SecuritySoldier ♂
| Zamieszcza historie od: | 1 grudnia 2010 - 18:00 |
| Ostatnio: | 18 maja 2012 - 6:29 |
| Gadu-gadu: |
|
| O sobie: | Ochroniarz - czyli zwierzę sklepowo- biurowe. -------------------------------- |
- Historii na głównej: 186 z 234
- Punktów za historie: 122862
- Komentarzy: 3503
- Punktów za komentarze: 19262
Jakiś czas temu tłumaczyłem w komentarzach czym jest "instrukcja ochrony obiektu". Ogólnie rzecz ujmując, to taki regulamin i spis obowiązków, który akceptuje się podpisem gdy zaczyna się pracę na danym obiekcie. To, wbrew pozorom, bardzo ważna sprawa, bowiem "czego nie ma w instrukcji, tego nie ma w pracy".
Pracowałem wtedy na średniej wielkości sklepie mieszczącym się w galerii handlowej. Jego kierowniczka wiecznie narzekała na braki w obsadzie sklepu, jednocześnie ograniczając możliwości zatrudnienia dodatkowych ludzi. Ot, najlepiej gdyby zgłosili się do niej wolontariusze nie potrzebujący snu, jedzenia i światła słonecznego. Pewnego dnia kierowniczka wezwała mnie na rozmowę.
- Proszę wynieść śmieci, a potem umyć podłogę w pokoju socjalnym. - Zakomunikowała mi znad jakiś papierzysk. Widać było, że stara się uniknąć mojego wzroku.
- Słucham? Pani żartuje?
Wtedy w końcu na mnie popatrzyła. Złośliwe błyski w jej oczach zwiastowały podstęp.
- Odmawia pan wykonywania swoich obowiązków?
- Nie, tak sobie podśpiewuję... Oczywiście, że odmawiam. Widzi pani mój identyfikator? - Wskazałem palcem na kawałek plastiku na mojej lichej piersi - Tu, "o-ch-r-o-n-a", nie sprzątacz.
- Ach tak? To proszę! - O blat jej biurka trzasnęła plastikowy skoroszyt z "instrukcją". - Co tu pisze? - Zapytała otwierając na stronie "Zadania dodatkowe".
Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że nie było jej tam gdy ja podpisywałem instrukcję. Mam pamięć do tekstów, potrafię odtworzyć treść dokumentów nawet wiele miesięcy po ich przeczytaniu, więc nie było opcji by umknęła mi kartka stwierdzająca, ze ochrona ma:
- wynosić śmieci,
- myć podłogi,
- sprzątać sklep,
- zmieniać dekoracje sezonowe,
- etc.
Mniejsza jednak było o moją pamięć. Fałszerstwo było wprost bezczelne. Każda kartka instrukcji jest podbijana pieczątką mojej firmy, na tej była pieczątka sklepu, zresztą... Pani kierowniczka nawet nie siliła się na wybranie odpowiedniej czcionki.
- Ja to sobie zatrzymam. - Powiedziałem, zabierając skoroszyt z biurka i wychodząc z biura.
Sprawa została zgłoszona do mojego kierownika i szefa kierowniczki - następnego dnia jej zastępczyni awansowała, a piekielna została karnie przeniesiona na stanowisko ekspedientki. Kilka dni później sama odeszła.
Ochrona
Dziś spacerowałem sobie po ochranianym przeze mnie sklepie, gdy drogę zagrodził mi metalowy kosz i jego operatorka, w postaci staropolskiej matrony, rozmiar starszej siostry Tomcia Palucha. Ustawienie regałów, palet z towarem i tego nieszczęsnego zestawu nie pozwalało na przejście inną drogą.
Nachyliłem więc lekko swoją wysokość i przyjaźnie zagadnąłem.
- Przepraszam, może pani przesunąć koszyk? Chciałbym przejść.
Pani odwróciła się ruchem kobry, zmierzyła mnie wzrokiem i wynik chyba jej się nie spodobał. Zmarszczyła nos parodiując mojego świętej pamięci chomika i pufnęła głośno.
- Nie, spier***j. - Odparła wracając do czytania etykiety konserwy.
Mnie pozostało tylko wykonać rozkaz.
Ochrona
Jakby mało było wariatów, złośliwców i zwykłych-niezwykłych dziwaków, w mojej bramie mieszka syn znanej na tym portalu Szczęśćboże. Sąsiad to człowiek prosty jak odcinek, ale chcący uchodzić za skomplikowanego i profesjonalnego. W każdej dziedzinie. Po mamie jest też w pewien sposób skrzywiony religijnie, aczkolwiek w trochę bardziej „mistyczny” sposób.
Gdy dziś wracałem ze spaceru z psami, zatrzymałem się w bramie przy skrzynkach z listami. Psy były wybiegane i nie wydawały żadnych dźwięków, a bramę otwierałem kluczem i pilnowałem by nie hałasowała, bo świadom jestem, że nie wszyscy wstają tak wcześnie jak ja. Skrzynki znajdują się u mnie tuż przy drzwiach, a winda na parterze, który od bramy oddziela kilka schodków i wejście do piwnicy, więc byłem niewidoczny dla zgromadzonych przy windzie. Gdy usłyszałem swoje nazwisko, odruchowo nastawiłem uszu.
- Mógłby ten Piaskowski już wykitować. – Mówiła z wyraźną pretensją latorośl osiedlowej fanatyczki.
Piaskowski to ja, w okolicy innych brak, od czasu gdy mój dziadek przeniósł się na pobliski cmentarz. Że się z sąsiadem nie lubimy to wiedziałem, ale nie rozumiałem tego życzenia. Wszak zdrowy jestem, młody jeszcze, skąd pomysł, że mam przejść do sektora użyźniania gleby? Rozmówca Syna Szczęśćboże chyba też nie wiedział, bo zapytał.
- A co?
- No nic, ale już miesiąc temu dałem na msze w tej intencji i nic! - Tu usłyszałem, że winda zajechała i obaj panowie weszli do niej.
Teraz zastanawiam się czy trzaśnie mnie piorun, deszcz ognia i siarki czy może potop?
Życie codzienne
Nie raz i nie dwa stałem na różnej maści sklepach odzieżowych. Uważam je za piekło w ziemskim wydaniu, stworzone by pognębić plemię ochroniarzy, taka nasza własna wersja pierwszej części „Boskiej Komedii”. Kiedyś jednak trafiłem do, mierząc na oko, szesnastego kręgu tego całego bajzlu.
Przyczyną mojego nieszczęścia była kierowniczka sklepu, nazywana pieszczotliwie Faszystką. Zresztą, to była najmilsze określenie jakie umiałem i umiem znaleźć, gdy o niej myślę. Czemu?
Zacznijmy od tego, że Faszystka traktowała ochronę jak roboty. Informacja, że muszę czasem oddać mocz wywołała w niej szok nie mniejszy niż ten, który spowodowałem informacją o konieczności jedzenia. Przecież powszechnie wiadomo, że „ochrona” to z greki „ten który posiada wakuole i prowadzi fotosyntezę”. Niestety, byłem i jestem w tym względzie wadliwym egzemplarzem, za co szczerze przeprosiłem, pokazując kły jadowe w szerokim uśmiechu.
Druga sprawa, Faszystka wyznaczyła mi teren do pilnowania, choć nie był to cały sklep. Pominę fakt, że w czasie wyznaczania komentowała i zachwalała każdą szmatę której miałem pilnować, zupełnie jakbym miał to wszystko kupić i nosić. Ot, chciała bym chronił najcenniejsze rzeczy, to stała praktyka. Niestałym elementem jest za to jej pretensja do mnie w dniu, gdy znalazł dwa klipsy zabezpieczające w kabinie przebieralni, która mi już nie podlegała. Swoje oburzenie uzasadniła słowy „Co z tego, że stoi pan tu?! Pilnować trzeba całego sklepu!”.
Trzeci grzech tej pani to jej chore oczekiwania. Uważała, ze ochroniarz ma nie opierać się, nie stawać, przez bite dwanaście godzin ma być non-stop w ruchu. Gdy wiązałem buta, stała nade mną krzycząc, ze na pewno udaje, by sobie przykucnąć.
Pół doby chodzenia bez celu z punktu A do punktu B sprawiało, ze nogi zmieniały się w mokra glinę, a kręgosłup w proszek. Pewnego dnia obwieściła mi, że skraca obie moje przerwy z trzydziestu minut do kwadransa. Na tę okoliczność wywiązał się między nami dialog.
- Pani żartuje? – zagaiłem spokojnie, gdy mi to obwieściła.
- Nie, dlaczego? Uznałam, że w taki sposób lepiej wykorzystamy pana pracę.
- Przepraszam, ale tak to się nie da pracować. Moja efektywność jest żadna pod koniec pracy. Jeśli skróci mi pani jeszcze przerwy, to w zasadzie nie ma co marzyć, że będę użyteczny.
- Proszę nie przesadzać panie Michale! Ja jakoś umiem chodzić i nie stękam!
- Bo pani, jako jedyna, ma krzesło za ladą i pracuje na sklepie nie dwanaście godzin, a sześć.
- Pan jest bezczelny! Zadzwonię w tej sprawie do pana kierownika!
Ooo, nawet nie chcecie wiedzieć co sobie wtedy pomyślałem. Gdyby nakręcić z tego film, miałby ograniczenia wiekowe „od +35 lat”. Pohamowałem się jednak.
- Proszę dzwonić. – wskazałem telefon – Teraz, przy mnie.
- Proszę iść na sklep, natychmiast. – tylko to powiedziała, odwracając się do mnie plecami.
Następnego dnia, po moim telefonie do kierownika i wyprostowaniu bzdur jakich o mnie nagadała Faszystka, wróciły normalne przerwy.
W czwartym, ostatnim, punkcie chciałbym wam powiedzieć, że przeróżnych dziwactw w jej wykonaniu było wiele. Zakazywała ochronie używania czajnika znajdującego się w pokoju socjalnym, chciała robić „naloty” na szafkę ochrony, upierała się, by zaglądać do słoika w którym przyniosłem sobie obiad, by sprawdzić czy nie schowałem tam kradzionego towaru...
W zasadzie cały ten cyrk można podsumować kawałkiem z naszej pierwszej rozmowy, gdy moja firma wchodziła na ten obiekt.
- Czy pracował dla pani kiedyś jakiś ochroniarz? – zapytałem wtedy.
- Nie, ale mam jasno określone wymagania co do pana. – odparła wtedy.
Ochrona
Po blisko trzech latach w branży, człowiek ma już zazwyczaj spore doświadczenie w kontaktach ludzko- menelskich, tak mi się zdawało w każdym razie. Za zbytnią pewność siebie spotkała mnie dzisiaj kara.
Po południu, do sklepu, który ochraniam wtoczył się cuchnący denaturatem, zasikany i sponiewierany, znany w tym sklepie od lat, menel. Dla ułatwienia będę nazywał go, używając wariacji pseudonimu nadanego mu przez obsługę sklepu, „Konar”.
Z początku nasz bohater grzecznie zataczał się między półkami, ale już po chwili zaczął wulgarnie krzyczeć do innych klientów. Jakby tego było mało, jednego z kupujących zaczął tytułować „zięciem” i domagać się pożyczki w kwocie 13,45 zł - Za cholerę nie wiem czemu akurat tyle. Oczywiście wyleciałem do niego jak wampir do krwiobusa i usilnie zacząłem namawiać do zaprzestania koncertów.
Powyzywał, postraszył, pozataczał się w koło, ale złapał jakieś produkty w nibynóżki i ruszył do kasy ze mną w roli straży tylnej. Przy kasie upewniłem się, że wszyscy chcą się go pozbyć równie mocno co ja i załatwiłem mu obsłużenie poza kolejką. Poszło nawet sprawnie i już po chwile szedłem za nim w stronę wyjścia... No i tu skończyła się jego wola współpracy. Usiadł mi przy wejściu na sklep i stwierdził, że mogę obgwintować dłonią pewną część jego ciała. Jakoś udało mi się go wyprowadzić, ale po chwili było już tylko gorzej. Zadekował mi się przed wejściem na obiekt.
Nie wiem jak i kiedy, ale jakoś zdołał podpalić kurtkę która miał na sobie. Gdy się zorientował co i jak, a chwilę mu to zajęło, zrzucił kurtkę i... opuścił spodnie ukazując światu swoją wyeksploatowaną bieliznę. Kazałem kierowniczce sklepu wezwać policję, a sam pilnowałem by alkoklaun nie narozrabiał jeszcze bardziej.
Konar wyzywał mnie, moją matkę, mojego ojca, wszystko co święte i ważne dla mnie też. Był w takim stanie, że nie byłem pewien czy pluł przed siebie, bo chciał mnie opluć, czy tylko był już tak „zrobiony”, że płynność wymowy przyszła do niego sama. Były w tamtej chwili momenty, że nie byłem pewien czy mu nie przyłożę, a kibicowali mi przy tym wszyscy mijający nas klienci. Wytrzymałem jednak, co pozwoliło Konarowi na przejście do drugiego etapu.
Wyciągnął z tlącej się na chodniku kurtki nóż. Mały, średnio ostry serowiec, ale jednak nóż.
Jego szczęście, że miał takie drgawki z przepicia, że upuścił go od razu na ziemię. Przydepnąłem nóż nogą i zadzwoniłem z komórki na policję raz jeszcze, dodając, że facet jest agresywny i chciał wyciągnąć nóż. Patrol zgarnął go po kilku minutach, ale nie mam świadków, że to był jego nóż, więc facet trafił tylko na izbę.
Ochrona
Kiedyś, gdy jeszcze pracowałem w drugiej firmie, los, wespół z kierownikiem, rzucił mnie na ochronę w obiekcie gdzie takimi jak ja ′kierownikował′ pan Tadeusz.
Pan T., jak go nazywali podwładni, był człowiekiem prostym i skomplikowanym zarazem.
Przez pierwszy dzień pracy z nim wszystko było ok. Myślałem, że nawiązaliśmy nić porozumienia, wszystko jednak posypało się przy pożegnaniu.
- To co, widzimy się jutro? – Zagadnął mnie Pan T.
- Ja odpadam, jutro idę na zajęcia. – Odparłem z uśmiechem.
Wtedy Tadeusz przestał się uśmiechać.
Kolejne służby zmieniły się w piekło. Głupie, niedorzeczne i problematyczne rozkazy sypały się na mnie jak grad, przez co wychodziłem nierzadko na idiotę. Wszystkie jednak wykonywałem bez szemrania licząc, że to tylko jakaś forma testu czy nawet „fali” jaką trzeba przejść u Pana T.
W końcu jednak przebrała się miarka.
Zgłosiłem kierownikowi regionalnemu, że albo zmieniam obiekt, albo firmę. Jakoś dziwnie gładko poszło, bo nawet nie musiałem się upominać o przeniesienie. Poproszono mnie tylko o dostarczenie opinii Tadeusza odnośnie mnie.
To było dziwne, bo pierwszy raz słyszałem o jakiś opiniach. Do tego, kto normalny każe pracownikowi przynieść dokument, który opisuje jego samego? Szybko jednak zapomniałem o tych wątpliwościach, w końcu liczyła się tylko ucieczka z tego kukułczego gniazda.
Gdy odbierałem papier opisujący stosunek kierownika obiektowego do mojej nieskromnej osoby, postanowiłem jednak coś-niecoś wyjaśnić. Po prostu należało mi się wyjaśnienie za to wszystko co mi zafundował.
- Powie pan chociaż, co panu tak we mnie nie pasuje?
Jeśli nie wiedziałbym co znaczy „łypać”, wtedy bym się dowiedział. Dorosły facet, starszy ode mnie o dobre dziesięć lat, łypnął na mnie jak obruszony przedszkolak.
- Studiów ci się zachciało. – Odparł tak, jakby spluwał. – Zamiast jak człowiek pracować, to ty się włóczysz po uczelniach i klubach. Nie mam szacunku dla takich jak ty. – Ostatnie zdanie przerobiłem, żeby nie bawić się w cenzurę. – Tylko byście wszystkich pouczali, nawet jak normalny człowiek ma rację.
Z racją się nie dyskutuje. Wyszedłem i dopiero za drzwiami zobaczyłem, że „normalny człowiek” napisał w mojej ocenie „niesóbordynowany”, a to był jeden z lżejszych byków. Myślałem nawet czy nie wrócić i mu o tym nie wspomnieć, ale jak pisałem, z racją się nie dyskutuje.
Żeby było śmieszniej, okazało się, że Pan T. jest nadwornym błaznem kierownika regionalnego. Co jakiś czas wysyła się do niego studentów i obserwuje „zabawne” rezultaty. Zwieńczeniem tej przaśnej gry jest przyniesienie „oceny pracowniczej” rojącej się od błędów i bzdur.
Ochrona
Okres przedświąteczny to gorący czas dla wielu ludzi, w tym dla ochroniarzy. Nie inaczej było ostatnio, w jeden z ostatnich przedświątecznych dni.
Kolejki osiągały apokaliptyczne rozmiary, ludzie wściekali się i warczeli do tego stopnia, że zostałem poproszony o stanie przy kasach, zamiast siedzieć na monitoringu. Co chwila trzeba było uspokajać jakiegoś wkurzonego klienta lub krzykliwą klientkę. Piekielność tamtego dnia najlepiej zobrazuje sytuacja jaka miała miejsce mniej więcej w połowie mojej służby.
Jeden z klientów zaczął wyzywać kasjerki w sposób sugerujący, że na kasie znalazły się przypadkiem, bowiem ich miejsce pracy znajduje się przy pobliskiej drodze. Był przy tym na tyle głośny i napastliwy, że, mimo ogólnego ścisku, zrobiło się w koło niego sporo miejsca.
- Niech się pan uspokoi. – Powiedziałem stając obok niego, liczyłem, że jak inni, pójdzie po rozum do głowy. Nie wiem czy poszedł i nie znalazł, czy nie chciało mu się ruszać, ale lepiej nie było.
- A ty czego chcesz pedale? Co pedale się gapisz? Przyszedłeś się tu popedalić? – Teraz nie powtórzę tego dokładnie, ale przemowa kręciła się wokół tematu i słowa „pedał”.
Trwało to chwilę zanim klient wykorzystał cały zapas powietrza i zamilkł by go uzupełnić, ale gdy to się stało, skwapliwie skorzystałem z okazji.
- Panie, co mi pan tak wmawiasz? Szukasz pan kogoś do towarzystwa na święta? – Zapytałem spokojnie.
Zadziałało.
Przez następne parę minut facet lżył mnie bez ustanku, kompletnie zapominając o kolejce i kasjerkach.
Ochrona
Jakby mało było wariatów, złośliwców i zwykłych-niezwykłych dziwaków, od jakiegoś czasu moją okolicę nawiedzają bandy bananowej młodzieży z „dobrych domów”.
W zasadzie nie wiem skąd ten trend, ale całe „doborowe towarzystwo” z osiedli domków jednorodzinnych chce się buntować przeciwko światu na mojej klatce schodowej. Od znajomych mieszkających w regionach zamieszkiwania „bananiarzy” wiem, że w większości są to jednostki studiujące w „Wyższej szkole lansu i bansu”. W niedzielę grzecznie tuptają z rodzinami do kościoła, by po mszy obalać kolejne butelki wódki w parku.
Jakiś czas temu wracałem do domu bardzo zmęczony. Mniejsza o to skąd i kiedy, po prostu czułem się wyeksploatowany jak ostatnia maszynka do golenia miesiąc od pierwszego golenia. Nie miałem sił ani ochoty na jakiekolwiek interakcje z ludźmi, a już na pewno nie z jednostkami przedstawionymi powyżej. Niestety, jak wiadomo, w takim wypadku nie było opcji bym się na nich nie natknął.
Rozsiedli się, albo inaczej, rozłożyli, w pięciu na schodach mojej klatki, popijali piwko, palili coś co tytoniem nie pachniało. Nawet bym ich zignorował, gdyby nie fakt, że zajęli całą szerokość schodów.
- Piątka za przejście kolo. – Powiedział ten leżący najbliżej mnie. Jak się potem dowiedziałem, to było ich standardowe zachowanie.
- Śmieszny jesteś, złazić mi z drogi. – Odparłem spokojnie, byłem wyprany z emocji.
- Te, bo zarobisz w ryj! Wyskakuj z kasy, bo policzę dychę! – Przy oszałamiającej średniej wzrostu 1,60 metra i budowie strachów na wróble, obleczonych w za luźne i popodwijane ubrania, to zabrzmiało komicznie. Zaśmiałbym się, gdybym miał siłę.
- Schodzicie z drogi? – Zapytałem spokojnie.
Dobitnie odparli, że nie.
Gdy już przez nich przeszedłem, a na nogach miałem glany, jeden z nich wył głośniej niż reszta. Chyba kopnąłem go w jakąś pamiątkę rodową, bo wspominał o klejnotach. Po kwadransie w mieszkaniu przestałem słyszeć jęki z korytarza.
Dziś zostałem oddelegowany na stacje benzynową po papierosy dla rodzicielki.
Wracałem już z misji, niosąc truciznę dla mojej matuli, gdy zdałem sobie sprawę, że w moją stronę zmierza jeden z „bananowców” poznanych na klatce. Wyraz jego twarzy świadczył dobitnie, że ma jakieś plany, a fakt, ze na ulicy byliśmy sami, zdawał się mu sprzyjać. Gdy się zrównaliśmy, moja była wycieraczka charknęła głośno i napluła mi w twarz. Jakby tego było mało, zamiast uciekać, pacan stał i szczerzył się do mnie.
- No i co teraz k***się? C***j mi zrobisz? Dziś nie kozaczysz? – Zapytał wesolutki jak mały samochodzik na wysokooktanowej. Mówiąc to, zamachnął się, chyba chciał mnie uderzyć z otwartej dłoni w twarz.
Błąd. Zrobiłem coś, co rzadko robię, użyłem siły.
Pierwszym kopniakiem w tyłek posłałem go na ziemię,
- Co ty odpie***lasz?! – Zapytał wstając na czworaka. Chyba był w szoku.
Drugi kopniak w zad przemieścił go z chodnika na trawnik.
- K***a! – Rzucił, gdy przetarł pyszczkiem o trawę. – Już nie żyjesz! Dostaniesz kosę szmaciarzu!
Skoro mam umierać, po co się ograniczać? Znów wstał wypinając kuper, znów dostał kopa.
Nawet nie wiecie jak się cieszę, że ktoś nie zważa na znaki i jego pupil postanowił zrobić kupę właśnie w tamtym miejscu.
Już nie chciał wstawać, ograniczył się jedynie do ścierania z twarzy tego, co pewnie ma i we łbie.
Życie codzienne
W sobotę pracowałem w zastępstwie kolegi w sieciowym sklepie odzieżowym. Choć prawie od pół roku nie miałem w takim przybytku służby, oczywiście musiało się trafić „coś” wartego opisania tu. Wszak sklepy odzieżowe to jedna wielka mordęga dla ochroniarza.
„Coś” było zażywną i pulchną panią pod czterdziestkę, znaną już z trudnego charakteru, która weszła do sklepu na trzy minuty przed zamknięciem, o czym zresztą została poinformowana. Informację i niosących ją heroldów, w tym mnie, zignorowała w sposób mistrzowski. Była w tym tak dobra, że aż trzasnęła jedną ze sprzedawczyń „z bara” mijając ją.
Gdy minęła godzina zamknięcia sklepu, co obwieszczono przez głośniki, pani nadal nie zamierzała wychodzić i ignorowała pracowników. Przerzucała ubrania na stołach i wieszakach, jakby ktoś płacił jej za zrobienie jak największego bajzlu. Niestety, przepisy sieci są oczywiste, klienta nie wolno wyprosić siłą nawet po zamknięciu. Dlatego jedna z ekspedientek użyła broni ostatecznej.
- Wie pani, po 21:10 kasy automatycznie się zamykają, nic już wtedy nie da się sprzedać. – Była to przenajświętsza prawda, ale niestety, na klientkę podziałała jak płachta na byka.
- No to ją otworzysz j***na k***wo! – Powiedziała. – To wy tu jesteście dla mnie, a nie ja dla was!
- Proszę się uspokoić... - Powiedziałem wtedy lekko zaskoczony jej zachowaniem. Kto by się spodziewał, że z fazy „milczącej” tak szybko przechodzi do ataku?
- Zamknij się ch***ju złamany! Przychodzę kiedy chce i będę kupować! Ja mam życie, nie jak wy! W dzień byłam zajęta, to teraz będę kupować!
Na takie dictum nic się już nie poradzi dyplomacją, trzeba użyć ostrej amunicji.
- Jeśli się pani nie uspokoi i nie przestanie nas obrażać, zadzwonię po interwencję. – Mnie nie wolno jej dotknąć do czasu aż ona mnie nie zaatakuje.
- To se dzwoń!
Ok, chce to dzwonię.
Wyciągnąłem telefon, zacząłem wybierać numer, przez co odwróciłem od niej wzrok.
Wyobraźcie sobie moją minę, gdy usłyszałem plaśnięcie, a lewy policzek zaczął mnie piec... Tak, klientka strzeliła mnie w twarz.
Bez słowa schowałem telefon do kieszeni, wziąłem ja pod ramię i zacząłem wyprowadzać ze sklepu. Chyba zrozumiała, że przesadziła, bo dała się wyprowadzić robiąc jedynie „duże oczy”.
- Czy pani jest normalna? Ma pani pięć lat? Z przedszkola się pani urwała? Co to ma być za zachowanie? – Mówiłem do niej w drodze do drzwi, licząc, że strofowana nie wyjdzie tak szybko z szoku po własnym zachowaniu.
Chyba podziałało, bo zaraz za drzwiami odwróciła się na pięcie i sobie poszła.
Ochrona
Oba są mieszańcami, Bela jest 17kg miniaturką labradora, a Misiek to miauczący szczur w mopie (mieszaniec o dużej zawartości shih tzu i bardzo niechlujnym wyglądzie, max 3kg). Razem stanowią coś pośredniego między Flipem i Flapem, Włatcami Móch i Szarikiem&Rudym 102, gdzie to Bela jest czołgiem.
Wczoraj wyszliśmy na poranny spacer. Moje osiedle jest naprawdę duże i pełne studentów, więc mijanie „trochę” nieświeżych ludzi o godzinie 07:30 w dni powszednie nie jest niczym niezwykłym, tak było też wtedy.
Przed nami szła kobieta w średnim wieku, najpewniej do pracy, zaś z naprzeciwka nadchodził, tropiąc węża w czasie sztormu, młody mężczyzna. „Pijany” natychmiast wytrzeźwiał, gdy znalazł się obok kobiety, wyrwał jej torebkę i zaczął uciekać w moim kierunku. Zanim zdążyłem zareagować, zareagowały moje psy. One po prostu wyłapują negatywne wibracje, nie raz zdarzyło się, że oszczekiwały pijanych i agresywnych meneli.
Pod nogami złodziejaszka zakotłowały się kłaki, gdy Misiek skakał do jego kolan, zaś Bela naprawdę głośno szczekała wyskakując na tyle wysoko, by odbić swoje łapki na wysokości jego barków. Nie był to atak, tylko jakaś forma straszenia, bowiem żaden z psów nie zjeżył nawet sierści, nie mówiąc nawet o warczeniu, ale to wystarczyło. Złodziej rzucił torebkę i zwiał w przeciwnym kierunku, mijając po drodze swoją ofiarę.
Gdzie tu piekielność?
Po wszystkim kobieta zaczęła krzyczeć... na mnie.
- Panie, te psy są nienormalne! Nie wolno z takimi bydlakami do ludzi! Niech je pan weźmie, bo ja chcę swoją torebkę, a koło nich nie przejdę! Przecież to to ma wściekliznę! – I tak dalej i tak dalej...
Życie codzienne
