Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Aster812

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2012 - 14:15
Ostatnio: 16 lipca 2018 - 12:15
  • Historii na głównej: 63 z 65
  • Punktów za historie: 34883
  • Komentarzy: 640
  • Punktów za komentarze: 2941
 

#77687

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałem swojego czasu w Wielkiej Międzynarodowej Korporacji.
Korporacja ta rozrosła się poprzez wchłonięcie części korporacji B - jak się okazało łącznie z helpdeskiem.
Wedle standardów korporacyjnych, wszyscy musieliśmy mieć zainstalowane oprogramowanie szyfrujące do dysku, do którego przed uruchomieniem systemu należało podać hasło. Ale oprogramowanie zakupione przez moją korpo miało to do siebie, że raz na jakiś czas przestawało na hasło reagować. Należało wówczas zadzwonić na helpdesk i przeprowadzić procedurę resetu hasła.

Zostałem pewnego razu oddelegowany na pewien czas do oddziału, będącego kiedyś korpo B. I tak się "szczęśliwie" zdarzyło, że konieczność resetu hasła dopadła mnie już drugiego dnia delegacji. O 7 rano.

Poprosiłem więc kogoś w firmie o sprawdzenie numeru na helpdesk. Dzwonię, wyłuszczam o co chodzi. Okazuje się, że korpo B ma inne oprogramowanie szyfrujące. Panna z helpdesku nie wie o czym mówię, muszę poczekać aż przyjdzie ktoś dłużej pracujący - czyli jakąś godzinę - półtorej.

Około 8:30 panna oddzwania, mówi, że tam u nich nikt nie wie o co biega. Zapaliła mi się w głowie lampka, czy to na dobry helpdesk się dodzwoniłem - pytam więc, czy nie ma tam kogoś z pracowników "starego" helpdesku albo czy mi panna może podać inny numer telefonu. Nie, według panny oni są jedynym helpdeskiem w Polsce, stary helpdesk nie istnieje. Ale jest jeszcze helpdesk w Manili (stolica Filipin, praca w korpo bawi i uczy) i tam mnie dziewczę przekieruje.

Pan z Filipin również nie wie o co mi chodzi. Pyta czy gadałem już z helpdeskiem w Polsce. Tak, rozmawiałem, oni mnie przekierowali tu. Ale pytam jeszcze czy mi może podać numer do polskiego helpdesku. Pan podaje. Oczywiście nie ten, na który dzwoniłem.

Pod tym numerem już szybko i sprawnie moja sprawa została załatwiona.

A więc pamiętajcie, w korpo czasem bliżej do północnej Polski jest z Filipin niż z Warszawy :).

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (170)

#77414

(PW) ·
| Do ulubionych
Naprzeciwko bloku, w którym mieszka moja mama, powstał plac zabaw pod dachem. Spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem w okolicy, co weekend rodziców z dzieciarnią jest tam pełno - i na tym mógłbym historię zakończyć, wrzucić na jakąś stronkę ze świetnymi pomysłami na interes, gdyby nie...

Kultura parkowania klientów.

Pod blokiem problemów z parkowaniem nigdy nie było: miejsc parkingowych jest sporo, a gdyby brakło - jest wielki, wiecznie pusty parking niecałe 100m dalej, wystarczy przejść przez ulicę. Ale bliżej jest przecież kawałek trawnika, po co się wysilać i chodzić, nie?

Trawnik jest zawalany przez samochody co weekend i pomału zmienia się w klepisko.

Podniesienie krawężnika przez spółdzielnię mieszkaniową dało niewiele - SUV sobie wjedzie tak czy inaczej, reszta przejedzie przez chodnik.

Telefony na Straż Miejską dają jeszcze mniej - Straż Miejska pracuje od poniedziałku do piątku, w godzinach 10-18. W sobotę, niedzielę i po 18 - hulaj dusza.

Telefony na Policję dały niewiele - Policja ma budżet tak obcięty, że w weekendy mają cały jeden patrol wyjazdowy na stanie. Jeśli ten patrol jest akurat potrzebny gdzie indziej - mandatów za parkowanie wstawiać nie będzie.

Obsługa placu zabaw wywiesiła na drzwiach kartkę z napisem "PARKING 100m" i strzałką wskazującą tenże. Reakcji brak.

Parkują więc dumni rodzice gdzie popadnie, ucząc przy okazji latorośle co wolno, jak się ma samochód. Na zwrócenie uwagi reagują w najlepszym razie tłumaczeniem, że im się dziecko przez te 100m przeziębi, w najgorszym - prezentacją zakresu łaciny kuchennej.

I tylko trawy żal.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (267)

#76912

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta, nowy poziom absurdu.

Mieszkam w bloku.

Wracam wczoraj do domu, po drodze zaglądam do skrzynki na listy. Widzę, że z mojej skrzynki zwisa wciśnięta do połowy kartka. Awizo.
Na nim brak zarówno adresu jak i nazwiska - więc nie do końca wiem, czy to moje. Za to wypisane długopisem zdanie: "Przesyłka do odbioru u optyka w budynku naprzeciwko".

Pan optyk przynajmniej spytał mnie o nazwisko.

Skarga pójdzie.

poczta

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (280)

#61256

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność drobna ale denerwująca.
Moja korporacja powstała poprzez wchłonięcie części firmy B przez firmę A. W związku z tym - większość budynków zajmowanych dotąd przez firmę B jest teraz firmą A, natomiast zostało kilka budynków zajmowanych przez firmę B. W jednym z tych budynków znajduje się pokoik szumnie zwany "oddziałem pocztowym firmy B".

Piekielny jest jeden kurier.

Zamawiam paczkę do pracy, podaję moje nazwisko, adres łącznie z numerem budynku, nazwę firmy.

Kurier dzwoni w momencie, gdy mnie już nie ma w pracy. Mówię, żeby zostawił w sekretariacie albo na portierni.
- To ja zostawię u pani Dorotki w oddziale pocztowym.
- Moment, u jakiej pani Dorotki? Ja nie znam żadnej pani Dorotki.
- To pan się dopyta. Wszyscy znają panią Dorotkę.
I sru słuchawką.

Na drugi dzień pytam kolegów, portiera... Nikt nie wie, kto to jest pani Dorotka.
Idę do sekretariatu - tam w końcu nasza sekretarka informuje mnie, że pani Dorotka pracuje w firmie B. A do kuriera przez dwa lata nie może dotrzeć, że firma A i firma B to nie to samo, takie numery odstawia regularnie.
Idę więc dwa budynki dalej, dzwonię domofonem (bo przecież moja karta dostępowa z firmy A tam nie działa), sterczę 10 minut zanim ktoś mnie wpuści. Paczkę odbieram od jakiegoś faceta. Na paczce - długopisem skreślony numer budynku podany przeze mnie, wpisany ten, w którym paczka została zostawiona.

No i dalej nie znam pani Dorotki, akurat w tym dniu była na urlopie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 432 (470)
zarchiwizowany

#61331

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu poszedłem na zakupy do Lidla.
Podczas łażenia po sklepie rzuciło mi się w oczy niemowlę w wózku ciekawie obserwujące świat dookoła.
Minęło z 15 minut mojego łażenia.
Stoję grzecznie w kolejce do kasy, zakupy niewielkie. Akurat nadchodzi moja kolej - gdy z tyłu przepycha się "matka Polka" z wyżej wymienionym dzieckiem. Przepycha się z tekstem "Przepraszam, on się właśnie obudził, zaraz zacznie ryczeć, przepuści mnie pan/pani?".
Przepchała się aż za mnie. Miałem właśnie skasowany pierwszy z moich pięciu produktów. Na tekst "Pan też mnie przepuści?" odparłem krótkim "Nie.".
Na co zostałem zmierzony wzrokiem zabójczyni i nazwany chamem.
Nie chciało mi się wdawać w dyskusję.
Moje zakupy spowolniły panią o całe dwie minuty.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (339)

#60942

(PW) ·
| Do ulubionych
Z tworzenia systemów informatycznych.

Dostaję zlecenie na stworzenie nowej funkcjonalności w systemie dla klienta. System ma dwa typy użytkowników: X i Y. W zleceniu znajduje się informacja, że funkcjonalność ma się nazywać Funkcjonalność X i ma być niedostępna dla użytkowników typu Y. Definicję klient dostarczy później.

OK, funkcjonalność wyceniona, czekamy na definicję.

Definicja przychodzi z tygodniowym poślizgiem - wynika z niej, że nowa funkcjonalność ma się nazywać Funkcjonalność Y i być dostępna tylko dla użytkowników Y.

Wysyłam pytanie do działu analizy i przełożonego - to jak w końcu robimy. Przez poślizg w jesteśmy w tyle z harmonogramem, muszę zacząć prace już albo się nie wyrobię - a system skonstruowany jest tak, że od tego muszę zacząć.

Decyzja - robimy według definicji. OK, niech będzie.

Godzinę przed terminem oddania na testy klient przysyła nową wersję definicji. I co? Ma się nazywać Funkcjonalność X i ma być dostępna tylko dla pewnego podtypu użytkowników typu X.
Przerabiam na szybko, siedzę godzinę dłużej w pracy.

Ale ale, nasz analityk twierdzi, że klient mu mówił, że on chce tą funkcjonalność mieć jeszcze dostępną dla pewnego podzbioru użytkowników typu Y. Tłumaczę jak krowie na rowie - że nijak nie wynika to ani z żadnego przysłanego dokumentu ani ze zdrowego rozsądku. Ale on gadał z klientem i on wie.
Żądam oficjalnego potwierdzenia.
Cisza do dziś.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (360)

#60344

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w dużej korporacji, jednak "mój" oddział jest malutki. W naszej lokalizacji w najbogatszych czasach nie było więcej, niż 50 osób. Wszystko w dwóch pomieszczeniach plus korytarz, kuchnia, dwie ubikacje.

Firma co roku bierze udział w Inicjatywie przez duże I. Inicjatywa wymaga zaangażowania pracowników, więc aby wiadomość o niej nie utonęła w stosie maili, dodatkowo przysyłane są nam plakaty o Inicjatywie informujące.

Któregoś roku zadzwoniło dziewczę z HRów do naszego kierownika, ile nam plakatów przysłać. Ten stwierdził, że jeden się powiesi w kuchni, jeden naprzeciwko wejścia i starczy - więc dwa spokojnie wystarczą.
Przyszło 10 sztuk formatu A3. Powiesiliśmy cztery i stwierdziliśmy, że więcej naprawdę nie bardzo jest sens wieszać - w kuchni wisi, na korytarzu wisi, w obu pomieszczeniach biurowych wisi po jednym. Trzeba być ślepym albo pracować zdalnie, żeby przegapić. Kierownik wysłał dziewczęciu maila z delikatnym upomnieniem - że przecież zamawiał dwa, dziesięć to marnotrawstwo papieru i pieniędzy.
Minęła godzina, zadzwonił kierownik kierownika - że się dziewczę poskarżyło, że nasz kiero nie chce Inicjatywy wspierać i wieszać plakatów.

Efekt? Rozwiesiliśmy wszystkie, jeszcze jeden trafił do kuchni, dwa do biur... a trzy do ubikacji.

korporacja

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 483 (535)

#59390

(PW) ·
| Do ulubionych
Nauka jazdy na rowerze w wykonaniu Piekielnego Tatusia:

- Po co nam równa nawierzchnia, to dla mięczaków. Się z dzieckiem idzie do parku na wyboistą ścieżkę gruntową.
- Bieganie męczy. Rower na kiju prowadzimy krokiem spacerowym, co z tego, że przy tej prędkości trudniej utrzymać równowagę.
- Dziecko zachęcamy do wysiłku ciągłym darciem mordy. Zalecane zwroty: "Patrz przed siebie, idiotko!", "Czego się debilko przechylasz?", "Trzymaj prosto tą dupę" itd. Tak, żeby słyszał nas cały park.
- Dziecko uparcie i złośliwie się przechyla? Pomóżmy mu kopiąc w rower w drugą stronę.
- Na naukę zabieramy młodszego syna, niech idzie obok i chłonie słownictwo.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 607 (723)

#58555

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze dla wszystkich szukających pracy.
Na portalu tablica.pl pojawiło się ogłoszenie o pracy biurowej - na oko zupełnie normalne i nie podejrzane.
Po wysłaniu CV dostajemy wiadomość o treści:

"Witam Serdecznie!
W dalszej aplkacji na powyzsze stanowisko niezbedny jest do wypelnienia e-formularrz, który przesylam ponizej:
http: //goo .gl/wFg0oF
(jeżeli link nie działa to proszę spróbować później, problemy z serwerami)
Nastepnie proszę wysłac do nas.
Pozdrawiam."

Link przekierowuje nas na stronę http://fire-files.pl/8bd71/rekrutacja.doc/0.54/6 . Przy próbie pobrania pliku strona pyta o nasz numer telefonu i operatora, a następnie o kod z smsa.
Link do regulaminu na tej stronie nie działa, ale gdy wczytamy się w drobny druczek na dole strony widzimy, że podając ten kod zgadzamy się na usługę otrzymywania 3 smsów tygodniowo płatnych 6,15zł za sztukę.

Śmiem twierdzić, że pracy z ogłoszenia nie ma, nie było i nie będzie, a cała akcja jest polowaniem na naiwniaków.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 694 (752)

#57966

(PW) ·
| Do ulubionych
Wysyp historii o piecykach gazowych przypomniał mi moją:
Mogłem mieć wtedy góra 12 lat, może mniej. Przełom lat 80-tych i 90-tych.

W mieszkaniu mojej mamy junkers zamontowany jest i zawsze był w łazience, nad wanną. Junkers zaczął kiedyś tam niedomagać. Mama chciała wezwać fachowca, ale mąż jej koleżanki stwierdził, że po co, w ramach koleżeńskiej przysługi jej serwis zrobi, w końcu on się na tym zna.
Przyszedł, pogrzebał przy junkersie, coś przeczyścił, wymienił bodajże membranę i poszedł.
Poszedłem się więc kąpać. Puściłem wodę, załatwiłem potrzeby fizjologiczne i idę do wanny...
Junkers zaczął wydawać jakieś dziwne dźwięki. Jakieś syki, piski... Cofnąłem się.
Wtedy junkers wydał z siebie głośne "BUM!", woda polała się zewsząd, a obudowa wpadła z impetem do wanny. Wanny w której mało brakowało a bym siedział.

Co orzekł wezwany fachowiec następnego dnia rano?
"Złota rączka" membranę założył do góry nogami.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 529 (583)