Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

lemongirl

Zamieszcza historie od: 30 kwietnia 2012 - 16:40
Ostatnio: 21 września 2019 - 16:23
  • Historii na głównej: 44 z 58
  • Punktów za historie: 9128
  • Komentarzy: 223
  • Punktów za komentarze: 909
 

#30548

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że z rodziną to najlepiej na zdjęciach...

Parę lat temu umarła moja babcia. Co prawda nie radziłam sobie z chorą sytuacją, której powodem był mój ojciec, ale byłam z nią bardzo zżyta i do tej pory nie mogę sobie darować, że nie spędzałam z nią więcej czasu. Ale nie o tym.

Jak umierają bliscy to jest do podziału spadek. Babcia miała mieszkanie, które, jak sama wcześniej mówiła, po jej śmierci miało być podzielone pomiędzy mojego brata, ojca i mnie. Ogólnie wychodziło po jakieś 70 tysięcy na osobę. Mój brat z żoną, która była w ciąży z drugim dzieckiem, kupili właśnie czteropokojowe mieszkanie i mieli do spłacenia spory kredyt. Mi wtedy pieniądze potrzebne nie były, mieszkałam jeszcze z rodzicami i nie planowałam założenia rodziny, więc uznałam, że swoją część pożyczę bratu, bo wiem, że teraz im ciężko i w ogóle. Do tej pory pamiętam, jak powiedziałam, że jestem pewna, że jak będę w potrzebie to brat mi pomoże, a brat odpowiedział „jasne!”. Kochany brat, prawda?

Jakieś 2-3 lata temu sytuacja się mi trochę skomplikowała. Miałam już męża, mieszkaliśmy w mieszkaniu mojego ojca, ale ze względu na różne jego zagrywki musieliśmy się wyprowadzić i zamieszkać z mamą (rodzice się w międzyczasie rozwiedli, a że mama jest niepełnosprawna to było to jedyne możliwe rozwiązanie).

W połowie zeszłego roku postanowiliśmy z mężem rozejrzeć się za czymś własnym. Ale wiadomo, Warszawa, ceny mieszkań zawrotne, a jeszcze chcemy, w razie czego, być blisko mamy, więc i wybór niewielki, a i jeszcze dzielnica z tych droższych. Mama przeprowadzać się nie chce, bo tu wszystko zna, może sama iść do sklepu, do lekarza, a nowej okolicy musiałaby się uczyć od nowa. Rozumiem, i nie protestuję.

Uznałam, że może czas by poprosić brata o wsparcie finansowe (spadek po babci). Umówiliśmy się na spotkane, brat nie był szczęśliwy, ale powiedział, że oczywiście, tylko musi to omówić z żoną. Ponieważ powodzi im się nieźle (dwa mieszkania, dwa samochody, co roku zagraniczne wycieczki), sądziłam, że problemu nie będzie. Jednak po kilku dniach brat zadzwonił i powiedział, że jednak nie. Próbowałam z nim rozmawiać, ale w tle słyszałam tylko krzyki jego żony: nic nie dostanie! Nic jej się nie należy! I tak dalej...

Od tamtej pory cisza, żadnego "co słychać", żadnych życzeń świątecznych...

I tak sobie tylko myślę, może dramatyzuję, ale:
Mieszkamy z mężem z chorą mamą, musimy odłożyć decyzję o dziecku na późnej, bo w obecnym mieszkaniu nie mamy miejsca, zbliżam się do 30, a co, jak później będzie za późno?
Ja, na miejscu mojego brata, czułabym się fatalnie...

20 maja jest komunia jego starszej córki, dla której jestem matką chrzestną. Się zastanawiam: zadzwoni czy nie...?

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 786 (844)
zarchiwizowany
Miałam być matką chszestną pierwszej córki mojego brata. A z tym się wiąże konieczność uzyskania zaświadczenia ze spowiedzi i to jeszcze konkretnie z parafii, w której będzie chrzest. Małe miasto, może trochę inne obyczaje, ale cóż zrobić. Dojechaliśmy wieczorem, w dniu poprzedzającym przyjęcie małej do grona dzieci Boga, więc dopiero następnego dnia rano mogłam się udać do spowiedzi.

Wierzę w Boga, ale w kościół to już trochę mniej. Ale zależało mi, chciałam się szczerze wyspowiadać. Na początku oczywiście standardowa formułka, przechodzę do grzechów. Mówię o tym, że nie szanuję ojca (nie zasłużył na szacunek), że "nie zachowałam czystości przedmałżeńskiej", że nie chodzę co niedziela do kościoła... I w tym momencie ksiądz mi przerwał słowami: "Jak to nie chodzisz do kościoła?! A czy ty wiesz, że to bardzo ciężki grzech?! BÓG SIĘ CIEBIE WSTYDZI!"

Trochę mnie wmurowało w podłogę, już nie pamiętam jak się potoczyła moja spowiedź dalej, ale zaświadczenie ostatecznie dostałam.

Tak sobie myślę: Czy to na pewno mnie Bóg się wstydzi? Czy może raczej tego księdza, który odstrasza młodych ludzi od kościoła...?

kościół

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (51)
zarchiwizowany
Kolejna historia o służbie zdrowia:

Kilka lat temu po raz pierwszy w życiu miałam grypę. Wcześniej oczywiście jakieś przeziębienia z temperaturą dochodzącą do 38 stopni, ale nic poza tym. Tym razem było inaczej: temperatura powyżej 40 stopni, dreszcze, jakieś dziwne rzeczy widziałam, a obecny mąż mi potem opowiadał, że mówiłam jakieś dziwne rzeczy.

Poszłam do lekarza, z taką temperaturą przyjęli mnie bez problemów, ale przyjmował tylko jakiś nowy lekarz. OK, było mi wszystko jedno, byleby coś mi dał, a i zwolnienie do pracy potrzebowałam (40 stopni, praktycznie brak głosu, a wtedy jeszcze pracowałam „na słuchawkach” – nie wyobrażałam sobie inaczej).

Pan doktor (taki trochę do „Znachora” podobny) powiedział, że to żadna grypa, że grypa to była ostatnia jakieś 60 lat temu, od tamtej pory grypy nie ma. Dał mi jakieś tabletki emskie, powiedział, że zwolnienia nie, bo nic mi nie jest.

Poszłam do rejestracji, mówię, że byłam u nowego doktora, nie dał mi zwolnienia, ale może panie pielęgniarki by mi chociaż wypisały zaświadczenie, że byłam u lekarza, żebym w pracy problemów nie miała?
Jak mnie zobaczyły to tylko: „no nie, znowu ten nowy doktor” i dawaj mnie do kierowniczki przychodni. Ta, jak mnie zobaczyła, zbadała, to od razu antybiotyk, zwolnienie na tydzień i nie wychodzić z domu bo zarażam.

Piekielną pacjentką raczej nie byłam, ledwo na nogach stałam. Ale nowego pana doktora już więcej nie widziałam.

służba zdrowia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (187)
zarchiwizowany
Groupon. Niby fajna rzecz…

Znalazłam ofertę metamorfozy w salonie fryzjerskim, gdzieś na Łuckiej. Miało być wszystko: komputerowe dobieranie fryzury, zdjęcie przed, strzyżenie, farbowanie, czesanie, makijaż, zdjęcie po. Full wypas i to za jedyne 129zł zamiast 450! Biorę.

Zapisałam się na wizytę i o wyznaczonej porze zjawiłam się w salonie. Siedzę w poczekalni, ludzi sporo, bo grouponów ponoć sprzedali dużo. W międzyczasie fryzjerzy nas zagadywali, a co byśmy chciały, a jaki kolor, a że mi to by było dobrze w kolorze sarnim (miałam włosy brązowe) itp. Po dwóch godzinach oczekiwania (!) w końcu zostałam zaproszona na fotel. Pan mnie poinformował, że żeby zrobić mi kolor sarni to trzeba będzie zrobić dekoloryzację, a to zajmie jakieś 2 godziny i on teraz nie ma tyle czasu. I że trzeba będzie dopłacić 60zł (cena zależy od długości włosów), bo groupon tego nie pokrywa. Mam się umówić na inny termin. Się trochę zirytowałam, bo przecież sam mówił, że mi ten sarni kolor zrobi i widział, że włosy miałam brązowe. No ale nic. Umówiłam się na inny termin.

O wyznaczonej porze stawiam się na miejscu. Fryzjer mnie poznał, się uśmiechnął, ale muszę czekać bo znowu klientki. Po godzinie siadam na fotel i fryzjer mnie informuje, że on nie ma sarniego koloru, ale może mi zrobić czerwony. Hmm, nie do końca to, o co mi chodziło. To może przyjdę innego dnia, jak kolor już będzie?

O wyznaczonej porze stawiam się na miejscu. Znowu „dzień dobry”, uśmiechy, zapewnienie, że kolor jest. Rewelacja! Po dwóch godzinach siadam na fotel, dekoloryzacja nałożona, mam czekać kolejną godzinę, żeby mój obecny kolor zszedł. Niewtajemniczonym powiem, że dekoloryzacja jest zabiegiem niszczącym włosy bardziej niż farbowanie i trwała razem wzięte.
Po umyciu włosów byłam przerażona tym, co zobaczyłam w lustrze: żółty przeplatany rudymi i brązowymi plamami! Ale podobno to normalne po dekoloryzacji. Fryzjer zaczął mi nakładać „sarnią” farbę i po pokryciu połowy włosów stwierdził, że coś za czerwona wychodzi. Więc dawaj do zmycia. Następna farba to ja już nie wiem co to było, jakiś taki świński blond, ale o tym to się przekonałam już po wysuszeniu włosów. No ale przecież nie powiem, żeby mi jeszcze czwartą farbę nałożył, bo zostanę łysa! Jakoś przeboleję, przemęczę się tydzień, a potem jakiś delikatny szampon koloryzujący czy coś…

To teraz cięcie. Po raz pierwszy miałam włosy obcinane brzytwą!



Makijaż miałam zrobiony na cukierkowo różowo, włosy przesuszone, jak jeszcze nigdy w życiu, kolor okropny, fryzurę taką, że chodziłam w związanych włosach (chociaż nie było za bardzo co zbierać w kucyk). Bo już nie mówię, że o komputerowym dobieraniu fryzury czy jakichkolwiek zdjęciach nie było mowy! I jeszcze za dekoloryzację musiałam dopłacić 80zł; widocznie przez tydzień włosy mi aż tak urosły, że 60zł tego nie pokryje. Się jeszcze potem zastanawiałam po co robili mi dekoloryzację na całych włosach, skoro potem i tak je o połowę skrócili?

Niestety nie byłam wtedy zbyt asertywna i należnej awantury im nie zrobiłam, a szkoda.

Wydaje mi się, że nie byłam jedyną niepocieszoną osobą, bo salon juz nie istnieje. I dobrze! Mam tylko nadzieję, że nie trafię na tego samego fryzjera w jakimś innym miejscu...

Salon fryzjerski na Łuckiej

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (206)
zarchiwizowany
W niedzielę rano jechałam na wykłady. 7:45, autobus z Placu Bankowego, pierwszy przystanek, więc pusto. Jako, że było bardzo ciepło, miałam na sobie sukienkę na ramiączkach. Siadam sobie przy oknie, koło mnie miejsce wolne, i gapię się na obrazy za szybą.
Po chwili wszedł jakiś facet, 35-40 lat, i pomimo tego, że prawie cały autobus był pusty, on usiadł akurat koło mnie. A w zasadzie to niemal mi na kolanach. No ale dobrze, przysunęłam się maksymalnie do szyby i gapię się dalej. Coś głupio zagadał, ale nie wykazałam chęci do podtrzymania rozmowy.
Przy Starówce złapał mnie za pierś mówiąc „fajne masz cycki” i wysiadł.
Nawet nie zdążyłam go trzepnąć w twarz…

Skąd się tacy biorą…?

W drodze na uczelnię

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (189)
zarchiwizowany
To była chyba moja pierwsza „dorosła” wizyta u ginekologa; chciałam się dowiedzieć czegoś na temat antykoncepcji. Rzecz miała miejsce jakieś 12 lat temu, ale jakoś nie sądzę, żeby wiele rzeczy się do tej pory zmieniło.
Przychodnia państwowa, gabinet, wchodzę. Już na sam widok lekarza coś mnie tknęło: siwy dziadek, fryzura na „zaczeskę” (czy jak to się tam fachowo nazywa), trzymająca się na własny tłuszcz. Górne guziki fartucha rozpięte, widać bujne owłosienie na klatce. No ale cóż, przecież pan doktor.

Zapytuję niewinnie o globulki, a pan doktor: a co to jest? Po moim wyjaśnieniu (to pacjenci mają uświadamiać ginekologów o środkach antykoncepcyjnych?) każe mi się rozbierać i siadać na fotel. Mówię, że nie ma potrzeby, że tylko chciałam się dowiedzieć, ale pan doktor twardo upiera się przy swoim. Po trzecim jego poleceniu, żebym się rozebrała, wyszłam z gabinetu.

Od tamtej pory chodzę tylko do kobiet.

Przychodnia państwowa

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (36)
zarchiwizowany
Jakieś dwa lata temu zajmowałam się organizowaniem ślubu. Własnego. W kościele zawsze daje się „co łaska”, ale oczywiście ceny minimalne z góry ustalone.
No to pytamy proboszcza ile zwyczajowo za przystrojenie kościoła kwiatami.
Proboszcz odpowiada: 200zł, ale jak danego dnia jeszcze inna para bierze ślub, to można się podzielić kosztami.
No to pytamy czy inna para bierze. Się okazało, że bierze, i to przed nami.
No to pytamy po ile w takim razie?
Proboszcz odpowiada: 200zł.

Pozdrawiam.

Kościół na Bielanach Warszawskich

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (31)
zarchiwizowany

#30381

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam, to jest moja pierwsza historia na tym portalu, więc proszę o wyrozumiałość…

Rzecz działa się lat temu już kilka. Chodziłam do przedostaniej klasy liceum. Był tam sobie pan „profesor” od fizyki, w wieku przedemerytalnym. Zawsze na lekcjach był ubrany w swój nieśmiertelny granatowy kitel z odwieczną plamą atramentu pod kieszenią na piersi. W kącikach ust zbierała mu się biaława substancja, zapewne zaschnięta ślina, ale na 100% pewna nie jestem. I raczej „nie pachniał”.

Historii o nim sporo, łącznie z tym, że na każdej lekcji robił kartkówki, na które trzeba było przygotować wcześniej kartki oznaczone przekreślonym papierosem, przekreślonym kieliszkiem oraz hasłem: „Nigdy Naiwna”. Pomimo istniejącej skali ocen od 1 do 6 można było u niego dostać 7 za „graficzną oprawę” kartkówek.

Ale do rzeczy: pomimo mojego wcześniejszego uwielbienia dla fizyki, na lekcjach tego pana „profesora” nie wiedziałam o czym się do mnie mówi. No i tak się złożyło, że wypadająca mi ocena końcowa, która miała być wpisana na moje świadectwo maturalne to była mało satysfakcjonująca mnie „dwója”. Któregoś dnia, pod koniec roku szkolnego, po lekcji, podeszłam do pana „profesora” i taki oto dialog krótki się między nami wywiązał:

Ja: Panie Profesorze, chciałam zapytać co mogę zrobić, żeby mieć chociaż trójkę na świadectwie maturalnym?
Profesor: (popatrzył mi głęboko w oczy) Ja to bym chciał się z tobą przespać, ale ponieważ jestem już stary to wyznaczę na swojego zastępcę Mateusza (kolega z klasy).
Ja: (kilka sekund mi zajęło zebranie myśli) … Eee, to ja dziękuję, może być 2.

I wyszłam.

Niestety nikomu tego nie zgłosiłam. Wiem, że nie byłam pierwszą, która znalazła się w takiej sytuacji, ale jakoś dziwnym trafem osoby, które skarżyły się na pana „profesora” znikały ze szkoły, a pan „profesor” uczył dalej…

Warszawskie LO

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (53)