Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

sweetcd86

Zamieszcza historie od: 3 czerwca 2011 - 13:23
Ostatnio: 21 sierpnia 2019 - 14:45
Gadu-gadu: 9009859
  • Historii na głównej: 9 z 12
  • Punktów za historie: 4955
  • Komentarzy: 84
  • Punktów za komentarze: 278
 

#85108

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w urzędzie miasta. Od paru lat mam "pod sobą" wiaty przystankowe. Uszkodzone ławki, wybite szyby, pomalowane ścianki zdarzają się kilka razy w miesiącu. Ustawowo, po każdym takim incydencie muszę sprawę zgłosić na policję.

Jakiś czas temu w mieście miała miejsce bójka - ktoś kogoś wkurzył, więc ten zdenerwowany ktoś z pomocą ziomków rzucił prowodyrem o wiatę, roztrzaskując szybę człowiekiem w drobny mak. Była karetka pogotowia, była również policja. Z tego co mi wiadomo od kolegi policjanta - który tego dnia znajdował się w miejscu zdarzenia, choć akurat miał urlop, panowie zostali spisani, a ten którym rzucano pojechał do szpitala.
Moim obowiązkiem, jak wyżej wspomniałam, było zgłoszenie zniszczenia mienia na policję, co tez niezwłocznie
uczyniłam.

Dziś otrzymałam pismo z organu ścigania:
"Postępowanie umorzono z powodu niewykrycia sprawcy czynu".

policja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (154)

#21814

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę lat temu szukałam pracy. Nie interesowało mnie nic konkretnego - byle by były pieniądze na opłacenie studiów, toteż gdziekolwiek pojawiła się oferta pracy, tam składałam dokumenty.

Pewnego razu szukano dziewczyny do biura, w hurtowni zaopatrującej biura w narzędzia pracy, typu kartki, długopisy, flamastry, ale też notesy, drukarki, tablice ścienne, itd...

Cv złożone, po 2 dniach telefon od biura i umówienie się na rozmowę. Sama rozmowa na początku szła gładko - pytanie o zainteresowania, o studia, o doświadczenie. A potem pytanie o stan zdrowia. Jako, że mój stan zdrowia jest ok, tak też zgodnie z prawdą powiedziałam - że nie mam przeciwwskazań do pracy w biurze. No i tu dowiedziałam się na czym biurowa praca polega.

Otóż oczywiście za biurkiem przy komputerku siedzieć będę, przyjmować zamówienia, drukować fakturki... ale to nie to wszystko. Do moich obowiązków należy także:

- załadunek towaru do samochodu klienta
- rozładunek z samochodu firmowego
- załadunek do samochodu firmowego
- znoszenie zamówień przed załadunkiem z magazynu, po schodach, z parteru, 1 i 2 piętra (windy brak)

Tak, nawet jeśli ktoś zamówi: 3 tablice szkolne, 50 ryz papieru, 2 drukarki, tonę mazaków - wszystko znoszę JA, z tych magazynów. A przy gabarytowo większych rzeczach, typu ksero do dużego biura, mam wziąć sobie do pomocy koleżankę.

Co lepsze, na tym najwyższym pietrze wcale nie było długopisów i ołówków, ale właśnie to, co schodzi najrzadziej - drukarki, kopiarki, krzesła i fotele biurowe....
Na parterze był w 99% sam papier, na stosach wyższych ode mnie.

Czy w tej firmie są mężczyźni? Oczywiście że są, ale na moje pytanie związane z tym noszeniem towaru, dowiedziałam się, że panowie są TYLKO od rozwożenia towaru i mają ZAKAZ wstępu na magazyny.

Powiedziałam pani, że coś czuje, że mnie chyba w kręgosłupie zaczęło pobolewać, a to chyba jest duże przeciwwskazanie do pracy tutaj i wyszłam.

-------

Jakiś czas później musiałam kupić paręnaście ryz papieru, a że hurtownia naprawdę jest tania, pojechałam po ten papier z tatą właśnie tam, gdzie była oferta pracy.
Papier zamówiony, zapłacony, mamy czekać na wydanie z magazynu. Papier w ilości po 3 ryzy nosi nam małe chuchro, mniejsze niż ja (a sama mam 165 i 48 kg). Wystawiła to na dwór i tata zaczyna brać papier w celu załadowania do bagażnika. A dziewczyna na to, że nie, że ona sama. Tata w śmiech, że tak, on wie, bo córka chciała tu pracować, ale dla niego to głupota i on sam zaniesie. Ale dziewczyna że nie, że ona musi i że bardzo prosi, by jej nie wyręczać.

No i chcąc nie chcąc, załadowała nam sama ten papier. Tata już wolał na wszelki wypadek się nie wtrącać, bo nie wiadomo, jakie by miała nieprzyjemności, jakby ktoś przypadkiem przejrzał nagranie z monitoringu, a na nim dorosły facet, 185 cm wzrostu, sam biedaczek pakuje swoje zamówienie do swojego samochodu...

Nadal się tylko zastanawiam, co by było, jakbyśmy kupowali coś naprawdę większego.

hurtownia zaopatrujaca biura

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 617 (657)

#14406

(PW) ·
| Do ulubionych
Troszkę ponad 2 lata temu pracowałam w dziekanacie. Choć nie było tu wiele historii zabawnych czy piekielnych, a jedną już opisałam, czas na drugą.

Pamiętam jak dziś. 9 luty, dzień po moich urodzinach, poniedziałek. Przychodzi Pan w średnim wieku. Pana nie kojarzę, ale dużo osób nawet po 40 roku życia u nas studiowało więc pytam o co chodzi. (P- pan, J- ja):

P: Ja do dziekana ( Bez zbędnego dzień dobry ).
J: Dzień dobry. Dziekan studentów przyjmuje we wtorki.
P: Nie jestem studentem. Chcę więc rozmawiać z dziekanem teraz.
J: Dziś dziekana nie ma. Przyjmuje wszystkie osoby we wtorki oraz w czasie przerw na wykładach w czwartki, piątki i soboty.
P: Proszę o numer do dziekana.
J: Nie jestem upoważniona do tego, żeby podawać numer dziekana, ale o co chodzi, może ja pomogę?

I tu względnie spokojny pan jak się nie rozzłości:

P: Bo to jest proszę Pani skandal, żeby 14ego lutego robić wykłady!!
J: Ale dlaczego?
P: Takie święto proszę pani, takie święto, a mój syn musi do szkoły przyjść, bo jak nie przyjdzie, to nieobecność będzie miał, roku nie zaliczy!!
J: Jeśli jest to jakieś ważne dla państwa święto wystarczy że syn każdemu wykładowcy z jakim ma w sobotę zajęcia powie, jak się sprawa ma i myślę, że nie będzie problemów.
P: Ważne proszę Pani!! Walentynki są!! I mój syn ma je spędzić z dziewczyną a nie od 14:00 do 20:00 w szkole siedzieć! I ja z tym do dziekana pójdę i ja mu powiem co o tym myślę i syna od razu usprawiedliwię, żeby potem on problemów nie maił.

Poszedł trzaskając drzwiami a ja nie wiedziałam czy się śmiać, czy w ogóle co..? Siedziałam i wyglądałam tak : O_o

Wyobraźcie sobie, że we wtorek wrócił i u dziekana był. Dziekan nigdy, przenigdy nie był tak wściekły. O szczegóły bałam się zapytać. Dziekan tylko powiedział:
- Ja mu dopiero walentynki urządzę...
Tak.. owy chłopak miał z dziekanem matematykę i ekonomię. To był jego pierwszy semestr. Matematykę i ekonomię ma się przez 3 semestry.

Wyższa szkoła

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 564 (630)

#14382

(PW) ·
| Do ulubionych
2 lata temu, przez troszkę ponad rok byłam panią z dziekanatu. Studiując też samemu, jednak na innej uczelni, doskonale zdawałam sobie sprawę, że idąc do dziekanatu, człowiek nastawiony jest na przeprawę gorszą niż przetrwanie rok w buszu, dlatego starałam się być naprawdę miłą panią z dziekanatu, a że lat miałam 23, to też wiele studentów znałam, byliśmy na "ty".
Wierzcie lub nie, ale panie z dziekanatu też nie mają łatwo.

Kończyła się sesja. Wiadomo, poprawki, warunki...
Przyszedł on. Wyglądał normalnie, sympatyczny, z oczu patrzyło mu dość mądrze. Przyszedł po wniosek o przyznanie warunku. Daje mu kartkę z gotowym drukiem, on bierze i kontempluje. W końcu coś naskrobał i patrzy na mnie i pyta ( S - student, J -ja):

S: Którego jest dzisiaj?
J: 16 lipca.

Bierze, datę (bo to właśnie ją wcześniej naskrobał) i skreśla.

J: Na wniosku nie może być skreśleń.

Wziął, wniosek wyrzucił, bierze drugi.

Pisze. Datę napisał i znów myśli.

S: Z jakiej ja jestem grupy?

Zrezygnowana wstukuję nazwisko w system.

J: Grupa C.

Wpisał. Potem nawet się rozpisał, lecz wnet pyta, co dalej.
Patrzę mu na kartkę i widzę: Kierunek: Gospodarka i Administracja Publiczna.

J: Proszę pana, to nie kierunek, to specjalizacja. Jest pan na Administracji.

Ok, kolejna kartka w kosz, nowa w ruch i skrobie. Naskrobał.

S: Do...?
J: Rektora Wyższej Szkoły Piekielnej, profesora zwyczajnego doktora habilitowanego Stefana Piekielnego.

Pisze.

S: No, do REAKTORA, co dalej?

Padłam. Zaczęłam się śmiać. On nie wie czemu, ale jakoś napełniła mnie litość i kazałam przepisać, dyktując mu Rektora literka po literce.

Udało mu się nagłówek wypełnić,ale też zapytał jeszcze raz o tytuły przed nazwiskiem Rektora. Zerkam i znów umieram:
"profes. zwycz. dokt. habit..."

Dalej litościwa, choć lekko zszokowana mówię, że ma napisać treść prośby, a potem na czysto napiszemy to razem, bo znów ma błąd, a Rektor to Rektor i za takie błędy nie przyzna warunku.
Skrobie. Kreśli, skrobie.
Oddaje:

"proszę o danie mi warunku z przedmiotu matematyka, bo nie zdałem"

Jako dobra pani z dziekanatu, a może zwyczajnie naiwna wariatka, całe pismo mu sama napisałam, kazałam się tylko podpisać.
Dlaczego?
Bo Rektor by mnie zrugał, za przyjęcie czegoś takiego. Po drugie, pewnie pisalibyśmy to pismo wspólnie jeszcze z godzinę.

!Ciekawostka! Skróty tytułów wg studentów:
MGR- mag, mr,
DR - dokt, dor,
HAB. - habit, habilit
PROF. - psor, profes, pros (to mnie do dziś bawi), pro
ZW. - zwycz, zwyczaj, zw-ny

Szkola wyzsza

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 465 (521)

#14383

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzadko jeżdżę autobusem, jednak zawsze staram się mieć w portfelu bilet, tak w razie czego.
W ten dzień nie mogłam jechać samochodem, więc musiałam udać się na autobus. Pech chciał, że biletu nie miałam, a sklepik w którym mozna je było kupić wycofał ich sprzedaż.
Myślę sobie, że nic, trudno, kupie u kierowcy, więc jeszcze w domu odliczam 1,20 zł (oraz 3,60 zł w razie gdyby były tylko najdroższe, bo tak tez może być) i idę na przystanek.
Autobus podjechał, wsiadam i proszę o bilet. (K - kierowca, J - ja).

J: Dzień dobry, bilet za 1,20 proszę.
K: Nie ma.
J: To za 3,60.
K: W ogóle nie ma. Skończyły się.

Jechałam do pracy. Musiałam jechać! No nic, więc siadam na krzesełko i jadę.
Pan kierowca dogląda mnie w lusterku, bierze komórkę i dzwoni gdzieś. Jeszcze nie skojarzyłam, gdzie może dzwonić.

Na szczęście pewna przesympatyczna starsza Pani, zapytała, czy mam ten bilet, więc mówię jej, że nie. Wtedy podała i z portfela swój bilet i powiedziała że mi sprzeda. Odkupiłam i skasowałam w kasowniku, który był za kabiną kierowcy, więc on tego nie widział.

Jedziemy sobie, ja ze staruszką rozmawiam w najlepsze i wtedy, jakieś ja wiem... 200 metrów od dworca, czyli miejsca docelowego, autobus zjeżdża na pobocze i wpuszcza nikogo innego jak kontrolerów!

Drzwi się zamknęły, kontrola sprawdziła mi bilet i po ok pól minuty wychodzę z autobusu już kojarząca, do kogo był telefon kierowcy.

Wyszłam przednim wyjściem, promiennie się do kierowcy uśmiechając, natomiast ten o mało co z wrażenia kierownicy nie zjadł, bo przecież właśnie powinien mi być wypisywany mandat, a ja bezczelna sobie poszłam! Wychodząc, w oczy ukuło mnie jeszcze coś, czego wcześniej nie zauważyłam - urządzenie, które drukuje bilety - z załadowana rolką do drukowania, gotowe by wydrukować potrzebującemu bilet.

MZKP

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 832 (878)

#12227

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę lat temu odbywałam w biurze poselskim staż. Każde takie biuro, oprócz posła posiada dyrektora biura. W biurze, w którym ja pracowałam, dyrektorem takim był Lesio - bohater wielu niezapomnianych historii.

HISTORIA TRZECIA:

Biuro znajdowało się w mieszkaniu w starej kamienicy z piecami kaflowymi - powodowało to siadanie stropu w pobliżu pieca, więc podłoga była krzywa. Do biura do pokoju konferencyjnego - gdzie w rogu stal piec przywieziono stół, krzesła i malutką biurową meblościankę. Samego momentu przynoszenia mebli do biura nie widzialam - przyszłam do pracy i już stało.
Idę zobaczyć - całkiem to ładne, jednak meblościanka (ze szklaną witryną) kiwa się lekko na boki, do przodu i do tylu. Myślę sobie, że może się przewrócić chociażby jak zatrzęsie się ziemia (mieszkam w mieście które praktycznie cale pokryte jest korytarzami kopalnianymi i czasem coś tąpnie).
Godzina 12:00 - przychodzi Lesio i mówię mu o moich obawach. Okazało się że on już o 8:00 był jak meble przyjechały, a teraz wraca z miasta więc on już wie, że się mebel buja, no ale jak się przewróci, to trudno. Jednak jeśli mam pomysł - to mam go zrealizować.
Jestem kobietą i dokładnie się nie znam, ale wpadłam na pomysł, żeby podstawić pod dolne rogi mebla drewniane klocki. Lesiowi się spodobało i każe mi owe klocki iść i zakupić. Mówię mu, ze nie wiem jakie mają być wysokie i że to trzeba pomierzyć. Kazał zmierzyć. I jak mówiłam - nie znam się i kolejny przebłysk w głowie - ale do tego potrzeba waserwagi! (mnie się tak wydawało, fachowcem nie jestem i nie wiem jak naprawdę można to było zrobić)
I tu nastąpiła Lesiowa konsternacja. Widać jak mózg pracuje na najwyższych obrotach, coś się zakotłowało, zawirowało i Lesio wypala:

- A co to jest?

Szczerze przyznam że przeżyłam szok. W szoku tym chwilowo zapomniałam jak to się nazywa tak poprawnie więc zaczynam opisywać, że żółte, że długie, że ma miarki. Jednak Lesio nic, zero, nie wie co to i koniec.
W końcu mi się przypomniało:

- O! Poziomica się to nazywa. (I tu liczę na odpowiedź: Aaa... poziomica, no tak!!)
- Nie wiem co to jest.

Zwątpiłam. Lesio też. Poszłam i pokazałam mu w internecie w nadziei, ze chociaż to widział kiedykolwiek.
Nie widział...


W tym samym dniu nastąpił godzinny wykład czym różni się CD od dyskietki 3,5" (to było 6 lat temu i dyskietki jeszcze były w użyciu) ponieważ Lesio kazał księgowej przenieść dyskietkę i ona właśnie dyskietkę przyniosła. Plik się nie zmieścił a Lesio w ogóle nie rozumiał dlaczego, przecież to się TYLKO różni KSZTAŁTEM.

Biuro poselskie PiS

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (433)

#12225

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę lat temu odbywałam w biurze poselskim staż. Każde takie biuro, oprócz posła posiada dyrektora biura. W biurze, w którym ja pracowałam, dyrektorem takim był Lesio - bohater wielu niezapomnianych historii.

HISTORIA DRUGA:

W pewien upalny czwartek przyszła do nas do biura - a raczej do Lesia - sympatyczka PiS z wielką blachą sernika. Mnie dostał się jeden kawałek (muszę przyznać że ciasto było rewelacyjne), natomiast reszta przypadła w udziale Lesiowi, który miał resztę zabrać to domu.
Niestety Lesio mieszkał 45 km od biura i jeździł autobusem - bo miesięczny bilet był tańszy od benzyny. Niestety dlatego - że nie mógł on tej blachy ciasta wziąć, ale postanowił w piątek przyjechać samochodem specjalnie po sernik.
W piątek rano Lesio chyba o cieście zapomniał i przyjechał autobusem. Tego dnia wychodziłam do domu wcześniej, więc przez weekend nie znałam losu ciasta - które w poniedziałek znalazłam w spiżarni.
Sernik nie mój - nie ruszam. On sam też się jeszcze nie ruszał, więc go Lesiowi zostawiłam.
12:00 godzina - przyszedł (Lesio, nie sernik). Rozpakował swoje papierki i idzie do mnie. Patrzy, na twarzy grymas. Bez słowa odszedł.
10 minut później wraca i rzecze:

- Jadła Pani dziś ten sernik?
- Nie, nie jadłam.
- A ma Pani ochotę?
- Nie, dziękuje.

Poszedł. Mija 10 minut i wraca:

- A nie smakował Pani w czwartek?
- Smakował, jeden z lepszych jakie jadłam.
- To może jednak zje Pani?
- Nie, dziękuję.

Odszedł 5 kroków i wraca:

- Ale na pewno?
- Na pewno.

Znów wybył z sekretariatu, ale jak się domyślacie - wrócił:

- Bo wie Pani co, jakby pani jednak chciała to niech pani sobie weźmie, bo ja to się boje, że on już zepsuty, a jak pani zje i pani tak do godziny źle nie poczuje, to proszę mi powiedzieć, też sobie zjem, bo tak sam to się boję i wolę żeby jednak najpierw pani go zjadła.


Sernika nie zjadłam - co skutkowało również tym, że i Lesio go nie zjadł. We wtorek ciasto wyrzuciłam. A co.. jeszcze by mi gotów na sile go wepchnąć w usta.

Biuro poselskie PiS

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 592 (704)

#12224

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę lat temu odbywałam w biurze poselskim staż. Każde takie biuro, oprócz posła posiada dyrektora biura. W biurze, w którym ja pracowałam, dyrektorem takim był Lesio - bohater wielu niezapomnianych historii.

HISTORIA PIERWSZA:

Biuro znajdowało się w kamienicy - powstało z mieszkania. Drzwi do lokalu - solidne i drewniane, z mlecznymi szybami.
Razu pewnego Lesio przydreptał do sekretariatu w którym siedziałam i wręczył mi metalową tabliczkę z logo partii oraz nazwiskiem posła, jednocześnie mówiąc, że mam wymyślić COŚ żeby tę tabliczkę przymocować do drzwi, tu i teraz.
Jedyne co mogłam zrobić w danym momencie, to przykleić plakietkę taśmą dwustronną, ale niestety jako że tabliczka była ciężka nie miało to sensu, jednak Lesiowi należało pokazać, że się ktoś stara jednak jego polecenia wypełniać. Tabliczka odpadła po ok 5 minutach.
Wpadłam więc na pomysł, że na drugi dzień poproszę tatę o pomoc, a wcześniej zapytałam Lesia, czy w czasie przymocowywania tabliczki wszystkie chwyty są dozwolone - TAK.
Z rana o 10:00 stawiam się w biurze z tatą zaopatrzonym w pistolet z silikonem. Lesio często przychodził kolo 12:00, jednak tego dnia był już o 10:00 i postanowił asystować tacie przy mocowaniu tabliczki. Lesio wybrał miejsce jej przymocowania - mniej więcej na wysokości 2/3 drzwi na SZKLANEJ szybie. Tata odbezpiecza pistolet a na twarzy Lesia pojawia się jakiś taki grymas, niepewność i chęć zareagowania na to, co robi tata. Gdy już pistolet został odkorkowany i tata zbliżył go do wewnętrznej strony tabliczki, Lesio nie wytrzymał i rzecze:

- A trzeba to tak silikonem? Nie można gwoździami?

Choć mój tata - było po nim widać - miał nieodpartą ochotę wybuchnięcia śmiechem, ze stoickim spokojem i pełną powagą, choć drżącymi kącikami ust odparł:

- Panie dyrektorze, sądzę, że silikonem będzie jednak lepiej.

A ja tam nie wiem.. w końcu wszystkie chwyty były dozwolone :)

Biuro poselskie PiS

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (539)

#10728

(PW) ·
| Do ulubionych
Krupówki. Lodziarnia na skrzyżowaniu (jest tam też chyba jakaś fontanna, mostek i kiedyś stal symulator 3D). Lodziarnia dokładnie na przeciw miejsca gdzie symulator stał.

Bardzo lubię lody i nie przepuszczę okazji gdy widzę takie, które wyglądają smakowicie.
Byłam z rodzicami na wakacjach (ja wiem, jakieś 5-6 lat temu)i towarzyszył nam nasz jamnik. Lody zamawiało się w środku lodziarni, a z pieskiem wejść nie można było, więc plan był taki, że idę wybrać smaki gałek, a potem pilnuję psa i mama kupuje lody.

Poszłam, wybrałam, wracam i mówię co chce. Mama idzie i staje w kolejce a ja sobie oglądam witrynę lodziarni, przez którą widać było w rządku ustawione pojemniki z polewami do lodów. Widzę - idzie kobieta, pani z lodziarni, z taką dłuuuugą łyżką i zaczyna mieszać pierwszą polewę. Niby nic w tym dziwnego, ona miesza, ja patrzę, gdy pani nagle wyciąga łyżkę i sru.. pakuje ją do ust a potem dokładnie oblizuje. To jeszcze można było by znieść, gdyby łyżkę zabrała i odniosła do kuchni by ją umyć, ale gdzie tam! Tą samą łyżka zaczęła mieszać kolejną polewę i dokładnie po tej czynność oblizując łyżkę. Gdy wyszłam z szoku, weszłam z psem do lodziarni, obwieściłam mamie co widziałam i pędem wyszłyśmy.

Co gorsze.. Pani mieszaczka widziała że ja widzę i że zabieram mamę z lodziarni, jednak tylko popatrzyła na mnie i przechodziła do mieszania kolejnej polewy.

lodziarnia na Krupówkach

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 542 (598)

1