Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Satsu

Zamieszcza historie od: 11 września 2013 - 19:54
Ostatnio: 1 stycznia 2024 - 3:04
  • Historii na głównej: 104 z 111
  • Punktów za historie: 30023
  • Komentarzy: 296
  • Punktów za komentarze: 2538
 

#90807

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii https://piekielni.pl/90680#. W skrócie zamówiłem w sklepie internetowym CCC plecak wykorzystując opcję dostawy tego samego dnia (CCC Ekspres) i wyszło na to, że zamówienie po trzech dniach zostało anulowane. Po całej akcji zamówiłem jeszcze raz ten sam plecak, tym razem do paczkomatu. I tym razem o dziwo paczka dotarła do mnie bez żadnych problemów następnego dnia. Już myślałem, że to koniec, ale bardzo się myliłem.

Otóż wczoraj otrzymałem SMS od CCC z informacją, że moja paczka została wysłana i dotrze do mnie tego samego dnia. Zdziwiłem się, gdyż od historii z plecakiem nic z CCC nie zamawiałem. Dlatego postanowiłem zadzwonić na ich infolinię i poinformować o zaistniałej sytuacji. Dowiedziałem się jednak, że jest to błąd, żaden kurier do mnie nie przyjedzie i mam się nie przejmować.

Tak się jednak stało, że żaden kurier postanowił jednak do mnie przyjechać i dostarczyć mi paczkę z plecakiem, który zamawiałem w sierpniu. Zadzwoniłem więc ponownie na infolinię CCC aby dowiedzieć się co mam z tym fantem zrobić. Tak po prawdzie mógłbym się rozłączyć po rozmowie z pierwszą osobą i zatrzymać sobie ten plecak, ale byłem ciekaw jak to się rozwinie. I w sumie nie zawiodłem się :D

Ostatecznie przyszło mi rozmawiać z sześcioma osobami i szczerze nie chce mi się przytaczać wszystkich dialogów, więc ograniczę się do przedstawienia samej konkluzji poszczególnych rozmów:

1. Po wyjaśnieniu sprawy pani z infolinii stwierdziła, że to błąd magazynu i uważa, że mogę sobie zatrzymać plecak. Jednak nie jest w 100% pewna, więc przełączy mnie do pani kierownik.

2. Pani kierownik w połowie moich wyjaśnień przerwała mi i powiedziała, że ona się takimi pierdołami nie zajmuje i przełączy mnie z powrotem na infolinię.

3. Trafiłem znowu na panią z punktu pierwszego i tym razem zostałem przekierowany do działu reklamacji.

4. Pan z działu reklamacji również stwierdził, że nie zajmują się tego typu przypadkami i zaproponował, że przełączy mnie do kierownictwa magazynu.

5. Tym razem miałem przyjemność porozmawiać z panem pracującym w magazynie CCC w Polkowicach (województwo śląskie) i w sumie to on zachował największy profesjonalizm. Gdy podałem mu sposób wysyłki i moją lokalizację (Trójmiasto), stwierdził, że jest raczej mała szansa, ale postara się poszukać w systemie. Gdy jednak nic nie udało mu się znaleźć zaproponował, że przełączy mnie do działu prawnego.

6. Rozmowa z panią z działu prawnego natomiast delikatnie mówiąc zryła mi łeb. Otóż po wysłuchaniu mojej historii pani stwierdziła, że skoro otrzymałem przesyłkę to muszę za nią zapłacić. Gdy przypomniałem jej, że przesyłka była opłacona, ale po jej anulowaniu zwrócono mi pieniądze to powiedziała, że i tak muszę zapłacić. Dalej stwierdziłem, że nie chcę tego plecaka i zapytałem czy mogę go zwrócić. Otóż nie mogę bo od zakupu minęły dwa miesiące. Gdy spytałem co mam w takim razie zrobić zagroziła, że jeśli nie zapłacę to dostanę pisemne wezwanie do zapłaty. Na sam koniec przekierowała mnie znowu na infolinię.

7. Tym razem na call center CCC trafiłem na faceta, który po wysłuchaniu mojej historii stwierdził, że on nie ma pojęcia gdzie ma mnie dalej przekierować i że według niego mogę sobie ten plecak zostawić.

Ja serio bardzo często zamawiam rzeczy z internetu, ale powiem szczerze takiego burdelu jak w CCC jeszcze nie widziałem. Ogólnie gdzieś mam ten plecak. Aktualnie żona go przejęła i nosi do pracy zamiast torebki. Mam jednak nadzieję, że nie obudzą się za kilka lat, tak jak teraz i nie zaczną mnie windykować w powodu głupiego plecaka.

CCC

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (95)

#90766

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii BornToFeel #90760, ale wyszło troszkę przydługo i w trakcie pisania przypomniałem sobie również historię mojej siostry, którą też tutaj zamieszczam. Oczywiście za jej zgodą.

Ogólnie zachowania typu ukrywanie materiałów czy zagadnień od wykładowców to już chyba standardowa piekielność uczelniana. Jednak w moim przypadku głównym piekielnym był sam starosta. Ogólnie działało to tak, że gdy jakiś wykładowca ogłosił na zajęciach, że coś od niego dostaniemy to oczywiście starosta grzecznie nam to wysyłał. Jednak w większości przypadków prowadzący bez słowa wysyłali mu materiały i wtedy te trafiały tylko i wyłącznie do grupy jego najbliższych znajomych. Ze dwa razy była sytuacja, w której wykładowca bez słowa mu coś wysłał a na następnych zajęciach zapytał czy trafiło to do wszystkich. Wtedy tłumaczył się, że zapomniał, ale zaraz po zajęciach roześle ten mail.

Czy coś podejrzewaliśmy? Raczej nie. Starosta i jego grupka od początku mieli dość dobre oceny. Tak samo my jakoś dawaliśmy radę wspólnymi siłami zdawać egzaminy na zadowalającym poziomie, pomimo braku dodatkowych materiałów. Nigdy też nie doszło do sytuacji, w której cały rok, poza grupką znajomych starosty, zawaliłby jakiś egzamin. Aż do tego feralnego zaliczenia, na drugim semestrze, gdzie cała sprawa się rypła.

Był to egzamin z przedmiotu, który był tak zwanym zapychaczem. Poza tym był to przedmiot mocno teoretyczny a sam wykładowca traktował go dość poważnie przez co wykłady były nudne, ciężkie i przepełnione pisaniem stosów notatek. Spowodowało to sytuację, w której przed egzaminem, gdy wspólnie ze znajomymi staraliśmy się to jakoś ogarnąć, wyszło nam około 20 stron A4 litego tekstu. A to były tylko podstawy najważniejszych zagadnień. Na tej podstawie stwierdziliśmy, że mamy ważniejsze egzaminy i ten może sobie poczekać na drugi termin. I chyba nie tylko my tak pomyśleliśmy gdyż oprócz grupki starosty wszyscy od góry do dołu dostali same dwóje (no dobra trafiły się może dwie trójki :D). I tu już zaczęło mi coś świtać, ale wszelkie wątpliwości rozwiał sam wykładowca słowami:

"Proszę Państwa, ale co tutaj się stało? Przecież wysłałem wam czego możecie się tutaj spodziewać. Starałem się omijać najtrudniejsze zagadnienia, a tutaj taka porażka?"

Jeszcze tego samego dnia starosta oraz jego zastępca (też był w tej grupce) zostali zmienieni. Poza tym wszyscy, którzy byli w to zamieszani zostali odcięci od grupy na FB, na której dzieliliśmy się materiałami. I w sumie dużo na tym nie straciliśmy gdyż potem przeanalizowaliśmy wszystkie posty na grupie i wyszło, że ci bardziej pasożytowali na pracy innych niż dawali coś od siebie. Jednak oni stracili dość dużo bo w następnym semestrze okazało się, że ci 4-5tkowi studenci teraz ledwo lecą na trójach i czwórkach.

A teraz czas na historię mojej siostry o piekielnej i dość nierozgarniętej koleżance ze studiów. Roboczo nazwijmy ją Aniela. Cała sytuacja miała miejsce na pewnych ćwiczeniach. Zbliżała się sesja i pani profesor, która prowadziła te zajęcia zarządziła, że wyśle im pule tematów (po jednym dla każdego), z której mają sobie wybrać i napisać pracę na X znaków. Jedyny problem był taki, że starosta w tamtym momencie akurat był chory a jego zastępca był w drugiej grupie ćwiczeniowej, którą prowadził inny wykładowca. I tutaj pojawia się nasza Aniela, która oświadczyła, że ona bez problemu roześle tematy do wszystkich gdy te już będą gotowe.

A co zrobiła Aniela? Zanim wysłała listę tematów do wszystkich to wybrała sobie swój temat i usunęła go z listy. Następnie wysłała plik do swoich trzech przyjaciółek aby zrobiły to samo. I to jest ta piekielna część jej zachowania. Jak więc objawiła się jej brak myślenia? Ano zamiast wysłać tak okrojoną listę do reszty studentów ta postanowiła dodatkowo delikatnie pozmieniać wszystkie tematy. Coś w stylu zamiast "Napisz referat o bitwie pod Grunwaldem" dała "Napisz referat o bitwie pod Wiedniem". Serio nie wiem co ona sobie myślała, że udupi resztę kolegów i tylko ona i jej przyjaciółki zdobędą zaliczenie? Nie wiem...

Co z tego wszystkiego wyszło? Ano już na starcie reszta studentów zauważyła, że Aniela i jej przyjaciółki podkradły sobie tematy. Dziewczyny dostały opierdziel, że tak się nie robi i wszyscy żyli sobie dalej. Zmiany w tematach były tak delikatne, ze nikt nie skapnął się, że były one ruszane, więc wszyscy spokojnie sobie pisali. Cała akcja zaczęła się w dniu oceniania prac. Oczywiście pani profesor od razu pokapowała się co tu się odwaliło i Aniela dostała srogi opiernicz przed całą grupą. Dalej sprawa obiła się również o dziekana, ale ostatecznie Anieli ze studiów nie wyrzucili, chociaż jej to groziło. Zamiast tego odeszła sama kilka miesięcy później. A reszta studentów dostała oceny za swoje prace i nie musieli nic dodatkowo zdawać.

studia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (150)
poczekalnia

#90758

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W te wakacje musiałem wyjechać służbowo do Poznania na kilka tygodni. Stwierdziłem jednak, że trochę zaoszczędzę i nie będę się bawił w żadne hotele. Zamiast tego, za poleceniem znajomego, wynająłem na ten czas kawalerkę. No i mogę powiedzieć, że już nie mam znajomego :D

Samo mieszkanie było serio fajne. Drugie piętro, czyste, ładnie wyremontowane, z dobrze zaopatrzoną w sprzęt kuchnią, wygodne łóżko. Do tego w naprawdę dobrze skomunikowanej okolicy. Jedynym mankamentem był plac zabaw dosłownie za oknami.

I nie zrozumcie mnie źle. Ja nie mam nic do bawiących się dzieci. Niedaleko mojego domu jest plac zabaw i jak to na placu zabaw jest gwarno i radośnie. Jednak, gdy wraz z żoną zdarza nam się przesiadywać w parku, który jest tuż obok tego placu zabaw, to kompletnie nie przeszkadzają nam odgłosy, które z niego dochodzą. Natomiast tutaj, pomimo podobnej odległości od źródła hałasu, miałem dość po kilkunastu minutach.

Te dzieci się nie bawiły... One starały się wezwać Belzedupa, albo inne Cthulhu. To nie były krzyki, które normalnie emitują dzieci podczas zabawy, typu: "Raz, dwa, trzy! Za siebie!", czy coś w tym stylu. To były nieartykułowane krzyki i piski, które potrafiły trwać dobre 15 minut, by nagle zniknąć i po 5 minutach wrócić ze zdwojoną siłą. A nawet gdy "zabawa" się uspokajała to nie było tak, że robiło się jakoś mega ciszej. Bo i tak wtedy trzeba było wrzasnąć na cały regulator do kumpla, który stoi obok, że jest bambikiem i nie ma vdolców. I tak od 16 (albo i wcześniej, nie wiem, o tej godzinie wracałem do mieszkania) aż do 21 czy nawet 22.

I ktoś może powiedzieć, że mogłem przecież zamknąć okna. No niby mogłem, ale... Po pierwsze przy panujących wtedy temperaturach urządziłbym sobie niezłą saunę w tej kawalerce. Po drugie zamknięte okna coś tam dawały, ale piski i wrzaski nadal irytowały. A po trzecie czy to serio powinno tak wyglądać?

Przecież gdybym ja za dzieciaka ze znajomymi odstawił taki "koncert heavy metalowy" na podwórku to w kolejce do opierdzielenia nas, zaraz za naszymi rodzicami, stanęła by połowa naszego sąsiedztwa. A tutaj? Rodzice zwykle siedzieli sobie na ławeczkach mając gdzieś co się dzieje z ich pociechami. Raz zaobserwowałem sytuację gdzie dzieci postanowiły bawić się w rzucanie piaskiem. Na początku było zabawnie, ale po jakimś czasie dwójka dzieci zaczęła płakać, jednak rodzice mieli to gdzieś. Draka zaczęła się gdy jedna z dziewczynek albo dostała w głowę kamieniem albo piaskiem prosto w oczy i zaczęła wyć. I wtedy rozpoczęła się kakofonia płaczu dzieci i kłótni dorosłych. Po jakiś 20 minutach wszyscy rozeszli się do domu obrażeni i to był jedyny wieczór, w którym miałem względny spokój.

I tak dzieci są stworzone do generowania hałasu, zniszczenia i chaosu, ale to nie tak powinno wyglądać. Bardzo ciężko opisać w historii to co się działo na tym placu zabaw, ale uwierzcie mi to nie było normalne...

A co do kumpla, który polecił mi to mieszkanie. Aby go trochę usprawiedliwić, to w momencie, gdy on wynajmował tą kawalerkę to plac zabaw był nadal w budowie i nie zdawał sobie sprawy na co mnie skazuje :D

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (81)

#90680

przez (PW) ·
| Do ulubionych
CCC i ich opcja dostawy CCC Ekspres. Moja siostrzenica jest fanką pokemonów i wczoraj miała urodziny. W poniedziałek, kiedy cała historia ma swój początek, mieliśmy już skompletowany dla niej prezent. Jednak moja żona znalazła w CCC plecaki pokemon i stwierdziła, że fajnie by było podjechać i jej taki kupić. Jednak ja ze względu na moje uwielbienie do nowych technologii i wrodzone lenistwo stwierdziłem, że skoro istnieje opcja dostawy tego samego dnia to dlaczego z niej nie skorzystać. Tak więc w poniedziałek o godzinie trzynastej złożyłem zamówienie, wpłata została zaksięgowana jakoś pół godziny później. Pozostało tylko czekać.

Około godziny siedemnastej zacząłem się niecierpliwić, więc postanowiłem zadzwonić na ich infolinię. Tam dowiedziałem się, że zamówienie jest już skompletowane i czeka w sklepie na przydzielenie kuriera. Poza tym zostałem zapewniony, że pani zadzwoni do sklepu z pytaniem co się dzieje i dostanę informację na maila. Jak możecie się domyślić nie dotarł do mnie ani kurier ani mail z informacjami.

Następnego dnia z samego rana ponownie zadzwoniłem na infolinię. I w sumie nie dowiedziałem się nic ponad to co mi powiedzieli w poniedziałek. Poinformowałem jednak panią, że paczka musi być u mnie przed godziną piętnastą. Jak możecie się domyślić na zegarku godzina piętnasta, a kuriera czy maila ani widu ani słychu. Machnęliśmy ręką, pojechaliśmy na imprezę, wręczyliśmy prezent i poinformowaliśmy solenizantkę, że na dniach dostanie jeszcze jeden drobiazg, który niestety nie dotarł na czas.

I tak dochodzimy do dnia trzeciego czyli dzisiaj. Około godziny dziesiątej postanowiłem po raz trzeci zadzwonić na ich infolinię. I znowu dowiedziałem się jedynie, że paczka jest gotowa i czeka na kuriera. Zapytałem jednak czy da radę zmienić sposób dostawy na paczkomat. Okazało się, że jest to niemożliwe. No to postanowiłem się zapytać, czy dostanę jakiś zwrot opłaty za dostawę, gdyż specjalnie dopłaciłem więcej niż za zwykłego kuriera, żeby paczka była u mnie w poniedziałek. Pani nie wie, pani się zapyta i dostanę informację na maila. No i na sam koniec coś mnie tchnęło i zapytałem się jaki jest stan moich dwóch pozostałych zgłoszeń. I okazało się, że nie ma żadnych zgłoszeń. Czyli najprawdopodobniej moje dwa poprzednie telefony na infolinię zostały zlane ciepłym moczem. Tym bardziej, że po tej rozmowie praktycznie od razu dostałem na maila wiadomość, że moje zgłoszenie zostało utworzone i czeka na przetworzenie.

Jednak nie byłoby tej historii gdyby nie wiadomość od CCC z godziny piętnastej i moja kolejna rozmowa z panią z infolinii. Oto mail jaki od nich otrzymałem:

Dzień dobry,

z przykrością informuję, iż z powodu błędu systemowego oraz problemu podczas wysyłania zamówienia, doszło do pomyłki.

Dyspozycja zwrotu środków została przekazana do odpowiedniego działu. Następnie Dział Finansów dokona zwrotu środków za niewysłane zamówienie.

A oto jak mniej więcej brzmiała rozmową z panią z infolinii:

[Pani z infolinii]: Dzień dobry, obsługa klienta sklep CCC. W czym mogę pomóc?
[Ja]: Dzień dobry. W poniedziałek zamówiłem u państwa pewną rzecz i jako sposób wysyłki wybrałem CCC Ekspres. Jest środa i nie dość, że przesyłka do mnie nie dotarła to państwo jeszcze anulują moje zamówienie.
[P]: Czy może Pan podać numer zamówienia?
[J]: {Podaje numer zamówienia}
[P]: Oczywiście już patrzę, proszę chwilkę poczekać... Ale dostał Pan informację, że podczas zamówienia doszło do pomyłki.
[J]: Do pomyłki? A może mi Pani wytłumaczyć na czym polegała ta pomyłka?
[P]: Niestety nie jestem uprawniona do podawania takich informacji.
[J]: Oczywiście... To może mi Pani wytłumaczyć jaki był problem by skontaktować się ze mną i zmienić sposób dostawy, albo coś w tym stylu? Trzeba było od razu anulować zamówienie?
[P]: Ale w czym problem? Przecież może Pan zamówić ten przedmiot raz jeszcze, wybierając inny sposób wysyłki.
[J]: A co jeśli ten przedmiot jest już niedostępny?
[P]: Z tego co widzę to przedmiot jest dostępny w sklepie internetowym.
[J]: Teraz jest dostępny. Ale Państwo macie czternaście dni na zwrócenie mi środków. Co jeśli nie mam na tyle pieniędzy by zamawiać ten plecak raz jeszcze, a za czternaście dni okaże się, że jest już niedostępny?
[P]: Ale ja nie rozumiem w czym jest problem...
[J]: Dobrze to ja Pani wytłumaczę. Po pierwsze i najważniejsze nie wywiązaliście się z usługi, którą oferujecie. Plecak ten miał być prezentem na urodziny, które były wczoraj. Pierwszy raz dzwoniłem do was w poniedziałek około godziny siedemnastej. Drugi raz wczoraj około dziewiątej. No i trzeci raz dzisiaj, znowu około dziewiątej. Dopiero po trzeciej rozmowie otrzymałem na maila wiadomość z potwierdzeniem utworzenia zgłoszenia. Czyli podczas dwóch pierwszych rozmów zostałem totalnie olany. Gdybym wiedział w poniedziałek, czy nawet we wtorek, że jest problem z wysyłką to sam anulowałbym to zamówienie i sam podjechał do sklepu stacjonarnego, żeby kupić ten plecak.
[P]: Ale co ja mam w takim wypadku zrobić?
[J]: Według mnie totalnym minimum byłyby chociaż przeprosiny za zaistniałą sytuację. Bo ani w mailu ani w żadnej rozmowie z konsultantem, w tym z Panią, takie słowa nie padły.
[P]: Ale dlaczego to ja mam Pana przepraszać skoro to nie z mojej winy zamówienie do Pana nie dotarło?
[J]: Aha...

Szczerze powiem to zatkało mnie w tamtym momencie. I mimo, że od rozmowy minęły ponad dwie godziny to nadal nie wiem jak to skomentować.

ccc

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (148)

#90619

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Szedłem sobie dzisiaj bardzo rzadko uczęszczaną drogą do pobliskiego marketu na zakupy. W pewnym momencie zauważyłem, że na bocznym wyjeździe, który musiałem minąć stoi samochód z włączonym silnikiem. Na drodze wzdłuż, której szedłem nie jechał żaden samochód, więc nie czekał on aż będzie mógł skręcić. Dlatego gdy podszedłem, przystanąłem na chwilę aby zobaczyć czy mogę bezpiecznie przejść. Okazało się, że kierowca grzebie coś w telefonie, więc postanowiłem iść dalej. No i gdy tylko wszedłem przed maskę ten nagle ruszył, oczywiście nadal gapiąc się w telefon.

Zanim się skapnął co odwalił zdążył przewieźć mnie na masce dobre 20 metrów. W pewnym momencie życie przeleciało mi przed oczami bo poczułem, że zaczyna ciągnąć mnie w dół. Na szczęście facet ogarnął co się dzieje i się zatrzymał. Gdy tylko się otrząsnąłem, o ja naiwny, postanowiłem podejść do okna samochodu i pogadać z facetem. A ten gdy tylko zszedłem mu sprzed maski ruszył z piskiem opon tak że prawie by mi po palcach przejechał dodatkowo. No i tyle go widziałem. Niestety z rejestracji udało mi się zapamiętać niewiele, gdyż szybko skręcił w inną alejkę.

Gdy zszedłem z powrotem na chodnik i miałem zamiar zadzwonić na policję usłyszałem, że ktoś mnie woła. Okazało się, że Pani mieszkająca w domku naprzeciw siedziała akurat w ogródku i wszystko widziała. Niestety też nie zapamiętała rejestracji i nie ma w domu monitoringu. Ale dała mi swój numer i obiecała popytać się sąsiadów o zapisy z kamer. Ja natomiast zgłosiłem sprawę na policję i podjechałem taksówką na obdukcję. Skończyło się na szczęście tylko na dość mocno obitym biodrze i kilku innych stłuczeniach. No i buty trochę ucierpiały gdy szurałem nimi po asfalcie :D

Ps. Jakby ktoś zastanawiał się dlaczego nie obszedłem tego samochodu od tyłu. Po pierwsze stał on tak, że na chodnik wystawało może 10 cm maski. Po drugie wyjazd ten jest bardzo wąski i musiałbym się przeciskać pomiędzy samochodem a płotem. No i po trzecie kto by się spodziewał, że facet nie raczy oderwać oczu od telefonu przed ruszeniem z miejsca.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (111)

#90600

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu napisałem historię o nowych sąsiadach. Dla tych którzy nie czytali: https://piekielni.pl/90578. Ogólnie nie, nie doczekałem się kolejnej pizzy niespodzianki, ale za to dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy, które pozwalają mi stwierdzić, że życie z nowymi sąsiadami zdecydowanie będzie dość ciekawe, żeby nie mówić co najmniej irytujące.

Po pierwsze tak, akcja z pizzą to była ich sprawka i sami się do tego przyznali. Co prawda nie mi osobiście, ale bardzo ochoczo przedstawili całą sytuację pewnej starszej pani, która mieszka trzy domy ode mnie. Jak się dowiedziałem? Ano starsza pani nie mogła uwierzyć, więc przyszła to ze mną skonfrontować. Akurat ogarniałem rowery na podjeździe gdy podeszła do mnie i zagaiła.

[Starsza Pani]: Panie Gerwazy, a cóż to się dzieje? Pan taki miły zawsze a ja tu nagle słyszę, że Pan TAK traktuje nowych sąsiadów?
[Ja]: A może Pani coś więcej powiedzieć, bo nie za bardzo wiem o co chodzi.
[SP]: A spotkałam tych nowych sąsiadów ostatnio i mi powiedzieli, że Pan się bardzo niemiło odezwał do sąsiadki.
[J]: Mówili coś jeszcze?
[SP]: No, że prosili Pana kilka razy o przysługę i nigdy problemu nie było. A gdy ostatnio znowu poprosili to był Pan bardzo niemiły i odmówił.
[J]: Aha... A powie mi Pani, czy mówili coś o pizzy?
[SP]: A skąd Pan wie? Ta sąsiadka powiedziała coś... Jak to było? "A ta pizza może go nauczy", ale ja nie wiedziałam o co chodzi.
[J]: A to już mówię Pani jak ta sytuacja wyglądała...

Streszczam historię z paczkami i pizzą.

[SP]: Powiem Panu ja już tyle lat tu mieszkam i nigdy takich problemów nie było. Z każdym da się porozmawiać a tu takie coś. I jeszcze kłamać... Dobrze, że do Pana przyszłam.

Dalej dowiedziałem się też, że fuchę odbierania paczek sąsiadki przejął sąsiad z naprzeciwka i naraził się jej jeszcze szybciej niż ja. Sąsiad tak samo jak ja pracuje zdalnie, ale gdy dostanie sygnał z firmy to nie ma zmiłuj, musi do niej jechać. Dlatego od razu gdy do niego przyszła z prośbą o odebranie paczki to poinformował ją, że nie ma problemu, ale może się zdarzyć tak że będzie musiał jechać do firmy. No i pech chciał, że przy drugiej prośbie o odbiór paczki dostał informację z firmy, że ma być teraz, już, natychmiast na miejscu i przez większość dnia nie było go w domu. Co na to sąsiadka? Zrozumiała? A gdzie tam... Następnego dnia przyszła mu zrobić awanturę, że jest niesłowny i nieodpowiedzialny. A co na to sąsiad? Ano w kilku żołnierskich słowach kazał jej się ogarnąć i bezapelacyjnie stwierdził, że żadnej paczki jej już nie odbierze. Kto został nowym jeleniem od odbierania paczek? Nie wiem, ale jak tylko się dowiem to na bank powiem mu jak ten układ wygląda w rzeczywistości.

Trzecia rzecz ogród. Osiedle domków jednorodzinnych, na którym mieszkam jest dość stare. A co za tym idzie mamy tu miszmasz parceli, na których miesza się nowe budownictwo ze starym. Podobnie sprawa się ma z ogrodami. U mnie w ogrodzie króluje trawa, którą urozmaica mały ziołowy ogródek. U sąsiadów na prawo ode mnie sprawa wygląda podobnie. Jednak już na drugiej działce na prawo ode mnie mieszka starszy pan, który na ogródku ma dwie piękne wiśnie, kilka krzaczków agrestu, mały ogródek na którym hoduje marchewkę, pietruszkę, itp. I nigdy to nikomu nie przeszkadzało. Więc dlaczego o tym piszę? Bo działka pomiędzy moim domem a domem starszego pana należy do naszej pani od paczek. A spotkałem dzisiaj starszego i wydawał się dość mocno zdenerwowany.

Co się okazało? Już od samego początku nasza sąsiadeczka miała jakieś ale do ogrodu starszego pana. Na początku jej uwagi sprowadzały się do narzekań, że psuje jej on horyzont. Dalej gdy zaczęło się robić cieplej zaczęła narzekać na owady, które podobno mnożą się milionami w ogródku starszego pana. Ostatnio zaczęła narzekać też na to, że drzewa wiśni spowalniają jej internet. Patrząc na antenę mają oni Starlinka. I naprawdę jestem ciekaw jakim cudem wiśnie, które ledwo dorastają do wysokości na jakiej zamontowana jest antena sprawiają, że ich internet działa gorzej. Tym bardziej, że antena jest zamontowana po stronie dachu od mojej działki a nie starszego pana. A dlaczego starszy pan był tak zdenerwowany? Ano nasza sąsiadeczka przyszła dzisiaj do niego i oznajmiła mu, że będzie się starać o nakaz wycięcia z jego działki tych dwóch wiśni.

sąsiedzi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (117)

#90578

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam wraz z żoną w domku jednorodzinnym i jakoś rok temu nasi sąsiedzi postanowili sprzedać swój dom. Trochę to zajęło, ale w końcu znalazł się kupiec i tak od ponad trzech miesięcy mamy nowych sąsiadów. Dość młoda para, na oko 23 lata, wydawali się bardzo sympatyczni. Na samym starcie zorganizowali integracyjnego grilla i można powiedzieć, że aż do zeszłego tygodnia żyliśmy na dobrej stopie.

Wszystko zaczęło się od tego, że jakoś dwa miesiące temu sąsiadka przyszła do nas z pytaniem czy będziemy tego i tego dnia w domu bo ma przyjść do niej paczka i nie ma jak odebrać. Oczywiście się zgodziłem bo czemu nie. Potem ta sytuacja powtórzyła się jakieś dziesięć razy. Za każdym razem sąsiadka przepraszała nas i śmiała się, ze jest zakupoholiczką a ja mówiłem, że nie szkodzi oraz, że jak jestem w domu to nie ma problemu, mogę odebrać.

Jednak jakoś trzy tygodnie temu kurier przywiózł kolejną paczkę dla sąsiadki mimo, że ta nas wcześniej o tym nie informowała. Stwierdziłem jednak, że pewnie zapomniała i machnąłem ręką. Zwykle sąsiadka przychodziła po odbiór tego samego dnia, którego miała przyjść paczka. Tym razem jednak nie pojawiła się. Ba zamiast niej zaczęli pojawiać się kolejni kurierzy z jej paczkami. Po tygodniu, gdy miałem w domu cztery jej paczki, postanowiłem się do nich przejść. Oczywiście pocałowałem klamkę.

W końcu po kolejnym tygodniu, gdy paczek nazbierało się już siedem, pojawiła się sąsiadka. Od słowa do słowa wyszło, że wyjechali na dwutygodniowe wakacje, świetnie się bawili, wyśle mi namiary na hotel w Turcji bo bardzo polecają. Na sam koniec rozmowy rzuciłem "Trzymaj sąsiadka twoje paczki, trochę się tego nazbierało. Następnym razem daj mi znać, żebym miał czas się psychicznie przygotować". Sąsiadka trochę się speszyła, wzięła paczki i poszła.

Następnego dnia siedziałem sobie spokojnie przed komputerem i pracowałem. Gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Poszedłem a tam dostawca pizzy.

[Pizzerman]: Dobry, płatność przy odbiorze, razem będzie 272 złote.
[Ja]: Kurde, problem jest taki, że ja żadnej pizzy nie zamawiałem.
[P]: Zamówienie na imię Gerwazy.
[J]: Ano jestem Gerwazy, ale mówię Panu żadnej pizzy nie zamawiałem. Z jakiego numeru to było zamawiane.
[P]: XXX-XXX-XXX
[J]: To nie mój numer, daj mi pan sekundę sprawdzę w kontaktach.

Mam kumpla, który lubi robić tego typu głupie kawały, więc chciałem się upewnić.

[J]: No niestety, nie kojarzę tego numeru.
[P]: No to co teraz zrobimy?
[J]: Czy jak nie zapłacę i wrócisz z pizzą to ciebie obciążą?
[P]: Nie mam pojęcia, pierwszy raz mam taką sytuację...
[J]: Dobra ch*j. Jakie tam masz te pizze?
[P]: Cztery pepperoni 60cm.
[J]: Zaproszę znajomych to jakoś to przejemy. Można kartą?

I w sumie dopiero dzisiaj, czyli po tygodniu od akcji z pizzą, skojarzyłem fakty. Otóż niespodziewaną pizzę dostałem dzień po konfrontacji z sąsiadką, plus od tego czasu sąsiedzi przestali odpowiadać mi na dzień dobry. Nie mam 100% pewności, ale nie wierzę aby to był przypadek.

I teraz pytanie czy ja serio powiedziałem coś nie tak? Dodam, że mówiłem to z uśmiechem na ustach i dam sobie rękę uciąć, że nie brzmiało to na jakiś wyrzut czy coś w tym stylu. Ogólnie głęboko w poważaniu mam to, że sąsiedzi są na mnie obrażeni, ale jeśli za tydzień znowu dostanę pizzę niespodziankę lub coś w tym stylu to będę musiał to z nimi skonfrontować bo nie mam ochoty bawić się w przedszkolne przepychanki.

Ps. Pizza była bardzo dobra :D

sąsiedzi

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (175)

#90502

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Poza czytaniem piekielnych bardzo lubię sobie posłuchać historie jakie wrzuca na swój kanał na YT Redditowy. Nie wiem czy mogę wrzucić link, ale chodzi o drugą historię z filmu r/ProRevenge KARYNA STRACIŁA DZIECI I POSZŁA SIEDZIEĆ BO ROZWALIŁA MOJE AUTO - Reddit Podcast. W firmie, w której pracowałem jakieś 9 lat temu wydarzyła się podobna historia, ale na trochę większą skalę.

Była to dość duża firma konsultingowa, która współpracowała z wieloma innymi mniejszymi i większymi firmami. Ze względu na profil działalności otrzymywaliśmy od kontrahentów dość dużo różnego rodzaju prezentów. Głównie były to paczki marketingowe (kubek, długopis, smycz z logiem firmy, itp. plus jakieś słodycze), jednak dość często zdarzały się też duże paczki z produktami danej firmy. Oczywiście największe natężenie tego typu prezentów miało miejsce w okolicach świąt bożego narodzenia. Najczęściej fanty tego typu były rozdawane szeregowym pracownikom i zajmowała się tym sekretarka prezesa. No i muszę przyznać, że robiła to dość sumiennie, gdyż z tego co wiem zapisywała co, kto i kiedy dostał, tak aby nikt nie czuł się poszkodowany.

Niestety pani sekretarka zbliżała się do wieku emerytalnego, więc postanowiono zatrudnić nową osobę tak aby miała szansę ze spokojem wdrożyć się i w odpowiednim momencie móc zacząć samodzielną pracę. No i w końcu nadszedł ten dzień gdy musieliśmy pożegnać panią sekretarkę a nowa pani sekretarka przejęła stery. I od tego momentu fantów od kontrahentów z miesiąca na miesiąc zaczęło pojawiać się coraz mniej. Po około pół roku w miesiącu rozdawane były maksymalnie 3-4 paczki marketingowe, gdzie wcześniej bywało, że miesięcznie było ich 15-20 plus jeszcze 1-2 paczki z produktami. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że ktokolwiek był jakoś oburzony, że tych paczek nie ma. To był tylko miły dodatek do pracy w tej firmie. Co prawda raz na jakiś czas pojawiały się komentarze typu "Coś kontrahenci się obijają z prezentami dla nas", ale raczej nikt nie zwracał na to większej uwagi.

Sprawa się rypła w zupełnie inny sposób. Tak jak wcześniej wspominałem okolice bożego narodzenia są okresem, w którym dostawaliśmy najwięcej prezentów i co ważne nie wszystkie były przeznaczone dla pracowników. W tamtym momencie wyszły dwa "nieporozumienia". Pierwsze to paczka wysłana przez jednego z kontrahentów jako prezent dla prezesa (nie mam pojęcia co w niej było). Najprawdopodobniej sekretareczka nie przeczytała maila, w którym przekazano, że ma ona trafić w ręce szefa i po prostu sobie ją przywłaszczyła. Drugie nieporozumienie natomiast było o wiele śmieszniejsze. Zamówiliśmy wtedy dwa nowe laptopy, a jako, że były święta to przyszły one z życzeniami świątecznymi. Na tej podstawie najpewniej wydedukowała, że to również jest prezent od kontrahenta i się nie bała i zaebała.

Z tego co wiem wywalili ją dyscyplinarnie i chodziła plotka, że przez rok przywłaszczyła sobie prezenty, które były warte razem ponad 11000 zł (nie licząc tych dwóch laptopów i prezentu dla prezesa).

sekretarka

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (208)

#90104

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś miesiąc temu odezwał się do mnie mój młodszy kuzyn i poprosił o pomoc w dobraniu podzespołów do nowego komputera. Przysiadłem więc, złożyłem całkiem fajny sprzęt w zakładanym budżecie, poleciłem mu sklep w naszym rodzinnym mieście, w którym mu to wszystko złożą i uznałem sprawę za zakończoną.

Jednak wczoraj znowu dostałem wiadomość od kuzyna, że coś mu komputer nie działa bo gry mu się zacinają. Trochę się zdziwiłem, bo na dobranej przeze mnie specyfikacji gry które wymienił powinny chodzić bardzo dobrze. Zadzwoniłem więc do niego na Skype i poprosiłem o udostępnienie ekranu. Okazało się, że to kompletnie inny komputer niż miał być. Wtedy okazało się, że gdy chłopak poprosił ojca aby pojechali do poleconego przeze mnie sklepu ten stwierdził, że nie ma zamiaru nigdzie jeździć i mu kupi komputer na allegro.

No i kupił, ale totalny złom. W komputerze, względem podzespołów jakie dobrałem ja, zgadzała się ilość pamięci i karta graficzna. Poza tym zamontowana płyta główna obsługiwała pamięci DDR3 gdzie w mojej było to DDR4, a co za tym idzie ta sama ilość pamięci nijak nie przekładała się na te same osiągi. Zamontowany procesor to Intel i5 i jeśli ktoś w temacie komputerów siedzi tylko na zasadzie piąte przez dziesiąte może powiedzieć, że co się czepiam przecież i5 to dobry procesor jest. No być może i5 z kilku ostatnich generacji to są dobre procesory, ale w tym komputerze była zamontowana i5 z trzeciej generacji, która miała swoją premierę jeśli dobrze kojarzę jakoś w 2012 roku. Ten procesor, używany, można aktualnie kupić za jakieś 30 złotych. A ten na bank był używany. Pewnie siedział w jakimś komputerze biurowym, który został przeznaczony do utylizacji. Nikt mi nie wmówi, że ktoś jeszcze ma zapas nowych procesorów z tamtych lat. Jedynym dobrym podzespołem w tej tragedii zwanej komputerem gejmingowym była karta graficzna, ale co z tego jeśli przez stary procesor ta karta się po prostu nudzi.

Dalej poprosiłem młodego o otwarcie komputera i zdjęcie bebechów. No i tutaj zrobiło się jeszcze ciekawiej. Pominę brak jakiejkolwiek nawet próby ułożenia kabli, ale kto w dzisiejszych czasach na główny dysk wybiera dysk talerzowy gdy ceny dysków SSD są praktycznie takie same jak HDD? No i oczywiście na dokładkę zasilacz z czarnej listy. A to wszystko upakowane w ładną, nowoczesną obudowę i napakowane masę wentylatorów RGB ażeby się wszystko świeciło jak psu jajca.

Na szybko podliczyłem sobie wszystko i wyszło, że realna wartość tego komputera nie przekracza nawet 50% tego ile za niego zapłacili. Zadzwoniłem więc do wujka aby go poinformować, że dość mocno wtopił pieniądze. Ten na początku nie chciał mi wierzyć i myślał, że młody chce w jakiś sposób wyciągnąć od niego jeszcze lepszy komputer. Ale po kilku minutach do niego dotarło i się dość mocno wkurzył. Sprawa jest w toku, ale nie wiem czy uda im się coś ugrać. Od kupna komputera minęło już 14 dni na odstąpienie od zakupu. Sam komputer też jest w 100% zgodny z opisem aukcji i działa. Słabo, ale jednak działa.

sklepy_internetowe

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (163)

#89859

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj kolejny odcinek z serii moja piekielna ciocia. Jeśli ktoś jest ciekawy to na końcu tej historii wkleję linki do dwóch pozostałych. Wracając jednak do meritum.

Zarówno ja jak i moja żona od samego początku związku zgodnie twierdziliśmy, że nie chcemy mieć dzieci. Wcześniej oboje mieliśmy pewne doświadczenia, dosyć nieprzyjemne tak swoją drogą, z opieką nad dzieciakami z przedziału wiekowego od 0.5 do 3 lat. Nie ma co wchodzić w szczegóły, najważniejszy jest fakt, że oboje kompletnie nie nadajemy się do opieki nad tak małymi kaszojadami. Żeby nie było, że kompletnie nie lubimy dzieci, nie. Na wszystkich imprezach rodzinnych ja jestem tym najbardziej obleganym przez dzieciaki wujkiem. Tak samo moja żona, tym bardziej gdy tylko wyciągnie kredki i zacznie dzieciakom coś rysować.

No, ale wracając do historii. Tak jak wspomniałem wcześniej od samego początku mówiliśmy, że nie chcemy mieć dzieci. Cała rodzina przyjęła to do wiadomości, wszyscy poza piekielną ciocią. Nie było rodzinnej imprezy bez pytania "A to kiedy w końcu nam tu jakiegoś dzieciaczka sprezentujecie?", "No i jak tam młodzieży? Bo wiecie zegar biologiczny tyka", itp., itd. Teraz zakończył bym temat od razu i miałbym gdzieś, że ciotka złapała focha. Jednak wtedy, ze względu na moją mamę, po prostu ciotkę olewałem aż jej się znudziło (chodź trochę to trwało). Teraz po latach i poważnej rozmowie z rodzicielką, podczas której wytłumaczyłem jej, że nie mogę iść przez życie tak aby nikogo nie urazić bo takim sposobem nigdzie nie dojdę, już nie mam takich skrupułów podczas rozmowy z ciotką. Ale to taka dygresja co do charakteru i sposobu na rozwiązywanie konfliktów mojej mamy... Ale dobra ponownie wracając do historii.

Tym razem do teraźniejszości, w której mi oraz mojej żonie "na starość" odbiło i stwierdziliśmy, że jednak chcielibyśmy mieć dzieci. Co prawda nadal nie wyobrażamy sobie siebie jako opiekunów niemowlaka, dlatego decyzja padła na adopcje. Są to na razie bardzo wstępne plany. Na ten moment wiemy tyle, że oboje chcielibyśmy mieć córeczkę w wieku od 4 do 7 lat. Czeka nas jeszcze masa przemyśleń, planów, papierologii, telefonów, dokształcania się w opiece nad dzieckiem, itp. Mimo to postanowiliśmy poinformować najbliższą rodzinę o naszych planach.

Jako, że wszystkich świętych wypadało w tym roku we wtorek postanowiliśmy sobie zrobić długi weekend, wziąć urlop w poniedziałek i pojechać do mojego rodzinnego miasta. Gdy byliśmy na miejscu w sobotę okazało się, że moja mama zaprosiła na obiad również moich dziadków. W obliczu takiej sytuacji postanowiliśmy nie czekać tylko poinformować rodzinkę o szczęśliwej nowinie. Radości, ochów i achów nie było końca. W międzyczasie odwiedziłem kilku znajomych, we wtorek wyskoczyliśmy na groby i po obiedzie musieliśmy się zbierać do domu.

Dzisiaj siedziałem w robocie gdy nagle zadzwonił mój telefon. Okazało się, że to piekielna ciotka. Prawdę mówiąc podejrzewałem co się święci, tym bardziej, że po tym jak odrzuciłem połączenie, dzwoniła jeszcze sześć razy. Po robocie postanowiłem oddzwonić.

[Ja]: No cześć ciociu. Co to za ważny temat, że ciotka tak od rana wydzwania.
[Piekielna ciotka]: Ty mi tu oczu nie mydl Satsu, tylko mów mi czy to prawda o tym co na mieście mówią.
[J]: Ale co mówią? Wie ciocia, że ja kilkaset kilometrów od rodzinnego miasta mieszkam.
[P]: Co mówią? Co mówią? Podobno twoja żona w ciąży jest!
[J]: No tak nie do końca...
[P]: Boże Satsu... Mój ulubiony siostrzeniec. Przecież ty firmę masz, to jest twoja przyszłość! Ty musisz w to inwestować wszystko, bo skończysz jak ci moi. Ja nie mogę na to pozwolić! Wiesz ile to pracy z takim małym dzieckiem? Ile nieprzespanych nocy?
[J]: Z tego co pamiętam ciociu to jeszcze kilka lat temu to ty namawiałaś nas na dzieci.
[P]: Boże dziecko to była inna sytuacja. Ty jesteś teraz poważnym człowiekiem. Musisz cały swój czas poświęcać na rozwój tego co stworzyłeś.
[J]: Jeśli chodzi o czas to niech się ciocia nie martwi. Przy niemowlęciu pewnie byśmy chodzili niewyspani, ale my mamy zamiar adoptować dziewczynkę tak w wieku 5 lat. Wiem, że wychowanie takiego dziecka też wymaga czasu, ale jakoś damy ra...
[P]: Bożesz ty mój! Boże! Co ty chcesz zrobić?! Krew skalać?! Jakimś bachorem z odzysku?! Przecież to od ćpunów jakichś może być. A o swojej matce pomyślałeś? Przecież serce jej tym złamiesz. Jakiś margines społeczny do rodziny sprowadzać? Czy ty w ogóle...
[J]: Wybacz ciociu, ale jak mamy tak rozmawiać to lepiej nie rozmawiajmy w ogóle. Adopcja dziecka to decyzja moja oraz mojej żony i proszę się do tego nie mieszać.
[P]: Ty nie wiesz co mówisz...
[J]: Doskonale, wiem co mówię. A jeśli chodzi o mamę to nie martw się o nią ciociu. Wie o tym i bardzo się cieszy na myśl o zastaniu babcią.
[P]: Zrujnujesz sobie ży...
[J]: Do widzenia...

Po tej rozmowie wiem, że ciotka już do mnie nie zadzwoni, ale wiem również, że zrobi wszystko abym odczuł jej dezaprobatę na temat adopcji dziecka. To jest typ kobiety, który szybko nie odpuszcza. Jeśli w ogóle kiedykolwiek. Do dzisiaj ma za nic swoich synów za to, że od razu po studiach nie znaleźli dobrej pracy. Dzisiaj już całkiem dobrze zarabiają, ale ona ma to gdzieś gdyż żaden z nich nie pracuje w zawodzie jaki dla nich wybrała.

A tutaj dwie poprzednie historie o piekielnej ciotce:
https://piekielni.pl/78808
https://piekielni.pl/87555

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (137)