Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Satsu

Zamieszcza historie od: 11 września 2013 - 19:54
Ostatnio: 4 maja 2021 - 18:09
  • Historii na głównej: 74 z 80
  • Punktów za historie: 25378
  • Komentarzy: 229
  • Punktów za komentarze: 2030
 

#88012

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłem sobie jakiś czas temu raspberry pi, które niestety przyszło do mnie uszkodzone. Naderwany port USB i przerwane dwie linie na płytce. Nic czego nie mógłbym naprawić sam, ale wychodzę z założenia, że jak kupuję jakiś produkt to nie mam zamiaru go na starcie naprawiać, aby w ogóle móc z niego skorzystać. Moja wina, że nie sprawdziłem towaru przy kurierze, przez to musiałem bawić się w reklamowanie produktu.

Zacząłem od telefonu do sklepu. Po wyłożeniu sprawy miła pani poprosiła mnie o wysłanie do nich sprzętu na ich koszt. Tak zrobiłem i zapomniałem o sprawie na o wiele dłużej niż 14 dni roboczych ustawowo przeznaczonych na odpowiedź. Po około dwóch miesiącach przypomniałem sobie o nieszczęsnej malince i postanowiłem sprawdzić skrzynkę mailową czy nie dostałem jakiejś odpowiedzi. No i okazało się, że nic nie mam.

Postanowiłem po raz kolejny zadzwonić do sklepu. Odebrała ta sama miła pani i poinformowała mnie entuzjastycznie, że reklamacja nie została uznana ze względu na uszkodzenia mechaniczne. Fakt takie uszkodzenia były i z tego co się orientuję mogą mi z tego powodu uwalić reklamację, ale miałem asa w rękawie. Otóż minęło o wiele więcej niż 14 dni roboczych od wniesienia reklamacji i według ustawy oznacza to, że reklamacja jest w takim przypadku uznawana za przyjętą i muszą albo naprawić albo wymienić płytkę. Poinformowałem o tym fakcie miłą panią, która o dziwo nagle przestała być taka miła i sympatyczna. Poinformowała mnie, że nie mam racji, że w systemie jest reklamacja nieuznana i najlepiej gdybym nie przeszkadzał jej więcej w reflektowaniu własnej egzystencji. Jedną burzliwą wymianę argumentów, rozmowę z kierownikiem i straszenie rzecznikiem praw konsumenta później okazało się, że jak najbardziej mam rację i sprzęt zostanie wymieniony i przyjdzie do mnie za maksymalnie 4 dni robocze.

Dni od ostatniej rozmowy minęło nie 4 a 10 a ja nadal nie miałem mojej upragnionej maliny, więc odbyłem kolejną rozmowę telefoniczną z bardzo miłą panią, której pozwolę sobie nie opisywać gdyż jej przebieg był prawie identyczny jak za pierwszym razem.

Jednak tym razem udało się. W końcu kurier dostarczył moją płytkę. Nauczony doświadczeniem postanowiłem komisyjnie sprawdzić sprzęt przy dostawcy i co? I dupa... Odesłano do mnie dokładnie tą samą płytkę bez dokonania jakichkolwiek napraw. Port USB jak był naderwany tak jest nadal, ścieżki jak były przerwane tak są nadal. Paczki nie przyjąłem i wykonałem telefon numer 4, który odebrała dobrze nam znana miła pani, która po usłyszeniu mojego głosu z automatu przestała być taka miła. Po wyłożeniu powodu mojego kontaktu, pani się oburzyła i stwierdziła, że to niemożliwe bo ona osobiście pakowała nowy egzemplarz, który miał zostać do mnie wysłany. Po kolejnej wymianie argumentów i jednym małym straszaku w postaci rzecznika praw konsumenta, pani zgodziła się sprawdzić paczkę jak tylko do nich dotrze i niezwłocznie powiadomić mnie, że wszystko jest dobrze i zawracam im tylko gitarę.

Więc poczekałem tydzień i gdy byłem pewien, że paczka na bank już jest u nich, wykonałem telefon numer 5. Bardzo miła pani, która z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie była już taka miła stwierdziła, że jestem niepoważny gdyż ona ma paczkę zaraz koło siebie i widzi, że z malinką jest wszystko ok. Gdy poprosiłem ją by zrobiła zdjęcia tej płytki i przesłała je do mnie, stwierdziła, że to niemożliwe. Za to ona pakuje płytkę i wysyła ją do mnie w trybie now. I mam się cieszyć, że nie obciążają mnie kosztami wysyłki. Łudziłem się, że tym razem uda im się wysłać sprawną malinkę...

Przed chwilą był u mnie kurier. Jak już się pewnie domyślacie, w paczce przyszła do mnie po raz kolejny dokładnie ta sama płytka z uszkodzonym gniazdem USB i zerwanymi ścieżkami. To już nie jest ani odrobinę zabawne. Przed chwilą zebrałem paczkę z całą korespondencją mailową, nagranymi rozmowami i zdjęciami płytki po każdym jej odebraniu i przed każdym wysłaniem. Nie mam zamiaru bawić się w kolejną rozmowę z bardzo miłą panią zamiast tego utnę sobie pogawędkę z rzecznikiem praw konsumenta.

A ja chciałem tylko dokończyć moją retro konsolę...

sklepy_internetowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (161)

#87901

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się pewna historia jeszcze sprzed pandemii. Organizowałem wtedy dla moich rodziców imprezę na dwudziestą rocznicę ślubu. To nie miała być jakaś Bóg wie jak wielka uroczystość, więc zaproszonych było jedynie 30 osób. W tym najbliższa rodzina (moi dziadkowie, rodzeństwo rodziców wraz z ich dziećmi i moje rodzeństwo), znajomi z baru, do którego każdej soboty chodzą moi rodzice, dwóch znajomych mojego ojca z pracy i przyjaciółka mojej mamy. I to właśnie o tej ostatniej będzie ta opowieść. Znam tę kobietę już bardzo długo i wiem, że ma bardzo ciężki charakter, ale to co odwaliła na imprezie...

Narzekanie zaczęło się już na wstępie i nie podobało jej się dosłownie wszystko. Nieładne dekoracje, za dużo kwiatów, za mało balonów, obrus jakiś nie taki, zastawa tandetna, lokal słaby, rosół za zimny, ziemniaki za gorące, brak miejsc do parkowania, niewygodna do trzymania łyżeczka, na początku imprezy za zimno, po pierwszym tańcu za gorąco, łazienka za daleko, najtańszy papier toaletowy... I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność.

Gdy dzwoniłem do każdego z zaproszeniem pytałem się czy mają jakieś wymagania co do jedzenia i alkoholu. Wiadomo są różne preferencje, alergie, itp. W standardzie z alkoholu miało być czerwone wino i wódka, a do jedzenia klasyczne menu imprezowe (od rosołu, przez obiad i deser po zagrychę pod wódkę, chyba nie muszę tłumaczyć). Przyjaciółka mamy poprosiła o menu wegańskie. Nasz klient nasza paniusia... A co robi paniusia? Nakłada sobie odrobinkę sałatki zamówionej specjalnie dla niej, kompletnie olewa kotleciki warzywne (potem zjadłem żeby się nie zmarnowały, na prawdę dobre :D) i nakłada sobie karkówkę oraz ziemniaki smażone na smalcu ze skwarkami. Deklarujesz jedno, ktoś się dla ciebie stara i wykłada dodatkowe pieniądze (nie jakąś fortunę, ale zawsze) a ty to olewasz... Tak się nie robi.

Podobna sytuacja była z alkoholem. Kumpel ojca poprosił o whisky, gdyż innych alkoholi nie pije. No problemo. Gdy nasza wielka pani zobaczyła na stole brązowy trunek, stwierdziła, że i ona wypiłaby drinka z whisky (wcześniej twierdziła, że wino jej wystarczy). No to pytam ją czy wypije tylko jednego drinka czy może chce więcej (dla jednego drinka nie warto brać kolejnej butelki). Jako, że stwierdziła, że będzie piła tylko whisky z colą, skoczyłem do baru po kolejną butelkę i pojemnik z lodem. Potem okazało się, że nie wypiła nawet jednego drinka do końca i przerzuciła się na wino.

Na imprezie była trójka młodszych dzieci (wiek od 8 do 10 lat) i jak to dzieci latały i bawiły się. Nikomu to kompletnie nie przeszkadzało poza naszą paniusią. Gdy tylko jedno z mojego kuzynostwa przebiegało koło siedzenia damy, ta nigdy nie omieszkała głośno skomentować niewychowania tych dzieci. Warto dodać, że jednym z trójki najmłodszych był syn tej kobiety i gdy to on biegał i krzyczał to jej to absolutnie nie przeszkadzało. W końcu moja ciocia (matka pozostałej dwójki) nie wytrzymała i zapytała dlaczego jej dzieci jej przeszkadzają, a jej syn nie? Bo jej bombelek jest najmłodszy i on może. No nie bardzo... Jej syn miał dziewięć lat a moja kuzynka osiem. Poza tym co to za różnica wieku 8 a 10 lat?

Na imprezie robiłem również za "DJ'a", czytaj co jakiś czas zmieniałem playlistę i odpowiednio pogłaśniałem i ściszałem muzykę. Ogólnie największą grupę na imprezie stanowili znajomi rodziców z pubu a ich gusta muzyczne znałem doskonale. W końcu od dzieciaka "katowali" mnie swoimi ulubionymi piosenkami przy okazji każdego spotkania. Idąc za zasadą "nigdy nie zadowolisz wszystkich, więc postaraj się zadowolić większość" mogłem po prostu puścić pierwszą lepszą składankę z YouTube "Greatest hits of 80s 90s", ale jako, że sam jestem fanem tej muzyki przez większość czasu leciał mój spotify przeplatany raz na jakiś czas jakimś disco polo i piosenkami, które podrzuciły mi dzieciaki aby też się wytańczyły. Ogólnie wszyscy bawili się świetnie... Wszyscy poza paniusią.

Już po około dwudziestu minutach od puszczenia muzyki przyszła do mnie z zażaleniem, że lecą same starocie i mam włączyć disco polo. Zgodnie z prawdą powiedziałem jej, że przecież przed chwilą jakiś Zenek leciał i za jakiś czas znowu coś puszczę. Ta stwierdziła, że przy tych starych smętach nikt się nie bawi i przy disco polo będzie lepiej. Spojrzałem na parkiet, na którym była ponad połowa gości i zbyłem ją krótkim "No chyba nie". Od tego momentu co chwile przychodziła i lamentowała, że mam puścić disco polo. A gdy tylko to robiłem na parkiecie z 20 osób robiło się 5-6.

W końcu przyszedł najważniejszy moment wieczoru. Z głośników leciała ulubiona piosenka moich rodziców "Guns N' Roses - November Rain". Pod koniec piosenki ojciec miał dać mamie pierścionek. Wszyscy tańczą wolny taniec i nagle piosenka cichnie... Odwracam się a tam paniusia przy laptopie krzyczy "Bawimy się!" a z głośników zaczyna lecieć "Akcent - Biorę Urlop Od Ciebie"... Wku***łem się strasznie, ale ojciec mnie wyprzedził. Poprosił babsko na zewnątrz i nie było ich dobre 10 minut. W tym czasie ja dalej ogarniałem imprezę.

Gdy w końcu wrócili ojciec zdychał ze śmiechu, a babsztyl był cały czerwony na twarzy. Skubany do dziś nie chce zdradzić co jej powiedział, ale kuźwa zadziałało. Do końca imprezy nie sprawiała już żadnych problemów. A mama pierścionek dostała jakąś godzinę później gdy znowu puściłem November Rain.

Ps. Miałem wielką ochotę już o wiele wcześniej babsko opierdzielić, ale nie chciałem psuć imprezy. Wolałem jako organizator wziąć jej zachowanie na klatę.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (155)

#87766

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu moja żona stwierdziła, że nasz związek jest na tyle dojrzały i mamy na tyle stabilną sytuację życiową, że przyszedł w końcu czas aby powiększyć naszą małą rodzinę. Tak więc razem usiedliśmy i rozpoczęliśmy poszukiwania kota do adopcji.

Tyle się mówi aby zamiast kupować zwierzęta, adoptować je i nie wspierać "pseudohodowli". Próbowaliśmy w sześciu fundacjach i po tej przeprawie stwierdzam, że pracują tam sami pierd***ci fanatycy.

Fundacja pierwsza, 3 miesięczny kotek, mieszanka dachowca i maine coona. Pani pytała dosłownie o wszystko. Niby pytania sensowne, typu "Jaką karmę planują Państwo kupować?", "Co Państwo zrobią z kotem w razie wyjazdu na wakacje?", itp. Ale było tego tyle, że byłem bliski zapytania się czy mój numer buta też będzie potrzebny. Spędziliśmy tam ponad godzinę i wysypaliśmy się na pytaniu o godziny naszej pracy. Wychodzi na to, że to, że oboje pracujemy 8 godzin dziennie kategorycznie skreśla nasze szanse na adopcję, gdyż koty potrzebują dużo uwagi. Nie, fakt, że pracuję w 99% zdalnie kompletnie nic nie zmienia.

Fundacja druga, 4 miesięczny dachowiec. Znowu milion pytań i znowu klops. Tym razem odpadliśmy na karmie. Pani stwierdziła, że karma X jest bardzo słabej jakości (zrobiłem research i według tego co znalazłem to jedna z lepszych karm) i ona poleca Y, ale o kocie możemy zapomnieć gdyż nie odda go ludziom, którzy w ogóle pomyśleli aby kupować takie świństwo.

Fundacja trzecia, półroczna mieszanka maine coona z czymś. Bardzo analogiczna sytuacja do fundacji drugiej. Jedyna różnica była taka, że po podaniu nazwy karmy Y (no co może jednak rzeczywiście lepsza) pani stwierdziła, że tylko karma Z (prawie 2 razy droższa od karmy Y). I znowu dupa.

Fundacja czwarta, półroczny dachowiec. Udało nam się wreszcie przebrnąć przez wszystkie pytania. I gdy już byliśmy pewni, że w końcu będziemy mieli upragnionego kota, pani stwierdziła, że teraz czas na inspekcję naszego domu. Prawdę mówiąc nie za bardzo uśmiechało nam się żeby jakaś obca baba łaziła nam po domu, ale czego się nie robi dla kota. Więc pani przyszła i spacerowała sobie po mieszkaniu i mruczała co jakiś czas pod nosem. Właziła dosłownie wszędzie. Po jakiś dwudziestu minutach stwierdziła "A zobaczę jeszcze podwórko". I znowu dupa, bo sąsiedzi mają psa. Labradora, największą psią fajtłapę jaką świat widział. Nie pomogło nawet to, że sąsiedzi poza nim mają jeszcze dwa koty. Nie i koniec.

Fundacja piąta, dachowiec, około 5 miesięcy. Znowu udało nam się przejść wszystkie pytania a i nawet nasz dom się pani spodobał. Odpadliśmy na tym, że jeszcze nie kupiliśmy całego osprzętu do obsługi kota. Kobieto ja powoli zaczynam wątpić czy my tego kota kiedyś w ogóle damy radę adoptować a ty twierdzisz, że powinienem już, teraz, natychmiast, na zapas nakupować te wszystkie miski drapaki i inne pierdy?

Fundacja szósta, 3 miesięczny maine coon. Znowu odpadliśmy na pytaniach. Tym razem pani nie spodobało się, że mamy w mieszkaniu kuchenkę indukcyjną. Bo kot może na nią wskoczyć gdy będzie rozgrzana...

W tym momencie mieliśmy dość. Kilka dni później wybraliśmy się do schroniska. Oprowadzała nas bardzo miła wolontariuszka i w trakcie rozmowy wymsknęło mi się, że jesteśmy tu bo 6 fundacji odrzuciło nasze próby adopcji kota. Wtedy ta stwierdziła, że w takim razie musi być coś na rzeczy. Ja i mój niewyparzony jęzor...

Ostatecznie kupiliśmy maine coona od hodowcy. Nie jest mi wstyd i nie żałuję.

Skomentuj (74) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (245)

#87788

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłem sobie zrobić mały urlop i pojechać w odwiedziny do mojego rodzinnego miasta. Z dworca miał mnie odebrać mój kuzyn, ale niestety grypa żołądkowa skutecznie uniemożliwiła mu wykonanie tego zadania. Jako, że mieścina, w której się urodziłem nie jest żadną wielką metropolią i nie ma w niej Ubera, byłem skazany na (nie)łaskę taksówkarzy.

Dotoczyłem się z tobołami do pierwszej lepszej złotówy i dawaj jedziemy. Już przy samym wejściu do taksówki wąsisty pan zapytał: "A co Pana z wielkiego miasta sprowadza do naszej małej mieściny?". Nie miałem ochoty na żadne pogawędki podczas jazdy, więc rzuciłem jedynie zdawkowe "Interesy...". Jako, że był piątek, godzina około 11:00 i w moim rodzinnym domu nikogo nie było, a mój przyjazd był niespodzianką, to postanowiłem podjechać do małego biurowca, w którym znajduje się firma mojego taty.

Te dwie rzeczy najwyraźniej wystarczyły panu złotówie na wywnioskowanie, że bogaty byzmesmen z dużego miasta (ubieram się dość elegancko) przyjechał w ynteresach i nie zna miasta, więc przy pierwszym lepszym zakręcie dawaj w zupełnie innym kierunku.

Jeździliśmy sobie tak jakieś 40 minut. Miasto małe więc złotówiarz nieźle musiał się napocić aby przez przypadek nie pokazać mi dwa razy tych samych okolic. Już na miejscu wywiązał się następujący dialog:

[Ja]: No i jesteśmy. Wie Pan co, dawno mnie tutaj nie było i nieźle musieli nam to miasteczko rozkopać żeby dojechanie do miejsca oddalonego od dworca o jakieś 5 km wymagało lawirowania po całym mieście.

Tutaj mina mu już zrzedła, ale nadal szedł w zaparte.

[Złotówiarz]: Panie jakie lawirowanie? Ja na taksówce już 10 lat jeżdżę i to najlepsza droga. Szybciej Pan nie dojedziesz.

[J]: Nie rób Pan ze mnie idioty. Urodziłem się w tym mieście i Pan właśnie zapewnił mi wycieczkę po każdym możliwym zakamarku. Ile płacę?

[Z]: Mi tu wyszło 124 zł, ale mogę opuścić do 120.

[J]: Mówię o normalnej cenie dojazdu do punktu oddalonego o 5 km.

[Z]: Wyszło mi ponad 120 zł a i tak Panu na rękę idę...

[J]: W takim razie dzwonię do firmy, w której Pan pracuje.

[Z]: A se dzwoń...

W tym momencie wysiadłem z samochodu, a złotówiarz odjechał z piskiem opon razem z moimi bagażami. Numer boczny taksówki spisałem sobie już wcześniej, ale w tym momencie zapisałem na wszelki wypadek jeszcze numery rejestracyjne.

Krótką rozmowę telefoniczną i pięć minut później taksówkarz był znowu pod firmą mojego taty. Wytaszczył moje bagaże, pożegnał mnie niewyraźnym burknięciem oraz czymś o "uczciwym" zarobku i pojechał w siną dal. Nie zapłaciłem ani grosza.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (196)

#87721

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj, na krótki moment przeniosło mnie do jakiegoś surrealistycznego wymiaru. Wracałem z kumplem z roboty jego samochodem. Jako, że musiał podjechać na chwilę do stolarza, chcąc nie chcąc musiałem się tam udać wraz z nim. Zaparkowaliśmy koło rozpadającego się murku na jakimś dzikim parkingu (wyjeżdżony kawałek ziemi). Kumpel poleciał do stolarza a ja wykorzystałem moment żeby sobie zapalić.

Nagle zza murku wyszedł policjant [P], podszedł do mnie i mówi:

[P]: Dzień dobry, funkcjonariusz Taki Śmaki proszę o okazanie dokumentu tożsamości, będzie mandacik.

No to ja tak myślę, znaku zakazu parkowania nie ma, a nawet jeśli gdzieś jest to mandat nijak mi się należy tylko kumplowi. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

[J]: A za co jeśli można się spytać?
[P]: Palenie w miejscu niedozwolonym.

Tutaj już kompletnie zdębiałem. Nie kojarzę aby się przepisy zmieniły. W miejscu, w którym jest zakaz palenia nijak nie jestem. Ludzi wokół mnie żadnych nie było, a gdy policjant do mnie podszedł, kulturalnie zgasiłem papierosa. Pewnie jeszcze kilka sekund bym się tak zastanawiał, ale funkcjonariusz widząc moją zdezorientowaną minę wskazał ręką na mur znajdujący się za mną.

A na murze rzeczywiście zakaz palenia... Nabazgrany byle jak sprejem, z dopiskiem "lewackich ku*w, zrobią to same", podpisane wielkim rysunkiem męskiego przyrodzenia. Już miałem mu mówić, że chyba sobie ze mnie jaja robi, ale zza murku wyszedł drugi policja [P2].

[P2]: Co tam masz?
[P]: Palenie w miejscu niedozwolonym.
[P2]: Olej. Wzywają nas na Jana Pawła.
[P]: Tym razem się Panu upiekło.

I zostawili mnie z jednym wielkim WTF?!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (174)

#87669

(PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii #87667, nie sądziłem, że aż tak szybko coś się ruszy. A właściwie powinienem powiedzieć, że tak szybko znowu postanowią mi podnieść ciśnienie.

Mały skrót żeby było wiadomo o co chodzi. Dzisiaj rano otrzymałem wezwanie do zapłaty od firmy windykacyjnej. Rzekomy dług z 2010 roku jednak nie istnieje, gdyż posiadam potwierdzenie umorzenia pozostałej kwoty od wierzyciela pierwotnego. Poza tym na sprawę zostały dodane horrendalnie wysokie koszty.

Od ostatniej rozmowy minęło kilka godzin. Pracowałem sobie spokojnie z kubkiem kawy u boku gdy nagle zadzwonił telefon.

[Pani z Windykacji]: Witam tutaj Anastazja Męczygrucha (dane zmienione, ale oryginalne imię i nazwisko było na tyle abstrakcyjne, że myślałem, że sobie ze mnie jaja robi) z firmy Windykacja, czy dodzwoniłam się do Satsu?

Oho zaczyna się. Po weryfikacji Pani od razu przeszła do rzeczy.

[PW]: Jestem z działu reklamacji. Koleżanka zgłosiła mi, że upiera się Pan, że nie spłaci długu.
[Ja]: W skrócie tak...
[PW]: A wie Pan, że jeśli nie będzie Pan płacił to sprawa może zostać skierowana na stronę postępowania sądowego?
[J]: (Nosz urwał znowu...) Nie wiem czy w tej firmie...
[PW]: Proszę Pana czy Pan wie, że jeśli wygramy postępowanie sądowe to możemy skierować Pana sprawę do komornika i wtedy Pana konto może zostać zajęte?
[J]: Nie chcę być niegrzeczny, ale czy wam tam płacą za przerywanie ludziom w połowie zdania? Jeśli tak to...
[PW]: Proszę Pana...
[J]: Proszę mi nie przerywać. Niech Pani teraz spojrzy na moje zadłużenie. Ile wynoszą koszty sądowe?
[PW]: 560 zł
[J]: Czyli...?
[PW]: ...
[J]: Ehhh... Czyli moja sprawa podobno już była w sądzie. Nie można zasądzić kosztów sądowych jeśli sprawa nie była w sądzie. Koszty egzekucji również są, więc i u komornika moja sprawa wylądowała. Problem polega na tym, że po pierwsze list który dzisiaj otrzymałem od Państwa jest pierwszą próbą kontaktu Państwa ze mną mimo, że mój domniemany dług ma już ponad 10 lat.

Po drugie nie otrzymałem żadnej decyzji z sądu, nigdy też na oczy nie widziałem komornika ani żadnej korespondencji od niego. To sprawia, że dług jeśli nawet by istniał, to i tak dawno temu byłby przedawniony. Jednak dług nie istnieje. Państwo nabyliście mój "dług" drogą cesji wierzytelności w maju 2013 natomiast ja posiadam dokument poświadczający umorzenie pozostałych odsetek w wysokości 5,43 zł wystawiony w roku 2010.

[PW]: Proszę Pana mnie nie interesuje co Pan tam ma, mnie interesuje kiedy spłaci Pan zaległość. Inaczej sprawa pójdzie do sądu.
[J]: Myślałem, że wyjaśniliśmy sobie, że moja sprawa podobno już była w sądzie?
[PW]: To będzie złożona jeszcze raz...
[J]: Zdaje sobie Pani sprawę, że jeśli sprawa raz była w sądzie to nie można składać ponownego pozwu?
[PW]: Oczywiście, że można.
[J]: Aha... Rozumiem. Pani jest z działu reklamacji? W takim razie ja chciałbym złożyć reklamacje.
[PW]: Ja nie dzwonię tutaj w sprawie reklamacji tylko żeby wyjaśnić Panu, że musi Pan zapłacić. Jest dług i trzeba zapłacić.
[J]: To proszę mnie połączyć z kierownikiem.
[PW]: Oczywiście, ale kierownik powie Panu to samo co ja. Anitka! Ten debil od umorzenia chce z tobą gadać. Przełączę go. Proszę chwilę poczekać już łączę.

[Kierownik z Windykacji]: Anita Jakaśtam kierownik działu windykacji telefonicznej, w czym mogę pomóc.
[J]: Chciałbym się upewnić czy jest Pani zaznajomiona ze sprawą z jaką dzwonię.
[KW]: Oczywiście, osobiście zleciłam telefon do Pana. Słucham w czym problem?
[J]: Otóż jak pewnie Pani wie posiadam dokument poświadczający umorzenie odsetek wystawiony przez poprzedniego wierzyciela.
[KW]: Rozumiem jednak mnie to nie interesuje. Dług występuje w systemie więc istnieje.
[J]: To w takim razie proszę mi powiedzieć kiedy pozew w mojej sprawie został złożony do sądu? Pani jako kierownik powinna mieć dostęp do takich danych.
[KW]: Chwileczkę już sprawdzam... Pana sprawa jeszcze nie została skierowana do sądu.
[J]: To proszę mi w takim razie wyjaśnić skąd do cholery wzięło się 560 zł kosztów sądowych.
[KW]: Obsługą finansów zajmuje się dział...
[J]: Proszę Panią mnie nie interesuje jaki dział zajmuje się finansami. Mnie interesuje dlaczego wymagacie ode mnie spłaty zadłużenia, które nie istnieje gdyż posiadam dokument poświadczający umorzenie pozostałej kwoty odsetek? I skąd się wzięły te wszystkie koszty skoro moja sprawa nawet nie była w sądzie.
[KW]: Proszę się uspokoić. Pana sprawa widnieje w systemie, więc dług jest wymagalny...
[J]: To Pani ostatnie słowo.
[KW]: Oczywiście...
[KW]: To w takim razie spotkamy się w sądzie. Do usłyszenia.

Tak jak wspomniałem w poprzedniej historii przez jakiś czas pracowałem w windykacji jako programista. Wiem, że istnieją firmy, które zarabiają głównie na oszustwach a gdy robi się gorąco to się zwijają i po jakimś czasie otwierają pod nową nazwą. Ale po tej rozmowie nie mam pytań.

Niestety nie nagrałem rozmowy z pierwszej historii, ale te dwie mam nagrane.

windykacja

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (147)

#87661

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem programistą i poza pracą na etacie bardzo często wyszukuję jakieś zlecenia, aby sobie dorobić. Trochę się tego nazbierało, więc postanowiłem opisać wam te najciekawsze.

Firma magazynowa, która niedawno kupiła drugi magazyn ma problem. Ich program nie ma żadnych funkcji sieciowych, więc w pierwszym magazynie nie wiedzieliby co jest w drugim i na odwrót. Szef firmy, zamiast kupować nowy program, postanowił zlecić napisanie programu w 100% pod ich wymagania. I tutaj pojawiam się ja. Spędziłem dwa dni na rozmowie z kierownikiem o tym co ta aplikacja ma robić. Oto założenia jakie sobie spisałem:

Program powinien obsługiwać dwa magazyny z możliwością dodania kolejnych. Do każdego magazynu miały być przypisane miejsca magazynowe. Program powinien umożliwiać dodawanie, edytowanie i usuwanie miejsc magazynowych. Każde takie miejsce powinno być opisane rozmiarem (szerokość, wysokość, głębokość) oraz maksymalną wagą jakie może przyjąć. Poza tym jako, ze program miał mieć mapę miejsc magazynowych to każde miało też mieć swoje położenie. Mapa miała być edytowalna na wypadek zmiany ustawienia regałów w magazynie. Do tego program miał mieć możliwość wprowadzenia listy nowych towarów i miał je automatycznie rozkładać po magazynie tak aby towary z jednej dostawy były ułożone stosunkowo blisko siebie. Aby to działało każdy towar musiał być opisany podobnie jak miejsce magazynowe. Do tego dochodziły informacje dodatkowe jak opis, cena, itp. Dostawy również miały być opisywane przez takie informacje jak opis, pochodzenie, itp. Poza tym program miał mieć możliwość wypluwania wybranych danych do excela, tak aby można było robić różne zestawienia. Do tego system kodów kreskowych, aby móc szybko wyszukiwać dane towary w systemie bez potrzeby ręcznego wpisywania identyfikatora.

Po szybkiej estymacji poinformowałem kierownika, że sama praca nad programem zajmie mi od 45 do 50 dni, natomiast konfiguracja środowiska w obu magazynach jakiś tydzień (nie mieli żadnego serwera, poprzedni system stał na zwykłym komputerze). Za wszystko zażyczyłem sobie 8500 zł* (zawsze podaje minimalnie zawyżoną cenę jakby klient chciał się targować, poniżej 8000 zł bym nie zszedł). Reakcja kierownika?

- No ciebie chyba pop***liło! OSIEM TYSIĘCY, Marian słyszałeś gościa? Facet ja ci za to zapłacę maksymalnie 300 złotych i ani grosza więcej.

Nie zostało mi nic innego jak odrzucić tą jakże intratną propozycję. Oczywiście kierownik próbował oklepanych już tekstów: wpiszesz sobie w CV, doświadczenie jest ważniejsze niż pieniądze. Takie kity to można juniorom bez doświadczenia wciskać. Szkoda tylko dwóch dni na zbieraninie założeń. Musze podpytać radcę prawnego, czy mogę napisać jakąś umowę wstępną, w której byłby podpunkt mówiący o zapłacie za czas zbierania wymagań gdy nie zostanie podpisana główna umowa.

Dalej mała sieć pizzerii. Jej kierownik prosi o napisanie aplikacji która zbierze zamówienia z Pyszne.pl, Glovo i UberEats w jednym miejscu i na podstawie adresu dostawy wybierze jedną z trzech pizzerii do jakich zamówienie ma trafić. Poza tym obsługa takich rzeczy jak przyjęcie zamówienia, ustalenie czasu dostawy, itp. Wszystkie posiadają własne API (interfejs, który z poziomu kodu pozwoliłby mi na łatwe przetwarzanie zamówień), jednak Pyszne.pl nie udostępnia go byle komu, w tym mi. Musiałem sobie poradzić inaczej. Napisałem skrypt, który porusza się po stronie pyszne.pl pobiera wymagane dane i wykonuje odpowiednie akcje.

Aplikacja oddana, kasa na koncie. Czyli można zapomnieć o temacie, ale gdyby tak było to nie powstałaby ta historia. Jakiś miesiąc po zakończeniu prac dzwoni kierownik bo program nie działa. Zamiast przypisywać zamówienia do różnych pizzerii wrzuca wszystkie na jedną. Przyczyna okazała się bardzo łatwa do znalezienia, ktoś grzebał w kodzie i zrobił błąd w jednym warunku. Po chwili kierownik przyznał się, że chciał odciążyć jedną z pizzerii i przerzucać zamówienia z pewnego dużego osiedla do lokalu X zamiast Y. Zmiany dokonał jego siostrzeniec, który jest w technikum informatycznym. Usterkę naprawiłem, spisałem raport z naprawy, którą kierownik podpisał i poprosiłem o zapłatę (w umowie mam punkt mówiący, że za darmo naprawiam tylko błędy aplikacji wynikające z nieedytowanego kodu, resztę napraw wyceniam na podstawie roboczogodzin).

No i zaczęło się... On nic nie będzie płacił, jestem partaczem, sprzedałem mu niedziałające g**no, itp. Ostatecznie nie zapłacił a ja poszedłem do sądu. Pieniądze za naprawę odzyskałem z nawiązką.

Fryzjer. Pani chcę ładną, statyczną stronę wizytówkę. Na pierwszej rozmowie ustalamy jak ma wyglądać. Informuję również panią, że każda zmiana mocno odbiegająca od pierwotnego opisu będzie płatna Zwykle nie robię problemów gdy ktoś zmienia położenie jakiegoś panelu itp., ale trafiają się asy, które po zobaczeniu projektu graficznego zmieniają dosłownie wszystko. I tak było tym razem, pani nie podobało się kompletnie nic. Powiadomiłem więc o naliczeniu dodatkowej opłaty za zmianę całego projektu i zacząłem spisywać jej wizję. Drugi projekt wymagał kilku zmian, które wyceniłem na około 50 zł i w końcu udało się. W tym miejscu poinformowałem panią fryzjerkę o tym, że na etapie kodowania strony każda zmiana względem projektu będzie dodatkowo płatna. Jak możecie się domyślić w trakcie pisania strony projekt został zmieniony... 8 razy. No i gdy przyszło do płacenia zaczął się płacz, bo kazało się, że początkowe 350 zł urosło prawie trzykrotnie. Na początku nie chciała zapłacić, ale wystarczyło postraszyć trochę sądem i pieniądze się znalazły. Ale to jeszcze nie koniec bo pani była bardzo zdziwiona, że aby strona była widoczna w internecie musi jeszcze wykupić serwer i domenę (jakieś pozycjonowanie w wynikach googla też by się przydało). Oczywiście informowałem o tym na samym początku.

Dalej firma human resources. Mają swój program w którym zapisują CV, ale trochę im nie pasuje, że muszą robić to ręcznie. Zamarzył im się OCR (optical character recognition - program służący do rozpoznawania znaków w plikach graficznych), który zaczyta dane ze zeskanowanego dokumentu i "wklei" w odpowiednich polach programu. Sam OCR to nie problem, jest masa bibliotek, które pozwalają konwertować obrazek do postaci tekstu. Problemem jest nauczenie programu jak rozpoznawać co jest czym. Komputer jest głupi, zaczyta frazę Jan Kowalski, ale nie wie, że Jan to imię i ma trafić w programie do pola imię. Trzeba go tego nauczyć. Na początku chciałem wykorzystać sztuczną inteligencję, ale nie mam w tej dziedzinie dużego doświadczenia (a szkoda), więc zdecydowałem się na bazę wiedzy i porównywanie wzorców. Działa to tak, że program porównuje zaczytaną frazę z bazą wiedzy i szuka słów kluczowych. Im większa baza wiedzy tym większa trafność. Do budowy bazy dostałem ponad 100 tyś. różnych CV. Na początku było słabo, ale po 10 tyś. CV program miał około 98% skuteczności. Poza tym baza jest budowana na bieżąco podczas używania programu. Opisuje to wam abyście pojęli skalę projektu, który był największym jaki do tej pory udało mi się dorwać. Pracowałem nad nim coś koło 5 miesięcy.

Jakoś dwa tygodnie przed końcem projektu dzwoni do mnie pani z firmy HR. Byłem w tym momencie na etapie ostatnich testów i pisania dokumentacji. Okazało się, że na samym finiszu ktoś wpadł na genialny pomysł aby sprawdzić umowę kupna programu, którego używają i okazało się, że nie mają prawa sami modyfikować kodu programu, więc bardzo dziękują mi za współpracę. Zapytałem się więc kiedy mam przyjechać się rozliczyć i zdać kod, który udało mi się napisać. Pani bardzo się zdziwiła bo to chyba oczywiste, że skoro nie użyją tego programu to nic mi nie zapłacą. Nie ze mną takie numery. Kazałem pani spojrzeć na podpisaną przez nich umowę i sprawdzić punkt, który dokładnie opisuje kwestię rozliczenia w przypadku zerwania umowy (punkt w umowie jest zgodny z bodajże 644 artykułem kodeksu cywilnego, mogłoby go tam nie być, ale po pewnej przygodzie z pewnym panem z firmy ubezpieczeniowej, który twierdził, że artykuł 644 nie istnieje wolałem go jednak dopisać). Pani obiecała, że sprawdzi umowę, porozmawia z dyrektorek i odezwie się jutro. Jak można się domyślić pani się nie odezwała. Więc odezwałem się ja telefonicznie, listownie i ostatecznie złożyłem pozew. Wtedy nagle firma się obudziła i próbowali mnie ubłagać bym wycofał pozew a oni mi zapłacą 50%. Haha takiego, projekt był w 99% skończony a ja mam dostać ledwie połowę kasy. Sprawę wygrałem, dostałem 100% wynagrodzenia. Poza tym firma w trakcie procesu zrzekła się praw do programu (zasługa mojego prawnika). Gotowy OCR postanowiłem obudować pozostałymi funkcjami potrzebnymi w aplikacji dla firmy HR i sprzedać. Niedługo kończę pracę i mam już kupca. Konkurencyjną firmę HR z tego samego miasta.

Ps. Z tego co udało mi się dowiedzieć w umowie kupna ich programu był też punkt, który mówił, że dostęp do kodu mają tylko osoby upoważnione. Jak można się domyślić ja nie byłem taką osobą :) Nie wiem czy zostały wyciągnięte jakieś konsekwencję czy sprawa została zamieciona pod dywan.

Jako freelancer robię już dobre 10 lat. Moja umowa rozrosła się w tym czasie z dwóch stron A4 do prawie pięciu. Poza tym wszystko co ustalam z klientem następnie spisuję i daję do podpisu. Nawet gdy klient prosi o przeniesienie jakiegoś elementu o 2 mm w lewo i nie pobieram za to żadnej opłaty. Ludzie są nadzwyczaj kreatywni gdy przychodzi do płacenia. Zarzucą ci kłamstwo, zmieszają z błotem, utną kontakt. Przez te 10 lat 5 razy byłem w sądzie i zawsze wygrywałem, nawet z dużymi firmami. Chociaż wiem, że umowa, którą mam jeszcze będzie ewoluować. Ludzie nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać. Na przykładzie firmy magazynowej, jeszcze nie miałem sytuacji, ze ktoś po tak długim zbieraniu wymagań ostatecznie nie podpisał umowy. I na to muszę się zabezpieczyć aby odzyskać pieniądze za stracony czas.

*Cena może wydawać się duża, ale gdy biorę zlecenie to praktycznie pracuję na dwa etaty plus muszę zapłacić podatki. A 8500 zł brutto za około 50 dni pracy to dość niska stawka dla programisty. Istnieją tańsze programy specjalistyczne mieszczące się w okolicach 300-400 zł, ale albo nie mają opcji na rozbudowę/zmianę (np. poprzedni program w firmie magazynowej), albo każda pierdoła jaka ma się zmienić w programie jest zlecana do jego twórcy a ten kasuje za to niezłą sumkę. Sprzedaż aplikacji a kodu aplikacji to dwa różne światy.

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (178)

#87679

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio coś mam pecha do piekielnych sytuacji. Jestem programistą i pracuję w software housie. Gdy zaczynałem w nim pracę zostałem przydzielony do grupy, która już praktycznie kończyła swój projekt. Gdy tylko się wdrożyłem i poznałem flow pracy w tej firmie, została mi przydzielona własna drużyna i projekt. Niestety jakiś miesiąc temu manager pierwszego projektu złożył wypowiedzenie. Szefostwo firmy stwierdziło, że zamiast szukać kogoś nowego to ja zajmę się dalszym rozwojem tego programu (w końcu jakiś czas nad nim pracowałem). Natomiast na moje miejsce wyznaczono programistę z mojej starej grupy.

Zwykle tworzyliśmy oprogramowanie na zlecenie, jednak projekt jakim miałem się zająć był przeznaczony na sprzedaż i tak się nie fajnie złożyło, że niedawno ktoś go kupił, więc czasu na wdrożenie się miałem dość mało.

Całym etapem sprzedaży zarządzał były manager, jednak szkolenia dla pracowników miałem przeprowadzić ja. Program kupiła dość mała firma, licząca raptem 13 pracowników. Na samym początku przeprowadziłem szkolenie dla dwóch administratorów. Tutaj poszło z górki. Tydzień później, gdy program stał już na serwerze należącym do klienta miałem poprowadzić szkolenie z obsługi programu dla pozostałych pracowników. Niby człowiek sobie myśli, że ma do czynienia z dorosłymi ludźmi, ale serio sprawniej by mi poszło przeszkolenie grupy uczniów z podstawówki niż tych ludzi.

- Umówieni byliśmy na godzinę 10:00, pierwsze osoby na teams zaczęły się pojawiać około 10:20. Zanim wszyscy dotarli zrobiła się prawie 11.
- Pojawienie się wszystkich ni jak nie oznaczało jeszcze początku szkolenia. Najpierw trzeba było sobie porozmawiać, a to ktoś wyskoczył sobie kawkę zrobić, a to Pani musiała dziecko przewinąć. Próbowałem zacząć szkole jakieś 10 razy. Gdy mi się w końcu udało dobijała już 11:30.
- To, że zaczęliśmy spotkanie nie oznacza, ze rozmowy się skończyły. One tylko przeniosły się z czatu głosowego na tekstowy.
- Co jakiś czas jednak ktoś starał się sprawiać wrażenie zaangażowanego w szkolenie i zadawał pytanie. W większości przypadków odpowiedź na to pytanie omawiałem dosłownie przed chwilą, lub było kompletnie bezsensowne. Przez całe szkolenie naliczyłem aż dwa sensowne pytania.
- Gdy wybiła 15:00 (zaplanowany koniec szkolenia) zaczęły się narzekania. Moje tłumaczenie, ze zaczęliśmy z prawie 2 godzinnym poślizgiem było oczywiście olewane.
- Około 16:00 jedna z Pań stwierdziła, że to jakaś kpina i ona nie będzie siedzieć po godzinach i wyszła ze spotkania. A z nią kilka innych osób. Na spotkaniu oprócz mnie pozostały trzy osoby, ale podejrzewam, ze ich od dawna już nie było. Do końca szkolenia nie padło żadne pytanie, czat tekstowych był głuchy a gdy się żegnałem to nie odpowiedział kompletnie nikt.

Dzisiaj dostałem email od prezesa tej firmy (sam nie był na szkoleniu) z listą ponad 30 pytań od swoich pracowników i zażaleniem na jakość szkolenia. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, ze wszystkie zagadnienia związane z tymi pytaniami były omawiane. W odpowiedzi załączyłem plan szkolenia jak i udostępniłem nagranie z niego*.

Jeśli cała ich praca wygląda jak to szkolenie to ja się zastanawiam jakim cudem ta firma jeszcze prosperuje. Na odpowiedź jej prezesa czekam.

*o nagrywanie szkoleń poprosił sam prezes podczas podpisywania umowy, więc nie informowałem pracowników o tym, że są nagrywani. Same nagrania miałem zamiar zgrać na płyty i wysłać pocztą (swoje ważyły), ale postawiony pod murem wrzuciłem je na moją firmową chmurę.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (125)

#87667

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj rano otrzymałem wezwanie do zapłaty z pewnej firmy windykacyjnej. Od razu przeprowadziłem szybki rachunek sumienia i sprawdziłem kalendarz czy aby nie zapomniałem o jakiejś opłacie. No, ale nie wszytko opłacone. Otwieram więc list i czytam.

Okazało się, że firma dochodzi długu z 2010 roku odkupionego od firmy X w maju 2013 roku. Tutaj zaczęło mi coś świtać. W tamtym okresie robiłem remont mieszkania do czego wynająłem firmę X. Jednak z powodów rodzinnych spóźniłem się jakiś czas z zapłatą i zostały naliczone odsetki w wysokości 5 złotych 43 grosze, które po zapłaceniu i wyjaśnieniu sprawy zostały umorzone. Oczywiście mam wszystko na papierze. Ale nie to w tym wezwaniu było dziwne. Prawdę mówiąc trochę mi się słabo zrobiło gdy zobaczyłem kwotę do zapłaty.

Kapitał: 0 zł
Odsetki umowne: 0 zł
Odsetki umowne za opóźnienie: 5,43 zł
Koszty windykacyjne: 1480 zł
Koszty sądowe: 560 zł
Koszty egzekucyjne: 1020 zł
Pozostałe opłaty: 63,11 zł

Pozostało do spłaty: 3252,77 zł

Co nieco na windykacji się znam, pracowałem w tej branży jakiś czas jako programista i na pierwszy rzut oka już trzy rzeczy nie zgadzają mi się w tym zestawieniu. Po pierwsze saldo pozostałe do spłaty jest wyższe od składowych zadłużenia o 124,23 zł.

Po drugie nawet jeśli firma X błędnie przekazała mój "dług" do firmy windykacyjnej to nie pasuje mi, że umorzona wtedy kwota znajduje się na rejestrze odsetek umownych za opóźnienie, a nie na kapitale. Zwykle gdy spłacany jest kredyt, raty, czy cokolwiek innego to wpłaty alokowane są w pierwszej kolejności na koszty i odsetki, a dopiero potem na kapitał. Czyli jak mam dług w wysokości 1005 zł, gdzie 1000 zł to kapitał, a 5 zł to odsetki i wpłacam 1000 zł, to ostatecznie zostanie mi do spłaty 5 zł kapitału. Nigdy nie spotkałem się z innym podejściem.

No i po trzecie skąd się wzięły tak horrendalnie wysokie koszty. Koszty windykacyjne to najczęściej opłaty za wysłane listy, wizyty windykacji terenowej, itp. Do mnie przez te ponad 10 lat wysłano tylko jeden list (zmieniałem miejsce zamieszkania, ale stare mieszkanie jest wynajmowane i lokatorzy przekazują mi wszystkie listy adresowane do mnie). Koszty sądowe jak sama nazwa wskazuje są naliczane przy wysyłce sprawy do sądu. Jak możecie się domyślić wezwania na sprawę ani żadnej decyzji nie dostałem. A jakaś decyzja musiała zapaść. Na sprawie są też koszty egzekucyjne, czyli sprawa poszła do komornika po otrzymaniu nakazu zapłaty i klauzuli wykonywalności. I znowu ani wizyty komornika, ani nawet kontaktu z nim się nie doczekałem. No i pozostałe koszty czyli taki rejestr śmietnik, do którego trafiają wszystkie inne koszty, które nie pasują nigdzie indziej.

Chwyciłem wszystkie papiery i telefon, odczekałem 15 minut słuchając usypiającej melodyjki i w końcu udało się.

[Pani z Windykacji]: Witam, tutaj firma Windykacja w czym mogę pomóc.
[Ja]: Witam, dzwonię w takiej sprawię. Otrzymałem dzisiaj od Państwa wezwanie do zapłaty...
[PW]: Oczywiście, aby sprawdzić sprawę w systemie muszę przeprowadzić weryfikację.

Weryfikacja...

[PW]: Dobrze wszystko się zgadza. Z tego co widzę ma pan dług na rzecz firmy X na kwotę 3252,77 zł. Rozumiem, że chce Pan dokonać spłaty zadłużenia?
[J]: Niekonieczni...
[PW]: Wie Pan, że nie spłacanie długu może prowadzić do skierowania sprawy do sądu?
[J]: (Już trochę zirytowany) Wiem i jakby Pani nie zauważyła sprawa podobno była już w sądzie i podobno mam też komorni...
[PW]: No to w czym problem? Proszę zapłacić i po problemie. Jeśli nie stać Pana na jednorazową spłatę to mogę zaproponować ugodę z rozłożeniem spłaty zadłużenia na dogodne raty. W przeciwnym wypadku proszę powiedzieć kiedy może Pan wpłacić, zapiszę deklarację.
[J]: Po pierwsze proszę mi nie przerywać. Od początku naszej rozmowy nie udało mi się dokończyć ani jednego zdania. Po drugie nie mam zamiaru nic płacić, bo...
[PW]: Proszę mnie posłuchać! Jeśli nie zapłaci Pan to zostaną wyciągnięte odpowiednie konsekwencje.
[J]: (Tu już się wkur... zdenerwowałem) O nie to teraz Pani mnie posłucha i odpowie na moje pytania. Po pierwsze dlaczego kwota zadłużenia w piśmie jest różna od sumy składowych?
[PW]: Nie ma możliwości aby...
[J]: Proszę spojrzeć na pismo, jakie państwo do mnie wysłali i policzyć sobie wszystkie kwoty jakie tam występują. Na bank ma Pani dostęp do wysłanych pism.
[PW]: Proszę poczekać...

Minutka z kalkulatorem...

[PW]: No rzeczywiście jest tu błąd, ale należność i tak wynosi 3252,77 zł. Więc kiedy może Pan wpłaci...
[J]: Już mówiłem, że nie będę nic płacił, ale to nie koniec moich pytań. Kiedy sprawa została wysłana do sądu i dlaczego ja nic o tym nie wiem?
[PW]: Niestety nie mam takich informacji mogę wysłać zapytanie do osób zajmujących się obsługą prawną spraw.
[J]: W takim razie proszę również zapytać o egzekucję ponieważ ani komornika ani żadnego pisma od niego nie widziałem na oczy.
[PW]: Zgłoszenie wysłane, odpowiedź w ciągu 5 dni roboczych. Jeśli nie będzie kontaktu z naszej strony proszę o kontakt telefoniczny po upłynięciu terminu 5 dni roboczych. A teraz czy mogę się w końcu dowiedzieć na kiedy mam zanotować deklarację spłaty zadłużenia?
[J]: Czy Pani mnie w ogóle słucha? Poza tym to nie koniec moich pytań. Proszę mi powiedzieć co zrobimy z fantem, że posiadam dokument potwierdzający umorzenie 5,43 zł przez firmę X wydany przed sprzedażą mojego wyimaginowanego długu do Państwa firmy?
[PW]: Takie pytanie powinien Pan kierować do poprzedniego wierzyciela...
[J]: Sprawdziłem i okazuje się, że ta firma nie istnieje. W grudniu 2013, czyli kilka miesięcy od sprzedaży "długu" do Państwa firmy ogłosili upadłość.
[PW]: To ja przełączę do działu reklamacji.
[J]: Poproszę.

Na ten moment tyle, bo po prawie godzinnym oczekiwaniu i słuchaniu melodyjki z windy nie wytrzymałem i się poddałem. Będę próbował się dodzwonić ponownie, a jak mi się nie uda wyślę list z prośbą o wyjaśnienia. Jak to nic nie da, pozostanie mi tylko sąd.

Jednak czuję tutaj ostry szwindel. Nie ma opcji by przez tyle lat nie doszła do mnie najmniejsza informacja o postępowaniu sądowym czy egzekucji. Na moje albo mają burdel, albo błąd w systemie, albo chcą mnie wydym... No tego.

windykacja

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (148)

#87591

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #87589 przypomniała mi rozmowę z moją mamą sprzed kilku tygodni. Prowadzi ona sklep spod szyldu zielonego płaza, który znajduje się na osiedlu domków jednorodzinnych.

Jeśli chodzi o klientelę to przeważają osoby starsze, ale i młodych jest dość sporo. Jak to się ma do godzin dla seniorów? Ano tak, że ilość klientów w tym czasie spada praktycznie do zera. Rekordem były cztery dni pod rząd gdzie w godzinach od 10:00 do 12:00 mama nie miała ani jednego klienta. Średnio jest to około 4-6 osób, gdzie normalnie w dwie godziny obsługiwanych jest coś około 50-60 klientów. A co się dzieje chwile po 12? Do sklepu ściąga tłum ludzi i pod drzwiami tworzy się zbiorowisko oczekujących. I bardzo często jest tak, że grupka ta składa się z większej liczby osób starszych niż młodych.

Mama postanowiła wypytać starszych, stałych klientów dlaczego nie przychodzą na zakupy w czasie tych dwóch godzin. Na około 20 spytanych osób, tylko jedna kobieta podała sensowny powód, wizyty u fizjoterapeuty. Cała reszta stwierdziła, że mają to gdzieś i będą przychodzić jak im się podoba. Najlepszy jednak był dziadek, który stwierdził, że ma w czterech literach te godziny, a dosłownie po chwili opierdzielił jakąś dziewczynę, że ma nos odsłonięty i chce go zabić (nie, sam maski nie miał).

Sam pomysł nie jest zły. Jedynym problemem jest starsze społeczeństwo, które nie chce się dostosować i rząd który nie chce cofnąć decyzji, która ni w ząb nie działa. Tak po prawdzie, w tym momencie, kolejki tworzące się po zakończeniu godzin dla seniorów są o wiele bardziej niebezpieczne niż gdyby tych godzin w ogóle nie było.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (179)