Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KurkaRurka

Zamieszcza historie od: 25 marca 2016 - 9:59
Ostatnio: 19 kwietnia 2018 - 21:57
O sobie:

Mała wredna zołza ;)

  • Historii na głównej: 6 z 9
  • Punktów za historie: 1221
  • Komentarzy: 185
  • Punktów za komentarze: 432
 

#79611

(PW) ·
| Do ulubionych
Państwowa służba zdrowia.
Wiem, że historii o NFZ jest na pęczki, ale podobnej nie widziałam, a może ktoś skorzysta z mojego doświadczenia.

Mam problemy ogólnie mówiąc z brzuchem. Skorzystałam więc z pakietu, jaki zapewnia pracodawca w prywatnej opiece medycznej. Zrobiłam podstawowe badania i wyszło podejrzenie zakażenia wirusem HCV. Niestety się potwierdziło. Dalsze leczenie jest bardzo kosztowne, ale refundowane przez NFZ.

Uzbrojona w skierowanie, zawitałam w progi państwowej opieki. Od razu pierwszy zgrzyt. Nie zostanę zapisana, bo skierowanie jest z prywatnej placówki. Musi być, od lekarza na państwowym etacie. Domyślałam się, że jest to błędna informacja, ale nie kłóciłam się, bo nie byłam pewna, czy nic się nie zmieniło, a też nie uzbroiłam się wcześniej w odpowiedni paragraf. Poszłam więc zapisać się do najbliższej przychodni. W sumie dobrze się stało, bo trafiłam na świetną lekarkę. Powiedziała, że rejestratorka z zakaźnego nie powinna absolutnie odrzucić tego skierowania. Dowiedziałam się także, że nie ja pierwsza miałam taki problem, także sprawdzała i nie ma nic w przepisach NFZ, o tym że nie honoruje się skierowań z prywatnej opieki zdrowotnej.
Drugi pozytyw, to dostałam skierowanie na cito, co skróciło moje oczekiwanie na wizytę u specjalisty o kilka miesięcy.

Dalsze przygody zaczęły się, już po wizycie. Dostałam skierowanie na trzydniowe badania szpitalne. Pani Doktor ustawiła tak, że tylko jeden dzień w pracy by mnie nie było. Jeszcze w gabinecie zauważyłam, że wpisany jest błędny numer do kontaktu, więc od razu z gabinetu poszłam na recepcję to wyprostować.

Kolejne kilka miesięcy wyczekałam swoje, załatwiłam wolne w pracy, spakowałam się i w czwartek (w połowie lipca) poczłapałam na izbę przyjęć. Tam okazało się, że moje badania, zostały odwołane. Dzwonili, ale się nie dodzwonili, bo nadal w systemie mieli zły numer. Pani poprawiła, podała mi numer na oddział. Mam dzwonić od poniedziałku i się umawiać. Dzwonię więc okazuje się, że mają przepełniony oddział, mam dzwonić za tydzień. Odczekałam, dzwonię. Okazało się, że pół oddziału w remoncie, full pacjentów, dzwonić na początku sierpnia, jak otworzą zamkniętą część. Dzwonię więc, okazało się, że jak chcę w czwartek to, to mam dzwonić w środę, a nie można od razu umówić na późniejszy termin, tylko na bieżąco z dnia na dzień. Chciałam za trzy tygodnie, bo niestety w pracy, sezon urlopowy. Z 7-osobowego zespołu zostałam z mało ogarniającą koleżanką. Szpital chwilowo odłożyłam w czasie.

Tydzień przed powrotem urlopowiczów, dzwonię na oddział. Co słyszę? Badania na HCV wstrzymane, do odwołania. Dowiadywać się na początku września.

Szpital zakźny NFZ

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (111)

#79248

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia nie dotyczy jednego zdarzenia, ale zjawiska, które od kilku lat obserwuję w społeczeństwie. Objawia się zanikiem rozumu u niektórych jednostek w momencie, gdy pod ręką mają innych. Dotyczy to wielu obszarów, dziś opiszę trzy przykłady: z pracy, Internetu i szkoły.

Do refleksji skłoniło mnie zachowanie koleżanki z pracy (nazwijmy ją A). Od jakiegoś czasu A coraz częściej prosi mnie o pomoc, w coraz prostszych sprawach. Przykład:

Dzwoni i krzyczy w słuchawkę: "O rany! Pokasowałam ważne rzeczy, szybko chodź, bo katastrofa". Idę do jej komputera, szybki rzut okiem, klikam dwa razy... Tadam! Wszystko wróciło. Ot, zafiltrowała tabelę w Excelu, tak że wszystko się schowało.

A często przychodzi i pyta o rzeczy z systemu, który ja znam od 1,5 roku (tyle pracuję w obecnej firmie), a ona ponad 4 lata, odkąd wszedł do użytku.

Teraz sytuacja, która wywołała tę historię. Dziś przyszła prosić, żebym jej pokazała, jak się zmienia nazwę folderu. Dla formalności napiszę, że A pracuje od 10 lat na komputerze.

W Internecie, jak wiemy, szczególnie na forach i fejsbukowych grupach, roi się od głupich pytań. Np. zdjęcie 3 testów ciążowych z pytaniem: "czy jestem w ciąży?”. Taaa, kto by tam ulotkę czytał...

Ze względu na chorobę dołączyłam do grupy na twarzoksiążce, która zrzesza osoby wykluczające pewien składnik z jadłospisu. Normą jest wrzucanie zdjęć różnych produktów, z pytaniem "możemy?". W komentarzach: "jadłam, nic mi nie było", "zajadam kilogramami". W składzie, jak wół, składnik, który wykluczamy. Własne zdrowie oddaje się w ręce przypadkowych ludzi w Internecie, bo grupa ma sobie pomagać. W domyśle oznacza to: macie mi podawać gotowe odpowiedzi, bo nie chce mi się zagłębiać w temat.

Wszystkie te sytuacje kojarzą mi się z ze szkołą. W liceum (ludzie na progu dorosłości) miałam koleżankę, która większość lekcji odrabiała tak:

J - ja, K - koleżanka

K: Ej, jak zrobiłaś historię?
J: Eee, jak to „jak”? Przeczytałam temat ze skryptu i odpowiedziałam na te dwa pytania na końcu.
K: Tak? Nie mogłam znaleźć tych odpowiedzi.
J: No jak? To łatwe było. W tekście była pełna odpowiedź, tylko swoimi słowami napisałam.
K: Ja tego nie znalazłam...

Można by tak w nieskończoność, dopóki nie pokazało się palcem w konkretnym miejscu. Później trzeba było dyskutować, jak koleżanka ma napisać to swoimi słowami, bo ona nie wie...

Wiadomo, każdy ma czasem gorszy dzień czy zaćmienie. Ja też orłem nie jestem ani ekspertem, ale radzę sobie w życiu, a o pomoc proszę, gdy wyczerpię inne źródła informacji.

Apeluję o korzystanie z tego, czym obdarzyła nas natura, a co odróżnia nas od zwierząt. Wysilić się, pogłówkować, samodzielnie poszukać wiedzy, ewentualnie dopytać o sprawdzone źródła.

Po prostu myśleć, bo suflerzy nie zawsze dobrze podpowiedzą.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (141)
zarchiwizowany
Niby mało piekielne ale absurd sięga wyżyn.
Chyba założę bloga z anegdotkami z pracy.
Kiedyś, pisałam o koleżance Basi, odnośnie tego dlaczego młodzi ludzie po studiach pracują w przysłowiowych "Mc'kach" i tego kto zajmuje stanowiska. Dziś kolejna cegiełka.
Basia odebrała telefon od klientki. Po krótkiej wymianie zdań, stwierdza że z tą sprawą trzeba dzwonić do rejonowego oddziału. Dopytuje skąd klientka dzwoni. Ano z Włoch (nie chodzi o państwo). Basię zatkało, na twarzy karpik jakby pierwszy raz słyszała. Po chwili ciszy, przyznaje się, że nie wie gdzie to i dopytuje czy to okolice Legionowa?

Kilka faktów:
Firma obsługuje Warszawę i okolice. Z takiego rejonu przyjmujemy i aktualizujemy dane w systemie.
Basia przekroczyła wiekiem pół stulecia. Ponoć całe życie mieszka w tym samym mieście. W naszej firmie pracuje ponad 20 lat. 100 % pracy wykonuje w systemie komputerowym z danymi klientów, wraz z informacją pod jaki oddział rejonowy podlegają. Do tego mamy do dyspozycji internet, gdzie wujek google maps z łatwością nas poratuje.
Basia podała klientce numer do oddziału centrum, "może kolega panią lepiej pokieruje"
Może nie dla wszystkich piekielne, ale nie znać dzielnic swojego miasta, mając do czynienia z ich nazwami codziennie od 20 lat, to powiewa niezłym absurdem.

praca leń

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (88)

#76824

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja piekielna nie tylko dla mnie, a i dla niektórych z Was.
Otóż opowiem Wam dlaczego w naszym kraju, ludzie po studiach pracują w przysłowiowym McDonald’s (Praca jak każda inna, też wspomagałam gastronomię zza lady i zaplecza)
Udało mi się, znaleźć bardzo dobrą pracę na etat, za godziwe pieniądze.
W wymaganiach na to stanowisko, było min. wykształcenie wyższe i znajomość Offica.

Pewnego razu nastały takie zmiany, że wylądowałam w pokoju z panią Basią (imię zmienione)

Basia lat 50+, której świat rządzi się swoimi prawami. Można by książkę napisać. Jest tak zaabsorbowana swoim życiem prywatnym, że bardzo często i chętnie dzieli się szczegółami, ze współpracownikami, a także z rodziną, wydzwaniając do kolejnych ciotek, wujków czy matki, bo jakże ważnym wydarzeniem jest zakup łóżka.

Piekielność pierwsza (dla mnie) Wspomniane wcześniej rozmowy. Długie, ze szczegółami z życia prywatnego, a przede wszystkim głośne, przechodzące w momentami w przekrzykiwanie się z rozmówcą. Pokoik mały, więc dystans między nami to około 1,5m.

Piekielność druga (dla niektórych z Was) Obsługa komputera pozostawia wiele do życzenia. Basia prosiła mnie o założenie folderu na pulpicie. Do wyskakujących okienek, często wzywa kolegę, mimo, że niemal codziennie pokazują się te same komunikaty, po prostu nawet ich nie czyta, są po polsku, informują o dalszych krokach lub błędzie. Np. system wywala okienko z informacja, że nie można wpisać daty z przyszłości (wprowadzamy dane w których, zaszły zmiany), no to telefon do kolegi dwa pokoje dalej i ten przychodzi, tylko po to, by jej przeczytać cóż tam jest napisane.

Ogólnie, nie ogarnia komputera, bardzo często ma podstawowe problemy z obsługą, mimo że pracuje w firmie ponad 20 lat. Jak długo ma do czynienia z komputerem nie wiem, ale na pewno, jest to co najmniej 10 lat. Obecny system, na którym głównie pracujemy funkcjonuje od 2 lat. Rozumiem, że starsze pokolenie dłużej się tego wszystkiego uczy, ale program w miarę prosty i intuicyjny, (mi zajęło to miesiąc) i jakoś inne osoby nawet starsze od niej, radzą sobie bardzo dobrze.

Opisane sytuacje to jest jakieś 10% tego, co ta kobieta wyprawia. Pozwala jej się na to, bo jak wspomniałam, Basia lubi się dzielić szczegółami swojego życia, kreując, jakoby los był wobec niej złośliwy i okrutny. Prawda jest taka że,i zespół nieformalnie dzieli się, na osoby które kiedyś w karierze dzieliły z Basią pokój, czyli znają ją z autopsji i na pozostałych, którzy współczują, pomagają i idą na rękę, bo ona poszkodowana.

Osobiście, uwiera mnie fakt, że wiele osób niejednokrotnie, po długich poszukiwaniach, bierze pracę poniżej swoich kwalifikacji, a tu miejsce zajmuje ktoś, kto od kilku lat w biurze ma problemy z obsługą komputera, a pracę traktuje jak infolinię dla rodziny.

praca leń wspópracownik

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (222)
zarchiwizowany

#76800

(PW) ·
| było | Do ulubionych
To i ja sobie ponarzekam, nieco zainspirowana innymi opowieściami, głównie z Oceanarium. Przedstawię kilka wniosków jakie wysnułam, na podstawie obserwacji społeczeństwa.

Słowem wstępu: mieszkam w jednym z większych miast naszego kraju, przemieszczam się w większości komunikacją miejską, lub na piechotę.

1. Ludzie lubią się przytulać do obcych.
Jeden z środków transportu miejskiego, mało jeszcze ludzi, bo to w godzinach przed-szczytowych. Stoję sobie spokojnie przy oknie, naprzeciwko drzwi, pogrążyłam się w lekturze. Na jednym z przystanków wsiadło kilka osób i trafiła się ONA. Stanęła do mnie plecami i chyba chciała sobie pomasować plecy wierzchołkiem grzbietu mojej książki. Napierała, a ja twardo książkę trzymałam. Krząkanie nie pomogło, więc odpuściłam i się przesunęłam, żeby mnie kapturem nie udusiła.
Miejsca było co najmniej ze dwa metry kwadratowe wokoło, wystarczyło zrobić krok do przodu.
Wywnioskowałam, że to chyba przyzwyczajenie do tłumu, trzeba się zbić w zwartą grypkę, najlepiej przy drzwiach.

2. Wsiadanie i wysiadanie z komunikacji jest horrorem. Gdy podjeżdża mój dyliżans, staje przy drzwiach, nie zastawiając przejścia wychodzącym. Za to, za każdym razem, wokoło drzwi skupia się grupka ludzi, którzy najchętniej wsiedli by od razu po otworzeniu. Niekiedy zostawia się wysiadającym tyle miejsca, że wychodzą gęsiego bokiem. Każdy zdąży wsiąść, bo kierowcy, motorniczy mają lusterka i widzą, że ktoś chce wejść, a kierownik pociągu wsiada ostatni, także nie grozi Wam zamkniecie drzwi przed nosem.

3. Chodzenie „pod prąd”. Duże miasto to nie pole, i chodzenie wszędzie jak nam się podoba, stwarza sytuacje, że obijamy się o siebie, potrącamy, szturchamy. Starajcie się chodzić prawą stroną.
Przejście podziemne, pośrodku barierka. Normalnie rozumujący człowiek idzie, mając barierkę po swojej lewej, ale pełno spragnionych kontaktu fizycznego, gna „pod prąd”, bo to takie fajne, wpadać co chwilę na innych.
Moi drodzy, nie zejdę w klomb, krzaki, kwiatki, trawę, nie wtopię się w ścianę, bo idziecie tłumnie z autobusu, całą szerokością chodnika.
Sorry kobieto, że obiłaś się o moją twardą, wypchaną torbę, ale Twoi pozostali współtowarzysze podróży, nie mieli problemu zrobić miejsce po swojej lewej stronie, bym mogła przejść.

Jestem introwertyczką, nie lubię tłumów, uwielbiam przestrzeń. Jednak, nie czuję dyskomfortu, gdy trafiam na godziny szczytu i po prostu jest tłok. Nie mogę tylko zdzierżyć, gdy ktoś stanie za blisko i się ociera, gdy wkoło jest dużo miejsca.
Inni "nie wyprzytulani", stają w drzwiach i dzielnie znoszą, walenie z bara, przy wymianie ludzi w pojeździe.

4. Łazienki publiczne (tj. toalety w centrach handlowych, prysznice basenowe i na siłowniach)
No cóż, czasem obraz i zapach jaki można uświadczyć, wywołuje natychmiastowe torsje. W toaletach mogłam podziwiać różne wydzieliny ludzkiego ciała. Standard to oczywiście mocz i tzw. „dwójka”. W z damskich toaletach, dochodzą plamy i rozmazy palcem w kolorze czerwonym. Raz nawet trafiłam na malowidła z wydzielin z nosa.
Mówię tu o miejscach gdzie panie sprzątające, są i wykonują swoje obowiązki. Nie oszukujmy się, bo nawet Supermen nie dał by rady wejść do każdej z 15 kabin po każdym kliencie. Serwis sprzątający ma też, inne obowiązki np. latanie z mopem w części z umywalkami, bo ręce się osusza, strzepując wodę na podłogę, ewentualnie jak wytrze się ręczniczkiem i nie trafi do kosza, to schylić się za ciężko. (Pani sprzątająca, ma lżej, bo wprawiona, robi to kilkadziesiąt razy dziennie.
W basenowych i siłownianych prysznicach, można znaleźć DODATKOWO (tak, brąz i czerwień się pojawiają, co do żółtego, to nie widać ale czuć) zwinięte kłębki włosów przyklejone do ścian i zasłon

5. „Młody jak nie będziesz się uczył, to tak wylądujesz”
Historie wszystkim znane, ale pozwolę sobie dołożyć swoją.
Obowiązkiem gospodarza budynku jest utrzymanie czystości i używalności terenu wokoło. W pewien niedzielny wieczór spadł śnieg, więc w samochód i jedziemy na akcję. Łapiemy za łopaty i latamy koło bloku. Akurat odśnieżałam przed klatką, gdy wyszedł z niej ojciec z dzieckiem. Tak… uraczył potomka tym mądrym, życiowym przesłaniem. Podchodzę do pana, zdejmuję rękawiczkę i mówię „Witam inżynier KurkRurka, specjalista do spraw takich a takich, w takiej a takiej firmie. Wie pan, siedzę za biurkiem, po te 8 godzin dziennie, więc ruch na świeżym powietrzu wskazany dla równowagi, po za tym dokarmiam swój egoizm, bo czuję się fajniejsza jak komuś pomogę.” Pan coś fuknął pod nosem, i szybko uciekł. Gospodarzem na tym budynku jest mama mojego chłopaka, pomagamy jej, w kilka osób, na ile czas pozwala, bo wystarczająco się kobiecina namacha w tygodniu. Jeśli chodzi o jej pracę, to piekielności jest wiele, opowiem jak będziecie chcieli. (Perfekcyjna Pani Domu, może się schować, z testem białej rękawiczki ;))

6. Kolejki do kas.
Tak wiem, klasyk. Do tej pory nie rozgryzłam tego zjawiska. Jedyne wytłumaczenie jakie wymyśliłam, to strefa kas, jako że naładowana elektroniką, wytwarza jakieś pole magnetyczne. Komputery, skanery, bramki antykradzieżowe itd. promieniują i widocznie wysysają pokłady cierpliwości w niektórych osobnikach.
Moja ulubiona, nieodporna bohaterka, to Pani, która chodziła po całym sklepie, z telefonem przy uchu, głośno komentując. Także wszyscy wokoło wiedzieli, że sama nie wie po co pszyszła. Coś tam jej się przypomni, to akurat jest w drugim końcu sklepu, po drodze zapomina po co szła, to znowu wraca, bo coś innego jej się przypomniało i tak czas mijał na hasaniu z jednego końca na drugi. Mijała mnie z 5 razy, nie widziałam, ale słyszałam. W końcu, dotarła do kasy, stanęła w tym samym ogonku co ja, więc się nasłuchaliśmy, o braku czasu, że się spieszy, że wolno idzie, tyle ludzi itd.

7. Temat śliski - Matki karmiące.
Dyskusje na ten temat, są bardzo burzliwe, a ja uważam, że do niektórych karmiących po prostu nie dociera, że prosi się tylko o trochę kultury, na poziomie: jak jesz to nie mlaskaj.
Można się zachowywać jak świnia, a można kulturalnie jak na cywilizowanych ludzi przystało. Także, drogie panie, nie zdziwcie się, że jak ujrzę Waszą nagą pierś, zacznę się zajadać, czymś co mam pod ręką, tak byście mogły w pełnej okazałości podziwiać, zawartość mojej buzi.
Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby chować się z dzieckiem po toaletach, ale czemu trzeba wywalać wszystko na widok. Gdzie szacunek, dla malucha, żeby sobie w spokoju zjadł? Czy trzeba tego niewinnego człowieczka używać, do tego by pokazać, że ma się prawo.
Tak odnośnie aury pogodowej. W lato, jest ciepło, jesteście w parku, nagle dziecko płacze, bo głodne, to siup pierś na wierzch i już mały ciumka. Zastanawia mnie jak karmicie, na mrozie, czy deszczu? Dziecko w płacz, to też, siup pierś na wierzch i karmienie, czy jednak może dziecko chwilkę poczekać, żeby znaleźć dogodne warunki?
To na tyle. Dziękuję tym, co dotrwali. Lżej mi, że mogłam to z siebie wyrzucić!

komunikacja_miejska kultura basen siłownia ulica sklep klient karmienie_piersią publiczna_toaleta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (135)

#74484

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam,
Miał być komentarz do historii z pocztą, ale niech wszyscy sobie poczytają :)

Obrazek z trzeciej strony.

Pracuję w firmie, która korzysta z usług poczty, nie jako klient, tylko zlecamy im pracę, coby listonosze się nie nudzili ;)
Firma się zmienia na przestrzeni lat, roszady pracowników, zamykanie jednych działów, otwieranie innych itd.
Jakiś czas temu zredukowali jeden dział z pracownikami terenowymi, mimo że pracy nie ubyło.
Ktoś tą robotę musi zrobić, więc wystawiamy przetarg i szukamy zewnętrznych sił roboczych. Zgłasza się poczta, ale konkurencji nie ma za dużo, do tego wystawia najniższą cenę, więc wygrywa. Wiadomo że i tak ma pracowników w terenie. W praktyce wygląda to tak że, listonosze dostają dużo więcej pracy, ale pieniądze z tego takie, że nie wiadomo czy to się śmiać czy płakać. Nie wykonują porządnie roboty, bo przede wszystkim czasu im nie starcza, a za grosze muszą nie raz nieźle się nakombinować. Dlatego wcale im się nie dziwię, że jest od groma błędów i nie potępiam ich, mimo, że mam przez to kupę dodatkowej roboty.
U nas w firmie zrobiło się reklamacji tyle, że jak kiedyś jedna osoba je ogarniała pomiędzy innymi obowiązkami, tak teraz 5 osób ledwo się wyrabia.

Podsumowując:
-listonosze cierpią, bo za grosze mają dodatkowo dużo pracy, plus potrącenia z premii jak jest dużo reklamacji na dana osobę
-mój dział cierpi, bo robota jest źle wykonana i jest duże zagmatwanie
-klienci cierpią, bo przesyłek nie dostają, a także i nasza robota też nie jest należycie wykonana, a ma wpływ na zwykłych ludzi i prawidłowe rozliczenie się przeciąga.
-my mamy roboty po pachy

-poczta się cieszy, bo mam dodatkowe pieniądze tanim kosztem
-moja firma się cieszy, że koszty jednym dziale się zmniejszyła

Ot, taka machina :)

PS.
Nie jesteśmy firmą, która obarcza pocztę ulotkami.

poczta

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (147)

#73776

(PW) ·
| Do ulubionych
Cztery lata temu tak się złożyło, że przed Euro szukałam pracy.
Wiadomo, wiele sytuacji o poszukiwaniu chlebodawcy było już opisane tu na piekielni.pl, to i ja dodam swoją, nieco zaskakującą.

Tak więc, przeglądając oferty wysyłałam CV w odpowiedzi na interesujące mnie oferty. Po jakimś czasie dzwoni telefon, umawiam się z Panią na próbny dzień. Jest to bar kawowy. Stawiam się w na miejscu 5 min przed czasem. Pani właścicielka pokazuje mi lokal z grubsza i wskazuje mi docelowe miejsce pracy. Od czegoś trzeba zacząć, jest to tak zwany zmywak. Jak dla mnie na początek bardzo bezpieczne stanowisko, z którego mogę obserwować jak dane miejsce funkcjonuje itd. Do moich obowiązków należało także zebranie brudnych naczyń po klientach.

Tak więc krążę sobie miedzy stolikami, szefowa siedzi na sali i rozmawia ze swoją znajomą, a kilka stolików dalej siedzi, gostek. Pan z twarzy widać, że sporo w życiu przeżył, zapewne nie jedną butelkę ognistej wody wypił, ale ubrany koszulę i spodnie od garnituru. Wyglądał jak typowy pan Miecio, z bardzo pomarszczoną twarzą, że ciężko wiek rozpoznać, tyle że w eleganckim wydaniu. Niby normalny klient, ale zagaduje szefową co jakiś czas wołając ją po imieniu.

W pewnym momencie mnie przywołał i mówi żeby mu przynieść "pięćdziesiątkę". Wracając na zaplecze przekazałam tę informację koleżance za barem. Za jakiś czas wychodzę pozbierać naczynia i pan znów mnie przywołuje. Tak dość nieładnie i już mocno nietrzeźwy. Pyta czemu nie przyniosłam mu zamówienia. Wytłumaczyłam, że przekazałam koleżance, bo ja inne obowiązki dostałam. Pan było niezadowolony, bo ja mu miałam przynieść zamówienie, po czym pokazuje mi palcem drzwi i mówi, że mam iść do sklepu i przynieść mu śliwki w czekoladzie. Zdębiałam, bo nie byłam pewna czy dobrze słyszę, ale Pan szybko ponowił swoja prośbę, mniej grzecznie "No! Już! Idź mi przynieś te śliwki!".

Otrząsnęłam się z małego szoku i mówię, że ja tu na miejscu pracuję i nie będę nigdzie wychodzić. Pan głośniej, ponawia swoją prośbę, ja skonsternowana, nie wiedząc co zrobić. Poszłam więc do szefowej, mówię co i jak. Szefowa zdezorientowana, ale próbowała grać jak by to oczywistość była mówi, "no... idź mu przynieś te śliwki".

Tu już moje tryby ruszyły z kopyta, myślę sobie: dzisiaj śliwki, a jutro może mam pijanym klientom w inny sposób dogadzać? Powiedziałam krótko, NIE PÓJDĘ PO ŻADNE ŚLIWKI. Odwróciłam się, poszłam po swoje rzeczy. Wychodząc powiedziałam, że przyszłam do pracy w barze, a nie na posyłki pijanych klientów. 

Pozytywną osobą była koleżanka szefowej, która poparła moją postawę i zganiła szefową.
Na prawdę poczułam się potwornie zażenowana. Rozumiem, klient nasz pan, ale bez przesady.
Nigdy tak nie żałowałam straty czasu, nawet jeśli praca biurowa okazała się, aktywną sprzedażą AGD po domach.

Dodam, że bar usytuowany jest na początku reprezentacyjnej ulicy, mojego kochanego stołecznego miasta, nieopodal egzotycznego drzewa.

bar kawowy praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (189)

#72439

(PW) ·
| Do ulubionych
Co się odwlecze to nie uciecze. Czyli jak być piekielnym dla samego siebie.

Bohatera nazwijmy Paweł. Jak wiedzą niektórzy, są sprytne, nielegalne sposoby na obniżenie rachunków za media. Ale to nie dla Pawła. On zrobi to legalnie. Tak więc konsekwentnie przez 10 lat gdy nadchodzi czas odczytu, Pawła nie ma w domu. Pracownik zostawia karteczkę. Zatem Paweł sam dzwoni do firmy i podaje stan licznika. W ten oto sposób płaci za zużycie 2-3 jednostek na rok. Znikome opłaty. Wszystko działa dopóki nie nadchodzi czas wymiany liczydła. Stan spisany i udokumentowany zdjęciem przez montera wynosi 1478 jednostek. Tak więc Paweł musi zapłacić fakturę, ponad 15 tys. za zużycie, policzone po obecnej cenie - po kilkakrotnych podwyżkach w przeciągu tych 10 lat.

Ku przestrodze.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 479 (485)
zarchiwizowany
Historia bardziej śmieszna niż piekielna.
Cukiernia.
Wchodzi duża kobieta o kuli z dwoma dorosłymi synami. Ogląda, dopytuje, wybiera. W pewnym momencie następuje taka wymiana zdań.
(E)kspedientka, (K)obieta

(E) Polecam świeżutkią struclę z jabłuszkiem
(K) Nie nie nie...dziękuję nic z jabłkiem, poproszę...szarlotkę!

We trzy byłyśmy w takim szoku, że jak wyszła to zaczęłyśmy się pytać nawzajem czy dobrze słyszałyśmy, bo żadna własnym uszom nie wierzyła

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (117)

1