Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 22 czerwca 2018 - 12:28
  • Historii na głównej: 17 z 29
  • Punktów za historie: 4748
  • Komentarzy: 702
  • Punktów za komentarze: 4217
 
poczekalnia

#82473

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nasz lokalna żabka, w której bywam często po energetyki i czasami po inne napoje.

Dziś akurat potrzebowałam kupić coś do picia. Patrzę, w lodówce napój 4move, na cenówce napisane "1 sztuka poza zestawem 2,99"

Złapałam taki, który mi pasował i do kasy. Kładę na ladzie napój i 3zł. Pik.

Kasjer: 3,29
Ja: Tam jest napisane 2,99.
Kasjer: Ale nie na ten. Nie na formułę bez cukru.
Ja: Cenówka jest jedna, więc się zasugerowałam.
Szybka analiza - pierwszy raz mi się coś takiego zdarza, dam im jeszcze jedną szansę. Dołożyłam te 30 gr.
Ja: Ale niech pan uzupełni te cenówki, dobrze? Bo to jest wprowadzanie klienta w błąd.
I tu nastąpiło zdanie, które mnie wkurzyło:

Kasjer: W Biedronce też brakuje cenówek.

Noż k... Pożałowałam, że po dopłaceniu otworzyłam napój. Zdobyłam się tylko na marną ripostę:
Ja: I też się do nich przyp...

sklepy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (73)

#82311

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę dni temu robiłam małe zakupy w Biedronce. W naszym lokalnym sklepie czytnik cen znajduje się zaraz obok wejścia.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wejściu było litrowe wiadro "Lodów koktajlowych" znanej firmy, na którą zawsze jest pora. Stało ono bezpośrednio pod czytnikiem. Ewidentnie ktoś sprawdził cenę, ale odnieść już było za ciężko...

Najpiekielniejsze w tym jest to, że zamrażarki znajdują się zaraz obok kas, a sklep generalnie jest mały i nawet nie ma gdzie się zmęczyć.

sklepy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (137)

#82058

(PW) ·
| Do ulubionych
Odkąd pamiętam, mój ojciec pił. Raz więcej, raz mniej, ale alkohol był obecny przez całe moje dzieciństwo.

Ojciec również palił i pali do dziś.

Na słowo "ojciec" w mojej głowie pojawia się osoba spowita chmurami dymu (serio, w mieszkaniu było siwo, gdy się skarżyłam, słyszałam, że przesadzam) z piwem w dłoni (mocniejsze trunki oczywiście też bywały), w różnych stopniach upojenia.

Po wkroczeniu w dorosłość na jakiś czas straciłam z ojcem kontakt. Po paru latach spotkałam go ponownie...

Tu go boli, tam go strzyka - normalne w zaawansowanym wieku. "Na miasto" już nie wyjdzie, siły nie ma, serce ma chore. Tabletki? A tak, lekarz coś tam przepisał, ale w aptece powiedzieli, że w czasie kuracji tym lekiem nie wolno pić alkoholu. To ojciec nawet nie wykupił, bo i tak by nie brał.

Stawy ojca bolą. Podobno zapalenie. Leki? Jakie leki, on nie ma pieniędzy. Emerytura jest, ale to opłaty zrobić trzeba, zjeść coś, no i wypić...

Ojciec kąpie się... Właściwie to nie wiem, kiedy ostatnio się mył. W mieszkaniu brud, smród i syf. Nie ma siły sprzątać.

Prawidłowe odżywianie - a kto na to ma pieniądze? Najtańszy chleb z najtańszą mortadelą i zupki chińskie. Do tego produkt piwopodobny po 2,50 za puszkę i czasami wódeczka.

Wódeczki jednak stopniowo było coraz mniej, bo ojciec doszedł do wniosku, że mu szkodzi (nareszcie! pół życia mu to powtarzałam!).

I teraz clue sytuacji - ojciec uważa, że lekarze powinni "położyć go w szpitalu i wyleczyć". Nie rozumie, że tutaj potrzebna jest gruntowna zmiana sposobu życia. Zalecenia lekarskie, żeby porzucił alkohol i papierosy traktuje mniej więcej tak samo, jak trzyletnie dziecko zakaz jedzenia słodyczy. Jest ciężko oburzony tym, że lekarze tylko robią mu podstawowe badania i odsyłają do domu, mówiąc, że to wszystko przez wieloletnie picie, a "nawet nie próbują go zdiagnozować”.

Niedawno zaczęły się problemy żołądkowe. Stopniowo było coraz gorzej.

Wczoraj wzywałam pogotowie. Zabrali, zobaczymy, co będzie.

Czy tylko mi się wydaje, że mój ojciec wpakował się w chorobę na własne życzenie przy bardzo zdecydowanym sprzeciwie otoczenia? I że w takiej sytuacji piekielne jest żądanie od lekarzy "wyleczenia", najlepiej natychmiastowego, bez zmieniania czegokolwiek w stylu życia?

dom rodzinny

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (147)

#81891

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak sobie losuję historie, losuję i na zasadzie luźnych skojarzeń przypomniała mi się akcja ze stoiska mięsnego, na którym wtedy pracowałam.

Poranna zmiana, przyjechał kierowca z mięsem. Standardowo - faktura, każdą pozycję obejrzeć, obwąchać (po tym jak na moje pytanie "Eeee, to jest łopatka czy szpinak" usłyszałam "No jak to, pręga wołowa!" wąchałam wszystko. Serio, wołowina? Różowo-zielona?), na koniec zważyć i odznaczyć.

Jestem w samym środku, podchodzi klient.

JA: Dzień dobry, za moment podejdę. (do kierowcy) Dawaj na wagę... Zgadza się...

Odhaczyłam, umyłam ręce, założyłam rękawiczkę.

JA: Słucham, czym mogę służyć?
KLIENT: Dwadzieścia deko szynki z beczki.

Jasne, "dzień dobry" kłuje w usta, a od "poproszę" wyskakuje opryszczka. Ale w sumie to norma.

KLIENT - do kierowcy - A pan się nudzi, sera mi pan pokroi.

Serio? Facet w "cywilu", bez fartucha, nie wiadomo czy przeszkolony z obsługi krajalnicy, nie wiem czy ma książeczkę sanepidowską... Tyle z zakresu higieny.

Natomiast strona kulturalna zatkała mnie na dobry moment.

KIEROWCA: Ja tu nie pracuję.
KLIENT: To po co tu sterczysz?

Odetkało mnie.

JA: Ten pan nie jest pracownikiem naszej firmy, jest dostawcą. Który ser pan życzy?
KLIENT: Widzi pan, jak pana broni?
JA: Ten pan nie potrzebuje obrony bo nic złego nie robi. To który ser? (w domyśle "Kupuj i idź w diabły, buraku")

Kupił, polazł. Natomiast dostawa się przeciągnęła, bo kierowca musiał koniecznie zapalić... Zbytnio mu się nie dziwiłam.

sklep klient

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (167)

#81346

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku tygodni jestem bez pracy (firma, która mnie zatrudniała przez ostatnie dwa lata, upadła). Byłam dziś na rozmowie kwalifikacyjnej w firmie zajmującej się sortowaniem odzieży używanej. Warunki cokolwiek spartańskie, umowa zlecenie, ale stawka niezła, spróbować można.

Piekielności:

1) L4 niepłatne - kiedyś podobno były płatne. Ale ludzie brali L4 i szli w tym czasie pracować do innej firmy. Szef się wkurzył, wcale mu się nie dziwię.

2) Ciuchy+kobiety - kiedyś można było z jedną czy dwie sztuki wyszperane sobie odłożyć i szef to sprzedawał po cenie zakupu. Przestał, gdy zaczęły się do niego ustawiać kolejki z całymi siatami ciuchów. Podobno niektórzy robili na tym drugą pensję.

i oczywiście:

3) Wychodzenie z firmy - praca kończy się o 17. Ostatnia osoba wychodzi o 17:20. Dlaczego? Bo trzeba posprawdzać torby. Kiedyś kradzieże były na porządku dziennym.

Nawet nie wiem, jak skomentować takie zachowanie. Czy pracodawca to jest jeleń, którego koniecznie trzeba oszukać i wykorzystać?

Praca w mojej okolicy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (179)
zarchiwizowany

#80580

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przed chwilą była u mnie matka. O 15 spotkałyśmy się na cmentarzu, obeszłyśmy groby, odprowadziła mnie do mieszkania, zawinęła się i poszła. Przez tę godzinę zdążyła pożalić się na rodzinkę, pochwalić się nową pracą i obsztorcować mnie za nie takie buty, kurtkę, czapkę i rękawiczki mojego dziecka.

Nie zdążyła natomiast zapytać mnie o pobyt u moich (Daj Boże) przyszłych teściów. Ani o samopoczucie. Jak zwykle zresztą.

Właściwie zapytała tylko, czy pożyczę jej pieniądze.

Czy ja w ogóle obchodzę tę kobietę?

Rodzinka a niech ją...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -8 (22)

#79993

(PW) ·
| Do ulubionych
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że:
1) Moja edukacja odbywała się według "starego" systemu, który znów zaczyna obowiązywać. Szkołę podstawową ukończyłam w wieku niespełna 15 lat.

2) Mój okres dojrzewania i związany z tym bunt zaczął się dość późno, miałam wtedy ok 17 lat. Wcześniej chyba nie widziałam jak bardzo toksyczna jest moja rodzina...

Tyle tytułem wstępu. A teraz niezbyt krótka historia na temat "jak wpędzić własne dziecko w kompleksy". Napisana trochę pod wpływem historii o nietrzymających się realiów rozmiarówkach, ale niestety trochę popłynęłam.

Temat pierwszy: Ubrania. A konkretnie spodnie.
W podstawówce co wakacje wyjeżdżałam na jakieś kolonie czy obóz. W związku z tym co roku, w okolicach lipca wybierałam się z mamą na słynny "Jarmark Europa" w Warszawie zwany potocznie Stadionem (był w tym samym miejscu co obecny Narodowy). Tam mama zaopatrywała mnie m. in. w dwie pary spodni. Lata dziewięćdziesiąte, więc obowiązkowo dżinsy. W tych dżinsach potem chodziłam cały rok do szkoły. I zazwyczaj w czerwcu zdarzało się że spodnie pękały mi na styku nogi z pośladkiem.

Teraz wiem, że po prostu rosłam i spodnie były już za małe, a po drugie - zapewne się przetarły. Wtedy... Ale oddajmy głos starszemu pokoleniu:

Babcia: "No tak, jak się ma taką grubą dupę to tak jest. Inna to by trzy lata te spodnie nosiła. Dlaczego ty nie możesz wyglądać jak normalna dziewczyna? Panienka to powinna być jak ten paluszek, delikatna, filigranowa... A ty jak ten kloc wyglądasz."

Podkreślam: mówiła tak jedna z najbliższych mi osób, którą kochałam i (wtedy jeszcze) bardzo szanowałam. A bezwzględnie najbliższa osoba, będąca dla mnie wzorem, tylko przytakiwała. Tak, mowa o mojej matce.

Temat drugi: Imprezy.

Jakoś tak w wieku 12-13 lat zaczęłam być zapraszana na rozmaite urodziny itp. Nigdy nie byłam. Dlaczego?
Matka: "Nie pójdziesz bo nie mam na prezent. A poza tym nie masz w co się ubrać. Jak ten kocmołuch będziesz wyglądała. No i po co ty tam? Przecież oni cię i tak nie lubią, taka nudna jesteś. Ciągle książki i książki. A ja się zamartwię na śmierć zanim wrócisz"

Teraz wiem, że matka tak naprawdę chciała mieć mnie przy sobie. Prawdopodobnie dla własnej wygody. Wtedy...

Temat trzeci: prace domowe

Babcia: "Nie, ja nie mogę patrzeć jak ona tak głaszcze tę podłogę! Ruszaj się żwawiej! No jak ty tę szmatę trzymasz?! No jakby jakiś szef to zobaczył to by cię z miejsca zwolnił... "

Na moje pytania, co robię źle były trzy gotowe odpowiedzi: "wszystko", "jak nie wiesz to ja ci nie powiem", "nie pyskuj".

Temat czwarty: Szukanie pracy.

Babcia: "No ale kto takiego cielebona zatrudni?! Przecież to od razu widać że to jakieś ułomne... No i co ci powiedzieli? Pewnie że ogłoszenie już nieaktualne. No tak, bo po gazetę to się o piątej rano leci i od szóstej dzwoni! No to co ci powiedzieli?"
Ja: "Jutro na rozmowę jadę"
Babcia: "No tylko żebyś na darmo pieniędzy na bilety nie wydała! A rozejrzyj się czy tam kogo znajomego nie ma! Bo jak jest to jeszcze mi wstydu narobisz!"

A potem zdziwienie, że biorę najgorszą, najmniej płatną robotę w okolicy...



I miej tu kobieto realny obraz swojego ciała i możliwości...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (173)

#78614

(PW) ·
| Do ulubionych
Może poniższa historia nie wyda się Wam piekielna, ale szczerze mówiąc mam potrzebę wygadania się i zapytania innych o zdanie.

Otóż dziecię moje od dawna molestowało mnie o psa. Z pełną świadomością, że o zwierzę dbać będę ja, po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zdecydowałam się przygarnąć jakąś "psią bidę" ze schroniska. Pies miał być dorosły, ale w miarę młody i nieagresywny. Raczej mały.

I jest.

Został odebrany interwencyjnie przez pewną fundację poprzednim właścicielom. Jakiś czas przebywał w lecznicy niedaleko mojego domu, gdzie go poznałam.

Psiak jest bardzo inteligentny, szybko załapał jak ma na imię, nauczył się, z którymi psami warto się witać przez bramę, a które są agresywne. Typ przylepy. Jak ma człowieka pod ręką, to może siedzieć cały dzień cicho, jakby psa nie było...

Tyle pozytywów. Teraz to niefajne:

Pięcioletni pies nie wie, co to jest piłka, czy gryzak. Nigdy nie był uczony bodaj podstawowych komend, typu "siad" czy "zostań".

Na moje pytanie "On jest wychudzony, czy ten typ tak ma?", weterynarz odpowiedział "On i tak już dużo przybrał". Aha.

Pies dostawał do jedzenia kości. Tylko kości. Z tego powodu nie można ocenić dokładnie jego wieku, bo weterynarz kieruje się stanem zębów. Podejrzewam, że ma też kłopoty z trawieniem.

Kiedyś siedzę w pokoju i czuję charakterystyczny zapaszek. Rozglądam się, może pies dwójkę walnął? (Wprawdzie nie "wołał" na spacer, ale nie wiadomo, może stres?). Ja zaczynam szukać nieistniejącej kupy, a pies zmiata do kąta z podkulonym ogonem...

Stan higieny w mieszkaniu doprowadził psa do nużycy (choroba skóry, nie przenosi się na ludzi)...

Takich szczegółów jest więcej, ale nie wszystkie teraz pamiętam.

Powiedzcie mi - po co brać/kupować psa, jeśli nie można mu zapewnić podstawowych warunków? Pies wiele nie potrzebuje - dobra karma, mi polecono taką za 40zł duża torba (miała starczyć na miesiąc, ale kundel ma zdrowy apetyt, a ja mu nie odmawiam, bo musi trochę masy mięśniowej nabrać, dużo jedzenia i dużo ruchu), kawałek koca i trochę czasu dwa razy dziennie...

A przede wszystkim miłość i poczucie bezpieczeństwa. Czy to tak wiele?

Psy

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (144)
zarchiwizowany

#78238

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ech...

Sama historia jest błaha. Być może nie warta nawet miejsca na tej stronie. Ale muszę.

Dzięki temu, że mam dziecko, zaczęłam oglądać kreskówki. Niedawno trafiłyśmy w TV na serial animowany z uniwersum "Transformers". No i wsiąkłam...

Dziś leci na TVN część pierwsza "Bayformers", czyli filmu fabularnego z tegoż uniwersum. Wcześniej nie miałam okazji go zobaczyć, ale też mi nie zależało. Teraz mi zależy.

Ponieważ moja mama ma w zwyczaju dzwonić do mnie z każdym drobiazgiem, grzecznie ją uprzedziłam, że po 20:00 mnie nie ma.

Efekt?

Ok. 20:30 telefon zadzwonił po raz pierwszy. Nie odebrałam, ale za trzecim razem pomyślałam, że to chyba coś ważnego.

A jakże.

Leci "Taniec z gwiazdami". I za chwilę będzie tańczyć głuchoniema kobieta. I mam koniecznie zobaczyć.

- Dzięki, mamo, ale leci film, który chcę zobaczyć od kilku miesięcy, więc raczej nie skorzystam... Film okazał się ciekawy, wciągnął mnie, więc tym bardziej...
- Ale wiesz, to jest nieprawdopodobne, żeby głuchoniema tak pięknie tańczyła... No coś pięknego... Zaraz będą tańczyć.
- A u mnie zaraz będzie najlepsza akcja (widziałam urywki na jutubie, ale to nie to samo).
- Dobra, cześć, oglądaj sobie.


Zadzwoniła dwadzieścia minut później, z pytaniem, czy nie przełączyłam, żeby obejrzeć ten taniec.

No wkurzyłam się lekko...

- Nie, nie przełączyłam. Oglądam film. Film, na którym mi zależało.
- Ja tam wolę taniec od filmów.
- A ja wolę filmy od tańca.
- Dobra, cześć.

To nie jest pierwszy raz, kiedy moja matka stawia swoje upodobania i chęci ponad moimi... Kreskówki są głupie, robótki ręczne bezsensowne, a książki to zbędne wydawanie kasy. Jedyne sensowne hobby to granie na telefonie i oglądanie reality-show...

Ja nie twierdzę, że to są złe zainteresowania. Ale niech przestanie bagatelizować moje!

No, ulało mi się. Dzięki za uwagę.

PS: Nie wyłączyłam ani nie wyciszyłam telefonu, ponieważ moja mama, jeśli nie dodzwoni się do mnie, dzwoni np. do mojego ojca. Który mieszka trzy mieszkania ode mnie, więc zawsze może się przejść i sprawdzić, czemu nie odbieram.

Rodzina

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (159)
zarchiwizowany

#76449

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Święta, święta i po...

Nie no, w tym roku narzekać nie mogę. I rodzinka zachowywała się na poziomie, i "Mikołaj" wcześniej gruntowny wywiad zrobił, więc prezenty raczej w guście*. Nawet babcia, na którą zawsze narzekam, w tym roku traktowała mnie na równi z pozostałymi członkami rodziny. Normalnie cud miód.

Do czasu.

Jak wiecie, mam dziecko. Jedno. Na pińcet plus się nie łapię, dochód za wysoki. A nawet jakbym się łapała, to i tak bym nie złożyła.

Temat oczywiście wypłynął. O ile kwestię dochodów jakoś rodzinka przełknęła, o tyle komentarza już nie.

Jak to byś nie złożyła? To jest sześć tysięcy rocznie! Samochód byś kupiła! Na wakacje pojechała! Na ciuchy byś miała!

Otóż nie. Nikt mnie nie pytał, czy chcę, by 500+ wprowadzono, a tak się składa, że nie chciałam. Nie trafia do mnie ten pomysł i już. A nie jestem hipokrytką, jak mówię, tak robię.

Zresztą nie ma o czym gadać, bo i tak się nie łapię.

Otóż nie, zdaniem mojej rodzinki jest o czym gadać. Bo jak to, że ja nie chcę dostać, jak mi dają? Powinnam chcieć i żałować, że się nie łapię!

Oczywiście nie tyle chodzi mi o politykę, co o podejście mojej rodziny - masz chcieć tego, co my uważamy za dobre i już!



*Prezenty nie były oczywiście drogie. Ale za 40 zł można kupić dobry krem do twarzy, którego nie zużyję, albo pachnące płyny do kąpieli, które zużyję z przyjemnością. Można kupić dziecku dwudzieste puzzle, a można (jak moja daj Boże przyszła bratowa) blok techniczny, papier holograficzny i dziurkacz-motylek.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (142)