Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

thefinalaction

Zamieszcza historie od: 31 lipca 2014 - 21:57
Ostatnio: 3 sierpnia 2017 - 13:10
  • Historii na głównej: 15 z 15
  • Punktów za historie: 5167
  • Komentarzy: 105
  • Punktów za komentarze: 1092
 
Mieszkam w bloku na dużym osiedlu. Sąsiedzi praktycznie niewidoczni i niekonfliktowi. Oprócz grzecznościowego "dzień dobry" rzucanego na klatce nie mam z nimi praktycznie żadnego kontaktu.

Jest niestety jedna pani (P). Sąsiadka bardziej z tych denerwujących niż piekielnych. Kobieta bawi się w strażnika porządku i moralności, przy każdym najmniejszym "wybryku" mieszkańców zawsze wiesza w bloku "ogłoszenie". Prośby o cichsze chodzenie po schodach, o niepalenie przy piwnicy, o zamykanie drzwi od klatki. W sumie słusznie zwraca ludziom uwagę, lecz ton jej ogłoszeń i wyzywanie od debili, kur** i głupich ch** nie było miłe. Oprócz rozwieszania ogłoszeń zaczepia też często mieszkańców i zaczyna tyradę, że ktoś śmieci wyrzuca przez okno, że ktoś krzyczy na balkonie, że ktoś psem sra przy wejściu do klatki. Oprócz tych denerwujących wybryków nie była zbyt piekielna. Do czasu.

Zamawiam przez internet zioła. Pokrzywa, skrzyp, mięta czy inna melisa. Na Allegro mam zaufanego sprzedawcę. Cena przystępna, wysyłka ekspresowa i brak jakichkolwiek problemów. Jedyną "piekielnością" jest to, że sprzedawca sam pakuje zioła. W przeźroczyste woreczki strunowe. Brak etykiet, zdjęć, rysunków. Jest tylko mała cenówka z nabazgraną nazwą danego zielska. Wygląda to dość zabawnie i od razu budzi skojarzenia z pewną ziołową substancją ;)

Przy ostatnim zamówieniu wzięłam dodatkowe kilka woreczków ziół dla mamy. Mama wpadła do mnie na kawę, zagadałyśmy się i przy wychodzeniu zapomniałyśmy kompletnie o ziółkach. O paczuszkach przypomniało mi się chwilę po wyjściu mamy. Szybki telefon, matula jeszcze na parkingu więc chwyciłam torebki z ziołami i lecę na dół.

Schodząc po schodach natknęłam się na jednego z sąsiadów, który chodzi o kulach i właśnie sam wychodził z bloku. Nie chcąc się przepychać, przepuściłam pana. Na półpiętrze na wejście wyżej czekała piekielna sąsiadka. Przywitałam się z nią i obie czekamy, aż pan spokojnie sobie zejdzie. Piekielna cały czas dziwnie mi się przyglądała. Nie chcąc stać się ofiarą kolejnego ataku pod tytułem "Jakiś nienormalny człowiek znowu palił przy skrzynkach!", gdy tylko pan o kulach zwolnił schody wyskoczyłam szybko z bloku.


Kilka dni później wracam z pracy. Wchodzę do bloku, zaglądam do skrzynki na listy. W oczy rzuca mi się kartka wisząca na ścianie. Nie wierzę własnym oczom. Szybko zrywam kartkę i lecę do mieszkania sąsiadki. Niestety (albo stety dla niej) drzwi nie otwiera.

Na kartce widniała "informacja" dla sąsiadów o tym, żeby uważać na siebie i swoje dzieci. W mieszkaniu numer XYZ mieszka handlarz narkotykami.

Mieszkanie XYZ to moje mieszkanie. Na ogłoszeniu zostałam opisana z wyglądu i ubioru. Na samym końcu widniała prośba o zaprzestanie przeze mnie niegodziwego zajęcia, w przeciwnym razie sprawa zostanie zgłoszona na policję.

Sąsiadka widząc mnie z woreczkami ziół założyła, że to marihuana. Pani sąsiadka jak widać niezbyt rozgarnięta, musiałabym być kompletnym debilem, żeby latać po bloku z workami z towarem. Pomijam już fakt, że przy takiej ilości marihuany (3 woreczki po prawie 1 kg każdy), sąsiedzi chyba udusiliby się intensywnym zapachem "towaru". Piekielność związana z tym właśnie małym szczegółem? Sąsiadka jest policjantką.

Następnego dnia takie samo "ogłoszenie" znów pojawiło się przy skrzynkach. Tym razem nieco dłuższe, z prośbą o niezrywanie kartki oraz wyzwiskami skierowanymi w moją stronę i groźbami w stylu "jak nie przestaniesz, to ktoś się tobą zajmie". Sytuacja wydaje się mało piekielna i pewnie olałabym to kompletnie, gdyby nie wskazanie przez sąsiadkę konkretnego mieszkania. Obawiałam się problemów. Prewencyjnie zadzwoniłam do właścicielki mieszkania i wyjaśniłam sytuację i uprzedziłam ją o ewentualnych skargach czy telefonach.

Póki co sprawa ucichła. Nie wiem, czy sąsiadka znudziła się, czy wręcz przeciwnie - szykuje jakąś większą akcję.

blok

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (205)

#78052

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia będzie o toksycznym środowisku, jakim jest Tumblr.

Tumblr to platforma społecznościowa, gdzie można założyć swojego bloga i śledzić innych użytkowników. Mając swojego bloga, można "śledzić" inne, posty śledzonych blogów pojawiają się na stronie głównej serwisu (coś na zasadzie głównej strony Facebooka).

Tumblr jest też wylęgarnią i przystanią dla ludzi "wyjątkowych". Człowieczek taki czas swój spędza na szukaniu spisków, homofobii, rasizmu i szeroko pojętej dyskryminacji w każdej najmniejszej linijce tekstu czy w każdym najmniejszym zdjęciu. Obraża się o dosłownie wszystko, wszystko go rani/obraża/uraża i powoduje zły humor. Bez konsultacji lekarskiej wie, że ma depresję, chorobę dwubiegunową i nie czuje się człowiekiem tylko aksolotlem.

Oprócz ciągłego bólu d***, najbardziej niebezpieczne jest normalizowanie, a wręcz popieranie niebezpiecznych, niezdrowych i czasami nawet nielegalnych praktyk. Prym wiedzie propagowanie i uwielbienie otyłości i zaburzeń psychicznych. Co mam na myśli? Nie chodzi o nawoływanie do akceptacji i zrozumienia różnorodnych chorób, zaburzeń czy odmienności.

"Otyła osoba jak każdy człowiek zasługuje na szacunek" zamienia się w "bycie otyłym jest super i bardzo zdrowe!". Osobę z zaburzeniami psychicznymi należy wspierać i starać się zrozumieć? Nieee, "Masz schizofrenię? Jesteś wyjątkowy, najlepszy na świecie, a zdrowe osoby to debile i najlepiej ich zabić".
Podobnie się ma sprawa z homoseksualizmem czy transpłciowością. Osoba homo nie jest po prostu człowiekiem, jest nadczłowiekiem, specjalnym puszystym jednorożcem i zbawieniem dla świata! A ci chorzy hetero powinni zamknąć ryje bo są podludźmi.

Czyli: jesteś zdrowy, szczupły, biały i hetero - zgiń i przepadnij :)

Piekielne sytuacje, które były swego czasu dość "popularne":

Sytuacja I.

Dość popularna blogerka dodała posta o tym, że przechodzi na dietę. Do decyzji przyczyniła się bardzo prosta sytuacja - dwójka jej dzieci podrosła, zaczęła chodzić i biegać, a mama nie nadąża za nimi, bo przeszkadza jej tusza. Nie może swobodnie bawić się z dziećmi, bo bolą ją stawy, szybko traci oddech. Kobieta z tych dość puszystych, waga startowa ponad 120kg. Naiwna kobieta liczyła na wsparcie i ciepłe słowa. 99% komentarzy pod jej postem ocieka jadem i nienawiścią. Grube jest piękne, trzeba akceptować siebie. Na pewno nie była to jej samodzielna decyzja, do diety zmusza ją mąż i społeczeństwo wymagające, żeby każdy był szczupły. A przez epatowanie swoją dietą i chęcią zrzucenia kilogramów obraża osoby otyłe.
Tysiące komentarzy w ten deseń. Doszło nawet do tego, że grupka kilku osób wysłała pismo do jakiegoś stowarzyszenia, w którym kobieta była zastępcą prezesa i zażądała usunięcia jej.

Sytuacja II.

Osoba transpłciowa (OT), kobieta czująca się mężczyzną. Jeszcze przed operacją, jedyną widoczną "wskazówką" jest męski ubiór i krótkie włosy. Osoba ta źle się poczuła, udała się więc do lekarza. Lekarz po badaniu i wywiadzie wskazał, że najprawdopodobniej winne są jajniki i pacjent(ka) powinna jak najszybciej udać się go ginekologa. Wywołało to święte oburzenie, OT urażona, bo nie czuje się w najmniejszym stopniu kobietą i woli wyobrażać sobie, że nie posiada już żadnych kobiecych organów i atrybutów. Czy lekarz wyśmiał pacjentkę albo był niemiły? Nie, dyskryminacją była sama SUGESTIA, że winne mogą być jajniki, bo OT przecież ich nie ma!
Lekarz został wymieniony na blogu z imienia i nazwiska, podano klinikę w której pracuje i oskarżono go o dyskryminację. Oczywiście pod postem opisującym tę sytuację mnóstwo słów popierających zachowanie OT i wyzywanie lekarza. Podobnie jak w poprzedniej sytuacji, wszelkie głosy rozsądku i wytykające absurd sytuacji zostały zbesztane i poblokowane.

To dwie z naprawdę wielu wielu historii i chorych jazd.

Czy świat poszedł naprzód i jestem nietolerancyjną, opóźnioną kretynką? Bo czasami przeglądając nie tylko Tumblr ale i inne strony, mam właśnie takie wrażenie.

internet

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (311)

#77966

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako grafik w sporej firmie. Na pracę, szefa, firmę czy wypłatę ogólnie narzekać nie mogę. Jednak podejście załogi i szefostwa do niektórych rzeczy mnie denerwuje. Rzeczy związanych z moją pracą.

Jestem pierwszym grafikiem w firmie od początku jej istnienia. Wcześniej "grafiką" zajmowała się pani Zosia czy inny pan Roman, tworząc majstersztyki w Wordzie czy Paincie. Z tego względu dość trudno jest wyplenić pewne przyzwyczajenia i hmm... brak gustu? Ale na tym polega też moja praca. Nie, jaskrawożółty napis nie będzie dobrze wyglądał na zielonym tle. Nie, logo nie powinno przypominać pierwszego z brzegu WordArta. Tłumaczę, pokazuję, staram się delikatnie zabić niektóre pomysły rodem z późnych lat 90. Szlag mnie jednak trafia, gdy ktoś nie szanuje mojej pracy.

Jeden z działów firmy zajmuje się sprzedażą pewnego rodzaju urządzeń. Niedawno pojawiła się nowinka, sprzęt istny cud, tysiąc pińćset funkcji. Kierownik działu potrzebuje ulotek, plakatów i innych szpargałów reklamujących nowe cudeńko. Zabieram się do pracy. Udało mi się skończyć dość szybko, mimo wielu komentarzy w stylu "a może ta kropka 0.9 milimetra w lewo" i "ten żółty trochę jaśniejszy, ale jednocześnie trochę ciemniejszy i w ogóle może bardziej wpadający w kolor moczu mojego wujka Zdziśka".

Projekt wysłany do drukarni. Tutaj ważna uwaga: zlecaniem druku z niewiadomych dla mnie względów zajmuje się Kolega (K), nie ja. Kolega kompletnie zielony w sprawach grafiki i poligrafii. Do tej pory nie było problemu, ja robiłam projekt, on tak naprawdę był tylko pośrednikiem.

Ze względu na ten mały szkopuł nie wiem, do jakiej drukarni zostają zlecone druki.

Sytuacja właściwa:

Od wysłania projektu mijają 2 miesiące. Podpytuję Kolegi czy mogę wreszcie zobaczyć ulotki, plakaty i broszury, bo jestem ciekawa jak wyszło, a nikt mi ich jeszcze nie pokazał. Kolega na to, że "noo... eee, nie ma jeszcze". Myślałam, że robi sobie ze mnie jaja. Dwa miesiące na druk prostych ulotek (niecałe 2000 sztuk), kilku plakatów i 100szt. 4 stronicowej broszury. Jakaś kpina.

Kolega dzwoni do drukarni. Okazuje się, że już, teraz, zaraz wysyłają! Wszystko gotowe, jutro będzie u państwa.

Zamówienie przychodzi następnego dnia. Otwieram pudło i mam ochotę kogoś zabić.

Plakaty i ulotki skopane kompletnie. Zacieki z farby, plamy, przebicia świadczące o tym, że ktoś poskładał ulotki na kupę zanim wyschły. Na plakacie dodatkowo widoczne nierówne linie cięcia i biały margines. Na wszystkich broszurach jasny, podłużny pas co może świadczyć o awarii maszyny lub skopanym wałku. Ewidentna wina drukarni. Robi mi się gorąco, chwytam za telefon żeby opieprzyć śmiechu wartą drukarnię i złożyć reklamację. Powstrzymuje mnie (K).

(K) Oj tam, oj tam. Trochę są poplamione, ale nie jest źle.
(Ja) Ty chyba żartujesz?
(K) A kto to zauważy? Jest trochę skopane, ale za taką kasę to i tak super.

Myślałam, że dostanę wylewu. Zapytałam o tę kasę. Cena wysoka, biorąc pod uwagę "jakość" wykonania, to po prostu ździerstwo.
Krocie za spartaczoną pracę, która zajęła 2 miesiące.

Miałam nadzieję, że szef ma trochę więcej oleju w głowie i złoży reklamację. O ja naiwna.

Skończyło się na poinformowaniu drukarni o "malutkim błędzie" i wywalczenie rabatu na kolejne zamówienia.

Nie wiem, kto jest bardziej piekielny. Drukarnia, która wypuszcza taki szajs i jest niepoważna. Każda nieco ogarnięta osoba powiadomiłaby klienta, że "coś nie pykło", wydrukowała wszystko jeszcze raz na swój koszt i udzieliła rabatu na kolejne zlecenia po czym modliła się, żeby klient nie zrobił im rozpierdzielu i nie wysmarował opinii w internecie.

Z drugiej strony mamy szefa. Człowiek inteligentny, wykształcony. A tu zachowuje się jak typowy Janusz Biznesu - "chu** ale chociaż tanio, hehe".

Czuję się po prostu oszukana i kompletnie zignorowana. I przykro mi, że nie docenia się mojej pracy i ją niszczy.

drukarnia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (210)
U ludzi, dla których świat jest czarny lub biały, popularne jest powiedzonko "...przecież to wciąż rodzina!".

Mój ojciec zostawił mnie i moją mamę, gdy miałam 5 lat. Odszedł z dnia na dzień, bez zbędnych tłumaczeń. Okazało się, że od kilku miesięcy "pomaga" koleżance z pracy. Moja mama była w tym czasie w 5 miesiącu bliźniaczej, zagrożonej ciąży. W wyniku szoku i stresu, dzieci straciła i omal sama nie umarła.

Kontaktu z ojcem nie miałam praktycznie żadnego. Samo słowo "ojciec" czy "tata" jest dla mnie puste, nic nieznaczące. Gdy raz na ruski rok spotykałam "tatę", to był on dla mnie po prostu jakimś panem, którego moja mama i babcia nazywają moim tatą.

Lata mijały, ja z czasem zrozumiałam jakim śmieciem jest mój ojciec. Wyjaśniały się zagadki dziwnych telefonów, po których mama płakała albo była zła. Gdy miałam 15 lat, mama wyznała mi, że przez dobre kilka lat po rozwodzie ojciec wydzwaniał do niej i wygrażał się, że ją zabije. Że żałuje, że "nie zdechła razem z tymi bachorami w brzuchu". A ja miałam wyrosnąć na głupią dziewuchę, która nic w życiu nie osiągnie, tak jak moja mama.

Ojciec alimenty płacił w kratkę. Bywały okresy, gdzie jednorazowo wpłacał np. dwukrotność zasądzonej kwoty, a potem przez pół roku ani złamanego grosza. Był przez to bezkarny (system alimentacyjny i ściganie alimenciarzy to temat na inną dyskusję).

Dlaczego o tym piszę i wylewam żale?

Dwa dni temu otrzymałam telefon od obecnej konkubiny/żony ojca. Ojciec umiera. Zostało mu kilka tygodni życia, które spędzi w szpitalu. I chce się ze mną widzieć, by pozałatwiać stare sprawy.

Zaśmiałam się w słuchawkę, powiedziałam, że nie mam zamiaru z nim rozmawiać i rozłączyłam się.

O całej sprawie dowiedziała się dalsza rodzina oraz dziadkowie. Zostałam nazwana zakałą, złym człowiekiem i chorą z zawiści małą suką. Babcia, która była przez te wszystkie lata świadkiem zachowań jej synalka, próbowała mi jeszcze jakoś tłumaczyć, lecz skończyło się na "to jest wciąż twój ojciec!"

Na pogrzeb też się nie wybieram. Chociaż mam ochotę tam pójść, stanąć nad trumną i splunąć.

rodzina

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 271 (297)
Ostatnio mam wyjątkowego pecha i wszędzie spotykam gburów i debili.

Wracałam do domu po ciężkim dniu w pracy. Brzydka pogoda, nie do końca zbita lekami migrena i zmęczenie. Humor miałam wyjątkowo podły. Oczywiście musiał znaleźć się jeden delikwent i podnieść mi ciśnienie.

Po drodze poczłapałam leniwie do supermarketu. Pokręciłam się między półkami, wzięłam co trzeba i skierowałam się do kasy.

Ruch spory, otwarte 3 kasy, ale o dziwo wszystko idzie dość sprawnie. Stanęłam w kolejce do kasy, przede mną kilka osób, a za mną ON. Śmierdzący potem i cebulą facet, w przyciasnym garniaku. Smrodek rozpylany przez jegomościa nie był tak irytujący jak jego zachowanie. Rozmawiał głośno przez telefon z Marzenką czy inną Grażynką. Rechotał przy tym głośno i przeklinał gorzej niż gimnazjalista.

Kolejka przesuwała się dość sprawnie, lecz zbyt wolno dla Cebulowego Faceta. Mamrotał coś o "ch**wej obsłudze" i darmozjadach. Kasjerka skończyła obsługiwać kobietę przede mną. Babeczka szybko zapakowała swoje zakupy, na odchodnym zapytała kasjerkę o jakiś produkt (chyba o to, czy nie ma go tylko chwilowo na półkach, czy został całkiem wycofany). Te dwie sekundy rozmowy nie spodobały się Cebulowemu Facetowi.

- Co to k*** za ploteczki!? Wracaj do roboty głupia pindo!

Kasjerka olała go ciepłym moczem, odpowiedziała kobiecie na pytanie i zaczęła kasować mnie. Kasjerka przesuwa moje produkty nad czytnikiem, ja je sobie spokojnie pakuję do toreb. Pani kasjerka głosem znudzonego robota wyklepuje formułkę o karcie Vipa Super Klienta na punkty bonusowe. Wtedy odzywa się Cebulowy Facet.

- Hehe, co ty myślisz, że ktoś tę ch** kartę ma? Po ch** zawsze się pytacie? Co, głupia larwo? Hehe... Siedzisz tu skrzywiona, uśmiechnij się hehe.. PATRZ NA MNIE JAK DO CIEBIE MÓWIĘ, KUR**!

Ciśnienie skoczyło mi momentalnie. Kasjerka dalej olewa kolesia, który zaczyna być coraz bardziej agresywny.

- ODEZWIJ SIĘ DO MNIE, KUR**!

Nie wytrzymałam.

- Zamknie pan w końcu tę mordę?!

Cebulowy spojrzał na mnie, chyba zaskoczony.

- Co się odzywasz, kur*o? Prosił Cię ktoś o zdanie?

I zaczyna machać łapami, i zmierza w moim kierunku. Wyciągnęłam z kieszeni kurtki gaz i uniosłam na wysokość oczy faceta. Cebulowy wyhamował, ale dalej machał wielkimi łapskami i wyzywał mnie od najgorszych.

Kątem oka zauważyłam zmierzającego w naszą stronę innego kasjera, w towarzystwie ochroniarza. Kasjer drobny i chudy jak szczapa, ochroniarz wyglądał jakby za chwilę miał umrzeć ze starości. W ewentualnym starciu z Cebulowym nie mieli żadnych szans.

Cebulowy wydarł się jeszcze raz, wyzwał kasjerkę od głupich lachociągów i ruszył do wyjścia, uderzając łokciem chudego kasjera, który próbował go zatrzymać.

Kurz opadł, kasjerka podziękowała mi za reakcję. Smutno stwierdziła, że podobnych sytuacji miała kilka, ale nikt nigdy nie zareagował. Ludzie z kolejki mnie pozytywnie zaskoczyli, pocieszali kasjerkę i wylewali pomyje na Cebulowego.

Spakowałam resztę zakupów, pożegnałam się i wyszłam ze sklepu. Skręcałam właśnie w kierunku mojego bloku, gdy poczułam uderzenie w plecy. Odwróciłam się. To Cebulowy, z zadowoloną mordą i telefonem przy uchu krzyczał, że dzwoni właśnie na policję. Rzucił we mnie pomarańczą by zwrócić moją uwagę. Kazał mi się zatrzymać, bo właśnie wzywa patrol i aresztują mnie za grożenie mu gazem. Popukałam się w czoło, prewencyjnie wydobyłam gaz z kieszeni i poszłam do domu. Cebulowy dalej wrzeszczał coś za mną.

Nie interesuje mnie, czy faktycznie dzwonił na policję, czy nie. Buraków należy tępić, a tego dodatkowo chętnie zesłałabym do kamieniołomu.

sklepy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 303 (319)
Dwa miesiące temu przygarnęliśmy kota. Przy pierwszym przeglądzie full wypas okazało się, że zwierzak ma dość duży kamień/kryształ w pęcherzu. Weterynarz od razu wdrożył leczenie, przepisał specjalistyczną karmę rozpuszczającą kryształy i kazał zgłaszać się gdy tylko coś złego zacznie się dziać.

Kilka dni temu kot zaczął posikiwać krwią. Najpierw do kuwety, potem w innnych miejscach (m. in. w jego ulubionym miejscu do spania - na naszym łóżku). Decyzja o kolejnej wizycie u weta z samego rana. Narzeczony niestety musiał iść sam gdyż ja pracowałam.

Po kilku godzinach od wizyty dzwonię do narzeczonego wypytać się co i jak. Akurat zbierał się do pracy więc przypomniałam mu, żeby zamknął drzwi do sypialni. Koci mocz z krwią bardzo ciężko doprać, zniszczyły nam się w ten sposób już dwa prześcieradła. Nie chciałam po prostu kolejnego kłopotu. Podobno kot nie bardzo się przejął tym zakazem i ograniczeniem jego kociej wolności, padł na parapet w salonie i spał.

Rozmowę z narzeczonym podsłuchała moja koleżanka z pracy. I się zaczęło.

Okazało się, że jestem "jakaś nienormalna"! Jak mogę zamykać drzwi przed schorowanym kotem, robię mu tylko przykrość i niepotrzebny stres.

Przyczepiła się też do samego leczenia kocura. Weterynarze to konowały, zdrajcy, oszuści, Żydzi, Masoni i Reptilianie. Zrobią wszystko, by wyciągnąć jak najwięcej kasy i trują zwierzęta.

Acha.

Nasz kot dostał No-Spę w zastrzyku (aby mógł się wysikać i całkiem go nie przytkało) oraz antybiotyk. Oczywiście wg koleżanki, kota powinnam leczyć żurawiną, tabletkami moczopędnymi dla ludzi oraz naparami z pokrzywy. Nie wiem, nie znam się. Możliwe, że ktoś leczy kota w ten sposób. Ja natomiast ufam lekarzowi weterynarii.

Opierdziel dostałam również za karmę. Przed przygarnięciem kota zaznajomiłam się z BARFem, stwierdziłam jednak, że mnie nie stać i nie mogłabym poświęcić tyle czasu na przygotowywanie pokarmu dla kota w ten sposób. Tym bardziej teraz gdy kot ma problemy z pęcherzem (i najprawdopodobniej również z nerkami), BARF raczej odpada.

Koleżanka trajkotała jeszcze przez dobrą godzinę. Wysyłała mi linki do stron o kotach, artykułów o niedobrych chytrych weterynarzach i plastiku znajdowanym w karmach dla zwierząt.

Kotu nie dzieje się krzywda, po kilku dniach problem minął. Będzie najprawdopodobniej nawracać, więc stąd specjalna dieta i obserwacja zwierzaka. Staram się dbać o kocura, czytam artykuły oraz fora właścicieli kotów. Uczę się na doświadczeniach innych, wiem na co zwrócić uwagę.

Doceniam troskę koleżanki. Ale sposób, w jaki przedstawiła mi swój punkt widzenia tylko mnie zniechęcił, miałam jej serdecznie dość.

Zdaję sobie sprawę, że wielu weterynarzy wykonuje swoją pracę tylko dla zysku. Że należy uważać i niektóre kwestie związane ze zdrowiem zwierzęcia najlepiej skonsultować z kilkoma lekarzami. Ale zakładanie, że wszyscy są tacy sami i to jeden wielki weterynaryjny spisek, jest po prosu chore.

praca weterynarz

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (206)

#77207

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeżdżę często komunikacją miejską. Piekielne sytuacje typu "wredna sapiąca staruszka", zdarzają się bardzo rzadko, ale wczoraj miałam chyba pecha.

Wracałam autobusem z pracy. Wraz ze mną w autobusie kilka przypadkowych, niczym niewyróżniających się osób.

Była też pani z transporterem. Nie przeszkadzała nikomu, zwierzak tak samo. Raz na jakiś czas można było usłyszeć ciche miauknięcie. Transporterem i miauczeniem zainteresowało się dziecko siedzące wraz z mamą na poczwórnych siedzeniach. Dziewczynka zerkała na "skrzynkę" i zapytała mamy, czemu kotek w niej siedzi.

Matka spokojnie zaczęła tłumaczyć dziecku, że kotek musi siedzieć w "skrzynce" żeby nie uciekł. Dziewczynka zapytała się mamy, gdzie kotek jedzie. Jeden z przystanków na trasie autobusu jest koło dość dużej kliniki weterynaryjnej, więc mama założyła, że kot jedzie do weterynarza.

Dziewczynka ciągnęła temat. A po co, a czemu, a co tam będzie robił i tak dalej. Mama zaczęła opowiadać, że kotek może być chory. Opowiedziała też córce, że kotki i inne zwierzęta czują tak samo jak ludzie, też może im się stać krzywda i nie można się z nimi bawić w sposób, który może sprawiać im ból. Ogólnie sytuacja bardzo pozytywna, mama wykorzystała sytuację z kotem, aby wytłumaczyć córce, że zwierzaki nie są zabawkami.

Takie zachowanie powinno się chwalić, prawda? Jeden Babsztyl raczej tak nie myślał.

Babsztyl przysłuchiwał się rozmowie matki z córką z fotela naprzeciwko. Babsztyl wyczekał, aż pani z kotem wysiądzie i zaczęła tyradę w stronię matki.

Babsztyl: Tak, najlepiej o śmierdzących zwierzakach gadać. Szacunku do ludzi nauczyć, a nie pierdoły opowiadać, że zwierzęta boli. Głupia pani jest czy co?

I dalej w ten deseń, że zwierzęta teraz mają więcej praw niż ludzie, najlepiej wszystkich ludzi powybijać i tak dalej.

Mama bardzo spokojnie ale stanowczo powiedziała Babsztylowi, żeby się odczepił. Babsztylowi ze złości posiniały usta i znowu zaczęła gderać.

Matka z córką kompletnie ją olewały, dziewczynka chyba nawet nie wiedziała co się dzieje. Wysiadły na kolejnym przystanku a Babsztyl zaczął szukać wsparcia u kobiety siedzącej obok. Ta jednak była widocznie zniesmaczona zachowaniem Babsztyla i nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem.

Mam nadzieję, że dziewczynka nie zrozumiała o co chodziło tej babie i zapamięta to, co mówiła jej mama.

Mam też nadzieję, że Babsztyl nie posiada żadnych zwierząt.

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 279 (291)

#77096

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapewne kojarzycie akcję zbierania nakrętek na cele charytatywne? Nic to nie kosztuje, nikomu nie wadzi. A jednak. Niektórym osobnikom najwyraźniej bardzo nie pasuje, że ktoś zamiast wyrzucić woli oddać nakrętki i tym sposobem komuś pomóc.

W pracy nie mamy typowego dystrybutora z wodą. Zamiast tego dostajemy wodę w butelkach. W związku z tym, że firma ma kilkunastu pracowników, siłą rzeczy butelek schodzi dużo. Nie jest to zbyt ekologiczne, w końcu butelki są plastikowe. Oprócz plastiku "odpadem" są nakrętki. Zamiast je wyrzucać po prostu zbieramy je w karton, czekając na akcję pt. "Zbieramy nakrętki na...".

Ostatnio pojawiła się okazja, by nakrętek się pozbyć. Szef powiadomił wszystkich, żeby zebrać ze wszystkich kartonów nakrętki w jeden duży karton lub worek, on to wszystko zapakuje do samochodu i zabierze. Jeden z jego sąsiadów uruchomił właśnie taką zbiórkę nakrętek na chorego chłopca.
Ja sama w mieszkaniu mam dość pokaźny worek nakrętek. Mam to szczęście (czy nieszczęście), że mieszkam na tym samym osiedlu co szef, w bloku naprzeciwko. Powiedziałam szefowi o moim worku nakrętek i umówiłam się, że następnego dnia przed pracą podrzucę mu je.

Ważne dla historii: osoba organizująca zbiórkę umiejscowiła na klatce spory karton z przyklejoną kartką "Szanowni Sąsiedzi, zbieram nakrętki na pomoc dla chorego chłopca". Pudło stało w rogu na półpiętrze, obok skrzynek pocztowych. Nie blokowało przejścia ani dostępu do samych skrzynek.

Rano zbieram się do pracy, gdy dzwoni szef. Mówi mi, żebym wstrzymała się z dostarczeniem mu worka z nakrętkami, on sam po nie wpadnie po południu. W sumie super, nie muszę sama męczyć się z wielkim workiem :)
Zmiana planów wyjaśniła się chwilę później. Wychodząc do pracy zauważyłam jakieś poruszenie przy bloku naprzeciwko (blok, w którym mieszka szef). Nad wejściem do klatki jest coś jakby betonowy dach. Na dachu stało dwóch panów, którzy zbierali kolorowe nakrętki. Obok nich leżał rozwalony worek. Śpieszyłam się do pracy, więc dopiero w biurze podpytałam szefa, czy wie co się stało.

Szef cały w nerwach opowiedział mi całą historię.

Poprzedniego dnia wieczorem zaniósł wór "biurowych" nakrętek do pudła postawionego na klatce. Część wsypał do środka, resztę zostawił w worku i postawił obok tak, żeby nikomu nie przeszkadzało. Następnego ranka nakrętek nie było w kartonie ani obok niego. Nie było nawet samego kartonu. Na podłodze leżało rozwalone, porwane coś będące kiedyś kartonem. Z napisem "Szanowny Sąsiedzie, proszę nie wykorzystywać bloku do żebrania i robienia śmietnika!". Na koniec dodane jeszcze 3 wykrzykniki dla podkreślenia ważności przekazu.

Tak. Ktoś wyrzucił worek z nakrętkami. Przez okno.

Szef bardzo zdenerwowany całą sytuacją. Spróbuje dowiedzieć się, który sąsiad zbiera nakrętki i w bezpieczniejszy sposób je mu przekazać oraz dorwać debila, który wyrzucił te już zebrane przez okno NA DACH. Jednym z podejrzanych jest rodzinka z mieszkania obok. "Wolne miejsce" obok skrzynek uważają za parking dla wózka dziecięcego (to, że w ten sposób blokują dostęp do niższego rzędu skrzynek jakoś im nie przeszkadza).

Ręce i cycki opadają.

ludzie to debile

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 252 (280)
Moja babcia, mimo zaawansowanego już wieku, uwielbia gotować i piec.

Lubi też eksperymentować. Nie trzyma się kurczowo polskich schabowych, pierogów i sernika z rosą, ale próbuje przepisów kuchni włoskiej, indyjskiej, chińskiej i wielu innych. Ze znalezionych przepisów tworzy własne - kombinuje, podmienia, dodaje nowe składniki "bo może akurat wyjdzie fajne".

Babcia swoich przepisów uzbierała naprawdę sporo. Szukała łatwego sposobu, żeby je gdzieś gromadzić i dzielić się z innymi. Kiedyś jej koleżanka z Klubu Seniora podesłała jej link do serwisu, gdzie można wrzucać swoje przepisy.
Babci spodobała się łatwość obsługi i zajarała się możliwością wrzucania zdjęć potraw.

Pomogłam babci założyć konto, kilka pierwszych przepisów wrzuciłyśmy wspólnie, potem babcia sama obsługiwała swoje konto.

W tym momencie z ludzi powyłaziła typowa ludzka cebulowatość, zawiść i zwykły debilizm.

Pod przepisami babci zaczęły pojawiać się nieprzychylne komentarze. Niektóre były po prostu chamskie i wulgarne, babcię wyzywano od najgorszych, tłumoków i kretynów.

Ludzie czepiali się o wszystko. Lista "Największych Przebojów"

- babcia nie używa skrótów typu "łyż.", "gr" tylko wpisuje pełną formę "łyżka", "gramów"
Jednej osobie się to nie spodobało, bo jest nieprofesjonalne, zaburza wygląd przepisu (?) i wygląda ogólnie beznadziejnie i olaboga jak tak można!
- pod przepisami typowo mięsnymi pojawiały się komentarze "czemu jest tu mięso, skoro jest dużo innych alternatyw?"
- Za tłusto, za słodko, za słono, za dużo mąki, za dużo wody, za dużo tego i tamtego...
- wojujący weganie usilnie starali się wciskać do potraw zamienniki, hitem był "wegański parmezan" :)
- problemy z czytaniem oraz liczeniem wagi składników czy czasu przygotowania.

Najczęstsze były jednak komentarze wytykające domniemane "deptanie" czy "profanację" danej potrawy czy kuchni danego kraju.
Babcia nie trzymała się sztywno przepisów, wielu składników nie używała, bo nie mogła ich kupić (mała miejscowość i brak sklepów typu "kuchnie świata"). Niektóre składniki babcia pomijała, bo zwyczajnie jej nie smakowały. Zawsze jednak takie przepisy były nazwane "ala" lub "w stylu". Czyli ze względu na brak lub zamienienie kilku składników, nie był to "Kurczak z curry" lecz "Kurczak w pikantnym sosie w stylu indyjskim".
Ludzie wylewali na babcię wiadra pomyj, bo ośmieliła się nie użyć składnika X w potrawie, mimo, że jest podstawą. Zamienienie jogurtu śmietaną lub pominięcie parmezanu wywoływało burzę i palpitacje serca komentujących.

Babcia na samym początku odpisywała kąśliwie na komentarze, bo jakimś czasie się poddała.

Kulturalne uwagi czy wskazówki dotyczące przygotowywania potrawy to jedno. Ale wulgarne odzywki, nienawiść i wyzywanie kobiety tylko dlatego, że ośmieliła się mieć własne podejście do kuchni, to zwykłe buractwo.

internet kuchnia

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 355 (377)

#76571

(PW) ·
| Do ulubionych
Wpadłam ostatnio do kumpla po odbiór mojego laptopa, który ostatnio odmówił współpracy. Sprzęt stary, ciężki, toporny, ale miałam do niego sentyment i podjęłam próbę ratowania staruszka. Niestety bez powodzenia. Trudno, szczęśliwie udało się odratować dysk twardy i zapisane na nim dane.

Nie posiadam typowej torby na laptopa, sprzęt spakowałam do materiałowej torby. Komputer mimo niewielkich rozmiarów jest niemiłosiernie ciężki, więc torbę założyłam na ramię dla wygody. Jego "pole" spokojnie mieściło mi się pod ramieniem tak, że laptop nie wystawał na boki.

Po drodze do domu zaszłam do marketu na zakupy. Kręciłam się między regałami w dziale z kosmetykami, próbując nie potknąć się o biegające dziecko. Dzieciak około 6-7 lat, nabity i dość wysoki. Latał po całym sklepie drąc się jak stare kalesony, matka spokojnie stała sobie przy regale z szamponami, raz na jakiś czas anemicznie rzucając "Uspokój się, Szymon!". Dzieciak kompletnie ją ignorował.
Sięgałam właśnie po artykuł na półce, gdy poczułam mocne uderzenie w bok i głuche tąpniecie. Szymon wpadł na mnie z całym impetem i przywalił wielką łepetyną w nieszczęsną torbę z laptopem. Dzieciak w ryk. Matka łaskawie odwróciła wzrok od szamponów, kiedy zobaczyła swoje dziecko leżące na ziemi wpadła w panikę. Podbiegła do gówniaka i zapytała, co się stało. Dzieciak ciągle trochę pochlipując (chyba bardziej z wrażenia niż z bólu) powiedział, że bawił się, wpadł na mnie i uderzył głową o moją torbę.

Matka spojrzała na mnie morderczo "Co masz, ku**, w tej torbie!?".

Odpowiedziałam jej, że to nie jej sprawa i dzieciak jest sam sobie winny. Ona zaczęła się wydzierać. Że widać, że mam tam coś niebezpiecznego, że nie powinnam nosić takich wielkich toreb, że powinnam uważać jak stoję i że przeze mnie Szymonek będzie miał guza i wstrząs mózgu!

Podniosła mi nieźle ciśnienie, bo robiła aferę z niczego, chłopak już w połowie jej tyrady przestał płakać i wstał z ziemi.

Popatrzyłam na matkę z politowaniem, powiedziałam, że powinna panować nad swoim małym pawianiątkiem i odeszłam.

Wtedy ona złapała mnie za torbę, pociągnęła mnie i zagroziła wezwaniem policji.

Wyszarpnęłam się jej i szybszym krokiem skierowałam się do kasy. Lazła za mną jeszcze chwilę cały czas drąc japę, ale w końcu dała sobie spokój.

Na posiadanie dzieci powinno się wystawiać pozwolenia.

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (269)