Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Chainsawgutsfucker

Zamieszcza historie od: 7 kwietnia 2014 - 17:54
Ostatnio: 12 grudnia 2018 - 17:29
  • Historii na głównej: 9 z 12
  • Punktów za historie: 3555
  • Komentarzy: 39
  • Punktów za komentarze: 86
 
Trochę piekielna historia, która spotkała mnie jako kolekcjonera płyt... I jak pismo wyglądające na napisane przez prawnika potrafi skłonić ludzi do zmiany nastawienia.

Kupuję płyty z muzyką. Dużo płyt. Głównie z małych wytwórni i drugiego obiegu na allegro czy odpowiednich grupach na facebooku. Ostatnio jednak skusiłem się na zakupy w jednej z większych polskich metalowych wytwórni z okazji odbywających się raz na jakiś czas wyprzedaży, opatrzonych 25% rabatem na cały asortyment. Wirtualny koszyk zapełniłem.

Ważne dla historii jest to, że jedna płyta była limitowanym wydaniem w digipacku, do którego dodawano naszywkę zespołu. Zamówienie opłaciłem i czekam.

Kilka dni później przyszła paczka, rozpakowałem i szykuję się do pierwszych odsłuchów. Okazało się jednak, że jednej z płyt brakuje, tej limitowanej, w paczce znalazłem samą naszywkę. Nadawca widocznie zapomniał wrzucić do paczki. Zdarza się, jednak nigdy nie było to problemem. Pisałem maila i zwykle brak był od razu dosyłany bez żadnych pytań. Tak więc postąpiłem również i teraz.
Poniżej przedstawię wymianę maili:

Ja: Witam, przepraszam, ale otrzymałem paczkę z zamówieniem 1234 i brakuje w nim płyty XXX. Prosiłbym o dosłanie braku. Z góry dziękuję i pozdrawiam.
Sklep: Ja pamiętam że wysyłałem. (dosłownie było tak napisane)
Ja: Owszem, otrzymałem naszywkę, jednak samej płyty nie.

Dalszych odpowiedzi nie otrzymałem…

No cóż...Trochę nie w porządku. Więc też zrobię podobnie. Dzwonię do siostry, która z zawodu jest radcą prawnym. Następnego dnia po pracy na adres firmy poszło pismo napisane przez siostrę. W skrócie były to dwie kartki z przedstawionymi paragrafami i groźbą, że albo płytę doślę, albo odda pieniądze, a jak nie, to sąd.

Płytę i maila z przeprosinami dostałem jeszcze w tym samym tygodniu.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (271)
Trochę piekielna historia z mojej firmy.

Firma fajna, szefostwo w porządku, praca ciekawa i można się dużo nauczyć. Pensja mogłaby być wyższa, ale na tym tle chyba zawsze może być lepiej. Zresztą szefostwo pozwala i w pełni pochwala robienie nadgodzin. Chcesz zarobić więcej - zostań po godzinach, albo zapraszamy w sobotę. Dorobisz sobie na wyższej stawce.

W związku z tym w listopadzie chętnych do nadgodzin było nad wyraz wielu - w końcu fajnie by było przed świętami i sylwestrem zarobić ekstra. No to kumpel ze zmiany przyszedł we wszystkie soboty, kilka razy siedział w pracy po 12 godzin i, licząc na dużą sumę na koncie, czekał do dziesiątego...

W dzień wypłaty patrzy na konto i brakuje mu prawie 500 zł. Idzie do kadrowej i co usłyszał? Ano, że nie mogą mu teraz tego wypłacić, bo coś tam, dostanie wyrównanie w przyszłym miesiącu. Nie mógł się z kadrową wykłócić, że tyle tyrał, żeby na święta było i na przyszły miesiąc to za późno i w ogóle, a ona nadal swoje.

Na szczęście interwencja u samego prezesa zdała egzamin i brakującą kwotę dostał, a nawet szef sypnął mu coś ekstra.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (281)
Przed chwilą podczas przeglądania internetu przed moje oczy trafił kolejny artykuł z serii "co nastolatki wiedzą o seksie", w którym pan redaktor prawdopodobnie użala się nad tym, jak to polskie nastolatki wierzą, że podczas pierwszego razu nie można zajść w ciążę albo cola zabija plemniki. Tak mi to przypomniało historię z mojego liceum.

Otóż moja wychowawczyni bardzo chciała, żeby nasze lekcje wychowawcze faktycznie były wychowawcze, a nie polegały na tym, że przez godzinę będziemy siedzieli, a ona będzie porządkować dziennik. Organizowała nam wypady do muzeum, jak były jakieś ciekawe wystawy, albo inne atrakcje. Chwała jej za to. Jedak kiedyś w dobrej woli zaprosiła szkolną higienistkę, by ta zrobiła nam taki rzetelny wykład o tym, skąd się biorą dzieci i co robić, żeby dzieci były wtedy, kiedy się je zaplanuje. To była 1 albo i 2 klasa liceum, więc w sumie parę osób miało już wiedzę praktyczną, a teoretyczną chyba wszyscy. Jak ktoś nie wiedział, to widocznie był bardzo odporny na wiedzę i wykład pani pielęgniarki mu raczej nie pomoże, ale cóż...

Na jedną z lekcji przyszła pani higienistka i po krótkim wstępie zaczęła opowiadać o najlepszej metodzie antykoncepcyjnej jaka istnieje... o kalendarzyku. W niektórych kręgach zwanym watykańską ruletką, choć tego akurat nie powiedziała. Jakich argumentów używała, żeby nas przekonać? Bo jeszcze nie wyciągnie w porę. Bo gumkę można źle założyć i może pęknąć. Bo tabletki trują. Za to kalendarzyk stosują plemiona afrykańskie i działa. Mają koraliki zamiast zeszytów, ale działa. Ja aż przecierałem oczy ze zdumienia, czy czasami zamiast pielęgniarki nie przyszła katechetka, ale nie. Babka, wykształcona, nie jakaś starożytna, serio licealistom próbowała reklamować kalendarzyk. W liceum, gdzie pewnie z 3/4 dziewczyn ma nieregularne cykle. Metodę, którą może zrujnować zwykłe przeziębienie, bo temperatura nie ta. Nie mówiąc już o tym, że w liceum to jak człowiek chciał coś ze swoją dziewczyną zdziałać na tym polu, to raczej czekał na wolną chatę, a nie dni niepłodne...

Nawet chciałem wdać się w szermierkę słowną z panią pielęgniarką, bo wygadany zawsze byłem, ale po pierwszym pytaniu pani wychowawczyni tak na mnie spojrzała, że odpuściłem... Choć nasza wychowawczyni chyba też myślała, że będzie to wyglądać inaczej, bo kolejnego wykładu nie było, a miały być chyba 3.

szkoła

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (311)
Historia z mojej pracy. Piekielni byliśmy i ja z moim znajomym i pan kierowca tira z drugiej strony barykady.

Otóż, pewnego dnia przyjechał do nas tir i zgłosił potrzebę zapakowania, możliwe szybko, bo mu mało czasu pracy zostało i chce jak najszybciej wyjechać. No to do pakowania rzeczy na paletę wysyłkową zostałem skierowany ja z moim kolegą. Brygadzista wskazał panu kierowcy "Ci dwaj panu towar uszykują, wrzucimy widlakiem, pan sobie zepnie i w drogę".

No to my zabraliśmy się do pakowania... I co ważne, pakowanie tych konkretnych palet do dosyć upierdliwe zajęcie. Wszystko musi być spakowane wedle kolejności z listy, muszą być podokładane podstawki, żeby się nie gibało, każda część musi mieć naklejkę z numerem, datą pakowania i w ogóle, potem trzeba wszystko pospinać, zapakować w folię, doczepić burty i wieko, żeby zrobić skrzynię i do tego przymocować zestaw dokumentów i dopiero można coś dalej z tym robić. No to zbieramy się do roboty. Przeglądamy co jest do pakowania, sprawdzamy czy listy się zgadzają i tak dalej. W międzyczasie szukamy naklejek i okazuje się, że nie ma... W biurze ktoś nie wydrukował, albo zginęły gdzieś po drodze. No to kolega idzie do biura coś z tym fantem zrobić. Ja w tym czasie stanąłem sobie przy palecie i piję kawę, bo bez naklejek nie mam co nawet się nadwyrężać i robić cokolwiek. Kierowca zobaczył mnie stojącego z kubkiem kawy w ręku to szału dostał...

- Co Ty k**** sobie wyobrażasz? Ja k**** mam za k***** 2 godziny być w trasie! Ty k**** nie kawka tylko zap********!

Starałem się mu wytłumaczyć, że zaraz zaczniemy, tylko z biura musimy dostać naklejki i kolega już poszedł... ale ten nic, drze się dalej. W końcu poszedł do kabiny i siedzi. W międzyczasie tamten wrócił z naklejkami, no to zaczynamy robić swoje. Nawet nam szło, myślimy że godzina i jesteśmy wyrobieni... No, ale po 10 minutach pan kierowca wychylił się z kabiny i znowu z ryjem czy już gotowe, że czemu jeszcze nie, że on musi już teraz bo nie zdąży. Nie szczędził sobie wyzwisk i przekleństw.

Tego już z kolegą nie wytrzymaliśmy. Udaliśmy, że brakuje nam jednej części, a niekompletnego zestawu wysłać nie możemy i musimy dorobić. No to idziemy na warsztat i dorabiamy. Pan nerwowy kierowca przychodził co chwilę i z mordą do nas czy już, potem chodził do brygadzisty, żeby nas popędził, potem znowu do nas i potem jeszcze do kierownika chciał, ale go nie zastał w biurze... W końcu brygadzista, miał go najwyraźniej dosyć, znalazł brakującą część. Spakowaliśmy więc resztę i wysłaliśmy w świat z półtoragodzinnym poślizgiem. Cóż, mógł okazać trochę kultury to pewnie, by wyjechał dobre 20 minut przed czasem...

Tak wiem, kierowców goni tacho, zlecenia, terminy i wszystko na raz. Teściu od 10 lat jeździ tirami. Ja powoli też się przymierzam do zrobienia sobie kategorii C+E. Nie zmienia to faktu, że wrzaskiem i przekleństwami zbyt wiele się nie załatwi.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (317)
O tym ja zostałem uznany za chama i prostaka, zanim w ogóle zdążyłem cokolwiek powiedzieć...

Otóż, na wstępie opisze siebie, bo moja aparycja jest dość kluczowa dla historii. Jestem wysoki, mam długie włosy i kozią bródkę. Noszę koszulki z dziwnymi czarno-białymi nadrukami, skórzaną kurtkę i bojówki wpuszczone w glany. Wczoraj, ubrany jak zawsze, podjechałem do pewnego super marketu, by zrobić sobie jakieś zakupy na początek tygodnia. Stoję więc sobie przy półkach z warzywami. wybieram sobie pomidory, za mną kolumna, więc w sumie blokuje przejście... Nagle bach, czuję jak bok ktoś wali we mnie wózkiem. Obracam się, a tu jakaś staruszka z chyba wnuczkiem zapakowanym do owego wózka. Babcia widząc moje spojrzenie, spuściła głowę, ale nie przeszkodziło jej to, walnąć mnie wózkiem drugi raz.

- Wystarczy powiedzieć przepraszam? - Powiedziałem spokojnym tonem.
- Pan nie wygląda na takiego co by się odsunął.
W tym momencie skapitulowałem... Odsunąłem się i nawet nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć.

sklepy

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 387 (423)
zarchiwizowany
W swojej rodzinnej miejscowości mieszkam niedaleko liceum - na tyle blisko, że uczniowie tej placówki często parkują samochody w okolicy mojego domu. Tak - parkują samochody. Rodzinne miasto jest miastem powiatowym, komunikacji miejskiej nie ma, a i liceum jest jedyną tego typu szkołą w okolicy, więc dużo uczniów dojeżdża z okolicznych miasteczek i wsi.
Od pewnego czasu, wracając do domu na weekedny zauważyłem, że często w okolicy zaparkowany jest bardzo sympatyczny samochód - jeden z tych sportowych, rzucających się w oczy. No i tu się zaczyna piekielność. Robiona na zamówienie rejestracja sugeruje, że jest to prezent 18-nastowy dla bogatej dziewczynki... Takiej która w najlepszym wypadku prawko ma od roku. Ale cóż. Różni ludzie są, może dziewczę jest fanką motoryzacji i możliwe, że ma dryg do jazdy i w wieku lat nastu ma lepsze opanowania auta od niejednego starego kierowcy... W ostatni piątek jednak dostałem dosyć dobry dowód, że jednak nie. Wracam sobie z dworca do domu, staje na światłach i czekam na zmianę. Na skrzyżowaniu staje wspomniany wyżej samochód, a za kierownicą, tak jak się spodziewałem młode dziewczę... Światła się zmieniają i auta ruszają. Słychać zgrzyt, a najlepsza fura w okolicy zgasła...
Tak. Dziewczyna jeżdżąca sportowym autem ma problem z ruszaniem ze świateł, a i całkiem możliwe że również, ze zmianą biegów.
Nie wiem kto tu jest piekielna - chyba rodzice, że kupili dziewczynie taki samochód?

młodzież

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -28 (44)
zarchiwizowany
Historia, która miała nieszczęście zdarzyć się mojej siostrze gdy ostatnio podróżowała pociągiem.
Jak pewnie niektórzy zauważyli, od pewnego czasu coraz częściej bilety PKP mają przypisane miejsce. Ma to swoje plusy i minusy, nie będę wdawał się w szczegóły, bo to nie o tym. Jednak konsekwencją tego jest to, że przedziały są wypełniane ludźmi i ciężko trafić na sytuację, że jedzie się we dwie osoby, albo wręcz w ogóle bez współpasażerów. Zwyczajnie przestała działać funkcjonująca w środkach komunikacji publicznej specyficzna odmiana zakazu Pauliego. Więc siostra jedzie pociągiem, przed nią licząca parę godzin trasa, a oprócz niej i czterech innych osób w przedziale znalazł się pewien starszy pan. Zwykły staruszek w znoszonym swetrze, który postanowił spędzić podróż śpiąc sobie w najlepsze okazał się być tym PIEKIELNYM. Jakim cudem? Otóż, starszy pan całą drogę puszczał głośne, okrutnie śmierdzące bąki. Cały przedział spędził podróż wachlując się i zatykając nosy, zaś pan konsekwentnie psuł powietrze... Oczywiście cały czas śpiąc. Obudził się jedynie, gdy ktoś otworzył, a raczej próbował otworzyć okno... Bo wtedy starszy pan podniósł powieki i domagał się zamknięcia okna, bo mu zimno... Tak więc moja siostra spędziła podróż niczym w komorze gazowej.

PKP

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (291)

#59270

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już pisałem w tej http://piekielni.pl/59095 historii moja sąsiadka ma bardzo wyczulony słuch. W szczególności w godzinach nocnych. Jak bardzo po raz kolejny przekonałem się wczoraj.

Siedzę w nocy i się uczę, bo dzisiaj od rana trudne laborki. Pan prowadzący też trudny. Wejściówki siłą rzeczy też bardzo trudne, a jak nie zaliczysz nie wchodzisz do pracowni. Nie zostaje więc nic jak siedzieć po nocy i się uczyć. No i tak siedzę i koło północy czuję jak zaczyna mnie głowa boleć. Nie wiem czy od nadmiaru wiedzy, powodującej rozrost mózgu czy od niewyspania czy tak po prostu, bez wyraźnej przyczyny. Koło 1 w nocy się zaczęło robić dosyć nieciekawie. Szukam po mieszkaniu tabletek. Ja swoich nie mam, współlokatorzy też nic nie mają. No to trudno. 10-15 minut dalej jest sklep nocny, na pewno coś będą mieli. Więc ubieram się i idę.

Tabletki kupiłem, w drodze powrotnej od razu dwie łyknąłem i wracam. Po niecałych 30 minutach znowu jestem w mieszkaniu. Kilka minut później słyszę dzwonek do drzwi. Od razu domyślam się kto i w jakim celu nas odwiedził, wiec idę otworzyć.

[P]olicjant: Dobry wieczór, dostaliśmy wezwanie w sprawie zakłócania ciszy nocnej. - Po minie widziałem, że musiał się powstrzymać żeby nie powiedzieć na końcu "znowu".
[J]a: No słyszy pan jaką dziką imprezę organizujemy właśnie - w mieszkaniu cisza jak makiem zasiał. Jeden współlokator się uczy, drugi gra w LOL-a.
[P] No, więc dlaczego zostaliśmy wezwani?
[J] Jakieś pół godziny temu wyszedłem z domu do sklepu. Widocznie za głośno tupałem na klatce schodowej. Niestety, ale za wysoko żebym mógł balkonem wychodzić.
[P] My chyba w końcu panią odwiedzimy i wytłumaczymy, że każdy najmniejszy szmer po 22 to nie powód do wzywania policji.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 835 (895)
Witam
Otóż na wstępie powiem, że choruję na WZW C - ostatnio popularna choroba zakaźna. Tak BTW - jak 90% chorych których poznałem, dowiedziałem się oddając krew, warto to robić chociażby dla darmowego badania pod tym kątem.

Po kilku latach czekania w końcu NFZ znalazł pieniądze żeby spróbować mnie wyleczyć z tej przypadłości. Leczenie jest długie, trwa od 46 tygodni do 1,5 roku, a w jego trakcie łyka się codziennie garść tabletek i dodatkowo bierze raz w tygodniu zastrzyk. Dlatego też zanim zacznie się leczenie trzeba przejść test kwalifikacyjny do leczenia na oddziale zakaźnym. Ot trzeba porobić wszystkie badania, bo leczenie jednak trwa, jest drogie i ma milion efektów ubocznych. Nazywa się to "trzydniówką", bo jak się pewnie domyśliliście trwa 3 dni. Ja miałem tego pecha, że wyznaczony przez szpital termin moich badań zbiegł się z sesją na uczelni... A że studiuje kierunek ścisły to ilość i poziom trudności egzaminów jest dosyć wysoki. Badania miały zacząć się w poniedziałek i środę po południu miałem być wypisanym... Co mnie uwaliło z 2 egzaminów, które musiałem pisać w II terminie. Pierwszy egzamin był w dzień w który zaczynałem leczenie, zaś drugi dzień po jego zakończeniu... No, ale nic. Zdrowie ważniejsze.

Jakoś od pani doktor wysępię zwolnienie z całego tygodnia, zaniosę na uczelnię, będzie ok. Zakładam od razu, że szpitalu ciężko będzie się czegoś nauczyć, więc egzamin dzień po badaniach od razu odpuściłem. Zresztą kto wie co za badania się mieszczą w tej trzydniówce.

Tak więc w wyznaczony dzień skierowałem się na oddział zakaźny. Dostałem łóżko, które było zepsute tak że leżeć można było tylko płasko (więc o czytaniu czegokolwiek na dłuższą metę można by zapomnieć) poza tym nuda. No, ale gdzie tu piekielność? W tym jakie badania czekały mnie przez te 3 dni. Były to takie skomplikowane procedury medyczne jak pobranie krwi oraz usg brzucha. To drugie z zastrzeżeniem że muszę być na czczo i dzień wcześniej łyknąć coś na wzdęcia. Całość zajęła, łącznie z czekaniem w kolejce do USG jakieś pół godziny. Pozostałe 71,5 godziny mojego czasu zostało zmarnowane. Dosłownie. Przecież równie dobrze mogli napisać w liście, że mam się tego a tego dnia złościć na czczo tu, a tu, wcześniej łyknąć tyle a tyle leku na wzdęcia, iść na USG, oddać krew i wrócić do swoich spraw... Do nauki chociażby. Ale nie! Lepiej zmarnować komuś 3 dni - bo wszyscy mają za dużo czasu.

A pokazywanie na uczelni zaświadczenia o "tygodniowym pobycie na oddziele zakaźnym" też nie należy do fajnych rzeczy.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 414 (518)
zarchiwizowany
Komentarze pod poprzednią historią natchnęły mnie do napisania kilku przykładów tego co potrafi się dziać na zajęciach laboratoryjnych jakie mają miejsce na kierunkach typu biologia/fizyka/chemia. Od wesołych bądź głupawych historyjek po przykłady sprawiającej niebezpieczeństwo bezmyślności

1) Laboratoria z chemii nieorganicznej na I roku. W jakimś doświadczeniu używany jest dosyć mocno stężony amoniak. Ktoś wpadł na pomysł że spod wyciągu przeniesie go w pipecie. Nie ważne że pipety używane przez pokolenia początkujących chemików są... awaryjne. Efekt? Amoniak się rozlał bo pipeta nie trzyma. Mnóstwo smrodu w sali, polane amoniakiem spodnie, podłoga, notatki... Dobrze że w pipecie nie przenoszono np jakiegoś stężonego kwasu

2) Laboratoria z chemii organicznej. Pracujemy, pracujemy... Nagle jak w sali nie buchnął kosmiczny smród gnijącej ryby. Normalnie fetor nie do wytrzymania. Szybka ewakuacja, otwieranie okien i 10 minut przerwy w zajęciach. Ktoś nie wpadł na pomysł, że pod wyciągami pracujemy z jakiegoś powodu i trzymając pełną zlewkę jakiś amin poszedł szukać prowadzącego...

3) Laboratoria z chemii nieorganicznej. Pracujemy w parach. W pewnym momencie w doświadczeniu miał być wykorzystany kwas azotowy. Stężony. Było to jedno z tych doświadczeń gdzie żongluje się 10-ma probówkami, wlewa się i przelewa i patrzy na kolorki etc. Koleżance z pary omsknęła się ręka i nieco jej się polało po zewnętrznej ściance probówki, którą ja trzymałem w rękach. Oczywiście polała mi po palcach stężonym kwasem azotowym. Na szczęście tylko parę kropel, więc obyło się bez poważnych oparzeń.

4)Laboratoria z chemii nieorganicznej. Przykład w sumie nie wiem czego. Roztrzepania? Ale ze strony doktoranta prowadzącego ćwiczenia. W jednym doświadczeniu wykorzystywaliśmy niestandardowe stężenie jakiegoś kwasu. Chyba siarkowego. Więc trzeba było go zrobić z tego co akurat było na sali. Na zapas przygotowaliśmy sobie od razu więcej, przelaliśmy do dużej zlewki i sobie stoi kwas. Pracujemy nad doświadczeniem i przyplątał się do nas doktorant... Z dobrymi chęciami pomocy. W pewnym momencie potrzebowaliśmy coś rozcieńczyć wodą. Doktorant wziął naszą zlewkę i radośnie wlał jej zawartość do drugiej... Po tym jak roztwór zmienił barwę doktorant też zmienił barwę, bo skapnął się, że w zlewce nie było wody, tylko kwas i spalił się trochę ze wstydu, bo nie ma co ukrywać - zepsuł nam doświadczenie.

5) Laboratoria z chemii fizycznej. Wykonujemy jakieś doświadczenia. Nagle prowadzący dosyć wk******* przychodzi i pyta czy ktoś nie korzystał z wyciągu, bo została pod nim pipeta w której coś jest naciągnięte. Dla nie zorientowanych - pod wyciągiem leżą zwykle rzeczy niebezpieczne np stężone kwasy i zasady, mocno szkodliwe związki organiczne etc. A tu coś jest i nikt nie wie co? I co z tym zrobić? Wiadomo, że coś się da, ale roboty trochę z tym jest.

6) Laboratoria z chemii fizycznej. Prowadząca była BARDZO przeczulona na punkcie BHP i generalnie była dosyć piekielna. Od momentu gdy padała komenda "Włożyć okulary", wszyscy na sali musieli nosić okulary aż do momentu wyjścia z sali. Niby dobrze - pilnuje żeby nam się nic nie stało... No ale jest też druga strona medalu. Raz na laborki przyszedł student który ma zajęcia z innego dnia. Był donieść protokół, którego nie zdążył oddać. Po prostu przemknął od drzwi do stołu gdzie siedzieli prowadzący. Bez fartucha i okularów. Dostał kilka karnych punktów za nie przestrzeganie bhp. Inna sytuacja, gdy już po wykonanych doświadczeniach i posprzątaniu sali uzupełniamy protokoły, bo czas jeszcze jest, a lepiej oddać i mieć z głowy. Okazało się że protokoły też mamy wypełniać w okularach...

7) Laboratoria z chemii analitycznej. Miareczkowanie. Generalnie w skrócie proces polega na tym, że masz roztwór którego stężenia nie znasz, a chcesz poznać. Więc po kropelce ze specjalnej biurety wlewasz inną substancję póki się kolor nie zmieni. Wtedy na podstawie ilości zużytej substancji możesz obliczyć stężenie tego co badasz. Tylko żeby to miało sens musisz używać roztworu mianowanego, czyli takiego którego stężenie znasz możliwe najdokładniej. No i my sobie miareczkujemy pobierając roztwór mianowany NaOH z kolby, która miała chyba 3 litry pojemności. I teraz jest ważne. Nie ma opcji żeby wlać cokolwiek do butelki z roztworem mianowanym. Zostało coś w biurecie? Wylewasz do odpadów i tyle. Po prostu roztwór mianowany do którego cokolwiek dolano nie jest już mianowany. Jeden geniusz wlał całą zawartość biurety do kolby...

8) Laboratoria z chemii analitycznej. Jednym z punktów programu jest rozpoznawanie jonów w roztworach. Generalnie często wygląda to tak że prowadzący rozdają probówki gdzie są jakieś jony (zwykle dwa) i studenci mają zbadać jakie to jony, używając nie więcej niż 3 substancji chemicznych. Jeśli użyją więcej dostaną gorsza ocenę. Generalnie bardzo fajna zabawa w rozwiązywanie zagadek. Tu od piekielnej strony może pokazać się wykładowca - może dać komuś czystą wodę. Wbrew pozorom jest to chyba najtrudniejsza substancja do udowodnienia ;)

9) Laboratoria z chemii analitycznej. Prowadzący na początku wyraźnie mówił - używać tylko wody destylowanej. Bo użyjesz kranówy to w badanej próbce znajdziesz całą tablice Mendelejewa. Oczywiście w każdej grupie co roku znajdzie się chociaż jedna osoba, która wyczyści szkło kranówką a potem się dziwi że połowa reakcji charakterystycznych mu zachodzi

10) Laboratoria z biochemii. Zajęcia z enzymów. Jedno doświadczenie polegało na badaniu szybkości reakcji katalizowanej enzymami w zależności od temperatury i pH. Enzymem jakiego mieliśmy użyć w doświadczeniu była amylaza ślinowa. Oczywiście nie było żadnej butelki z owym enzymem. Najzwyczajniej w świecie trzeba było napluć do probówki. Gdzie problem? Ano w tym, że w tej konkretnej grupie ćwiczebnej było 2 facetów i 18 dziewczyn. Przecież poważne przyszłe panie magister nie będą pluły do probówek. Wszystkie musieliśmy obskoczyć z kumplem.

11) Laboratoria z biochemii. Doświadczenie w stylu "Patrzenie jak woda stygnie". Kto miał pracownie biologiczną/fizyczną/chemiczną ten na pewno wie o co chodzi... A Ci co robili doświadczenie "Badanie ciepła właściwego wody metodą ostygania Newtona" wiedzą, że określenie "patrzenie jak woda stygnie" nie jest przenośnią. Generalnie tego typu eksperymenty wyglądają tak, że robisz coś przez 10 minut, a potem pół godziny albo i więcej czekasz na wynik. Pół biedy jak w tym czasie masz inne rzeczy do roboty. Gorzej jak nie ma. Wtedy siedzisz i się nudzisz. Na podobne okazje pewien młody, wyluzowany doktorant pokazał nam że taka maszynka jak spektrofotometr ma funkcję "tetris" :D Wiec czekając godzinę na wyniki gramy sobie w tetrisa na spektrofotometrach będących na sali. Przynajmniej do momentu jak pani laborantka - upiorna wiedźma - przegoniła nas bo zepsujemy... Mimo, że żaden prowadzący nie miał nic przeciwko.

No to by było tyle z rzeczy, które pamiętam. Jak coś nowego by się wydarzyło, albo coś sobie przypomnę to wrzucę. Historie te pewnie uruchomią też masę wspomnień u innych studentów i absolwentów kierunków ścisłych, więc w komentarzach na pewno też trafią się jakieś perełki.

studia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (97)