Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

TakaTamPaskuda

Zamieszcza historie od: 10 stycznia 2017 - 8:54
Ostatnio: 14 maja 2019 - 9:34
O sobie:

Mała i czasem wredna, pani domu, na stałe mieszkająca w Czechach choć od niedawna.

  • Historii na głównej: 9 z 10
  • Punktów za historie: 1668
  • Komentarzy: 80
  • Punktów za komentarze: 553
 
O tym, jak pozbyłam się "najlepszej przyjaciółki" z mojego życia.

Z Piekielną znamy się od wielu lat. To była osoba, której mogłam powiedzieć wszystko, ona mi, ogólnie mianowałyśmy się bliskimi przyjaciółkami.
Mam też tendencję do poronień samoistnych (przed 12 tygodniem ciąży serce zarodka przestaje pracować, przyczyna i ewentualne leczenie są nieistotne dla historii).
Tyle tytułem wstępu.

Jakoś tydzień temu dowiedziałam się o kolejnym niepowodzeniu. Cóż, zdarza się, nie zawsze jest kolorowo. Powiedziałam o tym Piekielnej (jako jednej z bardzo niewielu osób, poza nią wiedziała tylko moja mama i teściowa) i choć mam bardzo racjonalne podejście do tematu to prawie udało jej się mnie zranić. Usłyszałam, że:
- skoro mam już jedno dziecko to następne jest mi niepotrzebne,
- moja ciąża była tematem numer 1 a jej potrzeby schodziły na dalszy plan (godzina jej opowieści vs moja dwuminutowa wzmianka na temat wizyty u lekarza, poprzedzona jej pytaniem...)
- mój lekarz jest głupi, bo nie wie od razu, dlaczego tak się dzieje i robi różne badania pod tym kątem,
- w ogóle to na 100% moja wina, ja o siebie na pewno nie dbam
I mój osobisty hit
- pewnie chciałam tej straty, bo nie płaczę mówiąc o tym i nie wyglądam na załamaną.

Trzeba było nic nie mówić. Mea culpa. Piekielność oceńcie sami.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (269)

#81268

(PW) ·
| Do ulubionych
Sąsiedzi, ach, sąsiedzi...

Mieszkam w bloku. Moje mieszkanie jest usytuowane na samej górze, więc sąsiadów mam tylko od dołu i po obu stronach (mieszkanie środkowe).
Mam syna. Młody ma rok z hakiem. Sąsiedzi z obydwu stron także mają dzieci. Z jednej strony małe dziecko, sztuk 1, z drugiej dwójka dzieci, roczne i około 5-6 letnie. O tych drugich będzie dzisiejsza opowieść.

Ostatnio młody ząbkuje. Wiadomo - dziecko boli, to i płacze. Taki "płaczący" problem mam od trzech dni. Nasila się wieczorem; nie jest to przeciągły, długi płacz tylko kilkusekundowy, ale powtarzający się kilkukrotnie w przeciągu godziny - dwóch. Nie trwa to dłużej niż do północy.

Sytuacja właściwa.

Godzina 22, synu chce spać, ale widać, że go boli. Cóż, maść na ząbki, lek przeciwbólowy i biorę go na ręce. Pierwszy krzyk, chwila spokoju, drugi krzyk i ŁUP ŁUP ŁUP w ścianę. Myślę "okay, może coś się stało obok, wszak po ścianie sąsiadka raczej by nie waliła".

Dzień drugi, schemat z dnia poprzedniego się powtarza. Zaświeca mi się w głowie czerwona lampka. Nic to, dziecko uspokoić to nie lada wyzwanie, ale walczę dzielnie.

Dzień trzeci, tj. wczoraj. Schemat się powtarza. Wściekłam się solidnie, tym bardziej, że ja po ścianach nikomu nie łupię, a dziecko sąsiadów potrafi wyć dniami i nocami, urządzając sobie przerwy na sen.

Dzisiaj.
Stwierdziłam, że pogadam z sąsiadką. Złapałam ją na klatce, zapytałam grzecznie, czy to ona wali mi tak w nocy po ścianie. Rozjuszona odpowiada, że tak, bo moje dziecko wyje (!) bez przerwy (!) w dzień i w nocy i nie daje jej słoneczku spać spokojnie. Pytam więc babska, czyje dziecko słyszy teraz - moje, czy swoje, na co wściekła nie odpowiedziała, zatrzasnęła drzwi do mieszkania i poczęła wrzeszczeć w domu na kogoś.

Jeszcze raz mi walnie w ścianę, a ja walnę ją w głowę. Tak dla równowagi.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (193)

#80594

(PW) ·
| Do ulubionych
Co chwilę pojawiają się nowe historie o kurierach, dorzucę więc swoją cegiełkę.

Byłam kiedyś konsultantką pewnej firmy kosmetycznej, w związku z czym dość często kurier pukał do moich drzwi.

Zazwyczaj był to jeden pan, nie mogłam na niego narzekać, ale sielanka przecież nie może trwać wiecznie, prawda? Dodam, że mieszkałam w dzielnicy jednego z górskich miasteczek, ja na dole, moja klientka na górze; co ważne dla historii, wjazd na posesję klientki był bardzo niewygodny dla zwyczajnego samochodu, a co dopiero dla dostawczaka, przez co ludzie chcący odwiedzić klientkę oraz kurierzy parkowali na parkingu, znajdującym się ok. 20 m przed zjazdem.

Historia właściwa.

Dzwoni do mnie kurier, inny niż "mój" stały, z informacją, iż jest w punkcie A i nie wie, jak dalej dojechać, więc pyta, czy mogłabym dojść w jakieś bardziej znane miejsce. Punkt A znajduje się ok. 15 minut drogi od parkingu w miejscu B, zaproponowałam mu więc podjechanie tam i ewentualnie poczekanie na mnie 2-3 minut, gdyż dojście na parking z miejsca zamieszkania zajmie mi tyle, co jemu dojazd. OK, kurier się zgadza.

Gnam więc ile sił w nogach "na górę", aby paczkę odebrać. Po dojściu na parking okazało się jednak, że... kuriera nie ma. Dzwonię więc.

[K] - Słucham?
Ja - Witam, byliśmy umówieni za 15 minut na parkingu w miejscu B, minęło 17 minut od pana telefonu, czy mogę się za chwilkę pana spodziewać?
[K] - Nie, pojechałem na podany adres, znalazłem drogę, za minutę będę pod pani domem.
Ja - To proszę już tam poczekać lub podjechać w umówione miejsce, paczka jest dla mnie bardzo ważna, a zejście na dół zajmie mi nie więcej jak 10 minut.
[K] - To proszę zejść na dół, poczekam te 10 minut pod domem, nie będę się wracał.

Schodzę więc pod mój dom w tempie ekspresowym, droga zajęła mi 5 minut. Rozglądam się, kuriera nie widzę...

Dzwonię znów.

Ja - Witam ponownie, jestem już na miejscu, gdzie mogę pana odszukać?
[K] - Pojechałem, bo nie będę tyle czekał, mam jeszcze inne paczki, zaraz będę obok B, może tam pani paczkę odebrać.
Ja - Miał pan poczekać, a nie jeździć w kółko, proszę więc poczekać na parkingu lub cofnąć się pod mój dom i powiedzieć przede wszystkim, którą opcję pan wybiera!
[K] -Żadną!

I się rozłączył.

Nie odebrał później telefonu, paczkę dostałam na dzień następny od "mojego" kuriera.

Skarga poszła.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (133)
Historia http://piekielni.pl/78991 przypomniała mi moje perypetie w gimnazjum.

Opis mojej urody (konieczny dla historii):

Mam naturalne, długie, brązowe włosy. Dość proste. Latem, pod wpływem słońca robią mi się na nich jaśniejsze pasemka. Jestem także posiadaczką długich, kruczoczarnych rzęs (wyglądają jak pomalowane lub sztuczne) i gęstych dolnych (jak z delikatnym eyelinerem), jasnych powiek ruchomych oraz trochę opalonej karnacji. Nigdy także nie miałam problemów z wypryskami na twarzy, przez co moja skóra wygląda do tej pory jak lekko muśnięta podkładem. Jest po prostu gładka i bez przebarwień. Ogólnie - jeśli nie jestem chora lub przemęczona to nie potrzebuję makijażu, bo natura sprawiła mi go na stałe.

Do rzeczy.

Pierwsza lekcja w gimnazjum - niemiecki.

Jako mały karakan usiadłam w pierwszej ławce, przy biurku. Nauczycielka spojrzała na mnie z pogardą i rzuciła: "Idź zmyć makijaż, to nie rewia mody".

Grzecznie odpowiedziałam, że nie mam makijażu, ale bezskutecznie. Nauczycielka nie odpuściła, po mojej wizycie w łazience obiecała pójść do wychowawczyni i zgłosić moje kosmetyki wodoodporne. Uwaga w zeszycie na deser.

Dzień następny, przerwa. Była u nas w szkole taka jedna matematyczka, na którą makijaż działał jak płachta na byka. Gdy, niczego nieświadoma, rozmawiałam z koleżanką, ona podeszła i swoim kciukiem przejechała mi po oku. Chciała mi zetrzeć makijaż... Skończyło się na wizycie z nią najpierw w łazience, później u dyrekcji.

Mama wezwana do szkoły z powodu mojego makijażu i pofarbowanych włosów. Moje zapewnienia o naturalności poszły na marne, mamy nerwy zepsute, na nic tłumaczenia. Konieczna wizyta u dermatologa i fryzjera po stosowne pieczątki. Dopiero po ich okazaniu miałam jako taki spokój.

Do końca gimnazjum co bardziej "cięte" na poprawianie urody nauczycielki krzywo na mnie patrzyły.

Może mało to piekielne, ale upierdliwe nad wyraz z perspektywy młodej osoby.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (241)
zarchiwizowany
Pożyczki przez internet to nic dobrego...
Historia dotyczy mojego przyjaciela, opowiedziana za jego zgodą.

Przyjaciel wziął pożyczkę na jednej ze stron internetowych. Nie ważne na jaki cel, ważne, że nie była to zbyt wielka kwota (około 400zł). Wziął w marcu, termin spłaty do kwietnia, wszystko jasne. W kwietniu nie miał całej potrzebnej kwoty, przedłużył więc swoją pożyczkę (ważne! Pieniądze przelałam mu ze swojego konta, on podawał mi dane) o miesiąc. Gra gitara, przedłużone. Za miesiąc taka sama sytuacja, pożyczka przedłużona z mojego konta, wszystko się zgadza. Kilka dni temu znów chciał przedłużyć, niestety, była to sobota rano, w dodatku ostatni dzień spłaty. Zapewniał, że wszystko w sobotę działa, tylko krócej i mam się nie przejmować. Ktoś mu tam podobno nawalił i nie wpłacił pieniędzy na poczcie. Nie moja sprawa, chcesz przelew - nie ma sprawy, podaj dane to go zrobię.
Zrobiłam przelew ekspresowy. Wysłałam potwierdzenie wpłaty na maila, sielanka.

Tu zaczynają się schody.

Przyjaciel patrzy w sobotę wieczorem na swoje konto na stronie z pożyczką, przelewu nie odnotowano. Poradziłam cierpliwie poczekać do poniedziałku. Czekamy.
We wtorek napisał do mnie, że przelew nie doszedł i prosi o sprawdzenie, czy to aby nie z winy mojego banku.
No nie. Mój bank nie zawinił. Dane też są ok.
W środę napisał do tej firmy maila z zapytaniem, co z jego pożyczką. Odpowiedzieli w piątek, proszą o przesłanie potwierdzenia. Przesłał.
W poniedziałek kolejny mail, tym razem w stylu "dziękujemy za przesłanie potwierdzenia, sprawę przekazujemy dalej".

Wczoraj dostał sms "termin spłaty twojej pożyczki minął. Prosimy o natychmiastową spłatę, w przeciwnym razie sprawa zostanie przekazana do działu windykacji".

Napisał maila z zapytaniem o całą dziwną sytuację. Czeka.

Pieniądze utknęły gdzieś w przestrzeni...

Absurd.
Ciąg dalszy nastąpi.

Pozyczki_przez_internet

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (22)

#78073

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie może moją historię o koleżance, która uważała, że krzywdzę synka pozwalając mu na kontakt z
"kundlem"? Dla chcących się zapoznać odsyłam http://piekielni.pl/77228
Koleżanka kilka dni temu znów się odezwała, tym razem jednak przeszła samą siebie. Przepraszam za przydługi wstęp, jednak jest on konieczny dla lepszego zobrazowania sytuacji.

Mój syn zachorował. Gorączka, brak apetytu, osłabienie, później wymioty i biegunka. Leki bez recepty nie pomogły - trzeba do lekarza, z dzieckiem się nie eksperymentuje. Lekarka miła, zrobiła badania na CRP, po otrzymaniu wyniku skierowanie do szpitala. Tam - komplet badań, antybiotyk, na następny dzień do domu z odpowiednimi zaleceniami. Młody złapał bakterię, która ma w sumie tylko 4 źródła zakażenia:

1) nieprzegotowana i skażona woda,
2) źle przetworzony i nadpsuty drób,
3) stare fekalia psa,
4) wszelakiego rodzaju rzeczy w strefach publicznych, np wózki sklepowe.
Pierwsze 3 opcje wykluczyłam wspólnie z lekarką, młodego już nie wkładam do wózka sklepowego na czas zakupów, mamy nauczkę.

Akcja właściwa.
Młody śpi, ja sprzątam z jedną słuchawką w uchu i słucham muzyki. Sielankę przerywa mi dzwoniąca na videorozmowę "kumpela". Czego się dowiedziałam z rozmowy?

- ona mnie ostrzegała, że przez kundla będą same problemy,
- choroba wzięła się właśnie od psa,
- lekarze się nie znają,
- mam jej w tej chwili pokazać małego, bo ona się boi, że z nim śpi kundel,
- kiedyś jeszcze będę jej wdzięczna za jej rady,
- małego powinni nam zabrać (mi za całokształt a mężowi "bo na to pozwala i przez to mu nie zależy na dziecku")
- jeśli młody nie umrze przez moją nieodpowiedzialność lub nie stanie mu się poważna krzywda, to jako dorosły pięknie mi się odwdzięczy za zaniedbywanie go w dzieciństwie.

Posłuchałam tego wywodu, zaśmiałam się, rozłączyłam i zablokowałam gada.

Dla ciekawych: mamy z "panią dobrą radą" wspólną koleżankę, która dzwoniła do mnie w czasie, gdy byliśmy z małym w szpitalu. "Wspólna koleżanka" potwierdziła przekaz informacji i dostała solidny opieprz. Więcej nic jej nie powiem.

Koleżanki i ich mądrości.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (219)

#77768

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta Polska mnie zadziwia.

Mój przyjaciel wysłał do mnie list polecony priorytetowy do Czech w sobotę 24.03. Zawartość dla mnie bardzo ważna (nieistotna dla historii), wedle zapewnień pań z tego przybytku miała zostać dostarczona w środę 29.03. Koperta zaadresowana poprawnie, powinno pójść wszystko bezproblemowo.
Środa.
Czekam na list...
Czwartek.
Wciąż czekam, wiadomo, dzień lub dwa zdarza się spóźnić, odległość znaczna, inne państwo...
Piątek.
Listu brak. Przyjaciel się martwi, ja także. Jego błąd, że nie wyjął z kieszonki w spodniach potwierdzenia nadania z numerem przed praniem. Zdarza się, ale od czego są panie na poczcie?

Dzwonię na pocztę. Nikt nie odbiera, połączeń wykonałam kilkanaście.

Sobota.
Przyjaciel pracuję w godzinach pracy urzędu, nie mogę tam pójść, dzwonię więc dalej. Kolejne kilkanaście razy nikt nie odbiera. Dzwonię do agencji pocztowej, może tam ktoś mi pomoże... Pani z agencji obiecuje sprawdzić, co na poczcie się dzieje i informuje, że tam nikt nigdy nie odbiera. Ahaaa...

Poniedziałek.
Oczekuję listonosza. Do mieszkania dzwoni domofonem jedynie gościu od sprawdzania stanu licznika gazu... Upewniam się, czy w skrzynce nie ma awiza, jednak tam są same ulotki. Znów kilkanaście prób połączenia się z tamtejszą pocztą, każda bezskuteczna. Dzwoni pani z agencji pocztowej mówiąc mi, że ona nie może sprawdzić tego, co w urzędzie było nadane, tylko to, co w agencji... Mam dzwonić do urzędu. Nie mogła mi tego w sobotę powiedzieć, gdy jej o tym mówiłam? Trudno.

Dzisiaj.
Wykonałam już 7 połączeń do tych bab. Nikt nie odebrał. Napisałam skargę na ich pracę, lecz wątpię, by to coś pomogło. Pełna nadziei wciąż będę podejmować próby połączenia się z nimi...

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (201)

#77228

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś dowiedziałam się, że jestem skrajnie nieodpowiedzialna i robię mojemu dziecku krzywdę.

Zadzwoniła do mnie znajoma, z którą nie rozmawiałam dłuższy czas. Rozmowa przebiegała całkiem przyjemnie, sporo pytała o młodego, opowiadała o swoim, cud, miód, orzeszki. Zaproponowała videorozmowę, zgodziłam się.

Siedziałam na narożniku, maluch przypięty do swojego leżaka obok mnie. Znajoma patrzy, zachwyca się dzieckiem, pokazuje swojego i nagle... pies. Mój pies, przerośnięty jamnik wskoczył na siedzenie obok mnie i kieruje pysk w stronę dziecka. Dla mnie sytuacja normalna - pies przyszedł do mojego syna, syn zachwycony i próbuje łapać zwierza za futro.

Koleżanka w krzyk - jak ja mogę pozwalać zbliżać się kundlowi do dziecka! Przecież jeszcze krzywdę dziecku zrobi! Zarazi czymś! To kundel! Ona swojemu psu nie pozwala się zbliżać do dziecka a przecież ma yorka! Zdziwiłam się i tłumaczę, że pies czysty, zadbany, zawsze pod moim okiem bawi się z młodym, uwielbiają siebie nawzajem; poza tym oboje z mężem wychowywaliśmy się ze zwierzętami i żyjemy.

Na ten argument oburzyła się, nazwała nieodpowiedzialną gówniarą niemającą pojęcia o wychowywaniu dzieci i się rozłączyła.

Nie uważam, żeby kontakt dziecka z psem był czymś strasznym i jakoś mi nie jest przykro z powodu zakończenia tej znajomości.

Zwierzęta i dzieci

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 270 (296)
Jeszcze mną trzęsie.

Sytuacja sprzed niecałych trzech godzin. Krótko i na temat - musieliśmy z małżonkiem pilnie pojechać do Polski w celu załatwienia pewnej sprawy. Droga nienajgorsza, miejscami jedynie słabo odśnieżone i ślisko. Ciemno, godzina 19 z minutami, jedziemy powoli do miejsca docelowego przez wioski (dziury, słabe warunki drogowe, miejscami mgła). Kretyni jeżdżący na długich lub ze źle ustawionymi krótkimi światłami za nami są do przeżycia. Ale błagam, jaką pustkę trzeba mieć w głowie, żeby jechać na długich środkiem i tak wąskiej ulicy samochodem terenowym? Kilka sekund - mąż oślepiony mocnymi reflektorami + jazda poboczem na tyle, na ile było to możliwe (na poboczu był ubity śnieg) = poślizg, samochód w poprzek drogi i niemalże w głębokim rowie. Na szczęście wszystko skończyło się tylko strachem.

Czy niektórzy mają próżnię w głowie zamiast mózgu?!

wioski na dolnym Śląsku

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (253)

#76645

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele pojawiało się historii o piekielności lekarzy w typie "a bo młoda jesteś, to jak możesz być chora, wymyślasz!". Ano, młody człowiek także może chorować i to niekoniecznie na grypę, co już powszechnie zaczyna być wiadome coraz większej części społeczeństwa.

Mam problemy z ciśnieniem, jest ono po prostu za niskie, 80/40 to norma, choć często bywa niższe. W związku z moją przypadłością muszę brać leki na receptę (kawa czy środki bez recepty nie działają tak, jak należy), ponieważ inaczej mogę najzwyczajniej w świecie zemdleć lub nie być w stanie się nawet podnieść z łóżka.

Pierwszy, drugi, trzeci lekarz byli zgodni co do diagnozy - tak niskie ciśnienie jest złe, niektórzy nawet tego nie zauważają, ja jednak odczuwam - więc leczymy. Piekielna okazała się lekarka nr 4.

Miałam wtedy 19 lat i ośmieliłam się poprosić o receptę na mój lek, przy okazji wypisywania recepty na leki przeciw grypie. Szanowna Pani Doktor łaskawie spojrzała na mnie, po czym stwierdziła, że mi takie leki nie są potrzebne, że młodzi teraz tylko by ćpali (sic!) i ogólnie recepty nie dostanę. Na mój argument, że trzech lekarzy i 2 szpitale, w których byłam (zabierała mnie karetka, gdy "urywał mi się film" i leciała mi krew z nosa) raczej się nie mylą i jednakże proszę o wydanie recepty, usłyszałam stek obraźliwych słów i zostałam DOSŁOWNIE wyrzucona z gabinetu.

Nie złożyłam skargi, wtedy jeszcze nie wiedziałam gdzie i jak mogę to zrobić, poza tym człowiek chory, to człowiek nie do końca w pełni myślący, więc chcąc już sobie oszczędzić wstydu (babcie na korytarzu już swoje wiedziały i poparły SzPD) po prostu poszłam do domu. Nazajutrz udałam się do starej przychodni i bez problemu dostałam receptę na potrzebne mi leki. Gdy wspomniałam o owej lekarce mojemu lekarzowi, ten tylko pod nosem się zaśmiał i nakazał się nie przejmować.

Z perspektywy innych jest to niewielka piekielność. Z mojej - ogromna, tym bardziej, że najczęstszy tekst w moją stronę brzmi "nie wymyślaj, młoda jesteś". Nawet własna matka mi to powtarza...

P.S. Aktualnie mam niecałe 21 lat.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (249)

1