Profil użytkownika
Sihaja
| Zamieszcza historie od: | 12 marca 2011 - 18:56 |
| Ostatnio: | 5 kwietnia 2012 - 17:39 |
- Historii na głównej: 37 z 75
- Punktów za historie: 25100
- Komentarzy: 326
- Punktów za komentarze: 784
zarchiwizowany
Skomentuj (19)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Właśnie wróciłam z całodniowej wycieczki do szpitala... Jestem na kilka dni przed porodem. Ze wzgledu na dużą wadę wzroku i degenerację siatkówki oka, dostałam zaświadczenie, że wskazane jest rozwiązanie za pomocą cesarskiego cięcia.
Takie zaświadczenie uzyskałam od lekarza w prywatnej przychodni (Lux Med) bo tylko tam nie trzeba czekać pół roku na wizytę a ja mam abonament z pracy, uprawniający do bezpłatnych wizyt.
Dziś w szpitalu się dowiedziałam, że takie zaświadczenie jest guzik warte. Że powinnam mieć takowe ze szpitala (problem w tym, że tam nie ma poradni okulistycznej), ale w sumie i ono nie gwarantuje niczego. Bo jak pani ordynator rozkaże poród naturalny, to tak będzie. Największym absurdem jaki usłyszałam, było to, że jak akcja się zacznie i przyjadę wieczorem to pewnie sprawdzą mi jeszcze wzrok, a jak rano, to nie.
Czyli co? Rano mogę się liczyć z pogorszeniem i tak poważnej wady, a wieczorem może postarają się coś zaradzić? WTF?
Właśnie napisała do mnie kolezanka, która rodziła tam kilka mcy temu - miała takie zaświadczenie, kazali jej rodzić naturalnie, po 12 h jednak zdecydowali się na cesarkę... w takich przypadkach jest najwięcej komplikacji, gdy wszystko jest na szybko, matka i dziecko są wykończeni...
Jeśli chcę zadbać o swój wzrok to chyba jednak szybko powinnam poszukać innego szpitala...
edit: W dwóch innych szpitalach stwierdzili, że takie zaświadczenie jak najbardziej jest honorowane. Obie rozmowy z lekarzami (w tym jednym ordynatorem) mam nagrane na telefon, jak odmówią, mam dowód, że taka rozmowa była przeprowadzona i uzyskałam takie dowody.
Takie zaświadczenie uzyskałam od lekarza w prywatnej przychodni (Lux Med) bo tylko tam nie trzeba czekać pół roku na wizytę a ja mam abonament z pracy, uprawniający do bezpłatnych wizyt.
Dziś w szpitalu się dowiedziałam, że takie zaświadczenie jest guzik warte. Że powinnam mieć takowe ze szpitala (problem w tym, że tam nie ma poradni okulistycznej), ale w sumie i ono nie gwarantuje niczego. Bo jak pani ordynator rozkaże poród naturalny, to tak będzie. Największym absurdem jaki usłyszałam, było to, że jak akcja się zacznie i przyjadę wieczorem to pewnie sprawdzą mi jeszcze wzrok, a jak rano, to nie.
Czyli co? Rano mogę się liczyć z pogorszeniem i tak poważnej wady, a wieczorem może postarają się coś zaradzić? WTF?
Właśnie napisała do mnie kolezanka, która rodziła tam kilka mcy temu - miała takie zaświadczenie, kazali jej rodzić naturalnie, po 12 h jednak zdecydowali się na cesarkę... w takich przypadkach jest najwięcej komplikacji, gdy wszystko jest na szybko, matka i dziecko są wykończeni...
Jeśli chcę zadbać o swój wzrok to chyba jednak szybko powinnam poszukać innego szpitala...
edit: W dwóch innych szpitalach stwierdzili, że takie zaświadczenie jak najbardziej jest honorowane. Obie rozmowy z lekarzami (w tym jednym ordynatorem) mam nagrane na telefon, jak odmówią, mam dowód, że taka rozmowa była przeprowadzona i uzyskałam takie dowody.
służba_zdrowia
Ocena:
176
(Głosów:
206)
Jakoś w nocy nie mogłam zasnąć do 4... Za to moje młode w brzuchu spało jak niemowlę ;) Nie kopało, nie zmuszało do biegania co chwilę do łazienki... no miód malina. Dzień dobroci dla matek czy jakoś tak... Wstałam sobie przed ósmą, zjadłam śniadanie... a ten nadal śpi. Zjadam, wypiłam herbatę... nadal cisza. Zjadłam ciastko z czekoladą, wypiłam szklankę coli, nic. Około 11 zaczęłam się denerwować.
Dla niedzieciatych wyjaśnienie - jeżeli dziecko zbyt długo się nie "odzywa", czyli nie porusza, może to oznaczać coś złego. Podduszenie pępowiną, a w najgorszych przypadkach obumarcie płodu. W drugą stronę też niedobrze, jeżeli dziecko rusza się nadzwyczaj aktywnie, albo inaczej niż dotychczas, to należy jak najszybciej jechać na Izbę Przyjęć żeby to sprawdzić. Każdy ginekolog uczula na to ciężarną, zwłaszcza w sytuacji, w jakiej ja jestem - poprzednią ciążę poroniłam.
Zebraliśmy się około 12, jedziemy na IP. Tam w rejestracji informuję położną, że nie czuję ruchów dziecka od nocy, już południe... Położna zaprasza mnie do pokoju badań (jest już godzina 13), sprawdziła, czy słychać tętno dziecka, było. Uspokoiłam się trochę, wchodzi lekarz.
[L]: Co tam się dzieje?
[J]: W nocy i dziś nie czuję ruchów dziecka. Dlatego chciałam to sprawdzić.
[L]:(patrzy na zegarek) Dzień to się dopiero zaczął, to po co panikować?
[J]: Po to, że wiem jak się zachowuje moje dziecko i że rano kopie jak najęte, a dziś jest całkowita cisza.
[P]: Panie doktorze, pani ma ukończony 36 tydzień już...
[L]: Jest tętno, to do domu trzeba jechać!
[J]: Pierwszą ciążę poroniłam, woli mi pan podbić KTG, czy kolejne poronienie, bo nie chce się panu pieczątki podbić?
Lekarz zbaraniał. Po pół godziny oczekiwania, zostałam podłączona do KTG (takiej machiny rejestrującej aktywność dziecka, puls, skurcze ewentualne)... Po kolejnej godzinie dostałam kartę informacyjną. Lekarz nawet nie patrzył na mnie, słowem się nie odezwał.
Położną, która była świadkiem tego, przeprosiłam, że byłam niegrzeczna, ale naprawdę nie zależy mi na tym, żeby coś zaniedbać na tym etapie...
[P]: Niech pani nie przeprasza, bardzo dobrze pani powiedziała i bardzo dobrze że pani przyjechała. Lepiej trzy razy coś sprawdzić, żeby się okazało że jest wszystko w porządku, niż raz za mało pojechać i żeby zdarzyła się tragedia. A doktor zawsze ma takie podejście, zwłaszcza na dyżurze w niedzielę...
Podziękowałam, życzyłam miłego dnia i wyszłam.
Ale do teraz nie wierzę, że lekarz przyjmujący na świat dzieci w ten sposób podchodzi do swojej pracy.
No po prostu ręce opadają na takie podejście.
Dla niedzieciatych wyjaśnienie - jeżeli dziecko zbyt długo się nie "odzywa", czyli nie porusza, może to oznaczać coś złego. Podduszenie pępowiną, a w najgorszych przypadkach obumarcie płodu. W drugą stronę też niedobrze, jeżeli dziecko rusza się nadzwyczaj aktywnie, albo inaczej niż dotychczas, to należy jak najszybciej jechać na Izbę Przyjęć żeby to sprawdzić. Każdy ginekolog uczula na to ciężarną, zwłaszcza w sytuacji, w jakiej ja jestem - poprzednią ciążę poroniłam.
Zebraliśmy się około 12, jedziemy na IP. Tam w rejestracji informuję położną, że nie czuję ruchów dziecka od nocy, już południe... Położna zaprasza mnie do pokoju badań (jest już godzina 13), sprawdziła, czy słychać tętno dziecka, było. Uspokoiłam się trochę, wchodzi lekarz.
[L]: Co tam się dzieje?
[J]: W nocy i dziś nie czuję ruchów dziecka. Dlatego chciałam to sprawdzić.
[L]:(patrzy na zegarek) Dzień to się dopiero zaczął, to po co panikować?
[J]: Po to, że wiem jak się zachowuje moje dziecko i że rano kopie jak najęte, a dziś jest całkowita cisza.
[P]: Panie doktorze, pani ma ukończony 36 tydzień już...
[L]: Jest tętno, to do domu trzeba jechać!
[J]: Pierwszą ciążę poroniłam, woli mi pan podbić KTG, czy kolejne poronienie, bo nie chce się panu pieczątki podbić?
Lekarz zbaraniał. Po pół godziny oczekiwania, zostałam podłączona do KTG (takiej machiny rejestrującej aktywność dziecka, puls, skurcze ewentualne)... Po kolejnej godzinie dostałam kartę informacyjną. Lekarz nawet nie patrzył na mnie, słowem się nie odezwał.
Położną, która była świadkiem tego, przeprosiłam, że byłam niegrzeczna, ale naprawdę nie zależy mi na tym, żeby coś zaniedbać na tym etapie...
[P]: Niech pani nie przeprasza, bardzo dobrze pani powiedziała i bardzo dobrze że pani przyjechała. Lepiej trzy razy coś sprawdzić, żeby się okazało że jest wszystko w porządku, niż raz za mało pojechać i żeby zdarzyła się tragedia. A doktor zawsze ma takie podejście, zwłaszcza na dyżurze w niedzielę...
Podziękowałam, życzyłam miłego dnia i wyszłam.
Ale do teraz nie wierzę, że lekarz przyjmujący na świat dzieci w ten sposób podchodzi do swojej pracy.
No po prostu ręce opadają na takie podejście.
służba_zdrowia
Ocena:
456
(Głosów:
584)
9 miesiąc ciąży się zaczął, czas na wizytę u lekarza. Wizyta na 17, autobus o 16.20. Jak podjechał, to myślałam, że pójdę na piechotę, choć nie powinnam ruszać się za bardzo... taki zapchany - no wiadomo, godziny szczytu. Autobus podjechał tak, że akurat stałam naprzeciw przednich drzwi.
Już wchodziłam, kiedy wepchnęła się przede mną [S]tarsza pani. No nic, może się spieszy, może się bała, że nie zdąży... wiadomo. Zajęła od razu miejsce za kierowcą, zwolnione przez jakiegoś chłopaka. Jednak coś nie mogła się zmieścić obok drugiej kobiety, co skomentowała:
[S] Ale teraz robią siedzenia, człowiek spada z nich...
W tym czasie kupiłam bilet u kierowcy (bo w kiosku brak) i rozglądałam się za kasownikiem. Z miejsca obok tego, na którym siedziała ta starsza pani (tylko po drugiej stronie przejścia), zeszła [D]ziewczyna i ustąpiła mi miejsca. Podziękowałam, powiedziałam że tylko skasuję bilet. Trwało to może ze dwie sekundy, ale w tym czasie staruszka zeskoczyła ze swojego siedzenia i zaczęła pakować się na to zwolnione przed chwilą.
Dziewczyna zastąpiła jej drogę:
[D]: Bardzo przepraszam ale ja ustąpiłam to miejsce tej pani w ciąży.
[S] A to suki...
Po czym wdrapała się na swoje poprzednie miejsce...
Już wchodziłam, kiedy wepchnęła się przede mną [S]tarsza pani. No nic, może się spieszy, może się bała, że nie zdąży... wiadomo. Zajęła od razu miejsce za kierowcą, zwolnione przez jakiegoś chłopaka. Jednak coś nie mogła się zmieścić obok drugiej kobiety, co skomentowała:
[S] Ale teraz robią siedzenia, człowiek spada z nich...
W tym czasie kupiłam bilet u kierowcy (bo w kiosku brak) i rozglądałam się za kasownikiem. Z miejsca obok tego, na którym siedziała ta starsza pani (tylko po drugiej stronie przejścia), zeszła [D]ziewczyna i ustąpiła mi miejsca. Podziękowałam, powiedziałam że tylko skasuję bilet. Trwało to może ze dwie sekundy, ale w tym czasie staruszka zeskoczyła ze swojego siedzenia i zaczęła pakować się na to zwolnione przed chwilą.
Dziewczyna zastąpiła jej drogę:
[D]: Bardzo przepraszam ale ja ustąpiłam to miejsce tej pani w ciąży.
[S] A to suki...
Po czym wdrapała się na swoje poprzednie miejsce...
staruszka w autobusie
Ocena:
684
(Głosów:
736)
zarchiwizowany
Skomentuj (22)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Tym razem ja byłam piekielna, przynajmniej to mówił wzrok ludzi...
Wielka sobota, moja teściowa poprosiła o kupienie jej kilku rzeczy, bo rozłożyła ją grypa - gorączka ponad 39 stopni, a jeść coś trzeba.
Skoczyliśmy do hipermarketu po drodze do niej, kupiliśmy pieczywo, jakąś wędlinę, sok z malin (z 5 czy 6 produktów w sumie). Udajemy się do kasy, ponieważ jestem w 9 miesiącu ciąży (jeszcze dwa i pół tygodnia...) udaję się do kasy dla osób w ciaży i niepełnosprawnych. Kolejka składała się z jednej pani (kasowanej w tej chwili), a także 4 czy 5 facetów (bez kul, wózków czy czegoś takiego), kazdy oczywiście wyposażony w wózek wyładowany po brzegi produktami na Święta.
Podeszłam:
[J] Dzień dobry, przepraszam, czy ktoś jeszcze z Państwa w ciąży lub niepełnosprawny?
Chwila ciszy, więc przeszłam na początek kasy, miła pani kasjerka szybciutko mnie skasowała. Mąż mówi, że jakby wzrok mógł zabijać...
Wielka sobota, moja teściowa poprosiła o kupienie jej kilku rzeczy, bo rozłożyła ją grypa - gorączka ponad 39 stopni, a jeść coś trzeba.
Skoczyliśmy do hipermarketu po drodze do niej, kupiliśmy pieczywo, jakąś wędlinę, sok z malin (z 5 czy 6 produktów w sumie). Udajemy się do kasy, ponieważ jestem w 9 miesiącu ciąży (jeszcze dwa i pół tygodnia...) udaję się do kasy dla osób w ciaży i niepełnosprawnych. Kolejka składała się z jednej pani (kasowanej w tej chwili), a także 4 czy 5 facetów (bez kul, wózków czy czegoś takiego), kazdy oczywiście wyposażony w wózek wyładowany po brzegi produktami na Święta.
Podeszłam:
[J] Dzień dobry, przepraszam, czy ktoś jeszcze z Państwa w ciąży lub niepełnosprawny?
Chwila ciszy, więc przeszłam na początek kasy, miła pani kasjerka szybciutko mnie skasowała. Mąż mówi, że jakby wzrok mógł zabijać...
sklepy
Ocena:
198
(Głosów:
292)
Dzisiaj około południa wpadam do Żabki po jakiś sok. W kolejce przede mną stoi [P]ani, która zauważa truskawki. Truskawki jak to truskawki o tej porze roku - piękne, wielkie, dorodne i wyglądające jak odlane z plastiku, wiadomo, z ciepłego kraju.
[P] Te truskawki to skąd są?
[S] Z tego co widzę na naklejce - z Hiszpanii.
[P] A czemu nie z Polski?
[S] o.O - dosłownie taką minę zrobiła pani sprzedawczyni. Ja, szczerze powiedziawszy - słysząc to - też :P
[P] Co, polskie gorsze, niż hiszpańskie?
[S] Raczej to, że polskich w chwili obecnej jeszcze nie ma, pewnie pojawią się za jakieś dwa miesiące...
[P] Tak, tak, na pewno, jak w Hiszpanii są to u nas nie ma? Pszenicę sprowadzamy, jabłka sprowadzamy, mleko kupujemy za granicą to i truskawki tak? Nie będę tu nic kupować, to jest antypolski sklep! To niepatriotyczny sklep!
Pani wrzasnęła ostatnie słowa i wyszła.
Obie ze sprzedawczynią przez chwilę otrząsałyśmy się z tego, czego byłyśmy świadkami...
[J] Dla mnie ten sok. I poproszę te antypolskie truskawki...
Czasami nie ogarniam zaślepienia ludzi, które pozbawia ich zdolności myślenia...
[P] Te truskawki to skąd są?
[S] Z tego co widzę na naklejce - z Hiszpanii.
[P] A czemu nie z Polski?
[S] o.O - dosłownie taką minę zrobiła pani sprzedawczyni. Ja, szczerze powiedziawszy - słysząc to - też :P
[P] Co, polskie gorsze, niż hiszpańskie?
[S] Raczej to, że polskich w chwili obecnej jeszcze nie ma, pewnie pojawią się za jakieś dwa miesiące...
[P] Tak, tak, na pewno, jak w Hiszpanii są to u nas nie ma? Pszenicę sprowadzamy, jabłka sprowadzamy, mleko kupujemy za granicą to i truskawki tak? Nie będę tu nic kupować, to jest antypolski sklep! To niepatriotyczny sklep!
Pani wrzasnęła ostatnie słowa i wyszła.
Obie ze sprzedawczynią przez chwilę otrząsałyśmy się z tego, czego byłyśmy świadkami...
[J] Dla mnie ten sok. I poproszę te antypolskie truskawki...
Czasami nie ogarniam zaślepienia ludzi, które pozbawia ich zdolności myślenia...
sklep
Ocena:
610
(Głosów:
680)
zarchiwizowany
Skomentuj (22)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Nie wiem czy u Was też, ale u nas łażą i dzwonią domofonami, oferując "zimnioki, cebulę, marchew, buroki". Kiedyś było to 2 razy w miesiacu. Ale od niedawna co drugi dzień, albo codziennie. Od 7.45 do 9.30 mniej więcej.
Nikt nie kupuje tych ziemniaków. A już na pewno nie co drugi dzień... Ludzie są wkurzeni, bo a to wracają z nocnej zmiany, a to mają dzieci małe, które śpią, a to jak ja, przez ciażę całą noc przewracają się z boku na bok a zasypiają około 6 jak się młode uspokoi i przestanie kopać... a tu domofon i to nie krótki sygnał, tylko całkiem długo dzwoni, jakby się paliło. Najgorsze, ze nie da się olać, bo domofonem dzwoni też listonosz, jak ma przesyłkę poleconą i jak ktoś nie otworzy, to zostawia awizo...
Ile razy się nie mówi, ze nie chcemy, prosimy nie dzwonić - nie dociera.
Ostatnio wracam z morfologii (a więc jest koło 8.30), łazi dwóch facetów po klatkach, dzwoni, z każdej odchodzą z kwitkiem. W końcu jeden mnie mija i zastępuje drogę:
[F] Pani na pewno zechce ziemnioczków!
[J] Pan to zaraz w łeb oberwie za zachodzenie mi drogi.
Byłam wredna, ale całą noc nie spałam, na głodniaka jechałam do laboratorium, tam jak zwykle kolejka, młode tłucze się po wątrobie bo głodne, chcę do domu jak najszybciej, a ten mi d*pę zawraca. Próbuję go wyminąć, ale facet rozkłada ręce:
[F] Pani się nie nerwuje, bo dziecku zaszkodzi.
I wyciąga brudne łapy w kierunku mojego brzucha. Po pierwsze nie lubię jak ktoś mnie dotyka obcy, po drugie tym bardziej w ciąży (ja nie wiem, ale ludzie sądzą że jak kobieta ma brzuch to już jest on jakąś własnością publiczną i każdy może sobie dotykać), po trzecie nie brudnymi łapami, po czwarte nie po tym jak chce mi wepchnąć te cholerne ziemniaki!!!
[J] Proszę mnie przepuścić, albo pan oberwie.
Facet zaczyna mnie denerwować, tym bardziej, ze zaczynamy "się kiwać" na chodniku... Brak reakcji to niedobra reakcja...
Dostał torebką po głowie. Choć moze właściwsze byłoby napisać: torbą :P Dziś nikt nie dzwonił... może to tak na stałe?
Nikt nie kupuje tych ziemniaków. A już na pewno nie co drugi dzień... Ludzie są wkurzeni, bo a to wracają z nocnej zmiany, a to mają dzieci małe, które śpią, a to jak ja, przez ciażę całą noc przewracają się z boku na bok a zasypiają około 6 jak się młode uspokoi i przestanie kopać... a tu domofon i to nie krótki sygnał, tylko całkiem długo dzwoni, jakby się paliło. Najgorsze, ze nie da się olać, bo domofonem dzwoni też listonosz, jak ma przesyłkę poleconą i jak ktoś nie otworzy, to zostawia awizo...
Ile razy się nie mówi, ze nie chcemy, prosimy nie dzwonić - nie dociera.
Ostatnio wracam z morfologii (a więc jest koło 8.30), łazi dwóch facetów po klatkach, dzwoni, z każdej odchodzą z kwitkiem. W końcu jeden mnie mija i zastępuje drogę:
[F] Pani na pewno zechce ziemnioczków!
[J] Pan to zaraz w łeb oberwie za zachodzenie mi drogi.
Byłam wredna, ale całą noc nie spałam, na głodniaka jechałam do laboratorium, tam jak zwykle kolejka, młode tłucze się po wątrobie bo głodne, chcę do domu jak najszybciej, a ten mi d*pę zawraca. Próbuję go wyminąć, ale facet rozkłada ręce:
[F] Pani się nie nerwuje, bo dziecku zaszkodzi.
I wyciąga brudne łapy w kierunku mojego brzucha. Po pierwsze nie lubię jak ktoś mnie dotyka obcy, po drugie tym bardziej w ciąży (ja nie wiem, ale ludzie sądzą że jak kobieta ma brzuch to już jest on jakąś własnością publiczną i każdy może sobie dotykać), po trzecie nie brudnymi łapami, po czwarte nie po tym jak chce mi wepchnąć te cholerne ziemniaki!!!
[J] Proszę mnie przepuścić, albo pan oberwie.
Facet zaczyna mnie denerwować, tym bardziej, ze zaczynamy "się kiwać" na chodniku... Brak reakcji to niedobra reakcja...
Dostał torebką po głowie. Choć moze właściwsze byłoby napisać: torbą :P Dziś nikt nie dzwonił... może to tak na stałe?
ziemnioki
Ocena:
161
(Głosów:
229)
zarchiwizowany
Skomentuj (32)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Wkurzyła mnie ostatnio moja matka. Przyszła ciocia na herbatkę, siedzimy, gadamy o wyprawce dla małego, a moja matka wyskakuje z pytaniem, czy już mam kasę przygotowaną "na prezenty" dla lekarza i położnych...
Stwierdziłam, że nie idę do prywatnego szpitala, żeby musieć za coś płacić i nie zamierzam dawać żadnych łapówek. (Tak między nami, gdyby była tam jakaś położna, która byłaby szczególnie pomocna i miła, to na pewno podziękowałabym jej, kupując jakieś czekoladki czy coś takiego przy wyjściu, ale nie widzę powodu, dla którego miałabym płacić za coś, za co zapłaci NFZ - tym bardziej, że całą ciążę i tak mam prowadzoną prywatnie).
Tu zaczął się wykład, że jestem niewychowana, że jak ja chcę w ogóle być traktowana, na pewno mnie czymś zakażą, dziecko urodzi się bez ręki, albo coś innego złego go czeka, bo nie dałam łapówki.
Zapytałam dlaczego mam płacić lekarzowi czy położnej za to, za co dostają pensję, czy do urzędu idę po pieczątkę na dokumencie z kopertą? Albo do sklepu do pani kasjerki z kwiatami, bo raczyła policzyć mi za zakupy?
Moja matka zaczęła na mnie wrzeszczeć, że nie umiem się zachować, że lekarzowi należy się łapówka, położnym i salowym też.
Stwierdziłam, że jak się rozpędzi, to i portierowi na parkingu da łapówkę, a koszt zacznie się zbliżać do kosztu porodu w prywatnym szpitalu, to może lepiej zainwestować w to i zapłacić oficjalnie, z fakturą i możliwością odliczenia od podatku? :P
Może jest to sytuacja mało szkodliwa dla mnie, powrzeszczała, co tam, ciśnienie mi wzrosło, tyle.
Problem w tym, że dziesięć osób przyjdzie z kopertą i zostaną należycie obsłużeni, a jedenasta bez koperty (bo jej nie stać) i co, nie dostanie opieki w szpitalu, bo nie zapłaciła?
Szkoda, że pokolenie wstecz myśli, że bez tego nie da się żyć :/
Stwierdziłam, że nie idę do prywatnego szpitala, żeby musieć za coś płacić i nie zamierzam dawać żadnych łapówek. (Tak między nami, gdyby była tam jakaś położna, która byłaby szczególnie pomocna i miła, to na pewno podziękowałabym jej, kupując jakieś czekoladki czy coś takiego przy wyjściu, ale nie widzę powodu, dla którego miałabym płacić za coś, za co zapłaci NFZ - tym bardziej, że całą ciążę i tak mam prowadzoną prywatnie).
Tu zaczął się wykład, że jestem niewychowana, że jak ja chcę w ogóle być traktowana, na pewno mnie czymś zakażą, dziecko urodzi się bez ręki, albo coś innego złego go czeka, bo nie dałam łapówki.
Zapytałam dlaczego mam płacić lekarzowi czy położnej za to, za co dostają pensję, czy do urzędu idę po pieczątkę na dokumencie z kopertą? Albo do sklepu do pani kasjerki z kwiatami, bo raczyła policzyć mi za zakupy?
Moja matka zaczęła na mnie wrzeszczeć, że nie umiem się zachować, że lekarzowi należy się łapówka, położnym i salowym też.
Stwierdziłam, że jak się rozpędzi, to i portierowi na parkingu da łapówkę, a koszt zacznie się zbliżać do kosztu porodu w prywatnym szpitalu, to może lepiej zainwestować w to i zapłacić oficjalnie, z fakturą i możliwością odliczenia od podatku? :P
Może jest to sytuacja mało szkodliwa dla mnie, powrzeszczała, co tam, ciśnienie mi wzrosło, tyle.
Problem w tym, że dziesięć osób przyjdzie z kopertą i zostaną należycie obsłużeni, a jedenasta bez koperty (bo jej nie stać) i co, nie dostanie opieki w szpitalu, bo nie zapłaciła?
Szkoda, że pokolenie wstecz myśli, że bez tego nie da się żyć :/
moja matka...
Ocena:
250
(Głosów:
296)
zarchiwizowany
Skomentuj (10)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jestem w 33 tygodniu ciąży. To już 8 miesiąc, sama końcówka. Moja ginekolog wysłała mnie do ortopedy, bo skarżyłam się na bóle od kręgosłupa promieniujące do nóg, tak, ze mąż musi mnie czasem prawie przenieść z kuchni do pokoju, bo nie mogę postawić nogi i się na niej oprzeć :/
Wchodzę do gabinetu pana prof. dr. hab. i mówię co się dzieje.
Pan doktor spojrzał na mnie i stwierdził, że mam schudnąć, to bóle same przejdą.
Ja zrobiłam oczy jak pięć złotych i mówię, że w ciąży to trochę trudno się starać o schudnięcie.
Pan doktor spojrzał uważniej i pyta:
-A to pani w ciąży jest, tak?
Ubrana byłam w tunikę, która dość ściśle przylegała do brzucha, którego raczej nie da się pomylić z otyłością. Wstałam, podziękowałam i wyszłam.
Miała rację moja kardiolog, że ci profesorowie to najczęściej jednak teoretycy gawędziarze i strach do nich chodzić :P
Wchodzę do gabinetu pana prof. dr. hab. i mówię co się dzieje.
Pan doktor spojrzał na mnie i stwierdził, że mam schudnąć, to bóle same przejdą.
Ja zrobiłam oczy jak pięć złotych i mówię, że w ciąży to trochę trudno się starać o schudnięcie.
Pan doktor spojrzał uważniej i pyta:
-A to pani w ciąży jest, tak?
Ubrana byłam w tunikę, która dość ściśle przylegała do brzucha, którego raczej nie da się pomylić z otyłością. Wstałam, podziękowałam i wyszłam.
Miała rację moja kardiolog, że ci profesorowie to najczęściej jednak teoretycy gawędziarze i strach do nich chodzić :P
służba_zdrowia Lublin
Ocena:
155
(Głosów:
193)
Znajoma jest w ciąży. Siedzi sobie w domu, niedziela, leniwy poranek, 31 tydzień ciąży się zaczął, nagle odeszły jej wody. Dzwoni zatem po męża, żeby się wyrwał z pracy jak tylko będzie mógł, ona dzwoni po pogotowie, bo to jednak sporo za wcześnie (2 miesiące to jednak kawał czasu dla dziecka) i może coś być nie tak. Dzwoni na pogotowie i rozmawia z dyspozytorką:
[Z] - Dzień dobry, proszę pani jestem w 31 tygodniu ciąży, właśnie odeszły mi wody, proszę o przysłanie karetki, bo boję się, że coś stanie się dziecku.
[D] - Pani myśli, że wysyłamy karetki jako taksówki? Mąż nie może pani zawieźć do szpitala?
[Z] - Gdyby mógł, to bym nie dzwoniła, jest poza miastem, bardzo proszę o karetkę...
[D] - Proszę zadzwonić po taksówkę w takim razie i nie blokować linii. Do widzenia.
Pani się rozłączyła.
Znajoma zadzwoniła do trzech korporacji taksówek (nie mieszka w dużym mieście, gdzie byłoby ich kilkanaście, tyle też numerów pamiętała...). Kiedy prosiła o szybki przyjazd bo rodzi, pani z korporacji pytała, który pan podjedzie do rodzącej, ale za każdym razem stwierdzali, że tapicerki sobie nie będą brudzić... Znajoma znów zadzwoniła na pogotowie, już nieźle spanikowana:
[Z] - Proszę pani, ja dzwoniłam przed chwilą, odeszły mi wody w 31 tygodniu, żadna z taksówek nie chce mnie zabrać z domu, proszę o przysłanie karetki...
[D] - Ja pani już mówiłam, że karetka to nie taksówka, umierająca pani jest, że mam wysyłać? Proszę zadzwonić po taksówkę, albo poprosić sąsiada.
I znów się rozłączyła.
Znajoma chwilę potem urodziła w domu.
Wtedy karetka przyjechała. Dziecko leży w inkubatorze, jest maleńkie, ma sporą niedowagę. Nie może samo oddychać, lekarze powiedzieli, że może mieć spore problemy ze zdrowiem. Gdyby znajoma przyjechała wcześniej lub dziecko od razu dostałoby pomoc od lekarza w karetce, negatywnych konsekwencji byłoby mniej.
[Z] - Dzień dobry, proszę pani jestem w 31 tygodniu ciąży, właśnie odeszły mi wody, proszę o przysłanie karetki, bo boję się, że coś stanie się dziecku.
[D] - Pani myśli, że wysyłamy karetki jako taksówki? Mąż nie może pani zawieźć do szpitala?
[Z] - Gdyby mógł, to bym nie dzwoniła, jest poza miastem, bardzo proszę o karetkę...
[D] - Proszę zadzwonić po taksówkę w takim razie i nie blokować linii. Do widzenia.
Pani się rozłączyła.
Znajoma zadzwoniła do trzech korporacji taksówek (nie mieszka w dużym mieście, gdzie byłoby ich kilkanaście, tyle też numerów pamiętała...). Kiedy prosiła o szybki przyjazd bo rodzi, pani z korporacji pytała, który pan podjedzie do rodzącej, ale za każdym razem stwierdzali, że tapicerki sobie nie będą brudzić... Znajoma znów zadzwoniła na pogotowie, już nieźle spanikowana:
[Z] - Proszę pani, ja dzwoniłam przed chwilą, odeszły mi wody w 31 tygodniu, żadna z taksówek nie chce mnie zabrać z domu, proszę o przysłanie karetki...
[D] - Ja pani już mówiłam, że karetka to nie taksówka, umierająca pani jest, że mam wysyłać? Proszę zadzwonić po taksówkę, albo poprosić sąsiada.
I znów się rozłączyła.
Znajoma chwilę potem urodziła w domu.
Wtedy karetka przyjechała. Dziecko leży w inkubatorze, jest maleńkie, ma sporą niedowagę. Nie może samo oddychać, lekarze powiedzieli, że może mieć spore problemy ze zdrowiem. Gdyby znajoma przyjechała wcześniej lub dziecko od razu dostałoby pomoc od lekarza w karetce, negatywnych konsekwencji byłoby mniej.
pogotowie
Ocena:
1000
(Głosów:
1046)
Zrobiłam zamówienie w sklepie internetowym, jako że z ciążą gorzej i kategorycznie nie mogę nosić niczego w zasadzie... Paczka niewielka, ale "skoncentrowana", 5-6 kg wagi.
Kurier zadzwonił, będzie za 5 minut, kazał mi zejść po paczkę. Myślę sobie zejdę i poproszę, żeby mi wniósł to na 4 piętro (bez niczego już ciężko mi się wdrapać, a co mówić o wnoszeniu paczki, czego mi nie wolno), dam mu jakiś napiwek.
Kurier jednak stwierdził, że jak już zeszłam to sobie wniosę, co tam widok sporego brzucha i tłumaczenie, że nie mogę i prośba, żeby mi pomógł. On już doręczył i idzie.
W dodatku jak zwykle "nie miał wydać" 4 zł reszty, a jak stwierdziłam, żeby poczekał, to może uzbieram odliczoną kwotę, to stwierdził, że on czekać nie będzie, zabiera paczkę i jedzie.
Darowałam mu te 4 zł, ale poprosiłam raz jeszcze, żeby mi pomógł z tą paczką. Nic z tego. Pognał, tylko by się kurzyło, gdyby nie śnieg na chodniku.
Sprawdziłam na stronie internetowej DPD - mają wnosić paczki do 31.5 kg bez żadnej dopłaty, bo tak wygląda usługa. 20 zł za przesyłkę, 4 zł napiwku, a paczkę tak czy inaczej, schodek po schodku, musiałam wnieść sama.
Skutek - wizyta w szpitalu. Skarga poszła. Jeśli coś stanie się dziecku - sąd...
Kurier zadzwonił, będzie za 5 minut, kazał mi zejść po paczkę. Myślę sobie zejdę i poproszę, żeby mi wniósł to na 4 piętro (bez niczego już ciężko mi się wdrapać, a co mówić o wnoszeniu paczki, czego mi nie wolno), dam mu jakiś napiwek.
Kurier jednak stwierdził, że jak już zeszłam to sobie wniosę, co tam widok sporego brzucha i tłumaczenie, że nie mogę i prośba, żeby mi pomógł. On już doręczył i idzie.
W dodatku jak zwykle "nie miał wydać" 4 zł reszty, a jak stwierdziłam, żeby poczekał, to może uzbieram odliczoną kwotę, to stwierdził, że on czekać nie będzie, zabiera paczkę i jedzie.
Darowałam mu te 4 zł, ale poprosiłam raz jeszcze, żeby mi pomógł z tą paczką. Nic z tego. Pognał, tylko by się kurzyło, gdyby nie śnieg na chodniku.
Sprawdziłam na stronie internetowej DPD - mają wnosić paczki do 31.5 kg bez żadnej dopłaty, bo tak wygląda usługa. 20 zł za przesyłkę, 4 zł napiwku, a paczkę tak czy inaczej, schodek po schodku, musiałam wnieść sama.
Skutek - wizyta w szpitalu. Skarga poszła. Jeśli coś stanie się dziecku - sąd...
kurierzy DPD
Ocena:
707
(Głosów:
827)
