Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

thefinalaction

Zamieszcza historie od: 31 lipca 2014 - 21:57
Ostatnio: 27 marca 2017 - 9:05
  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 4226
  • Komentarzy: 78
  • Punktów za komentarze: 805
 

#77613

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio mam wyjątkowego pecha i wszędzie spotykam gburów i debili.

Wracałam do domu po ciężkim dniu w pracy. Brzydka pogoda, nie do końca zbita lekami migrena i zmęczenie. Humor miałam wyjątkowo podły. Oczywiście musiał znaleźć się jeden delikwent i podnieść mi ciśnienie.

Po drodze poczłapałam leniwie do supermarketu. Pokręciłam się między półkami, wzięłam co trzeba i skierowałam się do kasy.

Ruch spory, otwarte 3 kasy, ale o dziwo wszystko idzie dość sprawnie. Stanęłam w kolejce do kasy, przede mną kilka osób, a za mną ON. Śmierdzący potem i cebulą facet, w przyciasnym garniaku. Smrodek rozpylany przez jegomościa nie był tak irytujący jak jego zachowanie. Rozmawiał głośno przez telefon z Marzenką czy inną Grażynką. Rechotał przy tym głośno i przeklinał gorzej niż gimnazjalista.

Kolejka przesuwała się dość sprawnie, lecz zbyt wolno dla Cebulowego Faceta. Mamrotał coś o "ch**wej obsłudze" i darmozjadach. Kasjerka skończyła obsługiwać kobietę przede mną. Babeczka szybko zapakowała swoje zakupy, na odchodnym zapytała kasjerkę o jakiś produkt (chyba o to, czy nie ma go tylko chwilowo na półkach, czy został całkiem wycofany). Te dwie sekundy rozmowy nie spodobały się Cebulowemu Facetowi.

- Co to k*** za ploteczki!? Wracaj do roboty głupia pindo!

Kasjerka olała go ciepłym moczem, odpowiedziała kobiecie na pytanie i zaczęła kasować mnie. Kasjerka przesuwa moje produkty nad czytnikiem, ja je sobie spokojnie pakuję do toreb. Pani kasjerka głosem znudzonego robota wyklepuje formułkę o karcie Vipa Super Klienta na punkty bonusowe. Wtedy odzywa się Cebulowy Facet.

- Hehe, co ty myślisz, że ktoś tę ch** kartę ma? Po ch** zawsze się pytacie? Co, głupia larwo? Hehe... Siedzisz tu skrzywiona, uśmiechnij się hehe.. PATRZ NA MNIE JAK DO CIEBIE MÓWIĘ, KUR**!

Ciśnienie skoczyło mi momentalnie. Kasjerka dalej olewa kolesia, który zaczyna być coraz bardziej agresywny.

- ODEZWIJ SIĘ DO MNIE, KUR**!

Nie wytrzymałam.

- Zamknie pan w końcu tę mordę?!

Cebulowy spojrzał na mnie, chyba zaskoczony.

- Co się odzywasz, kur*o? Prosił Cię ktoś o zdanie?

I zaczyna machać łapami, i zmierza w moim kierunku. Wyciągnęłam z kieszeni kurtki gaz i uniosłam na wysokość oczy faceta. Cebulowy wyhamował, ale dalej machał wielkimi łapskami i wyzywał mnie od najgorszych.

Kątem oka zauważyłam zmierzającego w naszą stronę innego kasjera, w towarzystwie ochroniarza. Kasjer drobny i chudy jak szczapa, ochroniarz wyglądał jakby za chwilę miał umrzeć ze starości. W ewentualnym starciu z Cebulowym nie mieli żadnych szans.

Cebulowy wydarł się jeszcze raz, wyzwał kasjerkę od głupich lachociągów i ruszył do wyjścia, uderzając łokciem chudego kasjera, który próbował go zatrzymać.

Kurz opadł, kasjerka podziękowała mi za reakcję. Smutno stwierdziła, że podobnych sytuacji miała kilka, ale nikt nigdy nie zareagował. Ludzie z kolejki mnie pozytywnie zaskoczyli, pocieszali kasjerkę i wylewali pomyje na Cebulowego.

Spakowałam resztę zakupów, pożegnałam się i wyszłam ze sklepu. Skręcałam właśnie w kierunku mojego bloku, gdy poczułam uderzenie w plecy. Odwróciłam się. To Cebulowy, z zadowoloną mordą i telefonem przy uchu krzyczał, że dzwoni właśnie na policję. Rzucił we mnie pomarańczą by zwrócić moją uwagę. Kazał mi się zatrzymać, bo właśnie wzywa patrol i aresztują mnie za grożenie mu gazem. Popukałam się w czoło, prewencyjnie wydobyłam gaz z kieszeni i poszłam do domu. Cebulowy dalej wrzeszczał coś za mną.

Nie interesuje mnie, czy faktycznie dzwonił na policję, czy nie. Buraków należy tępić, a tego dodatkowo chętnie zesłałabym do kamieniołomu.

sklepy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (Głosów: 275)

#77485

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa miesiące temu przygarnęliśmy kota. Przy pierwszym przeglądzie full wypas okazało się, że zwierzak ma dość duży kamień/kryształ w pęcherzu. Weterynarz od razu wdrożył leczenie, przepisał specjalistyczną karmę rozpuszczającą kryształy i kazał zgłaszać się gdy tylko coś złego zacznie się dziać.

Kilka dni temu kot zaczął posikiwać krwią. Najpierw do kuwety, potem w innnych miejscach (m. in. w jego ulubionym miejscu do spania - na naszym łóżku). Decyzja o kolejnej wizycie u weta z samego rana. Narzeczony niestety musiał iść sam gdyż ja pracowałam.

Po kilku godzinach od wizyty dzwonię do narzeczonego wypytać się co i jak. Akurat zbierał się do pracy więc przypomniałam mu, żeby zamknął drzwi do sypialni. Koci mocz z krwią bardzo ciężko doprać, zniszczyły nam się w ten sposób już dwa prześcieradła. Nie chciałam po prostu kolejnego kłopotu. Podobno kot nie bardzo się przejął tym zakazem i ograniczeniem jego kociej wolności, padł na parapet w salonie i spał.

Rozmowę z narzeczonym podsłuchała moja koleżanka z pracy. I się zaczęło.

Okazało się, że jestem "jakaś nienormalna"! Jak mogę zamykać drzwi przed schorowanym kotem, robię mu tylko przykrość i niepotrzebny stres.

Przyczepiła się też do samego leczenia kocura. Weterynarze to konowały, zdrajcy, oszuści, Żydzi, Masoni i Reptilianie. Zrobią wszystko, by wyciągnąć jak najwięcej kasy i trują zwierzęta.

Acha.

Nasz kot dostał No-Spę w zastrzyku (aby mógł się wysikać i całkiem go nie przytkało) oraz antybiotyk. Oczywiście wg koleżanki, kota powinnam leczyć żurawiną, tabletkami moczopędnymi dla ludzi oraz naparami z pokrzywy. Nie wiem, nie znam się. Możliwe, że ktoś leczy kota w ten sposób. Ja natomiast ufam lekarzowi weterynarii.

Opierdziel dostałam również za karmę. Przed przygarnięciem kota zaznajomiłam się z BARFem, stwierdziłam jednak, że mnie nie stać i nie mogłabym poświęcić tyle czasu na przygotowywanie pokarmu dla kota w ten sposób. Tym bardziej teraz gdy kot ma problemy z pęcherzem (i najprawdopodobniej również z nerkami), BARF raczej odpada.

Koleżanka trajkotała jeszcze przez dobrą godzinę. Wysyłała mi linki do stron o kotach, artykułów o niedobrych chytrych weterynarzach i plastiku znajdowanym w karmach dla zwierząt.

Kotu nie dzieje się krzywda, po kilku dniach problem minął. Będzie najprawdopodobniej nawracać, więc stąd specjalna dieta i obserwacja zwierzaka. Staram się dbać o kocura, czytam artykuły oraz fora właścicieli kotów. Uczę się na doświadczeniach innych, wiem na co zwrócić uwagę.

Doceniam troskę koleżanki. Ale sposób, w jaki przedstawiła mi swój punkt widzenia tylko mnie zniechęcił, miałam jej serdecznie dość.

Zdaję sobie sprawę, że wielu weterynarzy wykonuje swoją pracę tylko dla zysku. Że należy uważać i niektóre kwestie związane ze zdrowiem zwierzęcia najlepiej skonsultować z kilkoma lekarzami. Ale zakładanie, że wszyscy są tacy sami i to jeden wielki weterynaryjny spisek, jest po prosu chore.

praca weterynarz

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (Głosów: 202)

#77207

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeżdżę często komunikacją miejską. Piekielne sytuacje typu "wredna sapiąca staruszka", zdarzają się bardzo rzadko, ale wczoraj miałam chyba pecha.

Wracałam autobusem z pracy. Wraz ze mną w autobusie kilka przypadkowych, niczym niewyróżniających się osób.

Była też pani z transporterem. Nie przeszkadzała nikomu, zwierzak tak samo. Raz na jakiś czas można było usłyszeć ciche miauknięcie. Transporterem i miauczeniem zainteresowało się dziecko siedzące wraz z mamą na poczwórnych siedzeniach. Dziewczynka zerkała na "skrzynkę" i zapytała mamy, czemu kotek w niej siedzi.

Matka spokojnie zaczęła tłumaczyć dziecku, że kotek musi siedzieć w "skrzynce" żeby nie uciekł. Dziewczynka zapytała się mamy, gdzie kotek jedzie. Jeden z przystanków na trasie autobusu jest koło dość dużej kliniki weterynaryjnej, więc mama założyła, że kot jedzie do weterynarza.

Dziewczynka ciągnęła temat. A po co, a czemu, a co tam będzie robił i tak dalej. Mama zaczęła opowiadać, że kotek może być chory. Opowiedziała też córce, że kotki i inne zwierzęta czują tak samo jak ludzie, też może im się stać krzywda i nie można się z nimi bawić w sposób, który może sprawiać im ból. Ogólnie sytuacja bardzo pozytywna, mama wykorzystała sytuację z kotem, aby wytłumaczyć córce, że zwierzaki nie są zabawkami.

Takie zachowanie powinno się chwalić, prawda? Jeden Babsztyl raczej tak nie myślał.

Babsztyl przysłuchiwał się rozmowie matki z córką z fotela naprzeciwko. Babsztyl wyczekał, aż pani z kotem wysiądzie i zaczęła tyradę w stronię matki.

Babsztyl: Tak, najlepiej o śmierdzących zwierzakach gadać. Szacunku do ludzi nauczyć, a nie pierdoły opowiadać, że zwierzęta boli. Głupia pani jest czy co?

I dalej w ten deseń, że zwierzęta teraz mają więcej praw niż ludzie, najlepiej wszystkich ludzi powybijać i tak dalej.

Mama bardzo spokojnie ale stanowczo powiedziała Babsztylowi, żeby się odczepił. Babsztylowi ze złości posiniały usta i znowu zaczęła gderać.

Matka z córką kompletnie ją olewały, dziewczynka chyba nawet nie wiedziała co się dzieje. Wysiadły na kolejnym przystanku a Babsztyl zaczął szukać wsparcia u kobiety siedzącej obok. Ta jednak była widocznie zniesmaczona zachowaniem Babsztyla i nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem.

Mam nadzieję, że dziewczynka nie zrozumiała o co chodziło tej babie i zapamięta to, co mówiła jej mama.

Mam też nadzieję, że Babsztyl nie posiada żadnych zwierząt.

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 272 (Głosów: 284)

#77096

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapewne kojarzycie akcję zbierania nakrętek na cele charytatywne? Nic to nie kosztuje, nikomu nie wadzi. A jednak. Niektórym osobnikom najwyraźniej bardzo nie pasuje, że ktoś zamiast wyrzucić woli oddać nakrętki i tym sposobem komuś pomóc.

W pracy nie mamy typowego dystrybutora z wodą. Zamiast tego dostajemy wodę w butelkach. W związku z tym, że firma ma kilkunastu pracowników, siłą rzeczy butelek schodzi dużo. Nie jest to zbyt ekologiczne, w końcu butelki są plastikowe. Oprócz plastiku "odpadem" są nakrętki. Zamiast je wyrzucać po prostu zbieramy je w karton, czekając na akcję pt. "Zbieramy nakrętki na...".

Ostatnio pojawiła się okazja, by nakrętek się pozbyć. Szef powiadomił wszystkich, żeby zebrać ze wszystkich kartonów nakrętki w jeden duży karton lub worek, on to wszystko zapakuje do samochodu i zabierze. Jeden z jego sąsiadów uruchomił właśnie taką zbiórkę nakrętek na chorego chłopca.
Ja sama w mieszkaniu mam dość pokaźny worek nakrętek. Mam to szczęście (czy nieszczęście), że mieszkam na tym samym osiedlu co szef, w bloku naprzeciwko. Powiedziałam szefowi o moim worku nakrętek i umówiłam się, że następnego dnia przed pracą podrzucę mu je.

Ważne dla historii: osoba organizująca zbiórkę umiejscowiła na klatce spory karton z przyklejoną kartką "Szanowni Sąsiedzi, zbieram nakrętki na pomoc dla chorego chłopca". Pudło stało w rogu na półpiętrze, obok skrzynek pocztowych. Nie blokowało przejścia ani dostępu do samych skrzynek.

Rano zbieram się do pracy, gdy dzwoni szef. Mówi mi, żebym wstrzymała się z dostarczeniem mu worka z nakrętkami, on sam po nie wpadnie po południu. W sumie super, nie muszę sama męczyć się z wielkim workiem :)
Zmiana planów wyjaśniła się chwilę później. Wychodząc do pracy zauważyłam jakieś poruszenie przy bloku naprzeciwko (blok, w którym mieszka szef). Nad wejściem do klatki jest coś jakby betonowy dach. Na dachu stało dwóch panów, którzy zbierali kolorowe nakrętki. Obok nich leżał rozwalony worek. Śpieszyłam się do pracy, więc dopiero w biurze podpytałam szefa, czy wie co się stało.

Szef cały w nerwach opowiedział mi całą historię.

Poprzedniego dnia wieczorem zaniósł wór "biurowych" nakrętek do pudła postawionego na klatce. Część wsypał do środka, resztę zostawił w worku i postawił obok tak, żeby nikomu nie przeszkadzało. Następnego ranka nakrętek nie było w kartonie ani obok niego. Nie było nawet samego kartonu. Na podłodze leżało rozwalone, porwane coś będące kiedyś kartonem. Z napisem "Szanowny Sąsiedzie, proszę nie wykorzystywać bloku do żebrania i robienia śmietnika!". Na koniec dodane jeszcze 3 wykrzykniki dla podkreślenia ważności przekazu.

Tak. Ktoś wyrzucił worek z nakrętkami. Przez okno.

Szef bardzo zdenerwowany całą sytuacją. Spróbuje dowiedzieć się, który sąsiad zbiera nakrętki i w bezpieczniejszy sposób je mu przekazać oraz dorwać debila, który wyrzucił te już zebrane przez okno NA DACH. Jednym z podejrzanych jest rodzinka z mieszkania obok. "Wolne miejsce" obok skrzynek uważają za parking dla wózka dziecięcego (to, że w ten sposób blokują dostęp do niższego rzędu skrzynek jakoś im nie przeszkadza).

Ręce i cycki opadają.

ludzie to debile

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 247 (Głosów: 275)

#77000

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja babcia, mimo zaawansowanego już wieku, uwielbia gotować i piec.

Lubi też eksperymentować. Nie trzyma się kurczowo polskich schabowych, pierogów i sernika z rosą, ale próbuje przepisów kuchni włoskiej, indyjskiej, chińskiej i wielu innych. Ze znalezionych przepisów tworzy własne - kombinuje, podmienia, dodaje nowe składniki "bo może akurat wyjdzie fajne".

Babcia swoich przepisów uzbierała naprawdę sporo. Szukała łatwego sposobu, żeby je gdzieś gromadzić i dzielić się z innymi. Kiedyś jej koleżanka z Klubu Seniora podesłała jej link do serwisu, gdzie można wrzucać swoje przepisy.
Babci spodobała się łatwość obsługi i zajarała się możliwością wrzucania zdjęć potraw.

Pomogłam babci założyć konto, kilka pierwszych przepisów wrzuciłyśmy wspólnie, potem babcia sama obsługiwała swoje konto.

W tym momencie z ludzi powyłaziła typowa ludzka cebulowatość, zawiść i zwykły debilizm.

Pod przepisami babci zaczęły pojawiać się nieprzychylne komentarze. Niektóre były po prostu chamskie i wulgarne, babcię wyzywano od najgorszych, tłumoków i kretynów.

Ludzie czepiali się o wszystko. Lista "Największych Przebojów"

- babcia nie używa skrótów typu "łyż.", "gr" tylko wpisuje pełną formę "łyżka", "gramów"
Jednej osobie się to nie spodobało, bo jest nieprofesjonalne, zaburza wygląd przepisu (?) i wygląda ogólnie beznadziejnie i olaboga jak tak można!
- pod przepisami typowo mięsnymi pojawiały się komentarze "czemu jest tu mięso, skoro jest dużo innych alternatyw?"
- Za tłusto, za słodko, za słono, za dużo mąki, za dużo wody, za dużo tego i tamtego...
- wojujący weganie usilnie starali się wciskać do potraw zamienniki, hitem był "wegański parmezan" :)
- problemy z czytaniem oraz liczeniem wagi składników czy czasu przygotowania.

Najczęstsze były jednak komentarze wytykające domniemane "deptanie" czy "profanację" danej potrawy czy kuchni danego kraju.
Babcia nie trzymała się sztywno przepisów, wielu składników nie używała, bo nie mogła ich kupić (mała miejscowość i brak sklepów typu "kuchnie świata"). Niektóre składniki babcia pomijała, bo zwyczajnie jej nie smakowały. Zawsze jednak takie przepisy były nazwane "ala" lub "w stylu". Czyli ze względu na brak lub zamienienie kilku składników, nie był to "Kurczak z curry" lecz "Kurczak w pikantnym sosie w stylu indyjskim".
Ludzie wylewali na babcię wiadra pomyj, bo ośmieliła się nie użyć składnika X w potrawie, mimo, że jest podstawą. Zamienienie jogurtu śmietaną lub pominięcie parmezanu wywoływało burzę i palpitacje serca komentujących.

Babcia na samym początku odpisywała kąśliwie na komentarze, bo jakimś czasie się poddała.

Kulturalne uwagi czy wskazówki dotyczące przygotowywania potrawy to jedno. Ale wulgarne odzywki, nienawiść i wyzywanie kobiety tylko dlatego, że ośmieliła się mieć własne podejście do kuchni, to zwykłe buractwo.

internet kuchnia

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 352 (Głosów: 372)

#76571

(PW) ·
| Do ulubionych
Wpadłam ostatnio do kumpla po odbiór mojego laptopa, który ostatnio odmówił współpracy. Sprzęt stary, ciężki, toporny, ale miałam do niego sentyment i podjęłam próbę ratowania staruszka. Niestety bez powodzenia. Trudno, szczęśliwie udało się odratować dysk twardy i zapisane na nim dane.

Nie posiadam typowej torby na laptopa, sprzęt spakowałam do materiałowej torby. Komputer mimo niewielkich rozmiarów jest niemiłosiernie ciężki, więc torbę założyłam na ramię dla wygody. Jego "pole" spokojnie mieściło mi się pod ramieniem tak, że laptop nie wystawał na boki.

Po drodze do domu zaszłam do marketu na zakupy. Kręciłam się między regałami w dziale z kosmetykami, próbując nie potknąć się o biegające dziecko. Dzieciak około 6-7 lat, nabity i dość wysoki. Latał po całym sklepie drąc się jak stare kalesony, matka spokojnie stała sobie przy regale z szamponami, raz na jakiś czas anemicznie rzucając "Uspokój się, Szymon!". Dzieciak kompletnie ją ignorował.
Sięgałam właśnie po artykuł na półce, gdy poczułam mocne uderzenie w bok i głuche tąpniecie. Szymon wpadł na mnie z całym impetem i przywalił wielką łepetyną w nieszczęsną torbę z laptopem. Dzieciak w ryk. Matka łaskawie odwróciła wzrok od szamponów, kiedy zobaczyła swoje dziecko leżące na ziemi wpadła w panikę. Podbiegła do gówniaka i zapytała, co się stało. Dzieciak ciągle trochę pochlipując (chyba bardziej z wrażenia niż z bólu) powiedział, że bawił się, wpadł na mnie i uderzył głową o moją torbę.

Matka spojrzała na mnie morderczo "Co masz, ku**, w tej torbie!?".

Odpowiedziałam jej, że to nie jej sprawa i dzieciak jest sam sobie winny. Ona zaczęła się wydzierać. Że widać, że mam tam coś niebezpiecznego, że nie powinnam nosić takich wielkich toreb, że powinnam uważać jak stoję i że przeze mnie Szymonek będzie miał guza i wstrząs mózgu!

Podniosła mi nieźle ciśnienie, bo robiła aferę z niczego, chłopak już w połowie jej tyrady przestał płakać i wstał z ziemi.

Popatrzyłam na matkę z politowaniem, powiedziałam, że powinna panować nad swoim małym pawianiątkiem i odeszłam.

Wtedy ona złapała mnie za torbę, pociągnęła mnie i zagroziła wezwaniem policji.

Wyszarpnęłam się jej i szybszym krokiem skierowałam się do kasy. Lazła za mną jeszcze chwilę cały czas drąc japę, ale w końcu dała sobie spokój.

Na posiadanie dzieci powinno się wystawiać pozwolenia.

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (Głosów: 267)

#75334

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu wraz z kolegą z pracy udaliśmy się na spacer. Zachciało nam się kawy, a nogi powoli zaczęły pobolewać, więc zdecydowaliśmy się gdzieś przycupnąć.
W okolicy żadnych knajp nie uświadczysz, padło na kawę z budki na kółkach.

"Kawiarnia" oprócz kawy (swoją drogą naprawdę smacznej) serwowała również słodkie przysmaki jak lody, rurki z kremem i gofry z wszelkimi możliwymi dodatkami.

Usiedliśmy wraz z kumplem przy jednym z plastikowych stolików rozłożonych przy budce. Obok nas rodzina: matka, ojciec i dwoje dzieci. Dziewczynka około 11-letnia zajadała loda, jej mały brat pochłaniał gofra z bitą śmietaną, czekoladą i Zeus wie z czym jeszcze. Upaćkał się przy tym niemiłosiernie i po chwili zaczął płakać, bo palce zaczęły mu się kleić od słodkiego. Matka próbowała doczyścić małego zwykłymi chusteczkami, lecz krem czekoladowy i śmietana nie dawały za wygraną.

Sama dostaję szału, gdy lepią mi się ręce albo czymś je ubrudzę. Dlatego zawsze noszę przy sobie nawilżane chusteczki. Widząc, jak matka przegrywa walkę z klejącymi się paluchami swojego dzieciaka, podałam jej paczkę swoich chusteczek. Matka podziękowała i zaczęła wycierać buzię i ręce dzieciakowi. Wtedy ojciec podniósł wzrok znad telefonu, leniwym wzrokiem spojrzał na żonę szamoczącą się z synem i na paczkę nawilżanych chusteczek. Oczy w słup. Na twarzy pojawił się dziwny grymas.

Ojciec delikatnie lecz stanowczo wyrwał swojej żonie nawilżane chusteczki z ręki i zaczął coś do niej mówić. Dyskutowali chwilę, aż ojciec podniósł głos i wysapał "Przecież to babskie!"

Ach, no tak. Chusteczki, których użyczyłam rodzince to chusteczki do higieny intymnej. Niczym praktycznie nie różnią się od takich zwykłych, nawilżanych "podróżnych" czy tych dla bobasów. Kupuję je ze zwykłej oszczędności - "babskie" są w bardziej poręcznej paczuszce i cena w przeliczeniu za sztukę wychodzi dużo taniej, niż zwykłych.

Widocznie ojcu nie spodobało się, że mordka jego dziecięcia jest wycierana czymś, czego używają kobiety. Może obawiał się, że po jednym przetarciu buzi chłopcu wyrośnie wagina?

Matka doprowadziła chłopca do porządku ignorując mordercze spojrzenia męża, oddała mi nieszczęsną paczuszkę, podziękowała i po chwili cała rodzinka się oddaliła.

Sytuacja bardziej zabawna niż piekielna, ale trochę mnie zniesmaczyła. Gender czai się wszędzie, nawet w paczce nawilżanych chusteczek...

kawiarnia gender

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 239 (Głosów: 275)

#64883

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako grafik w drukarni. Firma ma kilka punktów w mieście, jeden z nich (dość duży "oddział") znajduje się w centrum. Mamy tam większość maszyn i nieustający ruch, klientów jak mrówków. Historii o piekielności klientów była już masa, ale dodam coś od siebie.

Punkt otwieramy o 9, jednak ze względu na to, że dosłownie wszystko się tu brudzi w ekspresowym tempie, przychodzimy do pracy 20-25 min wcześniej, aby to wszystko ogarnąć. Dodam, że na drzwiach wielkimi, tłustymi literami wypisane są godziny otwarcia. Ale niektóre osobniki uważają się za świętych tureckich, ich przecież należy przyjąć tu i teraz! Notorycznie zdarza się, że podczas gdy jak lub mój zmiennik latamy z mopem i ścierami, zjawia się Pan Hrabia, Stały Klient czy inny Aragorn syn Arathorna i domaga się obsłużenia. Muszę wtedy powstrzymać moje mordercze instynkty i grzecznie oznajmiam, że otwieramy o 9:00. Wówczas następuje istny słowotok i znamienne "Ale skoro już tu jesteście to możecie obsłużyć". Zdarzyła się jedna pani, która rozwaliła mnie tekstem "To po co pali się u was światło, skoro jeszcze nieczynne?"

Czy naprawdę tak trudno jest pojąć, że godziny otwarcia obowiązują zarówno nas jak i klientów?

uslugi

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (Głosów: 395)

#62978

(PW) ·
| Do ulubionych
Do naszego wynajmowanego mieszkania należy też piwnica, której nigdy nie używaliśmy. Ot, jakimś cudem wszystko udało nam się pomieścić w mieszkaniu, a sprzętu typu rowery nie posiadamy. Jakiś czas temu jednak właścicielka poprosiła nas o zrobienie miejsca w piwnicy. Po przekopaniu się przez stertę starych farb, pudeł z dziwną zawartością i połamanych mebli, znaleźliśmy dziecięcy rowerek.

Na rowerach się nie znam, na dzieciach tym bardziej, ale służący profesjonalną radą kumpel ocenił rowerek na "rocznik 2000', mocno używany, dla dziecka 9-10 letniego". Nie ma szans skontaktowania się z poprzednimi lokatorami mieszkania, więc postanowiliśmy pozbyć się rowerka w inny sposób. Sprzedać nie wypada, bo rower nie pierwszej świeżości, a tu i ówdzie połamane elementy. Wehikuł jednak w pełni sprawny, dlatego postanowiliśmy nieco go oczyścić i oddać w dobre ręce. Zamieściliśmy ogłoszenie "Oddam za darmo" na kilku portalach i tu zaczynają się piekielności.

W ogłoszeniu zamieściliśmy opis rowerka, wypisaliśmy wszystkie ubytki, dodaliśmy zdjęcia. To nie ustrzegło nas przed wieloma mailami o treści "Można prosić o zdjęcia?", "Jaki kolor rowerka" czy "Jakiej marki jest rower?". Czytanie ze zrozumieniem wyjątkowo kuleje w społeczeństwie, bo wiele osób składało oferty na przygarnięcie "dorosłego" roweru, na nasze dość złośliwe odpowiedzi reagowali oburzeniem.

Nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości przetransportowania rowerka do nowego domu (chyba, że nowy właściciel mieszkałby 2 ulice dalej). Taką też informację zamieściliśmy także w ogłoszeniu. Dużymi, tłustymi literami. Dwa razy. W 80% maili autorzy umieszczali swój adres i telefon kontaktowy i pytanie, kiedy dowieziemy im rowerek. Znalazł się też jegomość, który na nasze ogłoszenie odpowiedział "Będę w domu jutro o 19, daj znać jak będziesz pod domem ze sprzętem to wyjdę" ;)

Spośród ponad 30 "ofert" nie trafił się nikt odpowiedni. Rozpuściliśmy wici wśród rodziny i znajomych. Rowerek odebrała "ciocia kuzynki sąsiadki brata męża", podziękowała nam za dar, a następnego dnia przyniosła upieczoną wielgaśną szarlotkę "za fatygę" (trud wyniesienia rowerka z piwnicy ;)

Nauczka dla nas: najpierw rozpuścić wici w towarzystwie, a gdy to zawiedzie, umieścić ogłoszenie o sprzedaży. Nawet gdyby cena miałaby być śmieszna. Może wtedy zgłoszą się bardziej ogarnięci ludzie?

ogłoszenia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 473 (Głosów: 515)

#61634

(PW) ·
| Do ulubionych
Moją pasją jest grafika komputerowa. Zajmuję się tym bardziej dorywczo, czasami zlepię jakieś logo, ulotkę czy inny plakat. Od pewnego czasu zajmuję się też przekładaniem grafik na duży format w formie malowania murali (dla niewtajemniczonych - malowidła na ścianach tudzież budynkach).

Niedawno odezwał się do mnie dzieciak, którego uczyłam angielskiego kilka lat temu. Rodzice przeprowadzali generalny remont mieszkania - wymiana mebli, okien, malowanie ścian i inne cuda. Chłopak bardzo interesuje się komiksami i przepada za Batmanem. Wybłagał rodziców o przeznaczenie jednej ze ścian w swoim pokoju na malunek związany z komiksami właśnie. Zapytał mnie grzecznie, czy nie podjęłabym się wykonania takiego murala, oczywiście za opłatą. Dzieciaka bardzo miło wspominam, a po głosie dało się poznać, że nieźle się napalił na swój pomysł. Dlatego się zgodziłam.

Samo przygotowanie ściany do pracy zajęło nam dość dużo czasu. "Nam" bo chłopak (Jacek) nie chciał siedzieć bezczynnie a we dwójkę zawsze szybciej pójdzie. Należało by wspomnieć o rodzicach Jacka, a szczególnie Matce, o której piekielności jest ta historia. Rodzice nieco sceptycznie byli nastawieni do pomysłu syna, bo nie rozumieli, jak można ekscytować się "jakimiś bajkami". Po długich namowach i jęczeniach syna w końcu wyrazili zgodę. Oczywiście po przyjęciu zlecenia ja sama omówiłam z nimi cały proces, pokazałam wstępne szkice i cały projekt muralu. Matka kręciła nieco nosem i burczała coś o zapaskudzonej ścianie, ale dostaliśmy zielone światło do rozpoczęcia pracy.

Sytuacja właściwa: kolejny dzień pracy, skończyłam szkicowanie całego malowidła na ścianie i zabieram się za wycieranie gridu ("siatki"). Jacek z wypiekami na twarzy przypatruje się naszej wspólnej pracy i głośno obmyśla, ile mniej więcej farby danego koloru potrzeba na namalowanie konkretnej postaci. Ja kończę poprawki wizerunku Pingwina gdy do pokoju wparowuje Matka z dwoma panami w roboczych ubraniach.
[Matka]: (...) a ta szafa i regał pójdą na tę ścianę (tu wskazuje tłustym paluchem na ścianę poświęconą na mural).

Jacek rzuca zaskoczone spojrzenie Matce i pyta, o jaką szafę chodzi.
[M]: Widzisz Jacek, jednak ta wielka szafa nie będzie stała w przedpokoju tylko wstawimy Ci ją tutaj. Potrzebujesz dużo miejsca na ubrania.

Ja nieco zaskoczona, bo nie było mowy o stawianiu żadnych mebli na Naszej Ścianie (nawet na samym początku tłumaczyłam, że zastawianie ściany nie ma sensu bo nie będzie widać malowidła). Zaczynam dyskutować z Matką i tłumaczyć, że na tej ścianie nie może nic stać.

(dodam, że pokój Jacka jest dość mały i nie ma możliwości zbytniego przestawiania mebli)

[M]: Ale my nie mamy miejsca na tę szafę, a Jackowi przyda się jeszcze regał. O, tutaj postawi się szafę, a regał tutaj.
[Ja]: Proszę Pani, ale tutaj NIE MOŻE stać szafa, bo zakryje najważniejszą część grafiki.
[M]: Żadnej grafiki nie będzie. Przykro mi ale to był od początku głupi pomysł. Proszę to wszystko zmazać.

Szczena opadła mi na podłogę i słyszę podniesiony głos Jacka, który zaczyna krzyczeć, że nie taka była umowa i on chce grafikę i wytyka Matce, że przecież wyraziła zgodę. Matka pozostaje niewzruszona. Chcę jakoś pomóc chłopakowi bo widać, że naprawdę napalił się na wykonanie malowidła. Zanim jednak mam szansę się odezwać, słyszę głuche uderzenie puszki z farbą o ścianę. Zapłakany Jacek wybiega z pokoju, a Matka z szyderczym uśmiechem na twarzy zwraca się do mnie
[M] Wie Pani, ja od początku nie chciałam tego gówna (!) na ścianie ale nie wiedziałam jak go przekonać. Ta szafa to tylko pretekst. Niech mi Pani powie, ile zajmie zmazanie tych bohomazów?

Nawet jej nie odpowiedziałam, zabrałam swoje rzeczy i wyszłam.

Nie chodzi mi o zmarnowanie kilkunastu godzin na przygotowanie projektu na komputerze, przeniesienie szkicu na ścianę albo o pieniądze. Najbardziej żal mi Jacka. Jeżeli matka wiedziała, że nie podoba jej się ten pomysł, dlaczego nie powiedziała o tym od razu? Chłopak wściekałby się przez kilka dni ale by mu przeszło. A tak, rujnując jego marzenie w POŁOWIE DROGI, Matka zafundowała mu niepotrzebny stres i rozczarowanie.

piekielni rodzice

Skomentuj (81) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1212 (Głosów: 1276)