Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

WilliamFoster

Zamieszcza historie od: 2 czerwca 2014 - 9:36
Ostatnio: 21 września 2018 - 10:18
  • Historii na głównej: 8 z 11
  • Punktów za historie: 2385
  • Komentarzy: 472
  • Punktów za komentarze: 3299
 

#81879

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak mi się skojarzyło na kanwie historii o głupich decyzjach zarządów.

Otóż, jest sobie spółka skarbu państwa, duża, zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi i generująca całkiem znaczny dochód. Firma ta ma oczywiście swój dział sprzedaży, który zajmuje się obsługą i pozyskiwaniem klientów na usługi owej spółki.

Jest też nowa Pani Dyrektor, która:

1. Zmienia już któryś raz stanowiska i zakres obowiązków pracowników i ma pretensje, ze każda jej światła zmiana zamiast poprawy wyników, powoduje gwałtowny ich spadek.

2. Zmienia zasady premiowania w trakcie roku rozliczeniowego w ten sposób, że najlepsze wyniki sprzedażowe odpadają i zamiast premii, większość ma pogadankę na temat nieproduktywnej pracy.

3. Każe kontraktować usługi, których fizycznie nie da się zrealizować, w myśl zasady: klient zapłacił, klient może odejść.

4. Jako jeden z głównych celów wyznaczyła sprzedaż usług...


konkurencyjnej firmy! A tak, moi drodzy. Pracownicy mają obowiązek namawiać swoich klientów, którzy generują zysk ich firmie, aby przenosili się do konkurencji, którą jest spółka córka, fizycznie niepowiązana z pierwotną.

I teraz niech mi ktoś powie: głupota, czy celowe działanie?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (118)
zarchiwizowany
Czuję się w obowiązku poinformować, że ukonstytuował się, jeszcze nieoficjalnie ale myślę, ze to już niedługo, nowy typ pojazdu uprzywilejowanego w ruchu drogowym. Wszyscy znamy już zasadę, że BolidMłodzieżyWiejskiej i Czterozerówka są zwolnione z używania kierunkowskazów i mają pierwszeństwo wyjazdu z ulicy podporządkowanej. Takich niepisanych, a zwłaszcza lokalnych pojazdów uprzywilejowanych jest wiele, jak choćby fakt, że kierowcy jeżdżący pod prąd na jednokierunkowej mogą być tylko z Rudy Śląskiej, a ci z Bielska Białej mogą skręcać w lewo z prawoskrętu i odwrotnie.*

Ale do sedna.

Jeżdżąc często po pograniczu Śląska i Małopolski, zauważyłem pewien niezwykły typ pojazdu - PCS. Śpiesząc z rozwinięciem skrótu: Pancerne Czerwone Seicento. Tak, tak moi drodzy! Takie samo jak to, które swojego czasu próbowało zniszczyć limuzynę Pani Broszki.
I co ciekawe, PCS króluje głównie w mieście słynącym z "instalacji" do których postawienia i użytkowania tak niechętnie przyznają się nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy. PCS to pojazd absolutnie uprzywilejowany w ruchu drogowym, sama jego obecność winna wywoływać w pozostałych kierowcach instynktowną chęć utworzenia korytarza do wolnego przejazdu, choćby i kosztem wjechania na chodnik, trawnik, czy inny samochód. A co!? Won hołoto z drogi, bo jedzie król szos, pogromca systemu! I nie jest to bynajmniej jeden samochód i tym bardziej nie twierdze, że to TO sławetne seicento z wypadku, gdyż udało mi się kiedyś takowych naliczyć cztery na przestrzeni 2 km.
I tak oto narodziła się nowa, świecka, choć jeszcze bardzo lokalna tradycja - gówniarzeria w sześćsetkach spod znaku Fatalnej Imitacji Auta Turystycznego, wbijająca się na chama na rondach, przejeżdżająca na czerwonym i mająca w nosie jakiekolwiek znaki drogowe.

Więc jeśli przyjdzie Wam odwiedzić miasto nad Sołą, to pamiętajcie: noga nad hamulcem, zez rozbieżny ogarniający wszystkie lusterka naraz i jedna, naczelna zasada - PCS się nie zatrzymuje, nigdy!

* Jeśli należysz do któregoś z wymienionych typów, a opisana przeze mnie reguła do Ciebie się nie odnosi, to absolutnie nie musisz czuć się obrażany(a), jeśli się zgadza i należysz do tych "wyjątkowych kierowców", to proszę bardzo, czuj się. Nawet bardzo.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (25)

#81038

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że zostałem, słowami które można uznać za karalne, poproszony o dodanie tej historii, niniejszym spełniam prośbę mojej dobrej koleżanki. ;o)

Rzecz tyczy się osoby, z którą oboje mieliśmy wątpliwą przyjemność pracować przez kilka ładnych lat, zanim los i ZUS, litościwie wysłały ją na emeryturę. Aby oddać klimat, a nie zdradzić prawdziwiej tożsamości owego indywiduum, umówmy się, że nosiła imię Marzanna, w skrócie Marzenka, co mniej więcej odda charakter, gdyż imię miała rzeczywiście nietypowe i bardzo charakterystyczne.

Niestety teatrem opisanych zdarzeń, była placówka rehabilitacji dla osób z zaburzeniami zdrowia psychicznego, ale może właśnie to było kanwą dla dowcipu, że personel psychiatryczny różni się od pacjentów tylko tym, że na noc wraca do domu.

Otóż Marzenka, nie byłą złym człowiekiem, skrzywdziłbym ją takimi słowami, ale była osóbką łącząca niezwykle kreatywny poziom tępoty umysłowej z niesamowitym i rozbuchanym poczuciem własnej wartości. Począwszy od aparycji podstarzałej Karyny, która nie zauważyła, ze best before minął jej jakieś 30 lat wcześniej, po maniery rodem z PGRu, Marzenka była jednostką uważająca siebie z ósmy cud świata i świecie przekonana, że reszta ludzkości też tak myśli! Generalnie nie było dnia, żeby nie zaliczyła jakiejś wpadki i można byłoby traktować to z uśmiechem politowania, gdyby nie, no właśnie...! A teraz krótki przegląd kwiatków z ogródka Marzenki:

Primo: Marzanna była brudasem. Ale jakim...! Żałoba za pazurami, wiecznie ochlastane ubrania i subtelny aromat menela, to jeszcze jej sprawa, ale Marzenka uwielbiała robić syf innym. Dotyczyło to głównie kubków, talerzy i rzeczy osobistych, których z lubością używała za plecami właścicieli i bezczelnie zostawiała umazane jakby tym kopała w ogrodzie. Przy czym była tak sprytna, że trudno ją było złapać za rękę. Każde miejsce, w którym siedziała choćby minutę, zmieniało się w pobojowisko, tak jakby jej alter ego był jakiś bóg chaosu. Dość powiedzieć, że jeśli Marzenka gotowała cokolwiek, to nikt ze współpracowników nie miał odwagi tego wziąć do ust, pomimo że: "ogień dezynfekuje, a piasek zawsze opada na dno".

Kiedyś wpadła na pomysł, żeby zrobić pacjentom pogadankę na temat higieny, co dało taki efekt, jakby ważąc 140 kg, z torebką chipsów w ręku zrobiła wykład o zdrowym odżywianiu. Pacjenci kulali się ze śmiechu.

Secundo: Lenistwo to ponoć jeden z grzechów głównych, ale Marzanna uczyniła z niego formę sztuki. Co się dało, to zrzucała na kogoś innego, czasami będąc na tyle sprytną, że coś co miała sama zrobić, dawała do roboty któremuś z podopiecznych, z informacją, że jeśli będzie potrzebował pomocy, to ma się zwrócić do tego, czy innego pracownika.

Stosowała również zasadę arabskiego bazaru, czyli jeśli patrzysz na coś dłużej niż 5 sekund, to już jest twoje, więc wystarczyło się niebacznie zainteresować, co robi z pacjentami, żeby po chwili odkryć, ze jest się już z nimi samemu i odwala jej robotę. A pod koniec dnia dowiadywało się, że "Marzenka zrobiła". Jeśli już jednak nie mogła się z czegoś wymigać, to robiła to z tak umęczoną miną, w akompaniamencie jęków, stęków i narzekania na stawy/serce/kolano/upał/zimno* (*niepotrzebne skreślić), i w takim tempie, że wszyscy mieli już całkiem dosyć. Nie przeszkadzało jej to ciągle narzekać, jak to inni się obijają.

Tertio: Traktowanie innych jak dzieci. To chyba było najbardziej rażące, gdyż Marzanna sama może lekko dosięgała normy intelektualnej, a wszystkich podopiecznych, nawet tych z bardzo wysokim poziomem, traktowała jak upośledzonych. Nikt nie był jej w stanie tego wytłumaczyć, bo dla niej nawet po kilkunastu latach pracy w tej placówce, choroba psychiczna równała się tępocie i nie przeszkadzało jej zwracać się do inżyniera z depresją jak do 5-latka. Dawało to czasem zabawne efekty, bo któryś z nowych podopiecznych dopiero po kilku dniach zorientował się, że ona jest członkiem personelu.
Żeby nie być gołosłownym, wspomnę jedynie, że kiedy została zmuszona do zrobienia porządków w archiwum, (dosłownie 2 przeciętne szafy ubraniowe imiennie opisanych teczek), potrzebowała na to tygodnia i kartki z wypisanym alfabetem, bo inaczej nie potrafiła posegregować akt.

I kto tu był piekielny? My (czyli reszta współpracowników, którzy poddali się, widząc, ze nawet zrobienie jej awantury nie daje najmniejszego efektu), dyrekcja, która trzymała latami pasożyta, nie bacząc, że robi placówce czarny PR i rozwala zespół?

A może byłoby inaczej, gdyby Marzanna nie była święcie przekonana, że została do owej placówki przyjęta "w nagrodę"? Bo dobrzy ludzie, a konkretnie jej dawna pracodawczyni, załatwiła jej po cichu robotę, żeby nie wystawiać jej na ulicę.
Może wszyscy, może nikt, a może sama Marzenka. Dość powiedzieć, że kiedy odeszła, to wszyscy odetchnęli z ulgą, a w biurze zrobiło się jakoś czyściej i spokojniej. Oceńcie sami.

praca

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (117)

#81000

(PW) ·
| Do ulubionych
I tak znowu, miał być komentarz, ale będzie historia z mojej dawnej pracy.

Tak się złożyło, że swojego czasu pracowałem zarówno w dziennym domu dla osób z chorobą Alzheimera, jak i byłem konsultantem w zakładzie opieki długoterminowej, co sprawiało, że czasem mój podopieczny przechodził z jednej mojej pracy do drugiej. I to właśnie o takiej sytuacji będzie mowa.

Nieszczęśliwą bohaterką będzie Pani Joasia, która z kobiety rzutkiej, aktywnej sportsmenki i wg relacji męża ciepłej i kochanej żony, zmieniła się w wybuchową, niesprawną fizycznie osobę. Miała tego pecha, że Alzheimer skumulował się z udarem niedokrwiennym, który zaatakował mowę i odebrał sprawność w rękach.

Zajęło nam to trochę czasu, ale dzięki współpracy z psychiatrą i neurologiem oraz opiece męża zaczęła się usprawniać i, przy odrobinie cierpliwości, była kontaktowa, uśmiechnięta i na miarę swoich możliwości samodzielna. Niestety zdarzały jej się napady złości, podczas których trudno było nad nią zapanować i podczas jednego z nich, wywróciła się i złamała biodro. Skutkiem tego trafiła na operację i...

Trafiła już do mojej drugiej roboty. Kiedy ją przywieźli, szczęka mi opadła. Pani Joasia była skuta lekami uspokajającymi do tego stopnia, że była sztywna jak deska i ledwo wodziła oczami. Kiedy na następny dzień trochę przejaśniała, próbowałem z nią porozmawiać i choć wyraźnie mnie poznała, to nie była w stanie zrobić nic więcej niż wybełkotać kilka dźwięków i lekko ścisnąć mi dłoń.

Z rozmowy z mężem dowiedziałem się, że na ortopedii odstawiono jej wszystkie leki i choć rodzina uprzedzała, że jest ustawiona przez psychiatrę i bez tego będzie pobudzona, to wszyscy mieli ich informacje głęboko. O ile rozumiem to ze względu na narkozę, to zostawienie jej po operacji bez żadnego leku sprawiło, że wróciły najgorsze objawy otępienia. Joasia stała się agresywna, broniła się przed pielęgniarkami, próbowała bić, więc została spacyfikowana farmakologicznie do wspomnianego poziomu deski. Bez konsultacji z psychiatrą dostała silny neuroleptyk, zamiast choćby próby włączenia jej leków, które na nią działały.

Niestety po takim "leczeniu" nadawała się tylko do opieki długoterminowej. Nasz lekarz tylko pokręcił głową i stwierdził, że się wypłucze i trzeba mieć nadzieję. Niestety nie zdążyła, złamanie, operacja, znieczulenie, a potem dowalenie lekami i kilkanaście dni leżenia plackiem zrobiło swoje...

Zgasła po paru dniach, we śnie.

Szlag...!

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (146)

#79146

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii #79137 o próbkach wydalin, ale dodam jako osobną historię. Pochodzi ona sprzed kilkunastu lat i opowiedziana była przez wieloletnią pracownicę sanepidu.

Otóż na pewnej imprezie komunijnej doszło do masowego zatrucia salmonellą. Ustalono, że źródłem były najprawdopodobniej jajka, które wynajęta kucharka załatwiła gdzieś po znajomości "od chłopa".

Zawezwana kobita, po zebraniu wywiadu i ustaleniu, że jej rodzinka również masowo się "rozwolniła", dostała nakaz dostarczenia próbek kału od wszystkich chorujących i zamieszkujących wspólne gospodarstwo. I teraz gwóźdź programu…

Kobita zjawiła się w punkcie przyjmowania próbek z dwulitrowym słojem gó..a z przyklejoną do niego kartką z listą nazwisk dawców...

Zszokowane i próbujące równocześnie powstrzymać śmiech pracownice wyjaśniają jej spokojnie, że każda próbka musi być osobno, w sterylnym pojemniczku z apteki, co napotyka na mur niezrozumienia.

W pewnym momencie zbulwersowana baba fuczy: "To wy myślicie, że ja tak będę z tym gó...nem latać wte i nazod?!".

To znów jej tłumaczą, że osobno, że nowe próbki itd. W międzyczasie karteczka ze słoja raczyła się odkleić i malowniczo sfrunąć na podłogę. Natenczas zacietrzewiona "kucharka", ładująca właśnie szklaną bombę do siaty, poderwała ją i, pośliniwszy z rozmachem niczym znaczek pocztowy, przykleiła na swoje miejsce, po czym, bucząc jakie to durne baby w tym sanepidzie, oburzona opuściła sanepid.

Ciekawe co zrobiła ze słojem?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (179)

#67915

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w pewnym dużym szpitalu i dzisiaj zwątpiłem w część jego personelu.

Otóż, koło godziny 10.00 zacząłem odczuwać narastający ból w barku, wiążący się z coraz wyraźniejszym ograniczeniem ruchu. Ponieważ urazu żadnego nie doznałem, zacząłem podejrzewać, że to jakiś stan zapalny związany z tzw "przewianiem" (przez te upały włażę wszędzie gdzie wieje i sypiam w samych gatkach przy otwartych drzwiach balkonowych). Kolega lekarz z oddziału stwierdził, że co najwyżej może mi wypisać coś przeciwzapalnego, więc poradził, żebym poszedł na SOR, bo tam mnie porządnie ktoś zdiagnozuje i zrobi od razu RTG. Zadzwonił nawet, żeby się upewnić, że nie są zawaleni robotą i będzie realna możliwość żeby mi ktoś to felerne ramię obejrzał.
Ponieważ miałem jeszcze przed sobą perspektywę dyżuru w drugiej pracy od 14.00 do 22.00, to poleciałem na SOR nawet się nie przebierając ze szpitalnego wdzianka. Faktycznie było pustawo, rejestracja szybka, dyżurny wypisał skierowanie na Rentgena i 10 minut później wróciłem do poczekalni.

No i jakby powiedział klasyk, na tym skończyło się rumakowanie. Nie miałem się zamiaru pchać na bezczelnego przed pacjentami, zwłaszcza, że wciąż było dość luźno i nikt nie był przyjmowany pilnie. Czekałem spokojnie na swoją kolej razem z resztą ludzi, a w międzyczasie "pan doktur" zrobił sobie 35 minutowa przerwę na obiad, po czym dostojnym krokiem, przez kolejne pół godziny, przemierzał SOR z prawej na lewą i lewej na prawą, a kolejka w poczekalni rosła i potężniała. W tym czasie inna lekarka przyjęła chyba z 8 osób!

Po 13-tej stwierdziłem, że to wszystko mija się z celem. Podziękowałem miłej pielęgniarce w rejestracji, wyjaśniłem, że mam inne obowiązki niż czekać aż ktoś, kiedyś, być może łaskawie mnie przyjmie i podreptałem na swój oddział, żeby się przebrać. Przebierałem się już z pomocą koleżanki, złapałem naszą lekarkę, wyprosiłem receptę i pognałem do drugiej roboty.

I tak sobie siedzę, naładowany NLPZ po dziurki w nosie, z ręką na temblaku i narastającą bolesnością i ograniczeniem stawu barkowego i zastanawiam się:
PRIMO: Czy nie trzeba było jednak wepchnąć się na chama lub poprosić mojego ordynatora żeby zadzwonił do któregoś z ortopedów?
SECUNDO: Ilu z tych pacjentów w dalszym ciągu siedzi i nie doczekało się zbadania?
TERTIO: Kto tego ciula tam zatrudnił????

No i pytanie zasadnicze: Czy urlop ordynatora SOR ma z tym jakiś związek?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 394 (460)
zarchiwizowany
No dobra... Jak o współlokatorach, to o współlokatorach. Niech no i ja dorzucę cegiełkę do tego gmachu obrzydliwości i buractwa. A co!

Już po studiach, jako pracujący i samodzielny "jednostek", pragnący się odseparować od rodziców, zamieszkałem ja sobie w dużym 3-pokojowym mieszkaniu wraz z dwójką innych ludzi w podobnej sytuacji życiowej. Lokal należący do mojego przyjaciela, który wyprowadził się do narzeczonej, odziedziczony z jego dawnym współlokatorem, którego znałem i lubiłem, oraz Nowa [N].

Na pierwszy kontakt wydawała się być OK, spokojna, nauczycielka języków, trochę zahukana. A potem wyszło szydło z worka...
Krótka charakterystyka zachowań:
- wszystkie rzeczy (spodnie, bieliznę, kurtki, swetry, ręczniki itd.) prała jak leci, łącznie, zawsze na max. 40C - kolory się ujednolicały, stopień zabrudzenia również, mnie cofało jak natykałem się na jej rozwieszone pranie;
- naczyń myć nie trzeba (również wspólnych), wystarczy opłukać lekko zimną wodą i... czyste jak łza! (miała jeden kubek na herbatę i garnuszek w którym ja parzyła, które nie zostały umyte przez 2 lata jak z nami mieszkała. Potem poszły prosto do kosza.);
- odżywiała się głównie cebulą w różnym stopniu przetworzenia, okraszoną różnymi, ciekawymi dodatkami. Pewnego dnia wracając z pracy, otwierałem drzwi z przekonaniem, że wyrwało "haziel-rure" i stanę po kostki w g***. Nie! [N] przygotowała sobie obiad - cebula smażona ze szprotami w pomidorach z puszki... Boże, co to był za smród!
- a propos smrodu... codziennie przez około godzinę prostowała włosy. nie znam się na tym, ale raczej włosy nie powinny się podczas tego procesu palić i wydzielać swądu opalanego goryla?
- i poruszany już tu problem wspólnych środków czystości + papier toaletowy. Umowa była taka, ze kupujemy naprzemiennie. Razem z kolega kupowaliśmy produkty dobrej jakości i w dużych opakowaniach, żeby starczyło na dłużej. [N] kupowała najmniejsze i najtańsze.
- podbierała mi żarcie z lodówki i wypierała się w żywe oczy - przyznała się już po wyprowadzce.

I tak dalej, i tym podobne... do obrzygu.

Może ja jestem trochę skrzywiony, lubię mieć czysto i wymagam tego od innych. Rozumiem jednak, że nie każdy musi być pedantem i nie terroryzuję otoczenia. Jednak najbardziej mnie przeraża, że ktokolwiek, a zwłaszcza kobieta może być takim brudasem.

współlokatorzy

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (36)

#62937

(PW) ·
| Do ulubionych
Refleksja po historii MaK86 [http://piekielni.pl/62836]

Przypomina mi się jak lata temu ja i moich 2 kumpli zostaliśmy załatwieni przeterminowanym piwem.
Była u mnie na osiedlu knajpka, gdzie z moim ówczesnym towarzystwem spędzaliśmy wcale dużo czasu i zostawiliśmy nie powiem znaczny procent ich całościowego obrotu.

Wybraliśmy się na wieczór karaoke i niestety wtedy, właścicielka pubu - Pani Basia, kobieta o mentalności targowego magnata warzywno-piekarniczego, należąca do ludzi, którzy "jakby mogli, to by spod siebie zjedli", stanęła osobiście za barem.

Zabawa się rozkręcała, wszyscy bawili się świetnie, a ja i moi koledzy tego dnia wybraliśmy jako paliwo Tyskie Książęce w butelce. Nie był to zbyt popularny trunek w tej knajpie, bo okazało się, że Książęcego z lodówki wystarczyło jedynie na dwie kolejki dla naszej trójki. PB pobiegła na zaplecze i dumna przyniosła całą skrzynkę, z uśmiechem i słowami "dla stałych klientów wszystko się znajdzie!".
Nieświadomi i zadowoleni uraczyliśmy się jeszcze kolejnymi 2-3 piwami ze skrzynki "spod lady".

Jeden z kumpli był przyjezdny i nocował u mnie, toteż miałem unikalną okazję wraz z nim oddawać hołd Neptunowi czy jak kto woli jechać do Rygi. Chyba to było najlepsze, co nas spotkało, bo rankiem obaj, lekko umęczeni ale zdrowi byliśmy już na chodzie.

Trzeci muszkieter wylądował następnego dnia na Izbie Przyjęć z tachykardią, drżeniami i zlewnymi potami. Na szczęście nic poważnego się nie stało.

I wielki finał! Koleżanka, która była barmanką w tej knajpie, na moją prośbę sprawdziła pozostałe piwo i stwierdziła, że było ono dobre 6 miesięcy po terminie. Kiedy powiedziała to PB, ta cichaczem wyniosła napoczętą kratę i dla pewności wywiozła też puste butelki.
Nie pokazywała się w pubie przez miesiąc, po czym nagle dostała amnezji i kiedy wróciłem do tematu przy najbliższej okazji, wyparła się nawet tego, że wtedy nas obsługiwała.

Witki mi opadły na takie dictum, ale kłócić się z nią sensu już nawet nie było, bo knajpa zamykała podwoje. Między innymi dlatego, że dzięki temu i podobnym incydentom wynieśli się praktycznie wszyscy stali klienci.

PB była na nas obrażona...

O jak mi k***a przykro!

osiedlowy pub

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (541)
zarchiwizowany
Dzisiejszy powrót z pracy - czyli z pamiętnika nerwowca cz. 1

1) Stacja kolejowa w Ch... (nomen omen). Jazda do stacji przesiadkowej w mieście wojewódzkim 9 minut. Pociąg do tejże 30 minut przed odjazdem pociągu do mojej miejscowości. Punktualnie, zamiast pociągu otrzymuję od uroczo bezosobowej pani z megafonu komunikat: "pociąg opóźniony 30 minut". Ta... pewnie właśnie się dowiedziałaś?

Gdybym wiedział 5 minut wcześniej, to bym złapał tramwaj lub autobus.

2) Kiedy doszedłem do przystanku, tramwaje stanęły - droga w remoncie, mijanka zblokowana. Nie ma rady, siła wyższa!
Ale po 10 minutach cud! Ruszyło! Jadę, siedzę, pełen orgazm! przez cale 20 sekund.
Dwóch idiotów wrzuciło rower pod tramwaj...

Szkoda, ze żaden z nich na nim nie siedział.

komunikacja ???

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (27)

#60474

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka mała refleksja z pracy z 23.06...

Zdążyłem wejść na oddział i może zamienić dwa słowa z pielęgniarką, gdy do dyżurki wchodzi salowa z retorycznym pytaniem na ustach: "Noż... ile można?!". Odpowiedź brzmi: "ile wlezie!!!".

A teraz historia właściwa:

Pacjent wiekowy, dementywny, spędzający 90% czasu w łóżku głównie dzięki nieźle rozwiniętemu brzuchowi. Przez salę przewija się kolejna tura odwiedzających czyli troskliwych krewnych (głównie dzieci). Efektem było, pomimo interwencji pielęgniarki, pochłonięcie od obiadu (około 3h wcześniej) kilku paczek ciastek, wora chrupek, 5kg arbuza i ok 1kg czereśni. Ponieważ musiałem zajrzeć do innego pacjenta z tej samej sali, stałem się świadkiem odwiedzin syna w/w pana.

Ku mojemu przerażeniu, zamierzał odpalić lont przy bombie, a dokładnie, to uraczył tatusia kaszanką i ogóreczkami małosolnymi. Na moją uwagę, że może już wystarczy i że ta mieszanka nie skończy się dobrze, obaj panowie spojrzeli na mnie z głębokim zdziwieniem pomieszanym z wyrzutem. Ale argumentacja syna zwaliła mnie z nóg:
- Przecież dzisiaj Dzień Ojca! Ojcu pan by odmówił?!

Może jestem inny ale bym odmówił...

opieka długoterminowa

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 649 (713)