał z siebie pisk pociągający w sekundzie 14 innych pisków.

- Przywykną panowie szybko. - słyszę krzyk za moimi plecami. No tak, to opiekunka tego bałaganu.

W pewnym momencie Zaszczurzony orientuje się, że z prawej jakby pisk się nasila i właśnie przebija mu bębenek siłą podmuchu, jaki przy okazji niesie. Odwróciwszy się, lokalizuje źródło w postaci kilkuletniego chłopca, który właśnie raczył oprzeć się nosem o klękającego ratownika i podzielić się z jego ramieniem wydzieliną z nosa. Po chwili prawdopodobnie zorientował się, że stoi za blisko i dał krok w tył, a cudowny smark efektownie ciągnął się z Zaszczurzonego ramienia do nosa sprawcy. Ofiara mając obcego gluta kilka centymetrów od twarzy, wydała z siebie głos przypominający bardzo niecenzuralne słowo połączone z boleścią i żalem nad jego własną egzystencją tego dnia. Opiekunka jakby nigdy nic, podeszła, starła dowód rzeczowy ręką, po czym wtarła sobie go w spódnicę. Od dziś Zaszczurzony będzie patrzał na kobiety w spódnicach nieco dziwnie.

Pisk nie ustaje. Zaszczurzony ryzykuje i obraca głowę w lewo. Po lewej niespodziewanie wyskakuje mu twarz kilkulatki w odległości 2,5 centymetra od nosa. W pierwszej chwili wygląda trochę jak aligator zmieszany z ogrem, ale po ustawieniu ostrości wzroku widać, że jej mina wskazuje na zbliżający się wybuch i już po kilku milisekundach twarz ratownika spowiła gęsta ślina. Całość zostaje okraszona piskiem przechodzącym w ryk.

Malec piszczy, krasnoludki piszczą, opiekunka piszczy chcąc piszczenie uciszyć, ale jedyny efekt jaki wywołuje to konkurs na piski. Zaszczurzony w całym bałaganie usiłuje usłyszeć bicie serca malca, który przeszedł właśnie w kolory blado-sine, ale zmuszony jest stwierdzić, że serce chyba nie bije tylko piszczy. W każdy razie to właśnie słychać w słuchawkach.

Opiekunka trzyma trójkę dzieci na rękach jednocześnie, kolejnych trzech przyklejonych ma do lewej nogi i jednego do prawej. Jakiś klops siedzi jej między nogami wkładając głowę pod osmarkaną spódnicę. Jeden z himalaistów wspina się właśnie po jej plecach. Zaszczurzony przez chwilę widzi aureolę nad jej głową bo jest pewien, że powyrzynałby je wszystkie od ręki.

Po 25 minutach nastąpił cud i piski ustały. Serce malca jednak nadal uparcie piszczało. A może to Zaszczurzonemu w uszach, nieważne.

W drodze powrotnej tylko tak jakoś dziwnie.

-Ale hałas był... - Stwierdził Rutek posępnie.
-CO???
-Hałas był mówię.
-CO???
-HAŁAS BYŁ OKROPNY!
-TO NIE BYŁ SZAŁAS! DOMOWE PRZEDSZKOLE JAKIEŚ CHYBA!

Pozbawiony nadziei Rutek nie odezwał się aż do przyjazdu do bazy, kiedy to soczyście zaklął odbierając kolejne wezwanie.
Na dyskotekę.

Praca praca

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1305 (1499)

#42492

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspominałem, że moi słuchacze z ratownictwa to leniuchy. Przez jakiś czas wałkowałem z nimi układ oddechowy, prosty i przyjemny układzik. Notatki, prezentacje, filmy i wspomniane dmuchanie Małej Ani (fantom do pierwszej pomocy). Pół nocy spędziłem na robieniu fiszek dla nich, łatwych i czytelnych, żeby mogli utrwalić sobie to, o czym mówiliśmy (jakby nie było układ oddechowy jest szalenie ważny).

Zrobiłem więc test. Najpierw zrobiłem normalnie test na podstawie wszystkiego co przerabialiśmy. Ale... Postanowiłem coś sprawdzić. Od jednego z licealistów w rodzinie (klasa nawet nie biologiczna tylko matematyczna) wziąłem podręcznik (Biologia, Nowa Era) i zeszyt z 1LO. I na podstawie tego zrobiłem test, tak z ciekawości zupełnie.

Przykładowe pytania:

1. Wymień narządy układu oddechowego.
2. Różnica między oddychaniem wewnętrznym, a zewnętrznym.
3. Mechanizm wentylacji płuc.
4. Wymień dwie choroby zakaźne związane z układem oddechowym, podaj ich objawy i możliwe powikłania.
5. Wymień dwie choroby niezakaźne związane z układem oddechowym, podaj ich objawy i możliwe powikłania.

5 dostały dwie osoby. 4 pięć osób. O reszcie nie chcę myśleć, bo aż mi smutno...

Praca praca

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 805 (889)

#42500

(PW) ·
| Do ulubionych
Kojarzycie taką roślinę Barszcz Sosnowskiego? Nawet jeśli nie z nazwy, to zapewne każdy z Was kiedyś ją widział. Mimo nieszczególnego wyglądu ta roślina jest bardzo niebezpieczna zwłaszcza w okresie letnim, kiedy zaczyna kwitnąć. Jej liście wydzielają silnie parzącą substancje, która po zetknięciu się ze skórą może wywołać oparzenia II, a nawet III-stopnia.

Kilka miesięcy temu mieliśmy wezwanie do wsi, która jest w rejonie "mojej" karetki. Zastaliśmy tam właśnie chłopca (13l), którego "koledzy" wepchnęli w krzaczory Barszczu Sosnowskiego (tak, koledzy wiedzieli jak to działa i zrobili to celowo). Chłopiec miał poparzoną twarz, ręce, nogi i plecy. Z tego co nam powiedziano cała wiocha wie, że ta roślina u nich rośnie, ale nikt się tym nie zajął. Nawet miejscowe OSP. A teraz był płacz i lament bo dziecko poparzone.

Jestem tylko ciekaw dlaczego sprawa przycichła... Poparzenie tą rośliną, zwłaszcza na takiej powierzchni, jest stanem zagrożenia życia... A tu cisza. Nikt nas nie wezwał, nikt o nic nie pytał. Chłopców nikt zapewne nie ukarał. Po prostu cisza.
Ciekawe tylko czy OSP ruszyło swoje cztery litery i powycinali to.

Pisze o tym z opóźnieniem ponieważ spodziewałem się wezwań, bitwy, powiadomień co dalej... A nauczony historią o szkole nie popełnię drugi raz błędu opisywania bieżących sytuacji (nie chciałbym znów usuwać konta przez natarczywe media, konta które na szczęście udało się odzyskać później).

W każdym razie - sam nie wiem co tu zawiniło, gmina, która nie kazała tego wyciąć, OSP, które nie ruszyło dupska, szpital, który niczego nie zgłosił czy społeczność, która wyciszyła sprawę?

Praca praca

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 732 (800)

#42237

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezczelność niektórych kierowców mnie rozkłada.

Przychodzi wezwanie. Pilne. Bardzo pilne. Palące wręcz. Niestety droga do niego prowadzi albo przez kompletne zadupie, zupełnie naokoło - co przedłuża dojazd o ok 6 minut - albo przez samo centrum i środek zapchanego ronda. A właściwie czterech rond pod rząd (tak, mamy takie fajne miejsce, gdzie cztery ronda są właściwie na sobie, a za czwartym rondem jest skrzyżowanie).

Wyjeżdżając z bazy musimy podjąć decyzję o trasie. Tak logicznie myśląc powinniśmy wziąć zadupie, bo mimo, że droga okrężna to jednak teoretycznie powinna być pusta, a w każdym razie bardziej przejezdna niż ronda o godzinie 15 w samym centrum miasta. Właśnie, teoretycznie bo połowa kierowców też wpadnie zawsze na to żeby "skrócić" sobie tamtędy drogę, a jest tam bardzo ciasno i karetka nie zmieściłaby się żeby wyprzedzić kilka osobówek jednocześnie nawet kiedy te zjadą na pobocze (krzaczory i inne takie sprawy).
Zapada decyzja, jedziemy przez centrum. Tak się składa, że o tej godzinie ta część ronda prowadząca DO centrum (czyli ta, którą jechaliśmy) jest zapchana kompletnie, ale druga strona jest praktycznie pusta. Wraz z kierowcą podejmujemy ryzykowną decyzję żeby za pierwszym rondem zacząć jechać pod prąd.

I jedziemy. Gwizdki wyją, kierowcy, którym wjechaliśmy na pas, wyrozumiale zjeżdżają na bok (nie wiem czy ze strachu czy z przyzwoitości, ale wszystko nam jedno). Ale zerkam w lusterko... A my mamy ogon. Jeden facet, śmierdzielowatym oplem tigrą, wrypał się za nami na ulicę pod prąd i grzeje równo nam tuż na dupie. Jedno jest pewne - jeśli zahamujemy ostro to wjedzie nam w tył. Mijamy tak drugie rondo. Facet cały czas za nami. Dojeżdżamy do trzeciego ronda. Kierowcy ustępują, na chwilę zatrzymuje się ruch na rondzie, ale śmierdziel siedzi nam na tyłku nie przejmując się trąbieniem innych uczestników ruchu i cały czas grzeje równo z nami. Na prawym pasie wszystko ciasno usłane. Po czwartym rondzie również prześlizgujemy się bezpiecznie, a gość za nami. Powoli dojeżdżamy do skrzyżowania i kierowca włączył migacz informujący o tym, że na skrzyżowaniu skręcimy w prawo. Facet chyba nie zwrócił na to uwagi bo... My skręciliśmy, a ta sierota została na przeciwnym pasie i pojechała prosto pod prąd. Po prawej wszystko zawalone, po lewej jadą samochody i nie bardzo kumają dlaczego jakiś idiota jedzie nie po tym pasie co trzeba.

Mam nadzieję, że facet miał więcej szczęścia niż rozumu i nie rozwalił siebie, albo co gorsza, kogoś i udało mu się bezpiecznie wjechać na prawidłowy pas.

Praca praca

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1060 (1104)