Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#67861

~igiveuallofme ·
| Do ulubionych
Będzie długo i mało zabawnie, ale z happy endem.

Długo zwlekałam z napisaniem tej historii. Bez zbędnych wstępów.

Rok temu zmarła moja mama. W rodzinie płacz, każdemu jest ciężko i każdy chce nas wesprzeć. Mama, zanim zmarła, prowadziła sprawę rozwodową z moim ojcem. Powodów było multum, a jeden z najważniejszych - ojciec strasznie pił. To, co się działo przed rozwodem to materiał na inne piekielne historie. Rozwieść się niestety nie zdążyła, a prawa tylko ograniczyła. (ładnie mi się zrymowało :))

Dziś opowiem o moim ojcu i jego rodzinie (mojej podobno też).

Jako że ja z moją siostrą nie ukończyłyśmy 18 lat, ktoś musiał się nami zająć. Ze strony mamy nie było jak. Babcia koleguje się z Niemcem, który wszystko chowa :), a siostra mamy również nie nadaje się na opiekuna. Została rodzina ojca, a dokładnie sam ojciec.

Spędzając te smutne wakacje, kiedy pożegnałyśmy rodzicielkę, u siostry mamy w innym mieście, dowiedziałyśmy się, że z owym "kochanym tatusiem" zamieszkać musimy. Oczywiście ciotka proponowała swoją pomoc, tak czy inaczej odmówiłyśmy z wielu powodów.

30 sierpnia wróciłyśmy w nasze skromne progi - bardzo skromne. W drzwiach mnie, siostrę i wujostwo przywitał pan ojciec - nie do poznania. Okularki, sweterek, dziś trzeźwa, ale widać, że pijąca twarz. Mój głośny bunt odbił się echem od ścian. Zostałam zakrzyczana:
- Daj mu szansę.
- Stara się.
- On was kocha (ehe).
- Jesteś zła, be i tak dalej, ponieważ nie dajesz kochanemu tatusiowi szansy.
- (ważne!) Cała rodzina (przede wszystkim była mowa o babci) od strony ojca przyjedzie i wam pomoże to wszystko ogarnąć.

Wujostwo nas zostawiło, wyjechało i tyle ich widziałam (dzwonili czasem, mają własne problemy, rozumiem).

Przez pierwszy miesiąc było nawet dobrze. Nawet zaczęłam mieć nadzieję, że przestał pić (nie widziałam go ponad rok, wmawiał nam, że absolutnie nie pije, w co na początku nie wierzyłam).

Pierwsza lampka włączyła mi się, kiedy dorosły człowiek, niby pracujący, idzie do roboty na 10/11 rano, wraca z niej około 14 i około 18 kładzie się spać. Dzwonię, informuję odpowiednie osoby -przesadzam.

Druga lampka pojawiła się na przełomie października/listopada. Zaczęłam znajdować puste butelki wiadomo po czym. Zaczął robić również awantury. O byle co. Jako że mój wiek kończy się na naście możecie pomyśleć, że według mnie "byle co" to spalenie pół mieszkania. Nie. Ten człowiek potrafił podsłuchać mnie i siostrę, jak sobie w kuchni żartujemy o Polakach (trzeba mieć dystans do siebie :)), wpaść do niej, zwyzywać nas i wysłać do łóżka o godzinie 21, odłączając korki i co może.

Już wtedy zadzwoniłam do wujostwa. Powzdychali i to tyle. Dzwoniłam regularnie do kuratora - mówiłam, jak jest. Sugerowali dzwonienie na policję, jak się upije - to, że tego nie robiłam, to był jeden z moich najgorszych błędów. Bałam się, że zabiorą mnie i siostrę do tzw. bidula.

Kiedy awantury się zaczęły, zaczęłam się upominać o babcię i całą rodzinę z dalekich gór, coby się trochę zainteresowali. Przyjadą, owszem, nie teraz, bo babcia/dziadek/ciocia/ktośtam choruje i nie mogą. Okej, rozumiem. Bardzo długo chorowali, biedni.

Nasza patologia w domu trwała 9 miesięcy. W tym czasie ojciec stoczył się niżej dna. Wyobraźcie sobie obraz śmierdzącego, brudnego i chudego menela pod sklepem. To mój ojciec.

Któregoś dnia wiosny pani pedagog przyszła z moją siostrą do domu (chodzimy do różnych szkół, a panie pedagog odwiedzałyśmy dość często, żeby "dawać raporty". :))

Tak się złożyło, że tatuś był w domu. Pijany. Poszarpał siostrę, zwyzywał przy pani pedagog, a ta wezwała policję. Tatuś uciekł gdzieś, pewnie żeby przez resztę popołudnia mógł się dopić.

Potem sprawy poszły szybko, wyprowadziłyśmy się i znalazłyśmy nowy ciepły dom u ludzi, których nawet nie podejrzewałyśmy o taki gest.

Zgadnijcie kto odwiedził tatusia dzień po naszej wyprowadzce? Rodzina :)

rodzina

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 279 (407)

#82848

(PW) ·
| Do ulubionych
Kuzyn miał w piątek usuwaną ósemkę. Ósemkę paskudną, muszę przyznać, nawet w czasopismach poświęconych chirurgii szczękowej rzadko widziałam tak obrzydliwie uformowane korzenie. Chirurg kazała mu przyjść z samego rana, bo taka robota "może potrwać", więc lepiej, żeby zabrać się do niego na świeżo.

Gdyby ekstrakcja ograniczyła się do przewidywanej dawki bólu i stresu, nie byłoby tej historii.

Wizyta zaczęła się z minimalnym, kilkunastominutowym poślizgiem. Do przeżycia. Kuzyn został znieczulony, znieczulony ponownie, dziąsła zostały nacięte, żeby odsłonić system korzeniowy, a sam ząb zaczął być rozwiercany. I tak wiercono ponad 90 minut, dokładając po drodze jeszcze raz znieczulenie.

W pewnym momencie stało się COŚ. Co konkretnie, kuzyn nie wie. Chirurg i jedną z pielęgniarek wywołano do jakiejś nagłej sytuacji. Druga pielęgniarka zaczęła go uspokajać, że to potrwa tylko kilka chwil, potem lekarka wróci, dokończy zabieg i wszystko będzie dobrze.

Po ponad 40 minutach wywołano także drugą pielęgniarkę. Z kuzynem miał zostać jakiś młody facet (pielęgniarz, praktykant, czort wie), ale zmył się po kilku chwilach, mówiąc, że zaraz wróci, tylko sprawdzi, co z tamtymi. Nie wrócił w ogóle.

Następna osoba - nie lekarka, nie żadna z dwóch pielęgniarek asystujących przy zabiegu - pojawiła się po ponad dwóch godzinach. Była BARDZO zdziwiona, że kuzyn jeszcze jest w gabinecie, ba, że siedzi w fotelu. Wszyscy myśleli, że "ktoś" już go opatrzył i mu przekazał, że może iść do domu, bo lekarka dzisiaj już do niego nie wróci. No, ale skoro jeszcze siedzi, to ona (znaczy się osoba, która weszła), postara się coś zaraz załatwić.

Taaak. Pacjent z rozwalonym trzonowcem, rozpapranymi dziąsłami, słowem - z bolącą jak jasna cholera, otwartą raną tuż przy stawie żuchwowym miał się chyba sam oczyścić, pozszywać, opatrzyć, wypisać L4, receptę na środki przeciwbólowe (paracetamolem takiego bólu się nie zabije), uzupełnić dokumentację, a po wszystkim jeszcze iść i przeprosić za to, że żyje.

Wyjaśniam detalicznie: w takim stanie nie można mówić. Nie można krzyczeć. Nie można w ogóle używać głosu poza pierwotnymi jękami, które zna chyba każdy, kto trafił na rozmownego stomatologa, zadającego pytania o wakacje podczas grzebania pacjentowi w jamie ustnej. Jedyny sposób komunikacji z najbliższym otoczeniem to co najwyżej rzucanie przedmiotami znajdującymi się w zasięgu ręki, kopanie w fotel dentystyczny i wycie. Nie ma jak protestować, bronić się, powoływać na przepisy, nie ma nawet jak wstać i iść do toalety. Co lepsze, nie można nawet zamknąć ust... Człowiek jest zdany na łaskę kogoś, kto przyjdzie i go uratuje.

Po - jak relacjonował kuzyn - bardzo długim czekaniu, z pewnością dłuższym niż godzina, pojawił się jakiś inny chirurg, podał biedakowi kolejne znieczulenie i dokończył zabieg. Zeszło mu, bo bił się z tą ósemką kolejne 2 godziny, zszywał już trzęsącą się z wyczerpania dłonią.

7 godzin w jednej pozycji, z rozdziawioną, unieruchomioną chyba tylko siłą woli żuchwą, a w niej raną, bez możliwości choćby wysikania się, przepłukania gardła, niczego. Kiedy wczoraj o tym usłyszałam, nie chciało mi się wierzyć. Większość wieczoru spędziłam z kuzynostwem na pisaniu personalnej i instytucjonalnej skargi oraz szkicowaniu pozwu. A w piątek planuję wybrać się razem z kuzynem na zdjęcie szwów i kontrolę do przeprofesjonalnej "pani doktor".

Mam nadzieję, że hasło "oskarżamy panią o stosowanie tortur medycznych przez zaniechanie uśmierzania bólu po niedokończonym zabiegu" uruchomi u niej te szczątki mózgu, które musiały się wykształcić, skoro nie umarła przed urodzeniem.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (210)
Miejsce akcji: działka mojego taty. Spędzamy na niej wakacje z trojgiem dzieci i psem. Miejscowość w wakacje mocno turystyczna.
Czas: nie pamiętam dokładnie, ale zapewne późny piątek/wczesna sobota.
Nastrój: meeeega leniwy. Dzieci u kolegów na wylocie, na działce tylko ja, tatko i pieseł.
Sielanka, panie, sielanka!

W pewnej chwili na działeczkę wchodzi parka. Wiek około 20, wygląd mocno przyzwoity. Mój pieseł, czując słuszny instynkt terytorialny, obszczekuje ich od góry do dołu, nie ruszając jednak z miejsca swego leniwego zada.

Kobieta chowa się za faceta. Trzęsie się bidulka, widać, że psów nie lubi. Facet pomija wszelkie formułki grzecznościowe i drze do mnie japę: „Może byś zabrała tego kundla!!!”.

Krótkie „Cykuta, do domu!” załatwia sprawę.

Patrzę na parkę wyczekująco, pewnie pomocy potrzebują. Poszukują kogoś? Auto się zepsuło? A może raczą się przywitać? No, niestety, nie raczyli.

Inicjatywę przejmuje kobietka: „Szukamy pokoju”.

„Życzę Wam pokoju" – odpowiadam po buracku, bo buraka to tylko burakiem zwalczyć można i odwracając się do nich plecami, wchodzę do domu, psa pomiziać.

Odchodzą.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (172)
Opowiadanie o mamuśce w porcie przypomniało mi sytuację sprzed lat.

Szedłem z koleżanką i jej psem na spacer. Przechodziliśmy nieopodal placu zabaw. Ogrodzony, droga, kępa krzaków. Pies się załatwiał, mamuśka przyleciała z ryjem, że "tu się dzieci bawią!".

Awantura na całego, że psa trzeba nauczyć, że tu nie można itd. Wziąłem patyka, śmignąłem gówno w dal w stronę rzeki jak Tiger Woods, to trochę rozładowało atmosferę i poszliśmy dalej (to jeszcze nie były te czasy, kiedy się sprzątało po swoim psie).

Wracamy godzinę później i co widzimy? Mama w tej samym niemal miejscu wysrywa swoje dziecko. Moja piekielna koleżanka z przekąsem: "już pani nie przeszkadza, że tu się dzieci bawią?". Mamuśka tłumaczy, że dziecku trzeba wybaczyć, bo to dziecko, nie zrozumie. Moja koleżanka na to „cóż, psa miałam nauczyć, a od dziecka (na oko czterolatka) nie można wymagać? Znaczy uważa pani, że mój pies jest mądrzejszy niż pani dziecko"?

Morału nie będzie, taka mała piekielność a propos. :l

Park

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (140)

#82747

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się, czy wiecie, dlaczego płacicie za „bezsensowne ubezpieczenia”, skoro i tak „wredny ubezpieczyciel zrobi wszystko, żeby nie wypłacić należnego odszkodowania”.

Jeśli się kiedykolwiek nad tym zastanawialiście, to posłuchajcie mnie.

Składka ubezpieczeniowa jest skalkulowana w sposób następujący: Wy płacicie, jako klienci, 100 zł składki za ubezpieczenie Waszego piekarnika, telefonu, laptopa, pralki, zmywarki (wstawcie sobie tu to, co akurat kupujecie).

Z tej sumy około 80 zł zabiera sklep jako dystrybutor. Pozostałe 20 zł jest dzielone na: prowizję administratora, prowizję brokera, serwis asekuracyjny i tzw. składkę właściwą czyli to, co dostaje faktycznie Ubezpieczyciel. Dajmy na to, że ten kawałek tortu dla Ubezpieczyciela to 13 zł z Waszej składki. Obchodzi Was to, jako klienta? Nie powinno. Wy płacicie 100 zł.

Otóż te 13 zł w zupełności wystarczy na pokrycie Waszego roszczenia, pod warunkiem, że... jest ono zgodne z definicją Zdarzenia Ubezpieczeniowego, zawartego w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Nad kalkulacją wysokości składki i wysokości prowizji pracuje sztab doświadczonych underwriterów (czyli osób zajmujących się kalkulacją składek) oraz aktuariuszy (czyli osób zajmujących się – w uproszczeniu – kalkulacją rezerw).

Każdy produkt ubezpieczeniowy wyceniany jest pod kątem wystąpienia bardzo konkretnych zdarzeń – tylko tych zawartych w OWU i nie ma możliwości, aby roszczenie zgodne z OWU nie zostało zaspokojone oraz aby zabrakło na nie pieniędzy.

Każdy z Was to wie.

To teraz ad rem. Czemu ten zły Ubezpieczyciel kombinuje, jak Wam nie wypłacić?

Bo umowa ubezpieczenia, jak każda umowa, zawarta jest z domniemaniem pewnej uczciwości - po obu jej Stronach.

Sytuacja 1:

Kupiliśmy w zeszłym roku telewizor. Ot, spodobał się taki z górnej półki, akurat były środki, to kupujemy. Oczywiście, z uwagi na wysoką cenę, ubezpieczamy „od wszystkiego” (sic! O ubezpieczeniach „od wszystkiego” możecie poczytać w tej historii: https://piekielni.pl/78788, jeśli chcecie; w skrócie – NIE ISTNIEJĄ).

Ubezpieczenie nasze obejmuje 3 lata ubezpieczenia od awarii wewnętrznych – po upływie 2 lat gwarancji producenta oraz 5 lat ubezpieczenia od Uszkodzeń Mechanicznych na skutek Nieszczęśliwych Wypadków od daty zakupu.

„Życzliwy” Sprzedawca każe nam koniecznie pamiętać, że przed upływem końca okresu ubezpieczenia musimy zgłosić, że „dziecko nam rzuciło kubeczkiem w telewizor”, bo wtedy dostaniemy od Ubezpieczyciela nowy! Na naszą zdumioną uwagę, że nie mamy dzieci w wieku „kubeczkowym” słyszymy „no to kot zrzucił, cokolwiek, ale lepiej dziecko, bo to zawsze przechodzi!”.

Sytuacja 2:

W zeszłym tygodniu mężowi zamarzył się drogi telefon. Kupujemy i oczywiście ubezpieczamy. Tym razem konstrukcja produktu ubezpieczeniowego jest nieco inna: rok Uszkodzeń Mechanicznych od daty zakupu i 3 lata ubezpieczenia od awarii po upływie 2 lat gwarancji producenta.

Płacimy i oczywiście „przyjacielska” rada: „Panie, niech pan tylko pamięta, żeby po upływie 10-11 miesięcy przyjść i zgłosić, że pana rowerzysta potrącił, to dostanie pan nowy!”. Mąż pyta, czemu rowerzysta, to już nie dziecko? Nie, na dziecko już znaleźli sposób, teraz „rowerzystów” przyjmują!

To tylko ja jedna i tylko dwa sprzedane ubezpieczenia na przestrzeni roku. Teraz pomnóżcie to przez liczbę osób, codziennie kupujących elektronikę i ubezpieczających ją w najlepszej wierze.

Na moją uwagę, że nie tak ma działać umowa ubezpieczenia zdziwiona uwaga "ale przecież WSZYSCY tak robią…”.

No, skoro "WSZYSCY"... To już wiecie, czemu „wredny” Ubezpieczyciel kombinuje?

Ubezpieczenia ubezpieczenia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (102)

#67936

~Elektronat ·
| Do ulubionych
Mieszkam przy wylocie z miasta na Wrocław. Przed oknem mam dwupasmówkę, a za nią stację benzynową, gdzie policja podjeżdża na hot dogi, za nią zaś galerię handlową.

Wiecie, co jest piekielne? Motory. Kłady, ścigacze, skuterki, golfiki i bmki. Codziennie po 22, szczególnie latem i szczególnie jak temperatura smaży mi jajka na balkonie w nocy, ścigają się, popisują, palą gumę. Ja rozumiem, gdzieś trzeba. Tylko dlaczego latem, gdzie wszystkie okna mam otwarte i budzę się średnio co pół godziny? Zresztą nie tylko ja. Wszyscy.

Ostatnio jeden był nawet zabawny. Zaparkował na trawniku pod moim oknem swoim złotym quadem i postanowił zrobić sobie przerwę na papierosa, zostawiając włączony silnik. O 23 czasu polskiego. Serio?

Ja się naprawdę cieszę, że to wszystko istnieje, moja roczna córka nawet lubi oglądać i jara się jak głupi bateryjką, że jedzie motor. Ale wyje jak nieboskie stworzenie o 2 w nocy, kiedy 5 takich postanowi rozstrzygnąć spór, który jest szybszy.

Dlatego proszę, wręcz błagam, jeśli możecie jeździć i ścigać się gdzieś w strefach niezamieszkanych, szczególnie jak na dworze panuje ukrop, zróbcie to. Wam będzie przyjemniej, a statystyczny Kowalski się wyśpi i wszyscy zadowoleni.

Wylotówka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (208)
Podsumowanie pierwszego weekendu sierpnia (czy jak kto woli czarnego weekendu nad wodą - 14 martwych, wielu w szpitalach).

Sobota rano, sanepid mówi - można wejść do wody, ale fala wysoka. Siła wiatru też poza skalą, więc czerwona flaga. Nasz pobyt ogranicza się do gwizdania na ludzi, którzy wchodzą do wody na naszym kąpielisku i tłumaczenia im, że fala jest za wysoka. Większość ludzi rozumie, co im mówimy, ale nie ON.

ON to pływak naczelny, woda mu niestraszna, a my się tylko go czepiamy. Wywiązuje się taka konwersacja:

O: Co gwizdasz, głupia ci*o!!! (do mojej koleżanki na zmianie)
K: Nie wolno wchodzić do wody, fala jest za wysoka...
O: A co mnie to ku**a obchodzi?
Ja: A to, że nie wolno panu wchodzić do wody i proszę zwracać się do nas grzecznie.
O: JA JESTEM RATOWNIKIEM WOPR, JA WIEM, ŻE JAK FLAGA JEST CZERWONA, TO WAM SIĘ PO PROSTU NIE CHCE PRACOWAĆ, BO ZIMNO NA DWORZE, A DO WODY BY WAM SIĘ NIE CHCIAŁO WCHODZIĆ!!!

Pomijam fakt sensu jego wypowiedzi, ale nawet jakby ten gość był ratownikiem WOPR, to on nie pływał, tylko człapał po tej wodzie, ledwo się na niej utrzymując (fala wepchnęła go na część strzeżoną).

J: Niestety, ale do odwołania czerwona flaga, pogoda musi się zmienić.
O(złapał już buraka na twarzy): To ja ku**a płacę je***e klimatyczne za wasze siedzenie, a wy się cały dzień op*******cie. Znajdźcie se lepsze wymówki niż jakieś glony czy fala jest dla was za wysoka, BO NIE UMIECIE PŁYWAĆ!!! PEWNIE DOSTALIŚCIE DOKUMENTY POD BIURKIEM!!!

Pana odprawiliśmy z uśmiechem na twarzy i życzeniami udanych wakacji. Uwaga: klimatyczne, które płacicie za pobyt w ośrodkach, idzie do kasy miasta.

Ale dyżur musi być ekscytujący i mrożący krew w żyłach. Koło 16 zrobiło się bardzo zimno (odczuwalna 15 stopni i deszcz), dostajemy zgłoszenie od straży pożarnej, że jedzie do nas ekipa nurków. Na plaży niestrzeżonej ok. kilometr od nas ktoś wypłynął na materacu i zaginął. Żona, która zgłosiła zaginięcie męża, z dwójką dzieci już do nas idzie. Według prądów powinien być na wysokości naszej wieży. Odziany w kamizelkę wsiadam na ponton motorowy i szukam (zgodnie z rozkazem dyspozytora). Po 2-3 minutach widzę coś, co pływa. Materac, a na nim mężczyzna.

Podpływam, wyłączam silnik i wskakuję do wody, płynę z boją, mając z tyłu głowy fakt, że torba ratunkowa została w bazie, a reanimacji nie przeprowadzę na łodzi. Krzyczę w tej wodzie pytanie, czy pan mnie słyszy. A ten podnosi głowę cały zapłakany (z twarzy Janusz z wąsem), że się zgubił i zmarzł. Układam go na pontonie, okrywam folią termiczną (jest na wyposażeniu), mówię, że już znalazłem gościa i nie ma potrzeby nurków, tylko karetkę żeby szybko przysłali. Przypiąłem go pasami do deski (profilaktycznie), biorę scyzoryk z zamiarem zatopienia pontonu (bo sorry, mając osobę, która może wymagać pomocy medycznej, nie będę spuszczał z materaca powietrza, a następnie brał go na ponton, bo po prostu się nie zmieści), a Janusz chwyta mnie za rękę:

Janusz: Co ty k***a robisz z tym pontonem?
Ja: Zatapiam, poza tym to jest materac.
Janusz: Mam to w dupie, jak se to nazwiesz, zapłaciłem za to 2 stówy. Zwrócisz koszta.
Ja: Nic nie zwrócę, a teraz wracamy na brzeg.

W ciągu tej minuty powrotu usłyszałem tyle wyzwisk, ile się tylko da, że niszczenie "jego mienia" i w ogóle to mam go wypuścić, bo on się dobrze czuje. Dopłynęliśmy do brzegu, czekamy z nim, żeby przekazać go karetce, a w międzyczasie jego syn (+/-15 lat) drze ryja (bo to nawet nie był krzyk) na moją koleżankę, że jak go nie dostrzegliśmy wcześniej. Zaczął ją szarpać i po chwili (nawet nie zdążyłem zareagować) dostał boją w twarz. Zawinął się szybko za matkę, która również zareagowała agresywnie w stosunku do mojej koleżanki. Na szczęście akurat przyjechało pogotowie wraz z policją i zabrali Janusza i jego żonę z dziećmi.
Tak że weekend uważam za udany na moim stanowisku. Jedyna pozytywna osoba to dziewczynka 5-6 lat, która grzecznie zapytała, dlaczego jest czerwona flaga i po naszym wytłumaczeniu grzecznie podziękowała.

Ratownik

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (193)

#82766

(PW) ·
| Do ulubionych
Dość długo się zastanawiałem, czy podzielić się tą historią, bo w gruncie rzeczy to sam jestem tutaj piekielny. Jeśli się zdenerwuję, to powiem, co myślę, a później dopiero widzę, co odwaliłem. Tak właśnie było tym razem.

Zdarzyło się to ponad 10 lat temu, gdy pracowałem jako kelner z doskoku na weselach. Chociaż kelner to za dużo powiedziane, zwykły podawacz. Szybka robota i szybka kasa, coś w sam raz dla studenta, żeby zarobić na kieliszek chleba.

Było to w hotelu czterogwiazdkowym, czyli taki trochę lepszy standard niż remiza. Było jeszcze wcześnie i wesele było dopiero przygotowywane w innej części budynku. Akurat byłem na restauracji po jakieś widelce, łyżki czy inny gastro-złom, gdy na parking wjechał merc o posturze karawanu i na niemieckich blachach.

Wytoczył się z niego koleś, dość niski i wiem, że nieładnie tak o kimś mówić, ale widać, że nie używał calgonu, bo mu bęben solidnie wywaliło. Widać, że pamiętał już niejeden oktoberfest i bier und wurst to jego codzienny pokarm. Miał taki zielony kapelusik z piórkiem a'la gajowy z czerwonego kapturka. Zielone gumofilce i solidny, rzucający się z daleka w oczy, gruby jak okrętowa lina WĄS! Do tego kurtka w moro. Razem z tym czochraczem spod nosa i w tym zielonym jebotku wyglądał jak pijany wędkarz znad rozlewiska. Już tylko czekałem, aż zacznie nucić przeboje Maryli Rodowicz, ale przypomniałem sobie, że to przecież obywatel Rzeszy niemieckiej, więc najwyżej zaśpiewa mi hymn.

Gdy wchodził do środka, to gadał przez telefon. Usłyszałem nasze przaśne, polskie i głośne spier...alaj rzucone w słuchawkę, więc byłem już pewien że to rodak. :-) I całe szczęście, bo mocno średnio wówczas szprechałem po dojczu. :-)

Wszedł, usiadł i sapał. Podałem mu menu, myśląc, że jak będzie sobie czytał, to skoczę po etatowego kelnera, żeby przyjął zamówienie. Jeszcze nie zdążyłem wrócić za bar, a ten zaczyna się drzeć! No ja rozumiem, że się można zdenerwować, a on zwyczajnie zaczął krzyczeć, żebym do niego przyszedł! Myślę sobie, co zdążyłem zrobić źle? Czyżby stół, przy którym siedzi, wołał o pomstę do Durczoka? No ale jest jeszcze wcześnie i nikt by go nie zdążył ufajdać. Tak sobie rozmyślam i podchodzę, a ten mówi: "Co za skandal! Gdzie Anglia, a gdzie Niemcy, Przecież do Niemiec bliżej!”.

Patrzę na niego tępo i nie ogarniam, poziom mojego iq był chyba na poziomie temperatury pokojowej. On patrzy na mnie, widzi moją gębę nieskażoną refleksją i wie, że musi rozwinąć swoje skróty myślowe. No i nadal się drze! Dlaczego menu nie jest po niemiecku! No a po angielsku jest. Po niemiecku powinno być! Czemu nie jest po niemiecku! Niemcy są bliżej, to powinno być po niemiecku dla Niemców!

Było wcześnie i nie piłem jeszcze kawy, ale ogarnąłem wreszcie, o co mu chodzi. Zwyczajnie i po prostu, tam gdzie stałem i na miejscu trafił mnie jasny szlag! Co ci menu nie pasuje?! Było dwujęzyczne, po polsku i drobnym druczkiem po angielsku, dla obcokrajowców. Jakoś każdemu pasowało, a jemu nie. Co to jest? Generalne gubernatorstwo? A że mój śp. Dziadek nie lubił bardzo Niemców, bo miał do tego solidne powody, to trochę też ta jego niechęć przeszła na mnie.

Zwyczajny wnerw zalał mi mózg! Myślę sobie, ty esbecki folksdojczu! Sługusie i zdrajco! Mój dziadek to kazałby mu zwyczajnie wyp... w wielkim pośpiechu opuścić lokal. :-) Ale sam się dziwię, że to jakoś zniosłem i jak się odezwałem w odpowiedzi na zarzuty, to zdziwiłem się, jak spokojnym głosem to mówię:

- Znajdujemy się w Polsce i tutaj mówimy po polsku.

No i powinienem się wtedy zamknąć i byłoby dobrze. W zupełności by wystarczyło. Ale nie! Musiałem dowalić na maksa i do bólu:

- Proszę pojechać do Oświęcimia. Po niemiecku to będzie Auschwitz-Birkenau, taki stary kompleks obozowy, może pan słyszał. Już nad bramą wejściową są niemieckie napisy, będzie se pan mógł poczytać. Jak pan pójdzie dalej, to będzie tam dużo do poczytania na ścianach. Będzie i po niemiecku i angielsku, a nawet w jidysz. Jak już pan poczyta to wszystko i zdjęcia zobaczy, to nie będzie się panu już chciało jeść i menu po niemiecku nie będzie potrzebne.

Koleś się na mnie popatrzył, jakbym mu nasikał w apfelstrudel. Pobladł trochę i wypier... w wielkim pośpiechu opuścił lokal. Wsiadł do swojego schwantz karawanu i odjechał w stronę zachodzącego słońca.

Później do mnie dotarło, że gdyby chciał gadać z właścicielem, to pewnie miałbym przewalone. Pewnie kazaliby mi spadać i bym nie zarobił. Ale najpewniej tylko by mnie ochrzanili, bo i tak nie mieli nikogo do roboty. Przecież by mnie nie zwolnili, bo i tak robiłem z doskoku i w dodatku "na bambo”, więc by się mi upiekło.

Na pewno nie zachowałem się dobrze, a już na pewno nie byłem miły i grzeczny. Moja odpowiedź była z pogranicza chamstwa. Zdaję się na Wasz piekielny i surowy osąd. Ale wiem, że Dziadziu byłby ze mnie dumny.

uslugi

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (247)

#82737

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępu - mój dziadek mieszka sam w mieszkaniu w bloku z "wielkiej płyty" i ta historia będzie tyczyć się jego sąsiadów.

Nie tak dawno nadszedł czas na wieczne odejście sąsiadki z piętra niżej i po mało hucznym pogrzebie w owym mieszkaniu zamieszkała całkiem nowa "wesoła" rodzinka. Wesoła rodzinka to pies (od miesiąca), 2 chłopców i rodzice.

Dziadek jest lekko głuchy, jak większa część sąsiadów (średnia wieku klatki pewnie wyszłaby koło 65 r.ż. albo wyżej), więc wysłuchanie Barw szczęścia w łazience nie stanowi problemu. Niczym niesłychanym jest też bicie mięsa na niedzielne schabowe. To tyle uciążliwego sąsiedztwa. Są jeszcze 2 wady.

Większość klatki (poza 1 mieszkaniem na parterze, gdzie jest 1 dziecko z samotną matką i babcią oraz pracującą parą na 4) to oszczędni emeryci, więc klatkę trzeba sprzątać samemu. Część opłaca sprzątacza, cześć robi to sama, ale klatka ogólnie błyszczy. Może inaczej - błyszczała.

Otóż nowi klatki nie sprzątali i popełniali klatkowe przestępstwo w postaci wystawiania worka na klatkę, a że mieszkali na piętrze 2, sporo ludzi miało im to za złe. Mało tego - na klatce pojawiały się papierki, podobno nawet nagryzione kanapki (a większość to ludzie starsi, co czczą chleb jak świętość). Co więcej, psu zdarza się nasikać na "perski" dywan sąsiadów z naprzeciwka (z 2 piętra).

Nowi mają także "dzikie" dzieci w wieku ok. 5 i 13 lat. Dzikie, bo bicie schabowego to przy nich pikuś. Obecnie dzieci, o ile są w domu, hałasują, zakłócając mir 2 piętra wyżej i 2 piętra niżej, czyli w całej klatce. Dodajmy do tego psa, który jak ich nie ma (a zdarza się to podobno co 2. dzień), to wyje.

Tak więc zaczęło się od grzecznych upomnień i rozmów, ale nic to nie dało. Przyniosło odwrotny skutek. Nowi dzwonią na policję po 22 - bo sąsiadka obok ogląda Ojca Mateusza i dzieciak nie może im spać, a do dziadka co parę dni przychodzi ktoś ze spółdzielni, bo rzekomo ich zalewa. Sąsiadów z góry oskarżyli o zbyt głośne bicie kotletów i wywieszanie prania za balkon (tak, wiem, że to nielegalne, ale nikomu to nie przeszkadzało).

Dziś wraz z moim partnerem byłam na konspiracyjnej radzie klatki (opiekuję się dziadkiem, więc bywam u niego co sobotę i poszliśmy z nim z ciekawości). Pomogliśmy zwinąć dywan, pozbieraliśmy obrazy (tak - wisiały obrazy na klatce).

Od jutra nowi obudzą się w nowej rzeczywistości. No bo kto zabroni starszemu człowiekowi oglądać Barwy szczęścia albo słuchać opery za dnia na maxa w TV? I tak każdy dostał zadania - dziadek ma za zadanie głośniej stukać laską jak chodzi. :)

Cóż każdy jest trochę piekielny w sobie, ale po "moich" emerytach nigdy się nie spodziewałam, jakie mają pomysły.

P.S. Skarga do administracji również została napisana.
P.S. 2 - Sąsiadka z dzieckiem z 1 wyjeżdża na wakacje, a sąsiadów pracujących nie ma, bo pracują.
P.S. 3 - Byliśmy w zasadzie tylko obserwatorami (cóż, większość nie chciała zastosować się do "tylko" napisania skargi, bo to nic nie da, bo spółdzielnia chce ich się pozbyć, bo są starzy...) .

sąsiedzi

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (130)
Ciąg dalszy http://piekielni.pl/82031, czyli nadzór budowlany w akcji.

Dziś, czyli po trzech miesiącach od sławetnej "ujemnej rozbudowy", urząd nadzoru budowlanego zaatakował jeszcze raz. Urząd Gminy, posiłkując się moim oświadczeniem, wysłał do nadzoru żądanie wyjaśnienia, co poeta miał na myśli, pisząc takie bzdury.

I nadzór wydalił z siebie kolejne świństwo. Na moim zawiadomieniu o zakończeniu budowy ktoś zrobił dopisek: powierzchnia przed rozbudową - 110 m2, po rozbudowie - 120 m2.

Niby dobrze. Tylko skąd te wartości? Podobno z przeliczenia, bo jak pomieszczenie jest za niskie, to liczy się inaczej, jak już jest wysokie przepisowo, to inaczej. No dobra, niech będzie, dziesięć metrów może i tak.

Ale czemu to na zawiadomieniu ktoś dopisał? Bo ewidentnie nie mój charakter pisma. Ktoś ot tak sobie napisał. Urząd czy burdel? Archeo wymięka.

Zastanawiam się, czy sprawy nie pociągnąć jakoś, bo to dopisek na urzędowym dokumencie, bez parafki, bez pieczątki. Równie dobrze można było gołą dupę tam narysować.

Obrońcy urzędasów może mi to objaśnią?

Urzędasy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (112)