Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89925

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Stoję w kolejce w sklepie, w którym jest również punkt nadań paczek. Żeby nie było - w Wielkim Mieście, nie u mnie na zadupiu.
Przede mną "odpicowana paniusia" nadaje paczki - zapewne zwroty. Siłą rzeczy słyszę dane: Wojas i e-obuwie.
Pani trochę się niecierpliwi, choć obsługa pracuje całkiem sprawnie. Pani międli w rękach jakiś papierek. W pewnym momencie rzuca go na podłogę przed ladą. Złapałem jej wzrok i skierowałem na papierek. Nie zareagowała.

Przyszła moja kolej. Podszedłem do lady podniosłem papierek (nb. starą etykietę z jej? danymi). Ale nie mogłem się powstrzymać od komentarza do jej pleców.
- Buciki nie pasowały bo słoma wystawała?
Mam nadzieję, że zrozumiała.
Choć zachowania nie potrafię zrozumieć.

klienci

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (158)

#89928

przez (PW) ·
| Do ulubionych
https://piekielni.pl/89927#comment_1163386

I przypomniało mi się zdarzenie:

Było to ładnych parę lat temu, moja córka była wtedy mała, to jakieś osiem-dziesięć lat.
W Ożarowie Mazowieckim dwóch kawalerów w wieku nastoletnim wracając chyba z jakiejś imprezy wpadło na genialny pomysł.
Otóż wzięli ławkę. Taką zwykłą, zieloną, wolnostojącą ławkę. I wytargali ją na środek drogi krajowej 92. Ustawili w poprzek pasa ruchu, żeby, cytat: "Był ubaw, jak będą ją omijać*."

Nie przewidzieli tylko jednego... Że tą trasą ktoś będzie jechał w nocy. Kobieta kierująca pojazdem zauważyła ławkę za późno. Jej pasażerka nie przeżyła.

*Panowie zostali ujęci na monitoringu i złapani. Nie wiem, czy spotkały ich jakieś konsekwencje, ale z zeznań wynikało, że wykazali się raczej głupotą, niż złą wolą.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (135)

#89923

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nocowałam ostatnio w pewnych hotelu.
Niestety w pośpiechu zostawiłam tam swoją suszarkę i dwie bluzki, które powiesiłam w szafie. Tak wiem, moje gapiostwo, moja wina. Hotel miał jednak moje dane i adres, a także numer telefonu, ale nikt w tej sprawie nie zadzwonił. Ja również dodzwonić się do nich nie mogłam.

Po kilku dniach jednak mi się to udało i zapytałam, czy moje rzeczy się odnalazły.
Właściciel odpowiedział, że codziennie pokoje są sprzątane i pewnie zostało to wyrzucone.
- Wyrzucone? Ale jak to?
- Tak, bo my droga pani wyrzucamy wszelkie rzeczy po klientach, butelki po alkoholu i tak dalej (swoją drogą stawiam na to, że całkiem niezłą, nową suszarkę i dwie ładne bluzki, ktoś mógł sobie raczej przywłaszczyć, niż wyrzucić).
- Proszę pana, ale to nie były butelki po alkoholu tylko suszarka i dwie bluzki.
- A to ja nic pani na to nie poradzę - odpowiedział właściciel tegoż przybytku, wyraźnie podirytowany.
- Ile razy byłam w hotelach, albo moi znajomi, a podróżujemy dość często i czegoś zapomnieliśmy, to hotele same mnie o tym informowały, a nawet jeden odesłał mi ładowarkę na adres, zupełnie nieproszony o to.
- Ja tam nigdy nie słyszałem, żeby cokolwiek hotele odsyłały.
- Ale pan jest właścicielem firmy i powinien się pan zachowywać profesjonalnie. Ok, w takim razie napiszę o tym w opinii, chyba mi wolno, prawda?
- Taaak, jeśli paniusia ma takie problemy emocjonalne ze sobą, to proszę pisać śmiało!
- Nie mam problemów emocjonalnych, jedynie razi mnie brak profesjonalizmu i takie zachowanie, czyli to jak się pan teraz
do mnie odnosi.
- W takim razie brak mi słów, aż szkoda słuchać. Powinna się pani może udać na leczenie. Po czym się rozłączył.

I oczywiście jakoś obejdę się bez tej suszarki (tzn. kupię nową) i dwóch bluzek, które całkiem lubiłam, ale podejrzewam, że nawet jakby znaleźliby tam pierścionek zaręczynowy z brylantem, lub portfel z dokumentami, które ludzie nierzadko gdzieś zostawiają, również zostałyby "wyrzucone".

hotel

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (190)

#89905

przez (PW) ·
| Do ulubionych
To chyba zasługuje na osobny wątek.
Pod ta historią https://piekielni.pl/89900 ktoś zapytał o statystyki na temat gwałtów, czy można je znaleźć online. Nie wiedziałam, więc zadzwoniłam do siostry, bo ona w tym siedzi, ta tematyka to jej codzienność i treść pracy zawodowej. I nie, nie ma statystyk online, znaczy są, ale na stronach wymagających logowania, specjalistycznych itd. Nieważne.

Opowiedziała mi co innego. Jakiś czas temu Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej zamknęło (dało do wchłonięcia innemu wydziałowi) komórkę zajmującą się przemocą seksualną. A dlaczego, skoro problem wydaje się poważny? Bo w Polsce w tej materii nie jest źle. Wg badań UE Polska jest na ostatnim miejscu w Europie w ilości zgłaszanej seksualnej przemocy. Średnia europejska to 40%, a w Polsce niecałe 20%. Toż to niewarte nawet wspomnienia! Już pomijam fakt, że nawet jeżeli "tylko" 20% ludzi doświadczyło przemocy seksualnej, to jest gigantyczny problem.

Ale badanie dotyczyło każdej formy, między innymi: wyśmiewania, nieprzyzwoitego zaczepiania, poklepywania, obscenicznych prób nawiązania kontaktu seksualnego, obnażania się, nagabywania w internecie itd. (macie obraz), więc urzędnicy uznali, że to nie przemoc, tylko rubaszne żarciki i nie ma co sobie głowy zawracać. Na całym świecie problem jest traktowany coraz poważniej, w Polsce zaczyna być klasycznie olewany.

Moja siostra pracuje w fundacji zajmującej się ofiarami przemocy w rodzinie. Więc podała mi przykład z zeszłego tygodnia. Zgłosiło się do nich dziewczę, lat 20, z małego miasteczka, które przyjechało na studia do miasta. Zgłosiło się nie we własnej sprawie, ale swojej matki, która jest ofiarą ojca. Zawsze była bita, poniżana, maltretowana i gwałcona przez męża. Teraz, kiedy ostatnie dziecko się wyprowadziło to przybrało na sile i matka, nie bojąc się już o dzieci (ich ojciec nie bił, ale i tak się go bały, bo je terroryzował) postanowiła coś z tym zrobić, tym bardziej, że gospodarka stanowi jej ojcowiznę, a ona tv ogląda, więc wie, że prawa ma. Dziewczę we współpracy z fundacją namówiło matkę na wizytę na policji. Ale warszawska policja przysyłała kolejnych funkcjonariuszy, którzy zgodnie twierdzili, że powinna to zgłosić u siebie. Daleko od Warszawy miasteczko nie było, więc pani prawnik z fundacji pojechała dotrzymać składającej skargę towarzystwa i podtrzymać na duchu.

Opis składania zeznań byłby komiczny, gdyby nie był tragiczny. Najpierw nie mogli znaleźć druków, potem pan się wziął za przyjmowanie zeznań. Negował wszystko, na przykład:
Pani zeznała, że poszła do sklepu, a jak wróciła to...
"A do którego sklepu?".
"Do tego i tego".
"Aha!!!, ale zeznała pani, że wróciła o 9 rano, a ten sklep jest czynny od 9, coś pani kręci!".
"Nie, jest czynny od 8.30".
Chwila zastanowienia...
"A może i od 8.30. I co było dalej?".
I tak cały czas.
Kiedy przeszło do bicia, poprosił o pokazanie. Pokazała, co mogła.
"Takie coś tylko? To uderzenie, a nie pobicie. Była na obdukcji?"
"No, była, ale już dawno, w zeszłym roku jak ją pobił, że się w szpitalu znalazła."
"To czemu wtedy nie przyszła?"
"Bo się bała".
Cisza...

Przyjął zgłoszenie, rzetelnie opisał, ale utrudniając zeznania, co trzecie zdanie się upewniał, czy na pewno chce zgłaszać.
Przy wyjściu powiedział po cichu do dziewczyny, która z matką przyszła, ale nie była na przesłuchaniu, że powinna się wstydzić, żeby na własnego ojca tak szczuć.

Pani prawnik poszła do szefa, bo uznała, że funkcjonariusz zachował się skandalicznie. Pan szef kazał na siebie długo czekać, potem wysłuchał, przeprosił za funkcjonariusza, powiedział, że nie popełnił błędu, tylko mógł wykazać się większą empatią. A poza tym, bądźmy realistami, gdyby każda bita pani przychodziła się skarżyć, to on musiałby mieć 3 razy tyle ludzi do spisywania zeznań. Owszem, zamykają za przemoc domową dość często, ale to już jak drastycznie jest.

I w Polsce nie ma przemocy, bo jakby była, to by ją ludzie zgłaszali, prawda?

przemoc dom

Skomentuj (117) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (203)

#89924

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Byłem niedawno świadkiem bardzo śmiesznej sytuacji - mianowicie kradzieży w sklepie.

Zapytacie co w tym śmiesznego? Otóż do sklepu z pewnym niezbyt tanim asortymentem wszedł młodzieniec, tak na oko 20 lat. Poprosił o pokazanie pewnego towaru. Przyjrzał się, obmacał, obwąchał, pokręcił nosem i poprosił o inny - o, tamten na górnej półce. Gdy sprzedawca wykonywał w tył zwrot, młodzieniec dał w długą z towarem. Po drodze potknął się i o mało nie wyłamał drzwi.

Sprzedawca wyskoczył jak oparzony za nim, ale było już za późno. Puścił więc tylko wiązankę i zawrócił do lady. Lecz po drodze zgarnął coś z podłogi, co zdecydowanie poprawiło mu humor. I nic dziwnego - za kilka minut złodziej ze skruszoną miną wrócił, grzecznie oddał co zabrał i nieśmiało poprosił o zwrot zgubionych kluczyków do samochodu.

złodziej sklepy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (120)

#89914

przez ~pustynnaburza ·
| Do ulubionych
Zadziwia mnie czasem z jaką lekkością ludzie nazywają swoje relacje między ludzkie przyjaźniami.

W życiu miałem jednego przyjaciela, niestety zmarł w dość młodym wieku. Mam znajomych, kolegów, ale żadnych przyjaciół. Jak komuś powiem, że nie mam przyjaciół, to otrzymuję porcję współczującego cmokania i rad, że powinienem sobie jakichś znaleźć.

Tak się tylko zastanawiam, po co? Nie staram się na siłę zacieśniać kontaktów z ludźmi wokół mnie, bo razi mnie wszechobecna hipokryzja, mówienie o przyjaźni w kontekście zwykłej znajomości. Pewnie chcielibyście konkretów? No to przestawiam niektóre przykłady.

1. Żona miała przyjaciółkę na dobre i na złe. Od kilku lat regularnie się spotykały, plotkowały, a żona zawsze mówiła, że to jej najlepsza przyjaciółka. Wiecie do kiedy przyjaźń trwała? Do czasu aż żona zaszła w ciążę. Jak przestała z przyjaciółką robić weekendowe wypady na miasto i plotkować o facetach przy winie, to okazało się, że psiapsi gwiżdże na taką przyjaźń i woli spotykać z alkoholowymi koleżankami z pracy, które przez lata z pasją obgadywała z moją żoną.

2. Tak zwany przyjaciel mojego ojca. Wieloletni sąsiedzi, wspólne grillowanie, wędkowanie i majsterkowanie. Latami słyszałem, że Zbysiu to prawdziwy przyjaciel. Zbysiu przestał być przyjacielem, gdy po pijaku wjechał ojcu w płot i stwierdził, że nie ma zamiaru płacić za szkodę, bo jak to tak od przyjaciela kasę zdzierać.

3. Kolejny przyjaciel ojca był przyjacielem na dobre i na złe, dopóki ojciec mu pomagał ogarniać życie. Jak już wyszedł na prostą to przestał ojcu nawet "cześć" na ulicy mówić.

4. Inna przyjaciółka mojej żony stwierdziła, że mogą się nadal ekhm, kolegować, ale chce ograniczyć kontakty, bo żona postanowiła wyjść za mnie za mąż. A ja jestem dziwakiem i nie będę się dogadywał z jej fagasem, więc taka przyjaźń, w której nie można wyjść na podwójną randkę nie ma sensu.

5. Jeden kolega z pracy gorąco mnie namawia na zacieśnienie z nim więzi, bo przecież tak dobrze się dogadujemy. Mówię gościowi, że na piwo możemy wyskoczyć, czemu nie, ale nie mam potrzeby szukać sobie powiernika, więc żeby przestał z łaski swojej wypytywać mnie o moje życie łącznie z tym, co jadła moja matka jak była ze mną w ciąży (jego zdaniem z tego mogą wynikać moje trudności w nawiązywaniu kontaktów). Gostek zaczyna się rozwodzić nad tym jak dobrze mieć przyjaciół i o swojej wspanialej przyjaźni z kolegą ze szkolnych lat. Parę dni później przy drinku zaczyna o rzeczonym przyjacielu mówić per "chuuj, skuurwiel, palant". Bo ponoć gapi się jego żonie w cycki.

6. Koleżanka i kolega z pracy są znajomymi od lat i tytułują się "najlepszymi przyjaciółmi". Wszem i wobec opowiadają o sile swojej przyjaźni, o tym, że nawet ich żeniaczka/zamążpójście nie zmieniło tego, że są dla siebie bratnimi duszami i nawet ich małżonkowie to zaakceptowali. Jakiś czas później oboje zostają zwolnieni, bo jeden z kierowników przyłapał ich na bzykaniu się w konferencyjnej. Nawet tego nie skomentuję.

7. Wisienka na torcie, czyli mój niedoszły przyjaciel. Z gościem miałem tak dobry kontakt, że pierwszy raz od śmierci przyjaciela czułem z kimś tak dobrą nic porozumienia (no, poza żoną, ale to co innego). On sam zaczął nazywać mnie bratem, wspieraliśmy się, można było o wszystkim pogadać. Ta znajomość nie przeszła jednak jednej próby. Zadzwoniłem do kumpla, aby podwiózł mnie do szpitala, gdy umierała w nim moja matka. Mieszkał w sąsiedztwie, a nim taksówka przyjechała by na zadupie, na którym mieszkałem wtedy, czekałbym pewnie 1-2h. Wiecie co dla kolegi było ważniejsze? Mecz w telewizji. I to nawet nie jego ulubionej drużyny, ale już się ułożył na kanapie, dresy założył to nie będzie już wychodzić.

Kogoś jeszcze dziwi, że nie chcę mieć "przyjaciół"?

przyjaciele

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (168)

#89917

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia dość stara, bo sprzed ponad 10 lat, ale myślę, że nadaje się tu idealnie.

Od początku gimnazjum chłopak z mojej klasy mnie obrażał i poniżał, często na oczach całej klasy. Wyzwiska, głupie zaczepki, ewidentnie "coś do mnie miał". Podejrzewałam, że chodzi o kolor włosów i miałam rację.

Na początku go ignorowałam, bo myślałam, że się mu znudzi. Gdy po kilku miesiącach sytuacja się nie uspokoiła, a wręcz pogorszyła - poszłam z tym do mojej mamy. Mama oczywiście poszła do szkoły, rozmawiała z wychowawczynią i panią pedagog. Obiecały, że sprawę załatwią. Wiecie, co zrobiły? Nic, dosłownie nic. Żadnej rozmowy z nim, z jego rodzicami, otrzymałam od szkoły tak naprawdę zero wsparcia.

Nadszedł dzień w którym nie wytrzymałam. Po raz kolejny mnie obraził, w dodatku na lekcji, przy nauczycielce. Zareagowałam agresywnie - wstałam i chciałam uderzyć go w twarz, ale nauczycielka mnie powstrzymała, więc wzięłam swoje rzeczy i wyszłam z klasy. Wielka afera, zadzwonili po moją mamę, szukali mnie po całej szkole.

Mama przyjechała, została wezwana na rozmowę do pani dyrektor, chwilę później wezwali też mnie. Obie tłumaczyłyśmy jej, że od kilku miesięcy jestem prześladowana, że wychowawczyni ani pedagog nic nie zrobili. Wezwana została wychowawczyni, która powiedziała, że ona mi nie wierzy. Przecież tamten chłopak to wzorowy uczeń, wygrywa olimpiady, co roku świadectwo z paskiem. Koniec końców pani dyrektor wezwała jego rodziców, odbyła z nimi rozmowę i miałam dopiero wtedy spokój.

Czemu jest to dla mnie takie piekielne? Bo miałam tylko 13 lat. Często dorośli mają problem z mobbingiem, nie wiedzą co robić, a co dopiero dzieci/młodzież. Dodatkowo postawa wychowawczyni... To, że uczeń ma piątki to nie znaczy, że jest dobrym człowiekiem.

szkoła

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (182)

#89910

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Witam.

Można by tą historię podciągnąć pod niesprawiedliwe/nielogiczne zachowania pracodawców względem pracowników. Chciałbym opisać sytuację, w której miałem wątpliwą przyjemność pracy w firmie X-kom.

Pracowałem tam jako magazynier, odpowiedziałem na ogłoszenie o pracę dodatkową/sezonową. W treści ogłoszenia zaznaczone było, że możliwa jest praca w weekendy. Od samego początku zaznaczałem, iż mogę pracować tylko w ten sposób (w tygodniu mam pracę na etacie 8h więc nie mam jak przychodzić na którąkolwiek zmianę, chciałem sobie po prostu dorobić, wiecie jak to jest inflacja, ciągle rosnące ceny wszystkiego itp.).

Podczas pierwszej (wstępnej) rozmowy nie było problemów z pracą tylko w weekendy, podczas drugiej rozmowy (podczas której potwierdziłem, że chcę podjąć pracę i umówiłem się na szkolenia bhp itp. i podpisanie umowy) dalej zaznaczałem że mogę tylko pracować w weekendy, nadal nie było z tym problemów. Na miejscu zostałem poinformowany o tym że umowa ma być zawarta do końca roku z możliwością (raczej wątpliwą ale co mieli powiedzieć) przedłużenia w nowym roku.

Tak czy inaczej umowa miała trwać do końca roku (stwierdziłem że spoko, ważne że była praca i możliwość sobie dorobić). O tym byliśmy (przyszło wiele osób) zapewnieni kilkukrotnie. Podpisałem umowę na zlecenie pod koniec października (specjalną formą pod ichniejszą nazwą "flexi" która oznaczała że sam daję znać w które dni i na jakiej zmianie mogę pracować i jeśli będzie zapotrzebowanie to będę "wzywany").

Pierwszy raz do pracy poszedłem w ostatnią niedzielę października, potem w pierwszą niedzielę listopada, po 11-tym listopada byłem cały weekend (pierwszy taki pracujący weekend tzn. sobota + niedziela odkąd przyszedłem do pracy, potem miały być już tylko całe weekendy pracujące a nie tylko niedziele) więc koniec końców łącznie byłem 4 dni w pracy. Kilka dni po pełnym przepracowanym weekendzie dostałem telefon od "miłego" Pana wg którego "za rzadko przychodzę do pracy", oraz że "w październiku byłem w pracy tylko raz, a we wrześniu nie byłem wcale" (jakim cudem miałem być we wrześniu w pracy skoro umowę podpisałem pod koniec października, cóż logika mnie powaliła).

Koniec końców dowiedziałem się że mam następnego dnia zgłosić do firmy aby podpisać umowę kończącą współpracę. Nie było nawet miejsca na dyskusję. Zapytałem więc od której godziny mogę się pojawiać, dowiedziałem się że "pracujemy od 6". Byłem po 6, Pan który dzwonił do mnie poprzedniego dnia, nie odebrał żadnego z moich telefonów (ani nie oddzwonił już w ogóle), udałem się więc co działu kadr, który nie wiedział o niczym. Podpisałem wypowiedzenie za porozumieniem stron i to by było na tyle z zapewnień, że umowa ma trwać do końca roku i z tego że nie ma problemów z pracą w weekendy.

Nie bardzo rozumiem podejście do pracownika. Słyszałem o tym że na magazynie w tej firmie jest bardzo duża rotacja pracowników, ale nie dać pracownikowi przepracować już tych dwóch miesięcy do końca roku i wtedy nie przedłużać umowy tylko zerwać umowę po jakiś 3 tygodniach od jej podpisania. Nie wiem czy to polityka firmy czy właściwie o co chodzi. Może to trochę wypłakiwanie się ale o czymś innym byłem zapewniany a na czymś innym się skończyło. Może powinienem bardziej walczyć o to żeby zostać w tej dodatkowej pracy ale zostałem totalnie zaskoczony tym telefonem. Z jednej strony to praca tylko w weekendy aczkolwiek atrakcyjna stawka (nie płacone były żadne świadczenia ponieważ mam umowę o pracę w innej firmie, plus to weekendy więc lepiej płatne, za jedną niedzielę w październiku dostałem 249 zł więc przepracowanie jednej niedzieli w listopadzie i potem już pełnych weekendów po 249 zł za dzień dałoby niezłą sumkę akurat na święta). Jest mi odrobinę szkoda ale cóż nie ta praca to inna.

Pozdrawiam i trzymajcie się.

praca magazyn

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#89919

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Losując historie natrafiłam na taką o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Mam co do tego mieszane odczucie dlatego opiszę moje doświadczenie.

W gimnazjum byłam w klasie w której była aż 2 dzieci nauczycieli z tej samej szkoły. Przemek (imię zmienione) syn historyczki i Karolina (imię zmienione) córka polonistki. Oczywiście, ani ta historyczka, ani ta polonistka nie prowadziła naszej klasy.

Karolinka była prymuską, z każdego przedmiotu musiała mieć 5 lub 6. Potrafiła 3-4 krotnie podchodzić do tego samego sprawdzianu z którego dostała 4 aby końcu zdobyć 5, tutaj ważne, że dla reszty klasy była tylko jedna próba, ewentualnie druga przy ocenie niedostatecznej. Karolinka często miała naciągane oceny np. przy średniej w okolicach 4,2 dostawała 6 . Często przy odpytywaniu dostawała łatwiejsze pytania. Gdy raz, nazwijmy ją, Patrycja pokłóciła się z Karolinką (normalna nastoletnia kłótnia, żadnych wulgaryzmów, po prostu Patrycja wprost zarzuciła jej faworyzowanie), mieliśmy pogadankę z psychologiem na temat „dlaczego to dyskryminujemy Karolinkę”.

Przemek był typem sportowca/klasowego śmieszka. Oceniany był tak samo jak reszta klasy, czasem nawet surowiej „bo on powinien to wiedzieć”. Nigdy nie miał naciąganych ocen. Jak chciał coś od nauczyciela to nie wysyłał swojej mamy, tylko sam tak jak reszta prosił o kolejną szansę, czy też przełożenie terminu. Argument jego mamy był przez nauczycieli wykorzystywany jako taka szybsza uwaga w dzienniku do dyscyplinowania Przemka.

Podsumowując jednocześnie spotkałam się dwoma różnymi podejściami stosowanymi przez tych samych nauczycieli. Co jest przyczyną takiej rozbieżności ? Tego niestety nie wiem.

nauczyciele

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (142)

#89909

przez ~uciekajacypanmlody ·
| Do ulubionych
Była tu jakiś czas temu historia o facecie, który zostawił narzeczoną praktycznie przed ołtarzem.

Opowiem Wam o tym, jak o mało co ja nie zostałem takim uciekającym panem młodym. Będzie długo i dla niektórych pewnie nudnawo. Mimo wszystko zapraszam do lektury.

Kilka lat temu, mając prawie 30 lat na karku, zacząłem nosić się z myślą ustatkowania się. Większość kumpli miała już rodziny lub co najmniej długoletnie partnerki, tylko ja, wieczny singiel. Nie był to mój wybór. Miałam kilka krótszych i dłuższych znajomości z kobietami, w tym jeden poważny związek, z którego moja była wymiksowała się z dnia na dzień wyprowadzając się ze wspólnego mieszkania i pisząc mi sms-a, że mam się z nią więcej nie kontaktować.

Sytuacja na tyle mnie dobiła, że poniekąd zablokowałem się z kontaktach z płcią przeciwną i każda taka znajomość kończyła się na tym, że dochodziłem do wniosku, że nie wyleczyłem się z byłej, bo ciągle obawiałem się podobnego scenariusza w nowym związku.

No, ale stało się. Impreza u znajomych. Koleżanka z pracy żony kumpla, Magda. Śliczna, uśmiechnięta, błyskotliwa Magda. Od razu zwróciłem na nią uwagę, ale nawet nie próbowałem swoich sił w podrywie - po prostu wydawała mi się tak idealna, tak perfekcyjna, że nie liczyłem na nic innego niż spuszczenie mnie na drzewo.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy kilka dni później kumpel zabronował wspólną kolację w czwórkę - okazało się, że i Magda zwróciła na mnie uwagę i z żoną wpadli na pomysł zaaranżowania kolejnego spotkania.

Do kolejnych spotkań nie potrzebowaliśmy już pośredników. Magda była inteligentna, piękna, do tego pracowała w zawodzie, w który była mocno zaangażowana, miała różne zainteresowania. Świetnie nam się rozmawiało, ujęła mnie swoim poczuciem humoru, ale też niezależnością.

Tu muszę coś wtrącić, choć obawiam się, że zostanę źle zrozumiany. W związku mógłbym zaakceptować różne konstelacje, jednak wcześniej zdarzało mi się kilkakrotnie poznawać kobiety, które ewidentnie szukały faceta, na którym mogłyby się uwiesić. Zdarzało się, że kobieta już na drugiej czy trzeciej randce dawała znać, że oczekuje drogich prezentów, najchętniej wcale by nie pracowała, gdyby miała taką możliwość, jednocześnie ma nie wyobraża sobie bycia kurą domową, a od faceta oczekuje "zadbania o nią". Byłbym gotowy sam utrzymywać rodzinę, jeśli żona wolałaby zająć się domem i dziećmi, ale gdybym miał utrzymywać kobietę, tylko dlatego, że ona nie chce pracować, jednocześnie miałbym opłacić sprzątaczkę, jedzenie z cateringu i niańkę do dzieci to nie wiem, gdzie tu wkład drugiej strony we wspólne życie.

Tyle mojej filozofii życiowej. Ważne jest, że Magda była zupełnie inna. Nie pozwalała za siebie płacić na randkach, robiła mi prezenty przy różnych drobnych okazjach, każdy prezent ode mnie sprawiał jej radość, nie traktowała tego, jak coś, co jej się po prostu należy. Jednocześnie była ambitna, angażowała się w pracę, inwestowała na giełdzie, myślała o rozkręceniu własnego biznesu, ciągle się dokształcała. Również mnie motywowała do ciągłego rozwoju i choć zarabiałem już wtedy całkiem nieźle, dawała mi poczucie, że nie powinien spoczywać na laurach. Jednocześnie, gdy rozmawialiśmy o przyszłości, nasze plany były zbieżne. Oboje chcieliśmy stabilizacji, założenia rodziny. Czasami aż nie wierzyłem, że spotkało mnie takie szczęście, bo Magda była kobietą po prostu idealną.

Kiedy powstały w związku pierwsze rysy? Mniej więcej po roku. Z Magdą mieszkaliśmy, co prawda, w tym samym mieście, ale prawie 20km od siebie. W dodatku Magda dojeżdżała do pracy za miasto w przeciwną stronę. Często udawało nam się widywać tylko w weekend, bo po pracy, ogarnięciu się w domu i łącznie z dojazdem , musielibyśmy się w tygodniu spotykać ok.21:00.

Miałem swoje dwupokojowe mieszkanie na kredyt, podobnie zresztą jak Magda, z tym, że jej mieszkanie było większe. W końcu zaproponowałem jej wspólne zamieszkanie. Magdzie nie spodobało się, że musiałaby o wiele dłużej dojeżdżać do pracy ode mnie - powiedziałem, że jeśli o mnie chodzi, mogę się przeprowadzić do niej. Tu trochę się zdziwiłem, bo Magda pierwszy raz nakrzyczała na mnie! Powiedziała, że usiłuję jej zabrać jej przestrzeń życiową i zacząć kontrolować. Kompletnie zszokowany przeprosiłem ją i do tematu już nie wracałem. Jednak jakiś czas później Magda stwierdziła, że byłaby gotowa się do mnie przeprowadzić, bo ma zamiar zmienić pracę i ma nadzieję na zatrudnienie w firmie niemal w moim sąsiedztwie. Bardzo się ucieszyłem i postanowiliśmy wrócić do tematu, gdy dostanie tę pracę. Już niebawem świętowaliśmy jej nowe stanowisko szampanem i rozpoczęliśmy dyskusję o przeprowadzce. Magda miała wynająć swoje mieszkanie i przeprowadzić się do mnie.

Dla mnie dość oczywistym było, że kredyty nadal będziemy spłacać na własną rękę, a opłatami za mieszkanie będziemy się dzielić. Ale Magda miała inne wyobrażenie. Powiedziała, że nie rozumie, czemu oczekuje, że ona będzie płacić za moje mieszkanie, w końcu to ja chciałem, aby się przeprowadziła. Ta dyskusja była dla mnie bardzo nieprzyjemna, ale jednocześnie chciałem jej przedstawić swój punkt widzenia - w końcu nie będzie stratna na przeprowadzce, bo swoje mieszkanie wynajmie, a ja chciałbym podzielić się po połowie rachunki za mieszkanie, w którym będziemy wspólnie mieszkać. Zarzuciła mi, że dla mnie zaczęła szukać innej pracy, aby ze mną zamieszkać i powinienem jej być wdzięczny, a nie jeszcze brać od niej pieniądze. Przypomniałem, że sama chciała zmienić pracę i pierwsze słyszę, aby robiła to, aby ze mną zamieszkać. Stanęło na tym, że będzie płacić 1/3 rachunków, bo mniej zarabia. Przy czym Magda zarabiała jakieś 5% mniej niż ja.

Mijały kolejne miesiące i sielanka nadal trwała. Co prawda, zdarzały się nam nieporozumienia, ale żadnych większych kłótni. Pewnego dnia wspomniałem Magdzie, że chciałbym poznać jej rodziców - ona moich już znała. Magda bardzo tego nie chciała, w końcu obiecała, że nas pozna, ale poprosiła abym nie wspominał, że razem mieszkamy. Wtedy myślałem, że to kwestia konserwatywnych poglądów jej rodziny, ale nie.
Zaprosiłem rodziców Magdy za wspólny obiad. Byli sympatycznymi, choć faktycznie dość konserwatywnymi ludźmi. Jednak doszło między nimi a Magdą do pewnej rozmowy, która mnie nieco zdziwiła. Mianowicie rodzice Magdy rzucili coś o remoncie w mieszkaniu na Piekielnej - tam, gdzie Magda miała swoje mieszkanie. Że planują, że trzeba będzie się dogadać, co kiedy i jak, a na ten czas Magda może zamieszkać u nich. Magda szybko ucięła rozmowę, ale nie mogłem się powstrzymać i po spotkaniu zapytałem Magdę, czemu jej rodzice planują remont jej mieszkania - i to takim tonem jakby mieli święte prawo decyzji. Magda skwitowała tylko, że tacy są, lubią decydować i trochę lipa, bo musi teraz wyrzucić stamtąd lokatorów i nie będzie miała kasy z wynajmu. Nie taką Magdę znałem. Naprawdę wydawało mi się to bardzo nieprawdopodobne, żeby taka wygadana, niezależna kobieta dała tak wchodzić sobie na głowę rodzicom.
Zagadałem ten temat z kumplem - tym, który nas poznał - i dowiedziałem się, że przecież mieszkanie to na Piekielnej nie należy do Magdy, tylko do jej rodziców. Magda miała młodszego brata, rodzice chcieli niebawem to mieszkanie sprzedać i podzielić pieniądze między rodzeństwo, aby każdemu dołożyć do własnych 4 kątów.

Nie wytrzymałem - skonfrontowałem Magdę z tą wiedzą. Nie byłem w sumie zły - chciałem tylko wiedzieć, po co mnie okłamała, przecież mieszkanie w mieszkaniu rodziców to żaden wstyd. Skończyło się na tym, że ją przepraszałem, bo Magda zarzuciła mi, że wtykam nos w nieswoje sprawy.
Jakiś czas później Magda coraz częściej zaczęła narzekać na swoją pracę, do tej pory była bardzo zaangażowana i podejrzewałem wypalenie zawodowe. Zaprosiłem ją na wspólny urlop, aby odpoczęła. Do tej pory zawsze fajnie spędzało nam się czas na krótkich wycieczkach za miasto, kilka razy byliśmy w Grecji czy Chorwacji, tym razem zaproponowałem Turcję. Tu dodam, że za urlop zawsze płaciłem ja - bo Magda mówiła, że szkoda jej pieniędzy na takie rzeczy.

Tym razem Magda oburzyła się, że znowu chcę ją zabrać na jakieś biedawakacje po taniości, podczas gdy jej koleżanki jeżdżą na Malediwy albo Seszele i chyba mógłbym choć raz ją zabrać na porządny urlop. Poczułem się jak dziad. Pomyślałem, że może faktycznie to destynacje dobre dla studentów, a w końcu my byliśmy parą dobrze zarabiających trzydziestoparolatków. Ostatecznie polecieliśmy na Zanzibar.

Jakiś czas po tym urlopie z Magdą było lepiej, znów mówiła o założeniu własnego biznesu, twierdząc, że jej zmęczenie i niechęć do pracy wynika z słabych kontaktów z zespołem, w którym pracuje. Przyklasnąłem temu i obiecałem ją wspierać. Magda natychmiast przyznała, że owszem wsparcie by jej się przydało, bo już wszystko kalkulowała i trochę jej brakuje kasy na start. Obiecałem pomóc i dołożyłem jej kilkanaście tysięcy.

Magda nigdy swojego biznesu nie założyła. Kupiła jakieś sprzęty niby do pracy, ale końcem końców stwierdziła, że ją to przerasta i boi się ryzyka i wszystko sprzedała. Pieniędzy oczywiście nigdy z tego nie zobaczyłem. Podczas jednej z kłótni Magda rozpłakała się, zaczęła użalać się nad sobą, że jest nieudacznicą i pewnie ją zostawię. Sam nie wiem jak to się stało - w tym momencie jej się oświadczyłem. Nie żałowałem tej decyzji. De facto nosiłem się z takim zamiarem od kilku miesięcy, a to był po prostu ten moment, kiedy poczułem, że ona potrzebuje teraz wiedzieć, że będę przy niej na dobre i na złe.
Magda oświadczyny przyjęła. Od tego czasu jej humor się poprawił - postanowiła zmienić pracę i z zapałem planowała naszą przyszłość.

Magda zwolniła się z pracy, nie mając kolejnej. Powiedziała, że musi trochę odpocząć. Poparłem to, w końcu poduszkę finansową mieliśmy, a w zasadzie - miałem. Magda od pewnego czasu nie miała w zasadzie żadnych oszczędności. Nie miałem pojęcia, co robi ze swoją wypłatą. Rachunki stanowiły może 10% jej wypłaty, w dodatku rzadko kiedy robiła zakupy do domu. Kiedyś rzuciłem jej okiem przez ramię, gdy akurat logowała się banku i zapytałem, czemu ostatni przelew od jej pracodawcy był taki mały - ledwie 50% wypłaty. Magda oczywiście najpierw oburzyła się, że gapię się jej w komputer, a potem powiedziała, że po prostu skończyła pracę w połowie miesiąca. Tym razem byłem pewien, że coś ukrywa. Drążyłem aż w końcu po awanturze przyznała, że ona po prostu tyle zarabiała. Zapytałem po raz kolejny już - dlaczego mnie okłamywała i po co. Powiedziała, że doskonale wiedziała, ile zarabiam, w końcu pracuję z mężem jej koleżanki i chciała mi zaimponować. Po początkowej złości, znów machnąłem na to ręką, szczególnie, że Magda znów zagrała kartą typu "pewnie mnie teraz zostawisz". Oczywiście, że nie. W końcu nie bez powodu się oświadczyłem.

Mijały miesiące. Magda nadal nie miała pracy. Ślub planowaliśmy na następny rok i właśnie szukaliśmy sali.
Tymczasem Magda coraz więcej mówiła o tym, że chciałaby podróżować i zwiedzać świat. Wymieniała kolejne cele podróży i w końcu skwitowałem z uśmiechem, że nie wiem czy znam życia starczy. Magda odparła ze złością, że właśnie to ją denerwuje, że jeździmy tylko na jakieś beznadziejne urlopy raz do roku, zamiast czerpać z życia garściami i zobaczyć cały świat. Wtedy sądziłam, że to po prostu takie gadanie, ale...

Kilka tygodni później Magda zaczęła rozmowę od tego, czy ją kocham i chcę z nią być na zawsze. Odpowiedziałem, że oczywiście tak. Dalej przeszła do tego, że w zasadzie to ona nie chce zakładać rodziny i w sumie to nigdy nie było jej marzeniem, ale widząc, że ja chcę, powiedziała, że ona też chce. Kolejnym punktem było to, że czuje się wypalono zawodowo i w sumie to nie wie, czy do zawodu chce wracać. Ale też nie wie, co innego mogłaby robić i potrzebuje czasu, aby to przemyśleć. A przede wszystkim chce podróżować. Oczywiście, wie, że podróżuje kosztują i nie ma na to póki co kasy.

Zaproponowała mi wyłożenie kilkunastu tysięcy złotych na start na jej podróże. Chciała dorabiać sobie "po drodze" w różnych krajach. Potrzebuje tylko pożyczki na start. Równocześnie, z racji tego, że jej nie będzie na miejscu, bo najchętniej to wyjechałaby już jutro, prosi o zorganizowanie nam ślubu. Może być bez wesela, bo jej nie zależy. Na ślub zrobi sobie przerwę w podróżach. W sumie to ma plan zostać sławną podróżniczką i w końcu konkretnie zarabiać. Kazała mi się nie martwić, bo co najmniej 3 miesiące w roku planuje spędzać w kraju.
Słuchałem tego i słuchałem, oczy robiły się coraz większe, a szczęka opadała coraz niżej. Nie wytrzymałem i zapytałem, czy to żarty.

Nie, Magda nie żartowała. Planowała spędzić życie na podróżach finansowanych najpierw z mojej kieszeni, potem z drobnych prac u miejscowych, a na koniec z bycia podróżniczką-influencerką. Ja miałbym siedzieć w kraju sam i pracować, a ona zaszczyci mnie obecnością kilka razy do roku. Dzieci niet, bo to dla kobiety niewola, stałej pracy niet, bo to niewola. Ślub też jej w sumie niepotrzebny, ale chyba lepiej będzie wziąć, bo to jakieś zabezpieczenie dla niej, gdyby MI coś przyszło do głowy.
Myślałem, że śnię. Zamiast się awanturować powiedziałem, że muszę ochłonąć i wyszedłem z mieszkania. Tego wieczoru nie wróciłem do domu, poszedłem do kumpla. Chlać. Bo na trzeźwo nie mogłem tego ogarnąć.

Następnego dnia postanowiłem z Magdą porozmawiać. Dla mnie to była jakaś abstrakcja i nie było mowy, żebym zgodził się na takie życie.
Oczywiście zdaniem Magdy, po pierwsze wcale jej nie kocham, bo gdybym kochał to pozwoliłbym jej robić, to co chce. Po drugie jestem controlfreakiem, bo przez cały czas ciągle ją sprawdzałem i testowałem. Po trzecie nienawidzę kobiet, bo marzy mi się zrobienie z żony prywatnej służącej. Po czwarte jestem sknerą, który zawsze na niej oszczędzał i nigdy jej nie adorował, tak jak na to zasługuje. Na koniec przybrała postawę typu change my mind, licząc na... w sumie nie wiem na co. Przeprosiny? Gorące zaprzeczanie i obietnicę dozgonnej miłości za wszelką cenę?

Powiedziałem, że niestety, nie w takiej kobiecie się zakochałem. Jakkolwiek było mi przykro - już nawet nie chodziło o to, aby wycofała się z tego pomysłu zarabiania na życie podróżowaniem. Po prostu poczułem jakby stała przede mną obca kobieta. Powiedziałem, że niestety, ale nie ma sensu dalej dyskutować i po prostu musimy się rozstać. Najwyraźniej Magda nie tego się spodziewała - rozpłakała się, pytała, czemu obiecywałem jej miłość, czemu się oświadczyłem, skoro nie akceptuje jej taką jaka jest.

Czemu? Pewnie dlatego, że przez prawie 3 lata związku tak naprawdę ciągle coś udawała. Kochałem kobietę, która była tylko teatralną rolą.

Nie wiem do dziś, czy Magda robiła to z wyrachowania, naiwnej wiary, że gdy już raz kogoś złowi na ten haczyk, to zatrzyma go na zawsze, a może jakieś zaburzenia psychiczne.
Z drugiej strony - wszyscy wspólni znajomi znali ją taką, jaka była na początku naszej znajomości. Dopiero parę lat później, gdy na jakimś spotkaniu wspominaliśmy moją znajomość z Magdą, jedna z dziewczyn tam obecnych zaśmiała się, że "Madzia to zawsze lubiła bajki opowiadać".

A gdyby tak Magda na tę rozmowę zdecydowała się dzień czy dwa przed ślubem? Wiałbym sprzed ołtarza.

byla

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (172)