Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

drogowit

Zamieszcza historie od: 7 września 2012 - 10:43
Ostatnio: 15 sierpnia 2019 - 13:39
Gadu-gadu: 7952101
  • Historii na głównej: 11 z 12
  • Punktów za historie: 1557
  • Komentarzy: 52
  • Punktów za komentarze: 215
 

#84827

(PW) ·
| Do ulubionych
Porcja piekielności z pracy.

Pewien czas temu zamieniłem kurierski busik na zielone wdzianko pracownika powszechnie występującej "Biedronki". Zmiana nie najgorsza, na początek normalna umowa o pracę i pieniądze lepsze. Żyć, nie umierać, prawda? Niestety, nie wziąłem pod uwagę jednego - chronicznego niedoboru pracowników.

Moim miejscem pracy jest niewielki jak na standardy sieci sklep, umiejscowiony w samym centrum miasta. Ruch dość spory, normalnym wydawałoby się więc zatrudnienie "dodatkowej" ilości pracowników.

I sklep chce zatrudnić. Dostępne są trzy etaty, mają pojawić się kolejne dwa do końca wakacji. Ale kto chciałby iść do pracy za marne 2000 na rękę?

Jasne, podstawa jest niższa, a 2000 dostanie się, jeśli w ciągu miesiąca nie pójdzie się na chorobowe (premia uznaniowa) - ale to i tak moim zdaniem niezła płaca za pracę niewymagającą specjalnych kwalifikacji. A mimo to od siedmiu miesięcy pracowników brak. I jakoś to się toczy od dwunastogodzinnej zmiany do kolejnej.

Edit: Po przeczytaniu komentarzy chciałbym dodać jedno słowo. Liczba godzin w kwartale jak najbardziej się zgadza (dlatego, ostatecznie, pół czerwca mam wolne). Jednak oznacza to też, że przez pozostałe dwa miesiące pracownik praktycznie nie ma życia.

biedronka

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (102)

#81956

(PW) ·
| Do ulubionych
Zacząłem ostatnio pracę kuriera. Robota jak każda inna, w końcu - trzeba się jakoś utrzymywać. Ile piekielności się przez ten miesiąc namnożyło, nie policzę.

Na dzień dobry godziny pracy. Na magazynie mamy być od szóstej rano, potem sortowanie paczek i wyjazd w rejon. Samo to nie jest piekielne, ale będzie ważne w dalszej części historii.

Dostałem jako swój rejon dwie gminy (typowo wiejskie, więc odległość od domu do domu to często +/- 10 kilometrów. Wiadomym jest, że bez sprawnego auta nie ma szans obsłużyć sensownej ilości paczek. Po trzech dniach "próbnych" dostałem własne auto i hajda - w teren. Stary, wysłużony Fiat Seicento. Złom jakich mało, ale "ja nie pojadę"?

Generalnie po godzinie stałem w uliczce na wsi i dzwoniłem do szefa, że auto zgasło w trakcie jazdy i nie odpala. Podjechał drugi kierowca, wziął część paczek, a ja miałem czekać. Po czterech godzinach ktoś zgarnął mnie z tego pola. Rozwiozłem ile zdążyłem i o dwudziestej byłem w domu.

Dwa dni później ta sama historia. Tym razem czas oczekiwania żeby ktoś po mnie podjechał - trzy i pół godziny w samochodzie z uszkodzonym oknem od strony kierowcy (nie dało się go domknąć, pokrętło się zacięło). Tym razem zdenerwowałem się i o szesnastej po prostu zjechałem na bazę.

Przy okazji zapytali, gdzie stoi to uszkodzone seicento, bo jeszcze go nie zgarnęli.

No ale dobra. Wspominałem o przychodzeniu na szóstą. Generalnie plan jest taki, że jeździsz aż wyjeździsz - do ostatniej paczki. Planowo dostarczasz siedem paczek na godzinę. Ja akurat nie mogę narzekać (tylko dwie gminy, więc średnio mam około trzydziestu do pięćdziesięciu stopów) ale co ma powiedzieć kurier, który tych paczek dostanie siedemdziesiąt? Zazwyczaj kończymy wtedy pracę koło dwudziestej. Bo pomiędzy ósmą a dziewiątą uda się zakończyć sortowanie, zapakować i wyjechać w teren. Można więc śmiało powiedzieć - jesteśmy przemęczeni.

Klienci. Wiele razy słyszałem, jaki to kurier zły i niedobry, bo zostawił awizo i pojechał. Ale po miesiącu tej pracy się nie dziwię. Pięć prób dodzwonienia się, brak numeru budynku na posesji, GPS takich dziur po prostu nie widzi - a jak się znajdzie, klienta nie ma w domu. Pamiętam, że przez taką sytuację straciłem godzinę żeby dostarczyć trzy paczki. Odebrano w końcu tylko jedną. Bo nie ma głupiego numeru na budynku, a telefonu żeby poprowadzić nikt nie raczy odebrać. Po prostu bieda piszczy w kraju, bo nikogo nie stać na tabliczkę z adresem żeby przyłomotać choćby do bramy. Do tego po posesji biegają psy, nie ma skrzynki pocztowej (bo mniejszą, luźno opakowaną przesyłkę dałoby się do takowej włożyć) ani dzwonka. A potem płacz - bo kurier nie dostarczył. Ale że próbował dodzwonić się żeby ktoś po paczkę ruszył się domu, to nie łaska sobie przypomnieć.

Moja ulubiona sytuacja, z dzisiaj. Na moim rejonie jest niewielka miejscowość, ot - kilka budynków, kościół, kilka sklepów i ze dwie fabryki. Można by rzec - miasteczko. Podjeżdżam pod wskazany adres z numerem 10. A tam kamienica. Dzwonię do klientki, bo przecież nie będę pukał od mieszkania do mieszkania. Po sześciu połączeniach dałem sobie spokój (taka ciekawostka - mężczyźni, jeśli już odbierają to zazwyczaj w trakcie pierwszego połączenia a kobiety dopiero przy drugim. Magia trzymania telefonu w kieszeni, nie w torebce). Pytam sąsiada, czy mieszka tu konkretna osoba, do której zaadresowana jest paczka. Udało się ustalić że owszem, mieszka, ale jest w pracy. A awiza nie ma jak zostawić bo wejście do kamienicy jest z tyłu, ogrodzone - i latają tam luzem psy.

Na szczęście w biurze powiedzieli, że jak wyślę na podany numer SMS'a, to będzie się to liczyło jak awizo.

No i mój rekord. Ostatnio w terenie zepsuło się auto. Rozrusznik padł i wysłużony transporter nie chciał po prostu odpalić. Szef przyjechał w miarę szybko (trochę ponad godzinkę, co akurat zrozumiałe, bo byłem kawał drogi od bazy), przepakowaliśmy paczki, a on zaczął mocować się z gruchotem. Pominę już fakt, że w aucie które dostałem nie działał prędkościomierz.

Następnego dnia szef mówi mi, że ten transporter ma kopnięty jakiś kabel (tu pokazał mi który, zaizolowany taśmą) i że jak nie będzie chciał odpalić to nim pokręcić i powinien zaskoczyć. Solidnie już rozbawiony skwitowałem to krótkim "ok". Generalnie w ciągu dnia dwa razy to auto musiałem tak odpalać.

No i nadszedł piątek trzynastego. Nauczony doświadczeniem, zanim się zapakowałem, spróbowałem odpalić leciwego transportera. No i żopa. Szef zaczął mieszkać pod maską i po chwili stwierdził - dzisiaj jedzie pan Seicento. Dodam, że tym samym, które zepsuło się za pierwszym razem. Dzisiaj Seicento zepsuło się pod koniec mojej pracy, taka sama awaria jak ostatnim razem - ale udało się odpalić na popych. A w poniedziałek mam chyba wolne, bo - po prostu - nie ma czym jeździć.

Serio, lubię tę pracę. Naprawdę dobrze czuję się w terenie i nie mam problemu zostać czasami dłużej, żeby zrobić jakiś duży odbiór. Ale przez te ciągłe awarie poważnie szukam czegoś innego.

kurierzy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (157)

#81548

(PW) ·
| Do ulubionych
Lekcje wychowania fizycznego. Ostatnio dość popularny temat.

Dekadę temu chodziłem do "niezwykle prestiżowego liceum z niezwykle wysokim poziomem nauczania". Tak przynajmniej o nim mówiono, bo to co się tam działo to temat na osobną historię.

Pierwsza rzecz - WF robiony był tak, by trwał dwie godziny lekcyjne pod rząd. To akurat pal licho, w sumie nawet lepiej. Człowiek szybciej ma to diabelstwo z głowy. Gorzej z umiejscowieniem tej potworności.

Środa. Czwarta i piąta godzina. Akurat pomiędzy dwoma matematykami, a chemią i fizyką. Bo nie ma to, jak po dwóch godzinach ostrego wycisku, bez możliwości wzięcia prysznica, wkuwać kolejne wzory po uprzednim wkuwaniu wzorów, prawda?

Ostry wycisk. No właśnie. Prowadząca zajęcia uznawała dwa sporty - bieganie i siatkówkę. Więc człowiek miał przed sobą albo 105 minut biegania w kółko (czasami 90, raz przerwa była, raz nie) albo musiał się solidnie wypocić w grze zespołowej, którą nie każdy lubi.

Do sedna. Końcówka jesieni, początek zimy. Jakieś trzy stopnie na plusie, na dworze panuje lekki deszcz ze śniegiem. "Urzędowym" strojem na te zajęcia były czarne, krótkie spodenki i biała koszulka. Za ich brak - lufa. Przebieramy się w szatni, myślimy sobie - "dzisiaj pewnie siatka, w końcu w taką pogodę nikt normalny nie będzie biegał". Idziemy na zbiórkę przed szatnią, a tam uradowana prowadząca mówi nam:
- Słuchajcie, dobra wiadomość. Załatwiłam nam dzisiaj stadion, więc będziemy mogli pobiegać.

No k***a mać. Przebrałem się i powiedziałem, że nie ćwiczę. Potem jako jeden z niewielu przedstawicieli męskiej części klasy (dziewczyny miały WF z innym prowadzącym) nie wylądowałem na tygodniowym zwolnieniu z powodu choroby. Po tych zajęciach miarka się przebrała i załatwiłem sobie zwolnienie całoroczne.

Wychowanie Fizyczne

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (187)

#81393

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów liceum. Czyli dawno temu, ale przypomniała mi się ostatnio, na fali wspomnień związanych ze znajomymi.

Z wiarą nigdy nie było mi po drodze - szukałem czegoś dla siebie, ale zawsze było to daleko od Kościoła Rzymskokatolickiego. Po prostu nie potrzebowałem tego w moim życiu i dobrze funkcjonuje jako ateista.

W liceum miałem już dość jasno wyklarowane poglądy i korzystając z możliwości na początku roku przyniosłem zwolnienie z lekcji religii. Tutaj bez problemów, liceum niewielkie, dyrektorka naprawdę w porządku. Damska część klasy deklarowała, że na religię chce chodzić, reszcie to zwisało, ja jednoznacznie podziękowałem za ten typ zajęć, sam ksiądz też nie miał z tym problemów. Sytuacja wydawała się idealna.

Plan ułożony, religia w czwartek na pierwszej lekcji. Słowem - podręcznikowo. Ci co zobowiązali się chodzić mogą spokojnie przyjść, ja nie muszę siedzieć jak kołek i tracić czasu. Sielanka trwała niestety tylko pierwszy miesiąc.

Dlaczego? Damska część klasy olała ten przedmiot i przychodziła dopiero na drugą godzinę. Dyrektorka żeby coś z tym zrobić przełożyła zamieniła zajęcia tak, że pierwszy był angielski, a dopiero po nim - religia.

Jedynym plusem tej sytuacji było to, że miałem chwilę spokojnie ogarnąć materiał na resztę zajęć. Choć wolałbym to zrobić na spokojnie w domu.

Liceum

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (108)

#81065

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko i na temat. Mistrzowie parkowania.

Zostawiłem auto na parkingu przed blokiem. Parking niewielki, miejsc zawsze brakuje, ale tym razem się udało. Auta przez dwa dni nie ruszałem, nie było potrzebne.

I teraz sedno - kim trzeba być, żeby wgnieść komuś drzwi kierowcy (dość mocno), skrzywić alufelgę w tylnym kole (po tej samej stronie) i uciec?

Mi po prostu zabrakło słów.

Świąteczni kierowcy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (87)

#80175

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z praktyk.

Tutaj, moim zdaniem, piekielna będzie całość działania organizacji, którą opiszę i środowiska, które sprawia, że taka organizacja musi istnieć.

Mieszkam naprzeciwko pogotowia opiekuńczego i domu dziecka. W ramach studiów miałem praktyki w obu tych placówkach - w tej pierwszej pół roku, w drugiej dwa tygodnie.

Dom dziecka pracuje naprawdę nieźle. Wyprowadza dzieciaki na prostą, uczy ich podstawowych umiejętności niezbędnych do życia w społeczeństwie, pomaga zdobyć zawód i usamodzielnić się. Tutaj nie mogę narzekać, widziałem, że robią, co mogą, mimo że do placówki trafiały czasami dzieciaki, które powinny być skierowane raczej do ośrodków specjalistycznych.

Pogotowie opiekuńcze to zupełnie inna historia.

Na wejściu mnie i moją grupę powitał smród. Ciężki, dominujący, ciężki do określenia smród. Śmierdziało wszystko - meble, ściany, grube dywany. Był on mieszaniną odoru niemytych ciał, starego potu, stęchlizny i diabli wiedzą, czego jeszcze. Doszło do tego, że na praktyki miałem spisany na straty komplet ubrań.

W placówce byłem od piętnastej do dziewiętnastej. W tym czasie jedyne, na co zwracano uwagę, to to, czy dzieciaki aktualnie nie sprawiają żadnych poważniejszych problemów, mają odrobione lekcje i czy nie niszczą ośrodka. Zdarzało się to notorycznie i przy trzech-czterech opiekunach na zmianie niemożliwym było wykrycie wszystkiego (dzieciaków było około 40-50, zależnie od okresu).

Podobnie jak w wypadku domu dziecka, nie ma selekcji, tak że do jednego worka trafiają dzieciaki zdrowe, ale z problemami i te dotknięte upośledzeniami.

Pół roku. Tyle powinny maksymalnie przebywać na terenie placówki. Od praktyk minęły trzy lata, a ja za oknem widzę wciąż te same twarze. To tyle odnośnie działania sądów, które decydują, gdzie podopieczny powinien się znaleźć.

Historie podopiecznych.

Upośledzony dzieciak, okazało się, że chodziłem z jego bratem do liceum. Jego drugi brat naprzeciwko, w domu dziecka. Ich ojciec jeździ po Polsce, płodzi dzieci - ale gorzej z ich utrzymaniem i zadbaniem o nie.

Trójka rodzeństwa, trafili do ośrodka z jednej interwencji. Rodzice tak pijani w sztok, że nawet nie zauważyli zniknięcia pociech. W ośrodku bywali na odwiedzinach raz na miesiąc i wyciągali od dzieciaków kieszonkowe (tutaj muszę oddać honor dyrektorce, bo jak tylko się zorientowała, obsztorcowała nierobów i pilnowała, żeby nie dostawali od młodych żadnych pieniędzy).

Piąty z rodzeństwa. Upośledzony w stopniu średnim. Powód? Matka piła przed ciążą, piła w trakcie ciąży, a i po porodzie nie przestała. Z opisu w aktach - mieszkali w starym domu, gdzie podłogę stanowiło klepisko, grzano starą kuchenką, łazienka znajdowała się na dworze. To nie działo się dwadzieścia lat temu. To czasy współczesne. Resztę rodzeństwa rozwieziono po różnych ośrodkach, tylko on jeszcze czekał na przydział.

Co dzieciak, to historia - i żadna przyjemna czy zabawna.

Kto jest w tym piekielny? Niedofinansowany, przepełniony ośrodek, opieszałość sądów czy rodzice? Sami oceńcie.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (117)

#79887

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja z pracy, którą opisałem w ostatniej historii.

Pani Kierownik wymyśliła sobie wyjazd w sobotę na jakiś kiermasz, gdzie niepełnosprawni mogą prezentować i sprzedawać stworzone przez siebie w pocie czoła dzieła.

Rozmowa miała miejsce w piątek, więc dzień przed tą imprezą.

W skrócie - instruktor pracowni ma sklecić coś ładnego, żeby było na sprzedaż, zadbać o to, żeby podopieczni się w tym czasie nie pozabijali (przypominam - w moim przypadku była to pracownia stolarska, więc masa sprzętu, który w niepowołanych rękach może stać się bardzo niebezpieczny), a w międzyczasie wyprodukować tonę papieru (jak policzyłem - około sześćdziesięciu miesięcznie stron A4, lekko licząc). Jeśli dodać do tego obowiązki kierowcy (co zajmowało cztery godziny dziennie) można powiedzieć, że zadanie było dość niewykonalne.

Pani Kierownik wszystko załatwiła. Wszystko poza jednym - kierowcą, który ich na tę imprezę zawiezie.

Tak się składało, że "kierowców-terapeutów" było w placówce dwóch. Mój kolega po fachu kategorycznie odmówił - miał do załatwienia jakieś sprawy, był dwa tygodnie temu na tego typu imprezie, nie ma na to czasu. Ja w tym czasie miałem uroczystość rodzinną (chrzciny dziecka szwagierki) na drugim końcu Polski - tak więc obaj mieliśmy związane ręce.

Pani Kierownik wchodzi do mojej pracowni. Podopieczni akurat na obiedzie, więc uzupełniam zaległą dokumentację (prawdę mówiąc każda dokumentacja była tam zaległa, do jej uzupełniania można by spokojnie zatrudnić ze dwie dodatkowe osoby na pełny etat).

-Panie Drogowit, w sobotę jest wyjazd na Jarmark w Zadupiu Dolnym. Pański kolega był ostatnio, więc teraz pan z nami pojedzie.
-Przepraszam, ale nie ma takiej możliwości. Mam chrzciny na drugim końcu kraju i od piątku do niedzieli jestem w Poznaniu.

Mina jakby zjadła cytrynę. Mruknęła coś pod nosem i wyszła. Myśląc, że sprawa załatwiona, wracam do produkowania papieru. Akurat zawiesiłem się nad jakąś wyjątkowo nieprzyjemną do uzupełniania tabelą, kiedy wróciła:

-Na pewno nie miałby pan możliwości zawieźć nas w sobotę?

Ręce mi opadły. Tak, przełożę chrzciny, żeby, poza godzinami pracy, jeździć po jarmarkach organizowanych przez zapomniane przez wszystkich wsie i miasteczka.

W sumie nie wiem, co było najbardziej piekielne. To, że regularnie wymagała od pracowników pracy w soboty, mimo że na umowie było wyraźnie wpisane - praca od poniedziałku do piątku, w godzinach 8-16? Czy to, że załatwiła absolutnie wszystko związane z wyjazdem poza jedną, dość ważną rzeczą - ugadaniem kogoś, kto poprowadzi leciwego Fiata Ducato na tę imprezę?

Naprawdę, to była jedna z najciekawszych prac, do których chodziłem.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (120)

#79604

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z pracy.

Dwa lata temu udało mi się załapać do pracy jako terapeuta zajęciowy. Umowa na okres trzech miesięcy, po tym czasie normalna o pracę. Stawka jak na warunki lokalne - nie najgorsza. Nic rewelacyjnego, ale nie najgorsza. Miejsce pracy oddalone od 30km od mojego miasta, więc nie ma tragedii. No, ale żeby nie było za wesoło:

1. Uczestnikami terapii byli mieszkający w całej gminie niepełnosprawni. Ośrodek zapewnia dojazd. Świetnie. Za kierowców robię ja i drugi terapeuta. Wcześniej byli zatrudnieni normalni, pełnoetatowi kierowcy ale "za drogo wychodziło".
W praktyce oznacza to, że codziennie spędzałem cztery godziny za kółkiem prastarego fiata ducato. W samochodzie nie działał obrotomierz, prędkościomierz i miernik poziomu paliwa.

2. Cztery godziny żeby przywieźć uczestników a później rozwieźć ich po domach. To daje nam cztery godziny normalnej pracy, prawda?
Otóż nie. Podopieczni mieli zapewnione dwa posiłki, co zajmowało im łącznie około godziny. Do tego po obiedzie o godzinie trzynastej i tak mieli średnio ochotę na jakąkolwiek pracę poza plotkami, więc za dużo w mojej pracowni się nie narobili (obsługiwałem pracownię stolarską).
Polecenie kierowniczki - wpisywać w dziennik, co robiliśmy na zajęciach. Jeśli na zajęciach nic nie robiliśmy (bo, zwyczajnie, nie było na to czasu) - wpisywać z wcześniej przygotowanego planu zajęć.

3. Papierkologia. Kierowniczka kochała produkować papier. I to w ilościach takich, że nawet kontrolerzy z finansującej tę imprezę fundacji łapali się za głowę. Ja i drugi terapeuta byliśmy "tymi złymi". Dlaczego?
Wszyscy, poza nami mieli cztery godziny, kiedy nie ma podopiecznych, na produkcję papieru. Dzięki temu mogli w miarę na bieżąco prowadzić jakieś zajęcia, uzupełniać dzienniki i ogólnie - normalnie pracować. My na to wszystko mieliśmy o połowę mniej czasu plus prowadzenie dokumentacji związanych z przebywanymi odległościami.

4. Dobór podopiecznych - w statucie placówki stało jasno - osoby ciężko lub średnio upośledzone, w wieku 18-50 lat rokujące szansę na zdobycie nowych umiejętności i wejście na rynek pracy. Brzmi pięknie.
Na salę informatyczną Tomek dostał sześć osób. Jedna potrafiła pisać. W założeniach - nauczyć ich tworzyć CV. Cudnie.
Aby przyjąć podopiecznego do placówki należało zebrać pracowników, żeby usiedli nad podaniem i dokumentami i ustalili, czy osoba w ogóle się nadaje. Zamiast tego kierowniczka przyprowadzała coraz to bardziej beznadziejne przypadki i oczekiwała cudów. Hitem był ponad pięćdziesięcioletni pan ze schizofrenią i ciężką demencją. Ogólnie miał wrażenie, że codziennie jest w placówce po raz pierwszy. Tyle odnośnie misji placówki.

Ogólnie praca tam była naprawdę "cudowna". Zrezygnowałem po tym, jak jeden uczestnik zaatakował mnie a kierowniczka stwierdziła, że "nic się przecież nie stało" (ogólnie jest to dłuższa, osobna historia). Dzień po mnie zrezygnował drugi terapeuta, więc ośrodek został bez kierowców.
Nie wiem, jak tam to działa. W lokalnym urzędzie pracy co chwilę pojawiają się ogłoszenia, że ośrodek poszukuje pracowników.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (136)

#79452

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia z praktyk.

Tym razem placówka socjalizacyjna. Czyli, krótko mówiąc - dom dziecka.

Pierwszą piekielnością jest jego położenie. Sam środek mocno patologicznego osiedla. Serio, w samym moim bloku złożonym z osiemnastometrowych kawalerek można znaleźć atrakcje takie jak burdel czy melina.

Odchody czy bezdomni na korytarzu to standard. Wspólnota zakładała domofon i zamki podobno sześć razy, ale zawsze ktoś je ukradł/zniszczył. Machnięto więc ręką. O tym, co dzieje się w większych blokach krążą legendy.

Do rzeczy. Dom dziecka. W ośrodku przebywa trójka rodzeństwa - siostra (najstarsza) i dwóch braci. Po roku pracy z nimi udało się je wyprowadzić w miarę na prostą (że bieliznę wypada zmieniać, bicie i zabieranie innym rzeczy nie jest do końca w porządku, tego typu historie). Wszystko fajnie. Tylko jedno ale.

Ich matka (ona będzie tutaj piekielną) często obiecuje dzieciom, że przyjdzie, że weźmie je na weekend czy na spacer, że coś im kupi. Obietnic dotrzymuje od święta. Wisienką na torcie jest fakt, że czwarty potomek w drodze.

Podobno wniosek o odebranie praw rodzicielskich był wypisany od samego początku ciąży, zostawiono tylko puste miejsce na płeć i imię dziecka.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (144)

#79304

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z praktyk. Dość krótka, miała miejsce tuż po wprowadzeniu programu 500+.

Praktyki odbywały się na jednej z miejskich świetlic. Prowadząca je pani była bardzo miłą, życiową kobietą. Serio, pracowała tam od lat siedemdziesiątych, kiedy to otwarto placówkę i niejedno widziała. Mimo cynizmu wynikającego z obcowania z dość specyficznym towarzystwem, naprawdę starała się, by dzieciaki miały miejsce, gdzie mogą zaznać trochę normalności.

Dzieciaki przychodzące na świetlicę pochodziły z dość patologicznych rodzin. A to rodzice-alkoholicy, samotne matki niemające zamiaru podjąć jakiejkolwiek pracy, co dziecko to inna historia.

Do sedna - nie wiem, co jest bardziej piekielne, rodzina o której zaraz powiem czy system, który na to pozwala.

Ona i on w konkubinacie. Ona siedzi w domu, on pracuje na czarno. Mieszkanie socjalne, wszystkie możliwe zasiłki z MOPS-u przyznane, pomoce z różnorakich instytucji rządowych. Dziewiątka dzieci, dwójka przychodzi na świetlicę. Przychodzą od razu po szkole, dostają obiad, mają zapewnioną pomoc w odrabianiu lekcji. Dwie wycieczki w roku, jak się dobrze zachowują - darmowe kolonie.

Dziesiąte dziecko w drodze. Próg dochodowy nieprzekroczony, więc dostają obecnie pięć tysięcy miesięcznie, za nic. Ojciec radosnej dziatwy rzucił pracę. Zwyczajnie mu się nie opłaca.

Razem dwanaście osób. Wszyscy na państwowym garnuszku. A mi serce się kraje, kiedy widzę, ile ucinają mi z pensji. Specjalnie dla takich ludzi.

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (262)