Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

SecuritySoldier

Zamieszcza historie od: 1 grudnia 2010 - 18:00
Ostatnio: 3 grudnia 2017 - 19:26
Gadu-gadu: 7659312
O sobie:

BYŁY ochroniarz.

--------------------------------
Forum piekielnych:
http://www.piekielni.pun.pl/forums.php
--------------------------------
Jeśli jeszcze dziś nie kliknąłeś/aś:
http://www.pajacyk.pl/zlicz.php

  • Historii na głównej: 241 z 302
  • Punktów za historie: 182540
  • Komentarzy: 4814
  • Punktów za komentarze: 29383
 

#80540

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrocław, sobotnie popołudnie.
Wyskoczyłem na szybko do najbliższego płaziego sklepu po kilka brakujących artykułów żywnościowych. Przede mną w kolejce stał sobie starszy pan, bez jakichkolwiek zakupów w ręku, który gdy przyszła jego kolej, dziarsko poprawił swój szary płaszcz.

- Bry! Sól gdzie znajdę?
- Witam, za panem, obok pieczywa - odpowiedział kasjer.
Pan wyskoczył z kolejki i zaczął kontemplować zawartość półek. Po minucie oczekiwania podszedłem do kasy i podałem swoje trzy produkty do skasowania.
- Nie macie krystalicznej soli? - zapytał pan krzykiem z miejsca gdzie stał.
- Niestety, tylko to co na regale.
- Wszędzie tylko ta paskudna... dlaczego nie macie krystalicznej?
Kasjer zarzucił kasowanie moich produktów, by grzecznościowo patrzeć na rozmówcę.
- Niestety nie wiem.
- Ale mi mówili, że tu w okolicy to będzie w Żabce! - nie wiem czemu, ale resztę kolejki to rozbawiło.
- Niestety, nie mamy tego w ofercie...
- To pan sprowadzi!
- Wątpię, by pracownik miał wpływ na zatowarowanie sklepu - uznałem za stosowne się włączyć.
- Ja nie będę po całym mieście jeździł za solą! Wy mi sprowadźcie!
- Zapytam szefa... - zaczął kasjer.
- Nie pytaj, tylko MA być! Jasne?!

Bardzo nie lubię takiego tonu i zachowań. Ciągle chyba mam w pamięci jak to wyglądało, gdy ja pracowałem w sklepach.
- Te, skocz mi pan na szybko po znaczki, jak już czekasz na sól! - zakomenderowałem do uciążliwego klienta.
- Ja nie będę dla pana po znaczki biegał!
- A kasjer nie będzie robił za kuriera dla pana.

Odpowiedzią były jakieś pomruki i czerwień rodem z flagi ZSRR. Nim ostatni z moich zakupów został skasowany, zły duch opuścił sklep.

Życie codzienne

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (147)
Uwaga, uwaga!

Firma windykacyjna Vex roznosi po Wrocławiu ulotki/papierowe paski z żądaniem kontaktu. Moja matka dostała takie dwa.

Po telefonie i awanturze (oni krzyczeli na nią, nie odwrotnie) powiedzieli jej, że ma zanieść ten papierek do sąsiadki spod innego numeru.

Ja dorwałem ulotkarza z tym samym szajsem pod swoją bramą. Kręcił, opowiadał farmazony, ale w końcu przyznał, że wrzuca do wszystkich skrzynek ten sam śmieć z żądaniem kontaktu. Gdy mają w bramie jakiegoś "klienta", to każą sąsiadom zanosić im papiery, żeby wywrzeć na dłużniku presję, ale jednocześnie zbierają dane wszystkich którzy dzwonią.

Gdy dziś dzwoniłem do nich i żądałem wyjaśnień, jakiś bezczelny Pawian najpierw usiłował, krzykiem, wydębić moje dane, a potem na wszystkie moje pytania odpowiadał "trochę kultury!" i "co tak agresywnie?". Gdy powiedziałem, że nie mam u nich długów i nie ma nade mną żadnej władzy, rozłączył się.

Drugi telefon odebrała jakaś dziewoja, która nie bardzo wiedziała, co mówić. Odesłała mnie do ich strony internetowej i też się rozłączyła.

Czy ktoś jeszcze dostał takie świstki?

Zamierzam drążyć temat aż przestaną stosować takie zagrywki - pamiętajcie, że jutro może trafić na Was albo Waszych starszych rodziców lub dziadków.

Z nimi ten Pawian z pierwszej rozmowy może zrobić wszystko, nawet wpędzić w fikcyjne zadłużenie!

Wrocław

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (194)
Znalazłem telefon, biały Huawei z charakterystycznym etui, leżał pod bramą, to uznałem, że właściciel tam mieszka. Schowałem w kieszeń, wyjąłem swojego czarnego Samsunga, bo jakoś tak dziwnie z dwoma w kieszeni i poszedłem na obchód po mieszkaniach w trzech kolejnych bramach, niestety telefon jest zablokowany albo nawet bez sim. Dziwna sprawa.
W czterech mieszkaniach ktoś zgubił telefon, ale ani razu białego, tylko wszyscy czarne, a niektórzy to nawet czarne Samsungi!

Jak w kolejnym facet zażądał pokazania, bo wtedy oceni czy może jego, zrezygnowałem i polazłem z nim do domu. Jeszcze dziś powieszę kartkę z informacją o znalezisku, jak właściciel się nie zgłosi, w poniedziałek czy wtorek, zaniosę go na policję.

Życie codzienne

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (241)
Nogę zwichnąłem. Niby nic, umierać na to nie zamierzam, ale czasem trochę boli.

W temacie, że boli, postanowiłem nie przeciążać kopyta i przysiadłem w autobusie. Wybrałem jedno z siedzeń typu "czwórka" - po dwa siedzenia skierowane na przeciw siebie. Udało mi się tak przejechać na nim dwa przystanki gdy, na trzecim z kolei, na siedzenie obok wpadła, dosłownie wpadła, niewiasta w wieku lekko poprodukcyjnym. Nie miałbym jej za złe zajęcia wolnej przestrzeni, gdyby użyła jakiegoś zwrotu grzecznościowego, w stylu "przepraszam". Niestety, chyba jednak trafiłem na córkę Minotaura, bo temat załatwiła nieomal z byka, tratując mi przy tym obolałą nogę. Twardy jestem - no, powiedzmy, staram się być - jednak to mnie ubodło. Na tyle, że syknąłem z bólu.

Nic nie zdążyłem więcej zrobić, a Pani już zaczęła się mościć jak dzik na kasztanach. Stękała, sapała, szturchała mnie namiętnie pod żebra, wszystko by tylko wywalczyć sobie więcej wolnej przestrzeni. Zajęty wewnętrznym monologiem, w którym naprzemiennie używałem słów "noga" i wulgarnego synonimu prostytutki, nie zdążyłem odpowiednio szybko dostosować się do wymogów współpasażerki. W końcu Pani, wyraźnie niezadowolona, postanowiła przemówić.

- No przesuń, że się! Nie mieszczę się! - syknęła dość głośno.
- Jak to jest, że siedzenia mamy takie same, ja ważę ponad osiemdziesiąt kilogramów i ja się mieszczę? - zapytałem ciekawie.

Pani dokonała niemożliwego, jednocześnie się nadęła i skurczyła, bo koło mnie zrobiło się naraz sporo luzu.
Resztę drogi przejechaliśmy w ciszy, każde kontemplując swoje problemy.

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (304)

#76576

(PW) ·
| Do ulubionych
Smutno mi.

Dwa dni temu, na spacerze z psami, widziałem jak dwie małe dziewczynki zaglądają do nory między korzeniami drzewa. Kłóciły się przy tym z chłopcem stojącym obok o to, czy mogą tam żyć krasnoludki. Chłopiec, na oko sześcioletni, tak jak jego koleżanki, upierał się, że krasnoludków nie ma, więc i w norce mieszkać nie mogą.
Trochę mi to nie dawało spokoju, bo to cholernie smutne, gdy dzieci za szybko orientują się w jak szarym świecie żyjemy. Pomyślałem więc, że może mogę coś zrobić, żeby chociaż nie były aż tak „pewne siebie” i postanowiłem trochę ubarwić miejsce ich zabaw.

Rzeczoną norkę przerobiłem, z użyciem kawałka deski przyciętego pod wymiar, odrobiny terrarystycznego mchu i glinianej miniatury dzbana w schludny domek prawdziwego krasnala. Wyszło mi na tyle ładnie, że pozwoliłem sobie zrobić zdjęcia i z opisem wrzucić na swój profil na FB - może ktoś zdecyduje się na podobne miniprzedsięwzięcie?

O ile znajomi nawet dość entuzjastycznie podeszli do tematu (jak to na mediach społecznościowych) rzucając garścią lajków, o tyle w rozmowie telefonicznej dowiedziałem się od znajomego, że to co zrobiłem to czysta głupota.
Ponoć marnuję czas, zanieczyszczam środowisko, mącę w głowach dzieciom, utrudniam dorosłym wychowywanie dzieci... Ogólnie, jak nie mam co robić, to mogę mu np. samochód umyć.
Niby wszystko żartem, niby przekomarzanie się, ale widać było, że moja inicjatywa po prostu mu się nie podoba. Nie tylko jako facetowi i człowiekowi, ale też ojcu czteroletniego chłopca.

Naprawdę dotrwaliśmy do takich czasów, że rodzice nie chcą, by dzieci wierzyły w bajki?

Życie codzienne

Skomentuj (69) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (327)

#75953

(PW) ·
| Do ulubionych
Szare, polskie blokowisko, pociągnięte styropianem, chyba tylko po to, by opozycja na nim nie siedziała.
Pewien pan zostawiał rower na klatce schodowej bloku w którym mieszkał. To niedobrze, bo nie powinno się zagracać dróg ewakuacji pożarowej. Jeszcze gorzej, bo przypinał go do poręczy, na schodach prowadzących na pierwsze piętro.

Inny pan, sąsiad pierwszego, na szkoleniu z BHP w pracy dowiedział się, że nawyk jego kuma nie jest zbyt bezpieczny. Poszedł więc sprawę wyjaśnić.
Jak to ma nasze społeczeństwo w zwyczaju i jak śpiewał poeta - "Od słowa, do słowa, narasta rozmowa...". W zgodzie z wielowiekową tradycją narastała ta rozmowa i pęczniała przez kilka dobrych dni.
Przyjazne stosunki - ochłodziły się. Uprzejmości zmieniły się w krzyki. Drobne uprzejmości transformowały się w olbrzymie złośliwości. Zaczęła się regularna wojna podjazdowa.

W każdym konflikcie zawsze pojawi się moment szczytowy - gargantuiczna eskalacja, która z reguły powoduje ofiary po obu stronach. Czy mogłoby tu, w zwykłej, sąsiedzkiej kłótni, być inaczej?
Spotkali się obaj przeciwnicy na ubitym lastryko, a awaria windy uwolniła ich bestie. Po pół godzinie krzyków w końcu właściciel roweru postanowił sprzeczkę urwać.

- Rower będę sobie stawiał gdzie mi się k***a podoba. Wara ci od tego bucu! - krzyknął.
- Taaaak? - zapytał przeszkolony z BHP sąsiad, porażony chyba siłą starosłowiańskiego zaklęcia przeciwnika.
- Tak k***a! - nie znam się, ale pewnie efekt magii był chwilowy, więc inkantacje trzeba było powtarzać co drugie zdanie - Mój rower, moja decyzja! Będzie stał tam jak przyspawany k***a!

Po tym przemówieniu właściciel dwóch kółek teleportował się schodami do mieszkania.
Myślicie, że to koniec? Że w końcu jedna ze stron przekrzyczała drugą? No oczywiście, że nie.

BHPowiec zszedł do piwnicy, wziął swoją wierną elektryczną spawarkę i faktycznie... przyspawał ramę roweru do poręczy.

sąsiedzi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 366 (400)

#72651

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z dzisiejszego wieczoru.
Idę ulicą we Wrocławiu, nagle z bramy wypada dzieciak, może z 16-17 lat. Z ust toczy pianę, w jednej ręce ściska jakieś płyty czy zeszyty, drugą wykonuje nieskoordynowane ruchy na wszystkie strony. Chyba popuścił przy okazji w spodnie. Wypadł z takim impetem, że zatrzymał się na środku jezdni, samochód, który akurat wtedy jechał zatrzymał się na centymetry od niego!

Zanim zdążyłem zareagować, dzieciak dostał przyśpieszenia do trzeciej kosmicznej i polecał wzdłuż jezdni. Tak biegać nie powinien, zadzwoniłem na policję.
Skracając dialogi: pani dyspozytorka stwierdziła, że oni nie są od biegania za dzieciakami. Jak on sobie biega, to im nic do tego. Rozłączyła się.

Dzwonię na pogotowie: Pani dyspozytorka chciałaby pomóc, serio, słyszałem to w jej głosie. Niestety, nie mogła - nie potrafiłem nawet przybliżyć, gdzie dzieciak mógłby być. Obiecała, że sama zawiadomi policję.

Wracam do domu ze sklepu, do którego szedłem, gdy natknąłem się na tego dzieciaka i widzę go. Stoi przy przejściu dla pieszych! Lecę do niego, a on niepewnym krokiem znów pakuje się pod samochód. Tym razem, na szczęście, też nie dochodzi do tragedii.
Ściągam go z jezdni, pytam co się dzieje i słyszę "Spoko, to przez cukier i muzykę, za dużo muzyki i mnie roznosi".

Łączę się przez słuchawkę z policją, znów wyłuszczam sprawę tej same dyspozytorce... Ona każe mi się łączyć z pogotowiem.
Jak młody zrozumiał, że rozmawiam przez słuchawkę z policją, nagle znów zmienił się we wkurzonego Yodę i odleciał szybciej niż byłem w stanie zareagować.
Zobaczyłem na skrzyżowaniu radiowóz, pobiegłem do nich... Nie mogli pomóc, jechali już na interwencję, "proszę dzwonić na pogotowie".

Wściekły jak sto nieszczęść dzwonię na to cholerne pogotowie - odbiera DYSPOZYTOR.
Tu też nie ma się co rozpisywać: "oni nie przyjadą, oni nie są od tego, policja też może nie być od tego".
Pytam "kto weźmie odpowiedzialność za dzieciaka, jak sobie coś zrobi?" i słyszę "to ja przyjmuje zgłoszenie, pana nazwisko?". Myślałem, że się w końcu udało... Podałem i pytam, faktycznie, dość zjadliwie, czy to moje nazwisko im pomoże? Nie, ale jak go nie złapią, to... JA POKRYJĘ KOSZTY INTERWENCJI!
Nawet nie wysłuchał do końca pytania, czy to przypadkiem nie powinna płacić policja, skoro mnie do nich usilnie kieruje, bo się rozłączył.

Rozumiecie? Policja ma zaćpanego/chorego dzieciaka gdzieś, pogotowie też, a mnie straszą, bo nie chcę odpuścić i proszę o pomoc w tej sytuacji!

Byłem już na komisariacie, zgłosiłem przypadek młodego, niech go ktoś szuka, zanim coś się nie stanie. Jutro idę robić aferę na pogotowiu. Całe szczęście, że dzieciaka widzieli też inni ludzie, nie wmówią mi, że bezzasadnie ich szarpałem.

Uważajcie, jak chcecie komuś pomóc, bo jeszcze się okaże, że każą Wam płacić za gonienie służb do roboty.

policja pogotowie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (357)
zarchiwizowany
Tak à propos historii #71505...

Bardzo ważną częścią mojej działalności jest odbieranie telefonów - klienci bardzo często zamawiają moje usługi z powodu sytuacji awaryjnych i nie ma kiedy bawić się w maile czy spotkania. Oczywiście, wiem, że ludzi może wkurzać gdy ktoś rozmawia przez telefon, ale kurcze - czy gdybym rozmawiał z drugą osobą różniłoby się to czymś?
Jechałem tramwajem i rozmawiałem w klientem dość istotne szczegóły akcji która planował, a ponieważ miałem się tym zająć w trybie awaryjnego zastępstwa, nie było możliwości, żeby tą rozmowę przełożyć. Język branżowy ma to do siebie, że bywa czasem skomplikowany, więc i ciężej go zrozumieć, gdy szum ulicy i praca maszyny wchodzą nam w słowo - czasem trzeba coś powtórzyć głośniej. Rzecz jasna, krzyczeć nie wypada, bo raz, że miejsce publiczne, dwa, że do klienta.
Gdy już kończyłem, nagle odezwał się facet w średnim wieku, siedzący trzy siedzenia po przekątnej od mojego.
- Możesz, k...a, się zamknąć?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem. Jakoś tak uwierzyć nie mogłem, że ktoś może tak mówić do obcych sobie ludzi.
- Słyszysz k....a?!
Twarz mojego poirytowanego, łysego z wyboru, współpasażera wskazywała, że łatwo nie będzie. Pożegnałem się szybko z klientem, krótko kreśląc mu sytuacje i zwróciłem się do uprzejmego inaczej.
- O co Panu chodzi?
- O to, że pier...lisz cały czas. Zamknij ryj. - zabawne, że moja rozmowa mu przeszkadzała, ale jego podniesiony, ponad Giewont, głos już nie.
- A wedle jakich zasad?
- Moich k...a.
Przy takiej sile argumentów można było tylko z grubej rury.
- Sam się zamknij, bo drzesz się na cały wagon. W tym momencie mam gdzieś Twoje widzimiesie.
- Jak Ty się nie zamkniesz, to ja Cię zamknę! - cóż było robić? Takiego zaproszenia nie da się zignorować.
- Wysiadam na następnym, chodź ze mną.
Pan jakby troszkę osiadł w sobie, ale zaciętej miny nie porzucił, choć już nic nie komentował. Gdy tramwaj stanął na przystanku i już miałem wysiadać, poczułem że ktoś mocno wypycha mnie z wagonu. Poleciałem do przodu, ale refleks zadziałał i udało mi się nie upaść. Gdy się odwróciłem za mną stał, jak się pewnie domyślacie, łysy szeryf.
- K...a! - ruszył do boju z starosłowiańskim okrzykiem na ustach.
Szarpaliśmy się przez chwilę nie wymieniając ciosów, ja trzymałem go za bluzę, on mnie za bezrękawnik. Pewnie do dziś byśmy się obściskiwali na przystanku Rondo, gdybym nie usłyszał dźwięku wyroku losu - trzasku pękających szwów.
"Cham mi ulubioną szmatę porwał!" - przemknęło mi przez myśl, zaskoczenie zastąpiła wtedy wściekłość.
- Nosz k...a mać kretynie! - huknąłem.
Nie wiem czy to ten okrzyk, czy chęć mordu w oczach, ale facet momentalnie spasował. Puścił moje ubranie, wysmyknął mi się z rąk metoda na piskorza i rzucił do ucieczki ignorując światła, pasy i samochody.
Całe nasze tytaniczne starcie trwało może z pół minuty, żadnych szkód, poza rozdartą kieszenią wewnętrzną, nie doznałem - tylko po jaką dżumę to było?

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (61)
Pojechałem do klientki na umówione zlecenie.

Termin jego wykonania był już ustalony wcześniej, szczegóły miałem dogadać z córką pani zamawiającej z tylko jej znanych względów. Jak kto woli, może po prostu pani się nie zna, albo więcej czasu ma córka?

Dzień wcześniej zadzwoniłem do nich obu, ale odebrała tylko latorośl. Domówiłem zakres prac, podałem orientacyjne stawki, rodzaj i warunki umowy i jednocześnie umówiliśmy się na drugie zlecenie dla tej samej pani.

Zajeżdżam na miejsce lekko chory, w rękach mam narzędzia i...
Pani pyta, jak chcę wykonać tak tytaniczną pracę chory. Z uśmiechem, wszak to miło, gdy ktoś się o nas martwi, wyjaśniam, że umówionemu zakresowi spokojnie podołam. Przecież i tak miałem działać wyłącznie w środku i tylko częściowo, bo przecież później jeszcze realizujemy kolejne zlecenie, a ono wyklucza sensowność prowadzenia wszystkich prac od zaraz. I nagle BUM!

- Ale jak to, tylko część?! - pani nie krzyczała, ale jej ton znamionował zdenerwowanie. - To co to za robota po łebkach?!
- Zgodnie z ustaleniami z pani córką...
- No jak to tak? To co, mnie interesuje robienie po kawałku? Mnie nie interesuje, ja tak nie chcę! Ja muszę z córką porozmawiać!
- Dzwoniłem do pani wczoraj, ale tylko do córki się dodzwoniłem...
- Bo ja mam chyba telefon zepsuty, ale wczoraj z nią rozmawiałam. Mówiła mi, że pan chce po kawałku, ale jak to tak? Mnie takie coś nie interesuje!
- No dobrze, skoro pani sobie życzy, mogę spróbować dziś zrobić całość, ale...
- O nie, nie, nie. Ja tak nie chcę, co mi tu pan będzie chory pracował. Ja tak nie chcę. - próbowałem się odezwać, ale za każdym razem, gdy klientka to widziała, zaczynała mówić jeszcze szybciej. - Jak dla mnie to jest śmieszne, to nie jest tak jak chciałam. Proszę pana, dziś to ja dziękuję za taką pracę.
- Ale...
- Ja nic nie chcę słuchać! Tu zaraz będzie mój znajomy. Powiedział, że on to zrobi, skoro pan nie chce robić całości. Nie, ja panu dziś podziękuję.


No zgłupiałem. Przyznaję, jak rzadko, po prostu zrezygnowałem.
Zacząłem się zbierać do wyjścia, gdy zauważyłem jedną rzecz, którą należało omówić w przyszłym zleceniu - swoją droga, co mi odbiło, że chciałem dalej być błaznem na tym przyjęciu, to ja sam nie wiem.

- Przepraszam, à propos przyszłotygodniowego zlecenia...
- Pan go wykonywać nie będzie! Były takie plany, ale już nie. Do widzenia.
- Do widzenia, przykro mi, że jest pani zdenerwowana. - starałem się jeszcze zachować ostatki kultury, choć gremlin w czaszce zaczynał wygrzebywać się spod tej kupy absurdu, którym mnie zarzuciła.
- Ja, proszę pana, jestem po prostu ZNIESMACZONA. - Ktoś domyśla się, co panią tak zniesmaczyło?

I tak oto się pożegnaliśmy - straciłem czas i trochę dobrego nastroju.
Jest jeden pozytyw, wracając na piechotę, żeby się trochę uspokoić, znalazłem banknot - nominał był wystarczająco duży, żeby pokryć stracony na dojazd czas.

uslugi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (375)

#70624

(PW) ·
| Do ulubionych
Klatka w której znajduje się moje mieszkanie, ma dość skomplikowaną strukturę wewnętrzną.

Część, w której znajdują się schody, jak również wyjście na podwórko oświetlają trzy lampy, jedna przy drzwiach od podwórza, jedna ogólna oświetlająca schody i jedna w przedsionku prowadzącym do bramy przelotowej, z której jest wyjście na ulicę. Taki układ ma tą zaletę, że nawet gdy padnie jedna żarówka, pozostałe dwie pozwalają się nie zabić wieczorami. No właśnie, o ile działają.

Przed wigilią przepaliły się żarówki w przedsionku i główna, drugiego dnia świąt dołączyła do nich ta przy drzwiach. Niestety, dwie pierwsze są na wysokości blisko czterech metrów, a trzecia, najpewniej z powodu licznych kradzieży, zamknięta jest w jakimś rodzaju drucianej klatki zamkniętej na kłódkę. No choćbym nie wiem jak kombinował, drabiny nie mam, klucza do kłódki też - sam nie wymienię.

Dzwoniłem do spółdzielni po świętach, rozmawiałem na ten temat z panią inspektor terenową, obiecała podesłać "techników". Uradowany dodałem, że drzwi od ulicy, jak i podwórza nie zawsze się zamykają - to też mieli poprawić.
W Nowy Rok wracałem do domu po ciemku.

Dzwoniłem przed świętem Trzech Króli, rozmawiałem z inną panią inspektor.
"Ktoś" miał podejść "niebawem". W święto rodzina wychodziła ode mnie po zmroku na czuja, bo światła na klatce nie było.

Dzwoniłem po 06.01, ponownie rozmawiałem z jakąś panią inspektor.
Dwadzieścia minut zajęło mi wyjaśnienie jej czemu nie mogę otworzyć ich instalacji zabezpieczającej lampę przy drzwiach, bo pani "nie rozumie takich technicznych zagadnień". "Technik właściwy dla miejsca mojego zamieszkania" miał się objawić "przed weekendem i załatwić sprawę". Wiecie jak ciężko trafić po ciemku nogą w stopnie, gdy w sobotę pracowało się 14 godzin?

Dzwoniłem w poniedziałek, wściekły jak osa.
Odebrał PAN inspektor terenowy. Najpierw ustawił mnie w szeregu, wyjaśniając, że nie mam prawa być zły, bo ich tam siedzi sześcioro i on nie wie do kogo ja kieruje pretensje, ale na bank nie mogę ich mieć do niego. Potem wyraził powątpiewanie w moje słowa, bo on sobie tego nie wyobraża. Wiecie co jednak mnie dobiło? Zdanie które wypowiedział, a które chyba zapamiętam do końca życia chyba.

- Ja od pana tego zgłoszenia nie przyjmę, bo to by znaczyło, że MY od dwóch tygodni nic z tym nie zrobiliśmy.

Dopiero dopytywanie o jego personalia, straszenie sądem w przypadku wypadku oraz techniki wschodnich mnichów, zwane "postawa wściekłego osła", ruszyły ten głaz niekompetencji.

Jeszcze tego samego dnia dwóch mocno podniszczonych przez życie panów, klnąc na cały świat, wymieniało żarówki na klatce. Ponoć nawet po piętrach przeszli sprawdzając czy wszystkie działają!

Boje się dzwonić z przypomnieniem o drzwiach...

Spółdzielnia usługi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 415 (429)