Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ZaZuZa

Zamieszcza historie od: 26 listopada 2015 - 22:42
Ostatnio: 10 stycznia 2018 - 16:50
  • Historii na głównej: 30 z 30
  • Punktów za historie: 7991
  • Komentarzy: 100
  • Punktów za komentarze: 748
 

#81163

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj dotarł do mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza sens tak obśmiewanej akcji #metoo.

Widzicie, jakieś 7 lat temu trafił mi się absztyfikant, który nie rozumiał słowa "nie". Nie pchał się z łapami, nic z tych rzeczy - on "interesował się". To był sympatyczny, przystojny, zabawny kolega, więc początkowo komplementy przy spotkaniach były miłe - kto z nas nie mówi znajomym, że dobrze wyglądają albo że pasuje im ta koszulka? Ale komplementowanie przybrało na sile i, powiedzmy, formie. Co spotkanie, to teksty w stylu "te spodnie pięknie podkreślają twoje kształty", co było już lekko niezręczne. Zagajenia na FB w stylu "Twoje usta cudnie wyglądają na tym zdjęciu". Zdarzało się, że i kilka-kilkanaście dziennie.

Niby nic, ale uwierzcie, że nie było to komfortowe. Zbywanie nic nie dawało. Prośby o uspokojenie - też nie. Na dodatek nie byłam singlem, miałam chłopaka - potem już narzeczonego - a facetowi to nie przeszkadzało. Gdy skarżyłam się znajomym albo prosiłam o interwencję, najczęściej zbywali mnie, że przesadzam: "Przecież to fajne, gdy ktoś się tobą interesuje!", "Narzeczony troszeczkę pozazdrości, związek wam się rozpłomieni", "To już nawet nie można powiedzieć kobiecie komplementu, żeby nie było histerii?", "Może jeszcze powiesz, że cię molestuje?", "Też bym chciała, żeby taki przystojniak był dla mnie miły", do narzeczonego rzucali tekstami o zazdrośnikach. Dostałam od części towarzystwa miano histeryczki i stałam się obiektem żartów.

Cała akcja trwała dwa lata. Dochodziło do sytuacji tak niemożebnie creepy, jak smsy typu "ładnie wyglądasz w tej niebieskiej bluzce", gdy stałam w niebieskiej bluzce na przystanku, a kolesia nie powinno być w zasięgu wzroku - bo mieszka w innej dzielnicy. Zmieniłam numer telefonu - uczynni znajomi dali mu mój nowy. Zablokowałam na social mediach - pisał mi maile "Myślę o tobie, porozmawiaj ze mną" na skrzynkę w pracy. Rozmawiałam z nim ja, rozmawiał mój narzeczony, moi przyjaciele. Grupa znajomych się podzieliła - część za mną, część za tym typem, nastąpiły nieprzyjemne animozje, zarzucano mi często, że z mojej winy rozpada się ekipa.

Nie czułam się bezpiecznie - bałam się, że w końcu od tekstów o kuszącym dekolcie przejdzie do czynów. Bałam się sama chodzić do sklepu, do pracy, przestałam wychodzić ze znajomymi, bo on zawsze coś napisał albo i był obecny. Ale policja wzruszała ramionami - typ mi nie groził, teksty nie były wyraźnie obsceniczne, nie wystawał pod oknem, nie włamywał się nigdzie.

Pomogła dopiero rozmowa z jego rodzicami. Dostaliśmy jego adres, z narzeczonym pojechaliśmy do jego rodzinnego miasta. Początkowo państwo X nie byli przekonani, "bo to tylko komplementy", ale gdy jego matka przejrzała historię maili, smsów z datami - uwierzyli i zareagowali. To było nieco ponad 5 lat temu.

Wczoraj robiłam zakupy w niedalekim centrum handlowym. I wpadłam na niego. A przynajmniej na kogoś bardzo, bardzo podobnego - nie przyglądałam się. Momentalnie zgiął mnie atak paniki, jakbym dostała w brzuch. Krew uderzyła do głowy, palpitacje serca, po prostu strach. Uciekłam z tego centrum, bo bałam się że zacznę płakać. Dojechałam do domu w stanie paniki, mąż najpierw napoił mnie herbatą, potem zrobił porządnego drinka, żebym się uspokoiła. Dzisiaj rano spóźniłam się do pracy - nie mogłam się zmusić, żeby samej pojechać, bo bałam się, że wpadnę na tego typa.

Widzicie, komplementy także mogą skrzywdzić. I to niekoniecznie nadwrażliwą mimozę. Ciekawe, kto z was teraz się ze mnie ponabija, jeśli napiszę, że #metoo - mężczyzna często komplementował mnie, gdy tego nie chciałam? :)

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (200)

#80139

(PW) ·
| Do ulubionych
Po godzinach dorabiam sobie czasem zleceniami, jeśli tylko mam czas i moce przerobowe.

Trafiło się jedno fajne, termin krótki, ale do zrobienia, dobra stawka za ekspres. Pech chciał, że z pięciu dni, które na to miałam, wypadły mi z powodów rodzinnych dwa (ot, trochę podbramkowa niespodzianka), a zleceniodawca nie chciał słyszeć o przedłużeniu terminu. Trudno, zaczęłam szukać na gwałt pomocy, oczywiście odpłatnej.

Część znajomych, co do których wiedziałam, że robią podobne chałturki czy też byliby w stanie temat udźwignąć, z miejsca stwierdziła, że nie ma czasu - ok, jasne, znienacka nie każdy wynajdzie sobie kilka wolnych godzin.

Odezwałam się też do dwójki znajomych, którzy poruszają się w branży pokrewnej. Akurat oboje są bezrobotni, z rozmów wiem, że finansowo u nich kiepsko, szukają pracy, siedzą w domu, więc dodatkowy grosz by im się przydał. Chętnie zgodzili się wspomóc, na początek wysłałam im po niewielkiej części zlecenia, żeby zobaczyli, jak im idzie (jak mówiłam, branża pokrewna, ale nie ta sama, co moja) - na zasadzie po 20 rekordów z docelowych 150, z opcją większej liczby, jeśli zechcą, bo ja chętnie się odciążę. Zajęłam się swoją dłubaniną.

Po 7h zerkam do pliku, w którym wrzucałam efekty swojej pracy, i w którym oni także mieli zamieszczać wyniki. Zarówno w przypadku znajomej, jak i znajomego w sumie zero postępów. Wtf?

Znajoma przekleiła dane techniczne, które jej podesłałam jako przykładowe wraz z moim tekstem i tabelkami - i zniknęła. Nie odzywała się, nie odpisywała na wiadomości, nie odebrała telefonu.

Znajomy zrobił przez 7h jeden rekord (kiedy ja w tym czasie mogę zrobić ~40, a osoba niezaznajomiona z tematem przynajmniej 20 - trudne to nie jest, wymaga tylko trochę pomyślunku), a na moje pytanie, czy trzeba mu coś pomóc, o co chodzi odpisał, że w sumie to ma depresję i nie będzie robił tego więcej, po czym przestał się odzywać.

No nic, zarwałam nockę, drugą, skończyłam sama. Oboje państwo bezrobotni nadal się nie odezwali, żeby chociaż zapytać, czy znalazłam kogoś do pomocy/poradziłam sobie. Widocznie jednak nie potrzebują pieniędzy tak, jak twierdzą.

PS. Koledze wysłałam już "zapłatę" za ten jeden rekord - uczciwie według umowy. 10 zł.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (157)

#79851

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę sobie do pracy. Godziny raczej przedpołudniowe, w autobusach luźno.

Wyjmując z torebki książkę, niechcący "wypadłam" sobie z niej podpaskę (nówkę zapakowaną, żeby nie było wątpliwości). No nic strasznego, pochyliłam się, podniosłam kolorowy pakiecik, schowałam. Koniec historii? Oczywiście, że nie.

Siedząca obok mnie pani, na oko ~60 lat, widząc całą sytuację najpierw mocno poczerwieniała, a potem nachyliła się do mnie:

- Ale pani to tak nie wstyd?

Na moje nic nierozumiejące spojrzenie kontynuowała:

- No bo tak publicznie... takie rzeczy... Nie wstyd pani? Ja bym nie pokazywała, że to moje. To nie wypada w ogóle.

Patrzę na okładkę książki - no kryminał, ale chyba żaden wstyd?

- No TO. Wie pani. TO - babeczka pochyla się bliżej i zaczyna szeptać - No... damskie waciki, wie pani... Było kopnąć pod fotel czy coś, żeby nikt nie widział.

Przyznam, że zaczęłam się śmiać. Pani obraziła się i stwierdziła, że teraz to kobiety w ogóle skromności i wstydu nie mają.

Mnie bawi, chociaż nieco piekielne jest to, że dorosła kobieta wstydzi się powiedzieć "podpaska" i tego, że połowa ludzkości miewa okres ;)

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (241)

#79718

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja.

Do naszej firmy przychodzi tzw. Pan Kanapka z kanapkami i daniami obiadowymi. Gdy się pojawia, chętni przychodzą do recepcji i wybierają, na co mają ochotę. Nasz Pan Kanapka ma w ofercie dania mięsne i bezmięsne. Akurat dzisiaj miałam ochotę na coś lżejszego, więc wygrzebałam z jego przepastnych skrzyń jakieś fajnie wyglądające kotlety warzywne w zestawie, kupiłam, poszłam.

Po chwili dostaję maila od jednej z dziewczyn, że JAK JA MOGŁAM zabrać jej te kotlety. To były ostatnie (w sumie tak), a ja na pewno wiem, że ona jest WEGETARIANKĄ. A przez to, że zabrałam jej te kotlety, to ona miała do wyboru wyłącznie kopytka i placki, i kanapki, i naleśniki, a nic na obiad! Dania wegetariańskie powinno się zostawiać wegetarianom, jak się je mięso, zwłaszcza gdy są OSTATNIE!

Chyba ktoś tu wstał lewą nogą :D

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (196)

#79255

(PW) ·
| Do ulubionych
Okolice godziny 11, jadę do pracy. A że w jedną stronę to około 35 minut, to jadę z książką, którą czytam sobie już na przystanku.

Podjechał autobus, na wpół pusty, wsiadam, zajmuję jedno z wolnych "podwójnych" miejsc. Po zerknięciu na wyświetlacz autobusu z dzisiejszą datą, na chwilę odkładam książkę na siedzenie obok, żeby wyciągnąć z wyładowanego plecaka kartę miejską i sprawdzić, do kiedy mam termin biletu, bo chyba jakoś zaraz (akurat dzisiaj wiozłam i buty, i parę rzeczy dla koleżanki, i obiad, i trochę innych drobiazgów - generalnie znalezienie w nim czegoś na stojąco nie wchodziło w grę).

W tym momencie na siedzenie i książkę opada jakaś dziewczyna. Żadna zagadana dziunia, matka polka z dzieckiem na ręku, zaczytana studentka czy nawet babcia z siatami, ale zwyczajna dziewczyna bez znaków szczególnych. Siada na mojej książce i zaczyna przeglądać smartfona. Postaram się w miarę wiernie przytoczyć dialog, jaki się nawiązał.

Ja, nadal z rzeczami z plecaka na wpół wywleczonymi na kolana: Emm, przepraszam, ale usiadła pani na mojej książce.
Ona: No i? To nie jest miejsce na książki, tu jest autobus i tu się siada.
Ja: Owszem, ale odłożyłam ją dosłownie na chwilę, widzi pani chyba, że nie mam jak trzymać.
Ona: Tu jest autobus, to jest siedzenie, a nie półka! Książki to sobie proszę trzymać gdzie indziej, bo co, ludzie nie mają gdzie siedzieć!

Rzuciłam okiem, nawet na siedzeniu obok było kolejne wolne miejsce, w całym autobusie jeszcze ładnych kilka, nawet podwójnych.

Ja: To może przesiądzie się pani tam obok, skoro przeszkadza pani leżąca książka?
Ona: Nie, podoba mi się to miejsce.
Ja: To ok, ale niech odda mi pani książkę, bo się tak zniszczy.
Ona: Leżała na siedzeniu, więc teraz mogę na niej siedzieć. Było tu nie kłaść! (WTF??)
Ja: Eee... No ok. To w takim razie 40 zł poproszę, skoro ma pani zamiar ją niszczyć i wycierać tyłkiem. Kupię nową.
Ona: CO? Nie mam zamiaru płacić! Jakie 40 zł!
Ja: Za książkę, cena okładkowa. Pogniecie ją pani, porwie, a poza tym skąd mam wiedzieć, że ma pani czyste spodnie albo jakiegoś syfu nie przyniesie na siedzeniu?

Chwilę tak podyskutowałyśmy, w końcu wstała i oddała niemal nienaruszoną (na szczęście) lekturę. Przyznam, że dotąd nie rozumiem, o co lasce chodziło i cieszę się, że nie wzięłam dziś czytnika. :D

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (214)

#78498

(PW) ·
| Do ulubionych
W kwietniu pożyczyłam znajomemu książkę. Pozycja nienajnowsza, ale "stan igła, Niemiec płakał, gdy sprzedawał" - jak wszystkie moje książki, generalnie dbam o nie jak o własnego kota.

Dzisiaj znajomy oddał książkę. Okładka "rozmemłana" i zmechacona, grzbiet ze szramą zagięcia przez środek, do tego zalana czymś pomarańczowym. Na moje "no chyba sobie kpisz?!" odparł, że w sumie taka pogięta to była jak ją pożyczał (serio? Nawet gdy mu ją wydawałam, to zawiniętą w folię, żeby okładka nie poszła w transporcie), a wylał mu się sok, ale to przecież nie szkodzi, bo przecież można czytać. No nie zgodziłam się z nim - pożyczał książkę w stanie idealnym, oddaje papierową szmatę. Zażądałam odkupienia - pozycja to nie nowość, może ogarnąć na Allegro z jakiejś taniej księgarni.

Znajomy zaperzył się niesamowicie. Jak to? Ja mu każę odkupować? Przecież to tylko książka, a ja mam chyba jakiegoś hopla na punkcie czytania, że tak się denerwuję! Książkę da się czytać, więc on nie musi nic mi oddawać. Dopiero argument "A jak porysuję ci samochód, to też nie muszę płacić za lakierowanie? Przecież da się jeździć" zamknął mu paszczękę. Zabrał zniszczony egzemplarz, rozstaliśmy się w niezgodzie. Czy odkupi? Nie wiem, mam nadzieję.

Książka książką - to przecież tylko przedmiot. Ale MÓJ, ja za niego zapłaciłam i jeśli zniszczyłeś - odkup, do diaska. Nie wstyd by Ci było, czytelniku, oddawać książki w takim stanie? Bo koledze najwyraźniej nie.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (308)

#78414

(PW) ·
| Do ulubionych
Polak Polakowi, czyli o życzliwości znajomych.

Zmieniłam pracę. Dość znienacka - firma wprowadziła cięcia, zwolnienia grupowe i już po ich zakończeniu, gdy wszyscy odetchnęli, mój zespół jednak został skoszony. Z miesiąca na miesiąc bez pracy - cóż, w domu panika, bo kredyt jakoś płacić trzeba, ubezpieczenie też fajna sprawa, generalnie na dłuższe przerwy w zasilaniu konta przez jedno z nas po prostu nas nie stać. Wyszło tak, że pracę znalazłam bardzo szybko, ale nie w swojej branży, raczej w zawodzie wyuczonym na studiach, z którym od praktyk studenckich nie miałam do czynienia. Z tego powodu trafiłam na stanowisko tzw. juniora - niewysoka pensja oscylująca w granicach do 2 tys. netto, ale przyuczenie od podstaw, umowa o pracę z miejsca, fajna firma, perspektywa awansu i podwyżki.

Wczoraj spotkałam się ze znajomymi na piwie, gadka szmatka, zeszło na pracę. Opowiedziałam o swojej nowej firmie, wszyscy pogratulowali, że sprawa się dobrze skończyła i jestem zadowolona z rezultatów - poza N. N., znajomy taki raczej z imprez niż od serca, chyba ogląda za dużo filmików Kołcza Majka.

Najpierw poinformował zebranych, że utrata pracy to najczęściej wina samego pracownika - za mało się starał i kształcił, za mało wierzył w siebie i jego szef widział, że trzeba go zastąpić kimś ambitniejszym i przebojowym. Potem wygłosił tyradę, w myśl której jeśli ktoś zarabia tak mało jak ja teraz, to albo jest do niczego, albo nie ma ambicji, więc powinnam natychmiast się zwolnić i zacząć szukać lepszej pracy, inaczej wystawiam sobie bardzo złe świadectwo. Moje i znajomych argumenty, że właśnie zmieniam branżę i trudno tu oczekiwać kokosów na wejście, zbył twierdzeniem, że w takim razie brak mi wiary w siebie, jestem dupą wołową i na pewno mnie zaraz zwolnią, gdy pojawi się ktoś lepszy na horyzoncie - bardziej przebojowy i z ikrą, bo mi jej brak. Jakbym ją miała, wynegocjowałabym na wejście przynajmniej 1000 więcej. To cytaty z N.

W tym momencie już jeden z kolegów odciągnął N. od stolika i zasugerował mu szybkie udanie się w stronę domu, tak w sumie to teraz, bo zachowuje się jak palant. Chłopak zmył się nieco urażony, ale nie powiem, impreza się lekko zważyła, a mi nadal jest po prostu przykro.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (256)

#77399

(PW) ·
| Do ulubionych
Zupełnie nowy poziom fanatyzmu.

Wybrałam się ze znajomymi z pracy na piwo. W gronie znalazły się i nowe osoby, w tym koleżanka jednego z chłopaków, nazwijmy ją Z.

Posiadówka w knajpie toczy się swoim trybem, grupka rozmawia o tym, grupka o tamtym, w końcu "moja" dyskusja jakoś tak zeszła na książki, stamtąd - na e-booki i sposoby ich czytania. Gadamy sobie, wyciągam swój zawsze obecny pod ręką czytnik, żeby pokazać koledze kilka opcji, bo rozważa zakup takiego cuda. Zauważyła to też Z., która błyskawicznie włączyła się do rozmowy. Czego dowiedzieliśmy się od nowej znajomej?

Przede wszystkim - e-book to nie książka. Argument: prawdziwa książka musi dawać "wrażenia zmysłowe", takie jak "zapach druku" czy "szelest przewracanych kartek", inaczej to się nie ma prawa książką nazywać. Tekst musi być wydrukowany na papierze, papier zebrany w okładkach, a czytniki i tablety to zło wcielone, zabijające książkę i pisarstwo swoją bezdusznością.

Z. podkreślała wielokrotnie, że w e-booku niemożliwe jest "oddanie magii słowa", która składa się na "prawdziwą książkę". To tylko "kiepska, łatwa podróba" dla tych, którzy nie chcą wkładać wysiłku w czytanie. Co za tym idzie, ci, co czytają e-booki, to nie są prawdziwi czytelnicy, a tylko się podszywają. Swoje wywody Z. poparła wspominaniem co jakiś czas swojego humanistycznego wykształcenia z licencjatem z kulturoznawstwa na przedzie.

Ostatecznie Z. przyznała także, że czasem zdarzy jej się przeczytać coś w e-booku. Ale ona jest sprytna i za takie podróbki nie płaci ("bo kto to widział płacić za kilka megabajtów 20 zł?"), ale pobiera z popularnego portalu. "Bo jak więcej ludzi będzie tak robić, to w końcu e-booki upadną", jak usłyszeliśmy. Zostało też dodane, że skoro ja mam jakieś 80 kupionych książek na czytniku, to wyrzucam pieniądze w błoto, nie szanuję literatury i nie dbam o dobro kultury.

Szczerze? Nawet nie wiedziałam już, co na to odpowiedzieć, bo to jakaś abstrakcja była.

PS - ja naprawdę nie mam nic przeciwko książkom papierowym, sama mam ich sporo. Po prostu e-booki są wygodniejsze i relatywnie tańsze, ale przecież każdy czyta jak chce. W powyższej sytuacji po prostu pierwszy raz doświadczyłam aż takiej nieuzasadnionej, natarczywej akcji indoktrynacyjnej 0_o

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (269)

#77048

(PW) ·
| Do ulubionych
Koleżanka szuka pracy. Od dwóch tygodni, więc niespecjalnie jeszcze się spina, ale ma już kilka opowiastek, które przy piwie wywołują salwy gorzkiego śmiechu.

Dziewczyna z wykształceniem niekoniecznie najlepszym (nie ma mgra, z okazji ciąży i rozwodu koleżanka się nie broniła), jednak z latami doświadczenia w dość specyficznej branży. Ponieważ ostatnio na tym poletku jest dość cienko, szuka też w miejscach pokrewnych, gdzie doświadczenie ma, ale stanowczo mniejsze.

Agencja PR. Nieduża, ale na rynku obecna od ładnych kilku lat, więc raczej jako pracodawca dość pewna. Koleżanka idzie na rozmowę świadoma, że akurat tu ma niektóre kompetencje, ale byłaby do częściowego przeszkolenia, więc zaproponowała niższe widełki finansowe - ok. 2-2,3k netto, jak na Warszawę mało. Co jej zaproponowano? Umowę o dzieło bez składek lub "jeśli się uprze" dodatkowo zlecenie za 100 zł, żeby miała ubezpieczenie, do tego wynagrodzenie w wysokości 1500 zł brutto "póki się nie sprawdzi". Koleżanka jednak podziękowała.

Prywatna nieduża firma informatyczna, szukają osoby do pośredniczenia między klientami, firmami, szefostwem. Stanowisko raczej wirtualne - większość pracy odbywałaby się via internet + czasem wyjścia na spotkania. Koleżanka usłyszała na rozmowie od szefa firmy (odpytywała ją cała trzyosobowa komisja), że w sumie spełnia wszystkie wymagania, ale "wygląda niereprezentacyjnie". O co chodzi? Nie sprecyzowano. Tu zaznaczę: koleżanka to typowa, 31-letnia babka, bez nadwagi, bez blizn czy tatuaży w widocznych miejscach, regularnie wizytuje fryzjera i kosmetyczkę, a na rozmowie stawiła się w garsonce. Może szef woli blondynki, tak dywagujemy?

Kolejna firma z branży szeroko pojętego PR, tym razem nieco większa. Wszystko super, nikt nie ma problemu z niedoborami w doświadczeniu, brali taką opcję pod uwagę, więc luz. Koleżanka się podoba, wszystko zmierza w dobrą stronę... Aż pytają o dyplom ze studiów. Koleżanka zwraca uwagę, że w CV mają napisane czarno na białym "studia ukończone absolutorium". I tu mała komedia: rekruterka i kierowniczka działu, które przeprowadzały rozmowę, okazały się nie wiedzieć, co to znaczy. Założyły, że absolutorium oznacza jakiś dodatkowy kurs po magisterce albo wyróżnienie na obronie, że lepiej niż magister. Zarzuciły koleżance celowe wprowadzanie w błąd, marnowanie czasu i stwierdziły, że "dla ludzi bez wykształcenia w firmie nie ma miejsca".

Cóż, koleżanka dalej szuka. Na razie ma jeszcze oszczędności, jak mówi - spokojnie z córką dwa miesiące przeżyją. A potem najwyżej uda się z godnością obsługiwać ludzi w Biedronce.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (212)

#77008

(PW) ·
| Do ulubionych
Godzina 7 rano, stoję w kolejce do rejestracji do lekarza. Rejestracja od 7 właśnie, jednak gdy dotarłam o 6.56, to kolejeczka była już imponująca. Dość powiedzieć, że stałam do okienka bite 45 minut :)

Średnia wieku w kolejce dość wysoka. Z osób młodych byłam ja (koło trzydziestki), kobieta w moim mniej więcej wieku stojąca kawałek przede mną oraz dwóch studenciaków, jeden do rejestracji, drugi do towarzystwa. Chłopaki jakieś dwie osoby za mną, za nimi ustawiło się w trakcie jeszcze 4-5 osób.

Koło 7.15 przyszła kolejna kandydatka do kolejki - pani w wieku leciwym, acz trzymająca się prosto, dość zażywna. Popatrzyła bystro na kolejkę, pokalkulowała najwyraźniej i... staje przede mną. Może myślała, że skoro mam słuchawki na uszach i czytnik przed nosem, to nie zauważę? Ale cóż, zauważyłam.

- Przepraszam panią, pani tu nie stała, koniec kolejki jest tam - wskazuję. Pani się zmieszała, stwierdziła, że nie zauważyła, bo tu tyle miejsca przede mną i myślała, że ja do pediatry (oddzielne okienko). Taaa, tu mi jedzie.

Pani wysunęła się z miejsca i... pakuje się przed chłopaków. Tamci zmieszani, coś cicho do pani mówią, ale tanie reaguje. Patrzą po sobie, chyba nie wiedzą, co robić (ach, ta nieśmiała młodzież... ;)), kolejka za nimi posapuje, ktoś kobiecie zwraca uwagę, ona się nawet nie ogląda. Ściągam znowu słuchawki:

- Proszę pani, pokazywałam, kolejka kończy się tam.
- Ale co ja pani przeszkadzam, przecież za panią stanęłam!

Tu w końcu wtrąca się "gorszy koniec" kolejki, jakiś facet nie wytrzymał.

- Pani! Do okulisty to z drugiej strony przychodni, rejestracja od 10! Jak pani ślepa, to tam się idzie!
- Ale co pan do mnie, ja dobrze widzę!
- To głucha czy głupia? Psychiatra w szpitalu, laryngolog o, na trzecim piętrze!

Babka chyba zrozumiała, że nie ugra, bo... zrejterowała całkiem, opuszczając przybytek.

Ciekawe, co chciała osiągnąć? Myślała, że nikt słowa nie powie?

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (347)