Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86782

(PW) ·
| Do ulubionych
Tato sprzedał auto.
Dzisiaj odbiera telefon - nowy właściciel chce "dopłaty" lub ZWROTU samochodu, bo sworzeń jest do wymiany.
Przed transakcją byli kilka godzin na stacji diagnostycznej wskazanej przez samego zainteresowanego.
Ojciec sprzedał mu ten samochód prawie 3 lata temu.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (119)

#86754

~Woda7878 ·
| Do ulubionych
Czuję się wkurzona. A wszystko przez matkę. Nie ogarniam jak można zachować się w ten sposób i nie widzieć w tym nic niestosownego. Ale do rzeczy. Z racji zbliżających się urodzin matki postanowiłam sprawić jej przyjemność i zorganizować urodziny ot nic wielkiego ciasto, tort prezent tak byśmy razem posiedziały bo w tygodniu nie ma jak praca dom i obowiązki.

Mama poinformowana tydzień przed wszystko cacy. Tort i ciasta zamówione w jej ulubionej cukierni prezent kupiony dziś dzwonię, a ona co informuje mnie że nie przyjdzie bo moja kuzynka wpadnie z prezentem. Oczywiście wpadnie do niej bo do mnie nie chce bo to problem i generalnie ja mam spadać na drzewo. Na koniec rozmowy usłyszałam od matki pretensje i tekst "Czy ja cię o coś prosiłam pytałaś mnie czy ja czegoś chce? " Momentalnie poczułam się jak by ktoś napluł mi w twarz. Uprzedzę nie mam nic, że matka przyjmuję gości ale skoro miała inne plany i nie chciała bym cokolwiek robiła mogła zwyczajnie powiedzieć! a nie odwalać szopkę. Mąż wściekły bo to nie pierwszy raz kiedy tak robi umawia się że mną, a jak tylko ktoś zadzwoni ma mnie gdzieś. Chyba czas ochłodzić nasze relacje.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (118)

#54822

(PW) ·
| Do ulubionych
Zasłyszane w radiu:

"Mój instruktor wykazał się bardzo dużą precyzją na egzaminie. Powiedział, że zaparkowałem 10 cm dalej od słupka. Podkreślam, że zdawałem egzamin na prawo jazdy kategorii C i jechałem 12 - tonową ciężarówką.

Egzamin zdałem za drugim razem."

radio

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (134)

#86703

~Lissa ·
| Do ulubionych
Mój dziadek miał kilka dni temu mały wypadek - spadł ze schodów, na szczęście z niedużej wysokości. Ale opuchnięte i bolące kolano i nadgarstek wyglądały nieciekawie, na dodatek choruje na osteoporozę - kierunek lekarz.

Pozostała kwestia, do kogo się udać. Było już po 17, osiedlowa przychodnia nie działała. Jest w moim mieście Nocna i Świąteczna Opieka Medyczna. I tu piekielność nr 1 - rentgen czynny do 18, jest długa kolejka, nie zdążymy. Czyli, drodzy pacjenci, nie łamcie się po 18 (albo nawet wcześniej), albo idźcie na SOR, który jest przecież zarezerwowany dla zagrożeń życia, nie?

Pozostał SOR. Co ciekawe, nie zrobiono dziadkowi żadnego badania w kierunku Covida - uznano, że w jego wieku byłoby widać objawy, a mnie, która z nim byłam, nie mogli przebadać, bo nie byłam pacjentką, choć jestem potencjalnie bardziej niebezpiecznym źródłem zakażenia. Pielęgniarka nawet zażartowała, że może zrobić mi ładne nacięcie skalpelem, będę do szycia i mnie przebadają... Dziadek prawie nie padł na zawał, jak to usłyszał. Miło wiedzieć, że są jeszcze "piguły" z poczuciem humoru.

Odczekaliśmy swoje, nie mam o to pretensji. Jednak podczas czekania pojawiła się piekielność nr 2, o wiele gorsza. Przez poczekalnię na właściwy SOR przeszło dwóch policjantów z zapłakaną, młodą dziewczyną - wyglądała jak kupka nieszczęścia. Zadzwonili do drzwi (wejście tylko na kod lub "domofonem") i jeden z nich powiedział: Dzień dobry, policjant taki i taki, ja z tą dziewczyną z gwałtu. Biedaczka zaczęła płakać jeszcze bardziej, tamten ją ofuknął, żeby się nie darła, bo już jej to nie pomoże i popchnął do środka.

Żałuję, że nie zapamiętałam jego nazwiska, ale skarga poszła z opisem sytuacji. Zobaczymy, czy coś z tego będzie. A z dziadkiem wszystko w porządku, nic nie połamane, tylko mocne stłuczenie, dostał jeden szew na ranę, która nie chciała się zasklepić do końca.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (107)

#54811

(PW) ·
| Do ulubionych
Akcja miała miejsce w drogiej perfumerii. Dzień jak co dzień, sporo klientów, jest co robić no i kwiatek.

Otóż przyszła klientka z wyrzutami i pretensjami do całego świata dlaczego jej skóra nie zrobiła się brązowa. Przecież ona wydała na kosmetyk tyle pieniędzy i to na darmo!
Kobiecina kupiła parę dni wcześniej kuleczki brązujące wartości 300 zł.
Sęk w tym, że zamiast używać ich zewnętrznie (jak to na takie coś przystało) to geniuszka poukładała je od najjaśniejszej do najciemniejszej i codziennie zjadała po jednej myśląc, że w ten sposób poprawi się kolor jej skóry.

Ubaw po pachy! Jak można wpaść na taki pomysł?

drogeria

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (202)

#86696

~nierozumiem ·
| Do ulubionych
Któraś z ostatnio opisanych historii przypomniała mi opowieści rodziców o ich znajomym, panu Tadku.

Tadek pracował z moim ojcem w latach 80. w budowlance. Był typowym pijusem, który do pracy przychodził już pijany, co przetrzeźwiał wyciągał małpkę i się doprawiał. Wspaniałość słusznie minionego systemu sprawiała, że pieniążków i innych benefitów nigdy mu nie brakowało. Tadek miał też żonę i dwójkę dzieci. Po zmianie systemowej pijaństwo Tadka sprawiło, że nigdzie nie mógł się zaczepić na dłużej. Żona w końcu kopnęła Tadka w tyłek, po rozwodzie sąd zasądził alimenty na dzieci, nie wiem jakiej wysokości, ale była to kwota, która miała wtedy jakąś wartość, a dziś wydaje się śmieszna - powiedzmy 100 zł na dziecko. Tadek oczywiście nie płacił, bo po co, nie było z czego ściągać, bo pracował tylko na czarno i to tylko, gdy wyjątkowo go suszyło, ale żaden z kolegów pijaczków nie chciał poratować wódeczką.

W końcu Tadek zaczął tracić rozum, raz mało nie spalił kamienicy, w której mieszkał, sąsiedzi wezwali policję, która zastała Tadka bodajże rozpalającego ognisko w kuchni. Dogadać się z nim nie szło, mimo, że wyjątkowo był trzeźwy i tym sposobem Tadek wylądował w psychiatryku, a tym samym na przymusowym odwyku. Wyszedł, zamieszkał u matki, nie pił, nadal nie pracował, chyba, że dorywczo na czarno. Kilka lat temu karma dopadła Tadka. Zaczął pobierać emeryturę i komornik upomniał się o zaległe alimenty. Nie wiem jaką kwotę miał do spłaty, ale jak za te wszystkie lata i tak śmieszną, może z 10 000 zł. Dzieci Tadka miały możliwość zrzec się roszczeń i Tadek wybrał się do nich skamląc, że nie ma z czego żyć i spłata długu to dla niego dramat. Córka poruszona nieszczęściem ojca zrzekła się roszczeń, syn nie odpuścił. Tadek opowiadał tę historię moim rodzicom i doskonale pamiętam, co mówił.

T: No i chociaż córka się zlitowała, a ten mój syn, ten wrzód na dupie nie i teraz mi kurna ściągają z emerytury.
O: O kurczę, no popatrz, a ile ci ściągają?
T: A no prawie 500 zł miesięcznie.
O: No tak, to ciężko, a ile ci zostaje?
T: No niedużo, bo co ja dostaje? Niecałe 2000!

Piekielności widzę dwie, jedna oczywiście samego Tadka, której nie trzeba tłumaczyć, natomiast druga.,. Jakim cudem gość, który w momencie przechodzenia na emeryturę nie pracował od 20 lat, pobiera większą emeryturę niż moja mama, które pracowała nieprzerwanie od 35 lat? Wytłumaczyć sobie tego nie umiem.

ludzie po prostu

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (162)

#86769

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed tygodnia, teraz dopiero miałam czas, aby opisać.

Po długim czasie doczekałam się wreszcie terminu rozprawy o podwyższenie alimentów. Wezwanie dostałam, załatwiłam wolne w pracy, sprawdziłam autobusy, żeby dojechać na czas, oraz poczytałam sobie, jakie to też wymagania ma mój Sąd Rejonowy odnośnie uczestników rozpraw w czasie pandemii. Standardowo, obowiązkowe maseczki, dezynfekcja rąk i pomiar temperatury przed wejściem, no spoko.

Pierwszy zgrzyt był już w autobusie - mimo iż wybrałam sobie taki, którym powinnam być 20 minut przed czasem (taka "zakładka" czasowa wydawała mi się odpowiednia, przybyć o wiele za wcześnie to też bez sensu), bardzo szybko zorientowałam się, że rozkład rozkładem, ale realnie to ja będę z 5-7 minut przed czasem... Wpatrzona w zegarek, zaciskająca zęby ze złości patrzyłam na kolejne rozkopy, korek, dobiegających pasażerów, na których czekał kierowca i w głowie miałam tylko jedno, mało cenzuralne słowo na literę "k". Na "ostatniej prostej" (czyli już dojeżdżałam do upragnionego przystanku) telefon od mojej przyjaciółki, która była świadkiem na tej sprawie:

- Gdzie jesteś? Nie mogę wejść, stoję na schodach, kiedy będziesz?

- Już dojeżdżam, do 5 minut będę, jak to nie możesz wejść, dlaczego?

- No nie wiem, nie wpuszczają, dobra, czekaj, muszę kończyć, mogę wejść, na razie!

Pełna złych przeczuć wysiadłam z autobusu i prawie biegiem podążyłam w stronę sądu (co było o tyle bez sensu, że normalnym krokiem idzie się tam z przystanku 2 minuty, prawie biegnąc "zaoszczędziłam" może niecałą minutę). Drzwi, potem strome schody, potem następne drzwi. Przed samymi drzwiami ze dwie osoby ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. Pytam jednej z nich:

- Można wejść?

- A ja nie wiem, mnie kazali czekać do 12.15, pani niech się zapyta.

No to wchodzę i się pytam. To znaczy czekam, aż będę miała kogo się zapytać, bo po wejściu ujrzałam tylko imponujących rozmiarów zad pana ochroniarza, który z wielkim przejęciem grzebał w stosie papierów położonych na krześle. Na moje grzeczne, acz gromkie "dzień dobry!" nie zareagował w żaden sposób, dalej namiętnie wertował papiery na krzesełku. Wiecie co, mogłam w tym momencie sobie po prostu wejść, on był tak zaaferowany tymi papierami, że za plecami (a raczej za jego wielkim zadem) mogło sobie przedefilować stado słoni, a on by tego nie zauważył. Ale nie, ja chciałam wejść praworządnie, legalnie, więc rzuciłam to nieszczęsne "dzień dobry!" i grzecznie czekałam na reakcję. Po jakiejś minucie (a do rozprawy 5 minut!) doczekałam się:

- Pani tu po co?

- Rozprawa o podwyższenie alimentów, na godz. 12.00, sala nr...

- Wezwanie poproszę!

Ups... Przed oczami stanął mi ten moment, kiedy to wspomniana przyjaciółka dzwoniła do mnie, pytając w której sali jest rozprawa. Wyjęłam wezwanie z torebki, podałam jej nr sali, po czym rzuciłam wezwanie na biurko...

- Nie mam przy sobie.

- To sygnaturę akt poproszę.

No tak, oczywiście, że nauczyłam się jej na pamięć!

- Nie pamiętam sygnatury akt. Mogę panu podać godzinę, nr sali, przeciwko komu sprawa i z czyjego powództwa, moje dane i potwierdzić je dowodem osobistym.

- Wezwanie albo sygnatura akt!

- Nie ma pan spisu rozpraw? Nie mam wezwania, nie pamiętam sygnatury akt...

- Mam wydrukowane wokandy, wezwanie albo sygnatura akt!

Ku*wa. Automat czy debil po prostu? Mimo zdenerwowania cały czas byłam miła i grzeczna i usiłowałam temu panu delikatnie wyjaśnić, że wezwanie jest INFORMACJĄ dla mnie, a nie kwitkiem upoważniającym mnie do wejścia, że mogę mu podać wszelkie inne dane odnośnie zaczynającej się za chwilę (!!!) sprawy, że okażę mu dowód osobisty, nie, pan "wielki zad" zaciął się na słowach "wezwanie albo sygnatura akt" i nie pogadasz. Nauczona setkami historii na Piekielnych rzuciłam ostatecznym argumentem:

- Poproszę o rozmowę z pańskim przełożonym.

Po skwapliwości, z jaką podszedł do mojej prośby, zorientowałam się, że i tak lipa. Miałam rację, pan "kierownik" zmiany również znał tylko słowa "wezwanie albo sygnatura akt", od podwładnego odróżniał się tylko umiejętnością "darcia mordy" w stylu mistrzowskim. Serio, tak jak zazwyczaj nie daję na siebie się wydzierać bez powodu, tak tym razem nie miałam szans, "pan kierownik" przyszedł, wydarł się na mnie, że wezwanie albo sygnatura akt, że takie jest zarządzenie Prezesa i Dyrektora Sądu Rejonowego w ..., że zarządzenie to wisi wydrukowane na zewnątrz, że to moja wina, że go nie znam, po czym nie dając mi dojść do słowa po prostu się zmył.

Wiecie co, zgłupiałam do tego stopnia, że poszłam szukać tej kartki z zarządzeniem, gdzież też ona jest i co dokładnie jest na niej napisane. Na szczęście świeże powietrze otrzeźwiło mnie na tyle, że zdołałam uświadomić sobie, że znalezienie i odczytanie owego zarządzenia nic mi nie da, bo osoby, które mogą mnie wpuścić do sądu, znają tylko słowa "wezwanie lub sygnatura akt". Wezwanie jest w domu, ale sygnatura akt...

Wróciłam. Pan "wielki zad" na mój widok wyraźnie się nastroszył i rzucił:

- A pani gdzie?

- Do informacji, po sygnaturę akt.

- Czekać! Kolejka jest, a pojedynczo można wchodzić!

No to stanęłam sobie w kolejce, dzwoniąc w międzyczasie do przyjaciółki, że gdyby wzywali na sprawę, to ma jakimś cudem ich przekonać, że ja jestem, tylko nie mogę wejść... Po minucie oddzwania mi, rzucając w słuchawkę:

- Przesłałam ci sms-em sygnaturę akt.

Genialne! O tym nie pomyślałam, że ona, będąc już pod salą rozpraw, może sprawdzić sygnaturę akt na wywieszonej wokandzie! Podchodzę znowu do "wielkiego zadu" i z najbardziej jadowitym uśmiechem, na jaki mnie stać, informuję go:

- Sygnatura akt..., proszę mnie wpuścić.

Prychnął, parsknął, sprawdzał milion lat w swoich "magicznych papierkach". Niestety, zgadzało się, więc z miną obrażonej primadonny rzucił "proszę wejść".

Rozprawa na szczęście była opóźniona, więc zdążyłam, jeszcze sporo czekałyśmy. Oczywiście nie omieszkałam zapytać przyjaciółki, jakim cudem ona weszła (bo wezwania też nie miała, po prostu go nie dostała, brawo Poczta Polska!), na co odparła zdziwiona - "normalnie, na dowód". Aha...

Dla tych, którzy zaczną się czepiać, że skoro należało mieć przy sobie wezwanie, aby wejść, to powinnam je mieć - nie, nie należało. Przytoczę kluczowy fragment tego magicznego zarządzenia Prezesa Sądu, na który powoływał się "pan kierownik":

"Na terenie Sądu, oprócz osób w nim pracujących, mogą przebywać wyłącznie osoby:
1)wezwane lub zawiadomione o terminie rozprawy lub posiedzenia oraz te, które wykażą uprawnienia do wzięcia udziału w konkretnej sprawie sądowej, w tym w charakterze publiczności..."

Byłam osobą "wezwaną". Nie musiałam się "legitymować" wezwaniem, moje prawo do wejścia i przebywania w budynku Sądu można było zweryfikować na różne inne sposoby, które zresztą zaproponowałam. Owszem, wezwanie jest najprostszym sposobem zweryfikowania "prawa" wejścia do Sądu, ale nie jedynym. Tak, skarga napisana.

Aha, a temperatury pies z kulawą nogą nam nie zmierzył, mimo, że piękny, wypasiony, elektroniczny termometr leżał na krzesełku obok sterty papierów. Widocznie obsługa tego cuda przerastała możliwości "wielkiego zadu".

sąd

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (154)

#86704

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałabym włożyć kij w mrowisko w związku z ostatnimi zamieszaniami związanymi z podejściem do osób LGBT+.
Sama jestem osobą heteroseksualną (a jeśli już chcę być dokładna to demiseksualną, heteroromantyczną ;P) ale mam w znajomych dużo osób które mają inną orientację. Lubię ich wszystkich, szanuję i mam nadzieję że nadejdzie czas że będą mieli takie same prawa jak ja.

Mam nadzieję że będą mogli wejść w legalny związek partnerski. I tu nie chodzi o fanaberie. To nie jest tylko papierek. To jest dokument, który sprawia że mogę dziedziczyć dom, który stworzyłam z kimś kogo kocham najbardziej na świecie, a kogo los może mi odebrać przedwcześnie. To jest dokument, który pozwala mi uzyskać informacje o stanie zdrowia kogoś mi bliskiego kto uległ wypadkowi.

Chciałam więc prosić o refleksję tych wszystkich którzy uważają, że "robiony jest szum z niczego". W historiach pojawiających się tutaj jest wiele opowieści o piekielnych teściach, szwagrach, szwagierkach. Ludzie tego pokroju mogą zrobić piekło z życia w najgorszym momencie. Kiedy zdrowie i życie kogoś nam najbliższego jest zagrożone. Mnie w takim momencie chroni prawo i dokument. Czemu takiego prawa niektórzy nie mogą mieć?

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (192)

#86686

(PW) ·
| Do ulubionych
O słynnym niemieckim Ordnungu. Już chyba mam na koncie historię zaczynającą się od tych słów, ale jak widać Niemcy to konsekwentny naród ;)

Początek lata 2020 zapowiadał się obiecująco. Końcem czerwca mieliśmy mieć ślub i wesele w Szwecji, po którym, w ramach odpoczynku po całym ślubnym stresie i pogrzania tyłków na plaży, chcieliśmy się wybrać na wczasy gdzieś w miarę niedaleko (do 2.5 godz. samolotem), w miarę niedrogo i gdzie będzie ciepło i będzie morze. Wybór padł na Tunezję. Już w styczniu wykupiliśmy wczasy w jednym z niemieckich biur podróży. Ponieważ wyjazd miał nastąpić tuż po naszym ślubie, biuro zaproponowało nam jakiś super-hiper pakiet "honeymoon" w cenie normalnej imprezy, z którego ochoczo skorzystaliśmy. Warunkiem skorzystania z pakietu było jednak okazanie kopii aktu ślubu w momencie meldowania się w hotelu (a może już w momencie odprawy na lotnisku, nie pamiętam, w każdym razie bardzo ten warunek podkreślali). Wpłaciliśmy jakąś niewielką zaliczkę (chyba 10 czy 20 procent), resztę mieliśmy zapłacić przelewem po otrzymaniu wezwania do zapłaty miesiąc przed wylotem, czyli końcem maja. Co istotne, nie ściągaliby nam sami pieniędzy z konta.

Wiosną nastąpiła epidemia i wiadomo, jak wszystko teraz wygląda. Perypetie z przesuwaniem ślubu opisałam już w innej historii, teraz czas na zmiany planów urlopowych. Na początku maja, kiedy już było wiadomo, że ślub trzeba będzie przesunąć, zadzwoniliśmy na infolinię biura podróży, żeby dowiedzieć się, co w sytuacji, jeśli nie będziemy dysponować aktem ślubu, gdyż ze względu na epidemię musieliśmy przesunąć uroczystość na przyszły rok. Jako, że sytuacja jest wyjątkowa, to czy są w stanie pójść nam na rękę i albo znieść ten warunek z aktem ślubu, albo wykreślić ten pakiet honeymoon, albo pozwolić nam przebukować imprezę na przyszły rok. Pracownik biura jednak odpowiedział, że generalnie gucio go to obchodzi, on nam ślubu nie odwołał, nic nie możemy zmieniać ani przekładać, a jak nie będzie aktu ślubu, to nas nie wpuszczą do samolotu/hotelu, o zwrocie pieniędzy też możemy zapomnieć. Herman the German ma zasady.

No trudno, poczekamy na rozwój sytuacji, która i tak idzie ku temu, że biuro pewnie samo odwoła imprezę, a jeśli nie odwoła, to najwyżej "nie takie rzeczy się w fotoszopie robiło", zwłaszcza że "licencja", którą otrzymaliśmy ze szwedzkiej skarbówki, okazała się być właściwym aktem ślubu w 2 egzemplarzach (normalnie para młoda podpisuje go podczas ceremonii, a mistrz ceremonii odsyła drugi egzemplarz do skarbówki, w celu umieszczenia odpowiedniej adnotacji w bazie danych), więc wystarczyłoby tylko zrobić kopię i podpisać.

W drugiej połowie maja dowiedzieliśmy się, że raz, niemiecki rząd wydał "ostrzeżenie przed podróżami poza obszar UE", co pozwala klientom biur podróży odwołać rezerwacje bez ponoszenie konsekwencji finansowych, a dwa, Tunezja zamknęła granice i na swoje terytorium wpuszcza cudzoziemców jedynie w absolutnie wyjątkowych sytuacjach, jednocześnie zmuszając ich do odbycia dwutygodniowej kwarantanny po przyjeździe.

Ponownie zadzwoniliśmy do biura podróży, pytając, jak w takiej sytuacji wygląda sprawa naszego wyjazdu, czy on się w ogóle odbędzie. Pan na to, że nie wie. Biuro jeszcze nie podjęło decyzji. Dadzą znać do tygodnia przed wylotem. Wszystko wskazuje na to, że chyba raczej nie, ale pewności nie ma. Pytam czy w takim razie możemy przesunąć wyjazd na przyszły rok, gdyż niedługo przypada termin wpłaty reszty pieniędzy, a nie mamy ochoty ich wydawać na imprezę, która się raczej nie odbędzie, nie mając do tego żadnej gwarancji, czy i kiedy je odzyskamy. Pan na to, że przesunąć na przyszły rok nie można, bo nie mają jeszcze kalendarza imprez na 2021, ale za to możemy w tej chwili zrezygnować z uczestnictwa, a zwrot wpłaconej zaliczki otrzymać w formie vouchera, który możemy wykorzystać do końca 2021. Przystaliśmy na tę opcję. Pan uprzedził jednak, że mają w tej chwili taki młyn, że voucher otrzymalibyśmy dopiero za jakiś miesiąc, dwa. Nie ma problemu, kwota nie była duża, nie spieszy nam się.

W tym czasie podjęliśmy też inną decyzję. Ponieważ właśnie kupiliśmy mieszkanie i chcielibyśmy się nawzajem zabezpieczyć na wypadek, gdyby któremuś z nas coś się stało, do tego licencja ślubna, którą otrzymaliśmy, ma ograniczony termin ważności i w przyszłym roku musielibyśmy wyrabiać ją drugi raz, dogadaliśmy się ze ślubnym mistrzem ceremonii, że w tym roku przyjedziemy i cichaczem podpiszemy akt ślubu, natomiast w przyszłym roku zrobimy resztę ceremonii z przysięgami, obrączkami i całą otoczką. Jako, że mieliśmy już zarezerwowany urlop w pracy na przełomie czerwca i lipca, postanowiliśmy udać się w tym czasie do Szwecji, podpisać papiery i dodatkowo spędzić kilka dni w domku letniskowym mojego partnera, ulokowanym głęboko w smålandskiej głuszy, pooddychać morskim powietrzem i nacieszyć oczy innym widokiem niż bloki na naszym osiedlu, które oglądamy od połowy marca. Ponieważ samoloty prawie nie latają, zdecydowaliśmy się na podróż samochodem i promem.

Plan wyglądał pięknie aż do wczoraj. Niemcy, które już w drugiej połowie maja otworzyły granice, zniosły ograniczenia podróże w ramach strefy Schengen i obowiązek kwarantanny po przyjeździe, wczoraj zrobiły jeden wyjątek, a mianowicie wprowadziły obowiązek dwutygodniowej kwarantanny dla wszystkich przyjeżdżających ze Szwecji. W Niemczech sprawa kwarantanny wygląda tak, że nie ma żadnej kontroli na granicy czy w porcie, natomiast po powrocie do domu podróżny musi sam zadzwonić do Gesundheitsamtu (niemieckiego odpowiednika sanepidu) i poinformować, że skądśtam wrócił i że będzie odbywał kwarantannę domową. Można to zrobić wyłącznie drogą telefoniczną.

Jako, że nie była to dobra wiadomość, postanowiłam zadzwonić do Gesundheitsamtu i dowiedzieć się, czy obostrzenie dotyczy całego kraju, czy tylko terenów objętych ryzykiem zakażenia. W końcu my nie będziemy w centrum Sztokholmu, tylko w chatce w środku lasu na totalnym wygwizdowie, gdzie ciężko spotkać człowieka, w dodatku w regionie, gdzie przypadków zakażeń nie było prawie żadnych. I teraz najlepsze. W Gesundheitsamt zgłasza się automatyczna sekretarka, która informuje, że ze względu na Covid, dysponują ograniczonymi zasobami ludzkimi, w związku z czym nie są w stanie odbierać połączeń i proszą o telefon w innym terminie. Innej możliwości kontaktu z nimi nie ma. Czyli, jeśli ktoś chce wypełnić obowiązek i faktycznie zameldować się na kwarantannę - "pisz pan na Berdyczów".

Wieczorem przyszedł mail z biura podróży - tego od wyjazdu do Tunezji. Zamiast vouchera w wysokości wpłaconej zaliczki przyszły wszystkie dokumenty podróży: karty pokładowe, vouchery na taksówkę w Tunezji, vouchery hotelowe i bilety na pociąg na lotnisko. Rano zadzwoniłam do biura, pytam "łot de fak", miał być voucher, a przyszły dokumenty na podróż, za którą nie zapłaciliśmy (sprawdzaliśmy jeszcze, czy nie ściągnęli pieniędzy sami, ale nie). Pan na to, że nie wie. On widzi w systemie, że odwołaliśmy udział i że został wygenerowany ticket na zwrot zaliczki, który czeka w kolejce na przetworzenie, więc zwrot na pewno za jakiś czas dostaniemy. Ale te dokumenty, które dostaliśmy, widzi, że też są ważne, więc jak chcemy, to w sumie możemy lecieć. A że nie zapłaciliśmy? Tej informacji nie mają w systemie, bo powinno się wyświetlać, że brakuje reszty wpłaty, a mu się nic nie wyświetla.

Tak więc, po powrocie ze Szwecji Gesundheitsamt nakłada na nas obowiązek zameldowania się na kwarantannę, jednocześnie pozbawiając nas możliwości wykonania tego obowiązku. W tym samym czasie mamy też wczasy Schrödingera w Tunezji, które zostały odwołane i jednocześnie nie zostały. W końcu: Ordnung muss sein!

Podróże małe i duże

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (156)

#86659

(PW) ·
| Do ulubionych
Komisariat w Gdyni-Chyloni jest zdecydowanie najgorszym w mieście.

Możecie mi wierzyć, albo nie, ale 4.06.2020 spacerując z psem w lesie za pętlą trolejbusowo-autobusową Pustki Cisowskie, zostałam napadnięta przez jakąś amebę umysłową. Dostałam kilka ciosów od tyłu w głowę niezidentyfikowanym przedmiotem ( rana tłuczona, dość rozległa, wymagająca szycia) i gdyby nie pies,który ugryzł napastnika w nogę....

..nie wiem co by było. Może pogrzeb,może ciężkie uszkodzenie ciała. Drań wziął mnie z zaskoczenia.


W każdym bądź razie napastnik uciekł w nieznanym kierunku, mnie pozbierała jakaś przypadkowa kobieta i powiadomiła policję oraz pogotowie.

Składając zeznania u młodej Smerfetki usłyszałam tekst, że pewnie to sobie sama zrobiłam, przywaliłam gdzieś głową i teraz konfabuluję.

Milutko co nie? Takie słowa "przywracają wiarę" w służby mundurowe, które z założenia mają nam pomagać.

Do tego lasu chodziłam z Niuńkiem od lat, mieliśmy tam swoje ścieżki, włóczyliśmy się tam godzinami i nigdy nic się nie działo, aż do tego feralnego dnia.


Napaść miała miejsce w biały dzień około 11:00, w miejscu gdzie zazwyczaj spaceruje mnóstwo ludzi.

Według "pani niebieskiej" mam się nie łudzić, że go znajdą.

Trauma pozostanie chyba na zawsze. Teraz ciężko mi wyprowadzić pupila nawet pod blok, boję się każdego szmeru za plecami, etc.

A niby to takie spokojne osiedle było..

Edit do historii:

Dowiedziałam się, że w tej części lasu zamordowano przed laty młodą dziewczynę - 17 letnią Agnieszkę.
Czyżby jakiś następca zwyrodnialca...?

Wiem jedno. Więcej tam moja noga nie postanie.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (168)