Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Satsu

Zamieszcza historie od: 11 września 2013 - 19:54
Ostatnio: 2 sierpnia 2021 - 20:18
  • Historii na głównej: 83 z 89
  • Punktów za historie: 26729
  • Komentarzy: 243
  • Punktów za komentarze: 2116
 

#88346

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem projektu w pewnej firmie programistycznej. Jako że mój team pracuje nad aplikacją przeznaczoną na sprzedaż, to oprócz organizacją pracy i programowaniem, zajmuję się również pomocą przy sprzedaży (odpowiadam na pytania techniczne) i prowadzę szkolenia z obsługi programu. No i dzisiaj wpłynęła pierwsza skarga na mnie, według której jestem gburem, nie potrafię uruchomić własnego programu, nie dokończyłem szkolenia, a część która się odbyła była poprowadzona w sposób tragiczny. Ale może po kolei.

Tak jak mówiłem mój team pracuje nad programem, który może zostać wykorzystany w pewnej bardzo popularnej branży. Ze względu na specyfikę pracy jest to program sieciowy, który stoi sobie w serwerowni kontrahenta, a dostęp do niego odbywa się poprzez przeglądarkę internetową. Dodatkowo, mimo że strona działa bardzo dobrze na urządzeniach mobilnych, oferujemy, za dodatkową opłatą, aplikację mobilną, dzięki której obsługa programu jest jeszcze wygodniejsza.

Jakiś czas temu zgłosiła się do nas pani z małej, trzyosobowej firmy X z chęcią zakupu naszego programu. Nie zajmuję się jako tako etapem sprzedaży, ale jako że czasami muszę odpowiedzieć na jakieś pytanie, to jestem dołączony do korespondencji, w której udokumentowany jest cały proces sprzedaży. Stąd wiem, że pani wykupiła nasz program, pakiet oferujący montaż małej serwerowni i postawienie całego oprogramowania. Nie wykupiła jednak aplikacji mobilnej oraz obsługi technicznej serwerowni. Czyli jeśli wystąpi jakaś awaria i nie będzie ona związana stricte z aplikacją, a będzie dotyczyć serwera, to niestety pani będzie zobligowana do zapłaty za naszą interwencję.

Etap sprzedaży dobiegł końca, aplikacja stała już na serwerze kontrahenta, więc po naszej stronie pozostało jedynie przeprowadzenie szkolenia. Samo dogadanie terminu było już nieco piekielne, gdyż był on przesuwany cztery razy, ale w końcu się udało. Zalogowałem się do systemu i zacząłem szkolenie. Już po pięciu minutach zostałem zalany pytaniami. Część z nich należała do kategorii idiotycznych, np. "Co się stanie gdy na ten przycisk kliknę prawym przyciskiem myszy? Otworzy się menu przeglądarki. A na ten drugi? Również otworzy się menu przeglądarki. Aha... A jak na tamten? ...". Pozostałe pytania były sensowne, ale odpowiedź na nie miały się pojawić w dalszej części szkolenia. Poprosiłem więc o wstrzymanie się z pytaniami i wytłumaczyłem, że szkolenie jest zaplanowane tak, by po każdym module był czas na zadawanie pytań. Dało to jednak jedno wielkie zero i raz po raz ktoś wyskakiwał z pytaniem, na które za każdym razem odpowiedź brzmiała "Będę o tym mówił dosłownie za chwilę.".

Szkolenie szło ciężko, ale szło. Jednak jakoś w połowie szefowa firmy zadecydowała, że czas skończyć szkolenie, gdyż mają spotkanie z innym kontrahentem. Nie powiem zdziwiłem się, gdyż informowałem, że szkolenie potrwa minimum 4 godziny i nie otrzymałem prośby o rozbicie go na kilka dni. Zapytałem więc kiedy możemy kontynuować kurs obsługi programu. W odpowiedzi dowiedziałem się, że nie musimy kontynuować, resztę doczytają z dołączonej dokumentacji i od jutra startują z obsługą. Co z tego, że jeszcze nie dotarłem do dwóch najtrudniejszych tematów, ale jak chce tak ma. Odnotowałem ten fakt w w/w korespondencji i zapomniałem o sprawie.

Minęło kilka tygodni od szkolenia kiedy odebrałem telefon od szefowej firmy X z informacją, że system nie działa a oni muszą na już obsłużyć klienta. Wysłałem więc do techników zgłoszenie z priorytetem "Ludzie tutaj umierają" a zwrotnie otrzymałem pytanie czy umierają natychmiastowo czy może jednak powoli... To znaczy technicy przyjęli zgłoszenie i spróbowali się połączyć z serwerem kontrahenta zdalnie. Nie udało im się to jednak, więc jeden z nich załadował się do samochodu i pojechał sprawdzić co tam się dzieje. Okazało się, że geniusze w ramach oszczędności wyłączali na noc serwer, zapomnieli go rano włączyć i nie skojarzyli faktów. Pomijając głupotę tej sytuacji samo wyłącznie serwera na noc było piekielne, gdyż serwer jest ustawiony tak aby w nocy uruchamiać tak zwany EOD (end of day, przetwarzanie danych wykonywane w nocy aby nie obciążać serwera podczas normalnej pracy). I powiedziałbym o tym na szkoleniu, gdyby dano mi dokończyć plus było to opisane w dokumentacji, którą podobno mieli przeczytać.

Wyszło na to, że przez ponad tydzień pracowali na nieprzetworzonych danych, ich szczęście, że system jest w stanie sobie poradzić z takimi sytuacjami wstecz. Natomiast pani była szczerze zdziwiona, że była zmuszona zapłacić za naszą interwencję (koszty dojazdu plus jakieś grosze za wpięcie kabla).

Ogólnie system został napisany tak aby był jak najbardziej idiotoodporny, ale niestety nie wszystko jesteśmy w stanie przeskoczyć. Np. sytuację, w której trzeba podać datę odebrania pewnego pisma, tak aby system mógł zacząć liczyć odsetki od tej daty. Nie ma opcji aby system sam wiedział kiedy przyszło pismo, więc musi uwierzyć użytkownikowi na słowo. Jedyne zabezpieczenie jakie mogliśmy tutaj założyć to blokada wpisywania dat z przyszłości. Jakiś tydzień po zakończeniu szkolenia dostałem zgłoszenie, że system źle liczy odsetki. Zleciłem sprawdzenie tego jednemu z chłopaków i wyszło, że system liczy odsetki prawidłowo. Już się domyślałem o co chodzi, ale musiałem się upewnić. I miałem rację, okazało się, że przy wprowadzaniu tej akcji pracownicy nie wprowadzali daty otrzymania pisma, tylko zawsze wprowadzali datę dzisiejszą. Oczywiście na szkoleniu wspominałem jak działa ta akcja i był też wpis w dokumentacji. I znowu jako, że nie był to problem z systemem a po prostu błąd użytkownika musieli zapłacić za odpowiednie korekty, gdyż nie chcieli ich robić sami (co według mnie jest głupotą, bo korekta ogranicza się do wejścia na dany rejestr i zmianę daty na akcji co zajmuje trzy kliknięcia, natomiast abyśmy mogli zrobić korekty musieli nam w Excelu podesłać listę z ID rejestru i prawidłową datą).

Przez kolejne tygodnie byłem pewien, że nadal nie przeczytali dokumentacji, gdyż raz po raz pojawiały się pytania o sprawy, których nie zdążyłem wyłożyć na szkoleniu. Aż w końcu dość dosadnie poprosiłem o zapoznanie się z dokumentacją, gdyż w niej są odpowiedzi na ich wszystkie pytania. I tak sprowadziłem na siebie kolejną piekielność, gdyż w dokumentacji była wzmianka o aplikacji mobilnej, której przypominam nie wykupili.

Szefowa firmy zadzwoniła do mnie wczoraj i rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

[Szefowa]: Witam, czytam waszą dokumentację i tutaj jest mowa o aplikacji mobilnej. Proszę mi powiedzieć jak używać tą aplikację, gdyż za dużo tutaj o niej nie pisze.
[Ja]: Aplikacja mobilna ma osobną dokumentację, ale...
[S]: To proszę o przesłanie jej i zainstalowanie nam tych aplikacji.
[J]: Nie mogę tego zrobić, gdyż nie zapł...
[S]: Co pan nie umie zainstalować własnej aplikacji?
[J]: To nie o to chodzi, że nie umiem tylko...
[S]: Wie pan co to jest jakaś kpina! Nie dość, że z tą waszą aplikacją są co chwile jakieś problemy, musimy płacić za każdą pierdołę, to jeszcze okazuje się, że nie dostaliśmy pełni systemu tylko jego część! Co pan myśli, że nie dowiedziałabym się o tym? Ja tak tego nie zostawię, niech pan się spodziewa kłopotów. Dużych kłopotów!

I w tym momencie rzuciła słuchawką. A jak tak się zastanawiam co ja robię ze swoim życiem. Po to właśnie zostałem programistą aby w pracy nie mieć żadnego kontaktu z klientami a w tym momencie ten kontakt to jakieś 30% wykonywanej przeze mnie pracy. Jak to życie potrafi spłatać figla.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (170)

#88297

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem programistą i mam całkiem dobrą pracę. Ale, że jest dobrze nie oznacza, że nie może być jeszcze lepiej. Dlatego właśnie cały czas przeglądam oferty, wysyłam CV i biorę udział w rekrutacjach. Jak do tej pory nie udało mi się jeszcze trafić na lepszą ofertę niż moja aktualna praca, ale mam zamiar nadal szukać.

Dzisiaj zadzwoniła do mnie rekruterka z pewnej firmy, do której wysłałem CV jakoś pół roku temu.

[Rekruterka]: Witam, dzwonię z firmy X. Pół roku temu wysłał pan do nas swoje CV. Chciałam się dowiedzieć czy nadal jest pan zainteresowany.
[Ja]: Bardzo chętnie odpowiem na to pytanie, ale czy mogłaby mi pani najpierw przybliżyć czym miałbym się zajmować i co mi państwo proponują?
[R]: Ależ proszę pana, wysyła pan CV i nawet nie wie czym zajmuje się nasza firma?
[J]: Niech pani wybaczy, ale miesięcznie wysyłam około 5 CV do różnych firm, a do państwa aplikowałem ponad pół roku temu. Nie jestem w stanie tego spamiętać.
[R]: Ehhh... Wymagamy od pana znajomości języków HTML, CSS i JavaScript. Będzie się pan zajmował tworzeniem interfejsów dla sklepów internetowych.
[J]: Z tego co rozumiem miałbym się zajmować frontendem. Problem jest taki, ze ja jestem bardziej programistą backendowym.
[R]: Z pana CV wynika, że zna pan wszystkie potrzebne technologie.
[J]: Skoro pani tak mówi. Ale tak jeszcze z ciekawości, ile jesteście mi w stanie państwo zaproponować?
[R]: Maksymalnie mogę zaproponować 3500 zł brutto na miesiąc.
[J]: Czy pani sobie ze mnie żartuje? Znalazłem właśnie na mailu ofertę waszej firmy na stanowisko na jakie aplikowałem. Senior full stack developer, widełki 11000 zł do 14000 zł. A pani mi proponuje posadę juniora?
[R]: Przecież sam pan powiedział, że jest pan programistą backendowym. Rozumiem, że nie jest pan zainteresowany?
[J]: Nie, nie jestem. Do usłyszenia.

Druga historia dotyczy oferty pracy na stanowisku kierownik projektu. W wymaganiach komunikatywny język angielski. Po kilku godzinach od wysłania CV zadzwoniła do mnie pani rekruterka. Po upewnieniu się, że mam teraz wystarczająco dużo czasu pani zaczęła rozmowę. I ta sama w sobie piekielna nie była, aż nie doszliśmy do sprawdzenia mojej znajomości języka angielskiego. Pani zadawała bardzo proste pytania a ja sobie odpowiadałem. Ale coś mi nie pasowało. Po pierwsze akcent pani rekruterki był tragiczny. Po drugie rozmowa wyglądała następująco: pytanie, odpowiedź, kolejne pytanie, odpowiedź... Zero nawiązani do moich wypowiedzi, brak dopytywania o szczegóły, nic.

Postanowiłem panią sprawdzić. W połowie odpowiedzi na kolejne pytanie wtrąciłem "A czy pani w ogóle rozumie o czym ja mówię?". Jak możecie się domyślić pani nie zareagowała, więc już do końca rozmowy zamiast odpowiadać na pytania opowiadałem fabułę pewnego odcinka z serialu Chłopaki z baraków. Na sam koniec pani stwierdziła, że mój angielski jest idealny, i że za jakiś czas ktoś się ze mną skontaktuje aby umówić spotkanie z osobą techniczną. Ps. Oferty nie przyjąłem gdyż okazało się, że nie ma opcji abym mógł pracować zdalnie (nie mają infrastruktury wymaganej do pracy zdalnej, a dla jednej osoby nie opłaca im się jej tworzyć).

Ogólnie nie cierpię tych wszystkich "nowoczesnych" technik rekrutacyjnych. Gdy tylko ktoś każe mi szacować ile piłeczek pingpongowych zmieści się do boeinga to zwykle każę mu się puknąć w czoło i proszę o poważne traktowanie. Tym razem jednak technika rekrutacyjna mnie zagięła. To był już trzeci etap rekrutacji na stanowisko kierownika projektu w małej firmie. Rozmowa z prezesem szła w miarę gładko ale do czasu.

[Prezes]: Proszę mnie przekonać, że zabijanie Żydów jest złe.
[Ja]: Słucham...!
[P]: Proszę mnie przekonać, że zabijanie Żydów jest złe...
[J]: Ale... Dlaczego?
[P]: Jak to dlaczego? Będąc kierownikiem projektu będzie pan musiał rozwiązywać różnego rodzaju konflikty i motywować swoje wybory. Proszę sobie wyobrazić, że jestem Hitlerem i przekonać mnie, że postępuję źle. Ja bym nie miał problemu, aby pana przekonać.

No i mnie facet przekonał... Do wyjścia stamtąd jak najszybciej.

I ostatnia historia może nie aż tak piekielna, ale według mnie nawet zabawna. Czyli rekrutacja a'la speed dating. Byłem umówiony na rozmowę rekrutacyjną w pewnej kawiarni. Kilkanaście minut przed ustaloną godziną byłem już na miejscu. Zamówiłem sobie kawę i czekałem. Kilka minut później do kawiarni wpadła pani rekruterka, na szybko się przedstawiła, podała mi jakąś broszurę informacyjną, nakazała się zapoznać z nią i poinformowała, że za kilka minut do mnie podejdzie. W broszurze nie było nic ciekawego, ot informacje o firmie, w której miałem pracować. Nic ponad to co znalazłem w internecie na temat tej firmy. Bardziej mnie interesowało zachowanie pani rekruterki, która to podchodziła po kolei do kolejnych osób, wręczała im broszurę i dawaj do kolejnej osoby. Naliczyłem, że oprócz mnie pani obskoczyła jeszcze kolejne 6 osób. Gdy podeszła do mnie ponownie wywiązał się taki dialog:

[Rekruterka]: Rozumiem, ze zapoznał się pan z broszurą. Ma pan jakieś pytania dotyczące firmy?
[Ja]: Co do firmy nie mam pytań bo już przed rozmową zapoznałem się z jej profilem. Ale mam inne pytanie.
[R]: Słucham.
[J]: Czy pani oprócz mnie rekrutuje jeszcze 6 innych osób?
[R]: A przeszkadza to panu?
[J]: Nie, ale chciałem się dowiedzieć czy to jakaś nowa technika? Pierwszy raz biorę udział w takiej rekrutacji.
[R]: Pracuję w takim trybie od około roku. Bardzo przyśpiesza to prowadzenie rozmów.
[J]: Rozumiem. A tak jeszcze z ciekawości czy te wszystkie osoby aplikują na to samo stanowisko co ja?
[R]: Nie, ale to nie problem gdyż pierwszy etap rekrutacji jest taki sam na wszystkich stanowiskach.

Być może dla tej pani taki tryb pracy jest ok i może rzeczywiście idzie to szybciej. Jednak dla mnie jako dla osoby szukającej pracy taki sposób jedynie wydłuża czas rozmowy. Bo zamiast sprawnie odpowiedzieć na te kilkanaście pytań i zadać kilka swoich, to za każdym razem musze czekać aż pani obskoczy pozostałe 6 osób.

I to wszystkie piekielne historie jakie mi się zebrały przez te 3 lata wysyłania CV.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (184)

#88292

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu skończyłem budowę domu. Lokalizacja całkiem dobra, Gdańsk, 15 minut spacerkiem do morza, jakieś 5 przystanków autobusowych do centrum Sopotu, niedaleko dwie galerie handlowe. I stało się to czego się jak najbardziej spodziewałem. Zadzwoniła do mnie moja ciocia z pytaniem czy nie dałbym rady przygarnąć na tydzień swoich kuzynek.

Sam za dzieciaka jeździłem do tej cioci na wakacje (jezioro w pobliżu), więc nie widziałem przeszkód aby dziewczyny przyjąć. Jakoś się pomieścimy.

Więc kilkanaście dni temu w moim domu pojawiły się bliźniaczki. Dziewczyny mają 17 lat więc opieki nie wymagają, ale jakieś zasady trzeba było ustalić. Sam pamiętam jak to jest mieć te naście lat, więc nie były one jakoś mocno rygorystyczne.

- telefon zawsze przy dupie i chociaż raz na jakiś czas krótki sms z informacją gdzie są
- powrót do domu maksymalnie o 24.00
- o jedno, czy dwa piwa się nie czepiam, ale powrót do domu w stanie jednoznacznie wskazującym zabroniony
- dziewczyny palą... przepraszam wapują liquidy zerówki (ehe, a jedzie mi tu czołg?), mi to kompletnie nie przeszkadza bo sam palę, ale mojej żonie już niestety przeszkadza, stąd zakaz wapowania w domu
- obiad o godzinie 16.00, jeśli nie zdążą to odgrzewają sobie same, śniadania i kolacje we własnym zakresie, z lodówki mogą brać wszystko co tylko chcą, nie licząc najniższej półki (tam szły rzeczy potrzebne do obiadu, itp.), jeśli czegoś potrzebują wystarczy zostawić listę koło lodówki, albo iść ze mną na zakupy

Dzień pierwszy, na razie spokojnie. Dziewczyny się jako tako rozpakowały i od razu ruszyły w miasto. Wróciły około 23.00 ale przez cały dzień nie dostałem od nich ani jednej informacji gdzie są. Przypomniałem im o tym, przeprosiły, nie ma sprawy.

Dzień drugi. Wstaję około 8.00 i widzę sms od dziewczyn informujący, że poszły na plażę i wrócą koło 11.00 bo potem ma padać. Schodzę do kuchni a tam syf jakby dziewczyny przygotowywały wałówkę dla całej armii. Nie sprzątnąłem, zrobiłem sobie kawę i poszedłem pracować. Gdy kuzynki wróciły dostały opieprz, wygnałem je do sprzątania i sam wróciłem do roboty. Koło 15.00 skończyłem pracę i zszedłem do dużego pokoju, który był tak zadymiony parą z e papierosa, że nic nie było widać. Żona miała wrócić za 30 minut, więc znowu opierdziel i szybkie wietrzenie. Wyjaśnienie dziewczyn? Przecież twojej żony nie ma a tak się wywietrzyło i po sprawie.

Dwa kolejne dni były całkiem spokojne. Tylko raz dziewczyny przerwały mi konferencję puszczając nagle jakąś piosenkę na cały regulator, ale tego nie podciągam pod piekielność.

I dochodzimy do dnia piątego. Dziewczyny wybyły z domu około 10.00 informując że dzisiaj będą o 24.00 bo poznały fajną ekipę na plaży i dostały zaproszenie na imprezę. Zapytałem gdzie ma się rzeczona impreza odbywać i puściłem je w świat. Cały dzień minął, wybiła 24.00, dziewczyn nie ma a ich telefony są głuche. Zadzwoniłem do cioci, przekazałem jak wygląda sytuacja i poinformowałem, że czekam maksymalnie do 2.00, a jak nie wrócą do tego czasu to po nie jadę.

Jak możecie się domyślić dziewczyny nie wróciły, więc zamówiłem taksówkę. Na miejscu okazało się, że impreza jest całkiem gruba, więc poszukiwanie kuzynek trochę mi zajęło. Znalazłem je w toalecie. Jedna oddawała właśnie swoją dzisiejsza kolację, a druga trzymała ją za włosy. Nie zauważyły mnie, więc stanąłem sobie w okolicach toalety, porozmawiałem sobie trochę z młodzieżą i zostałem poczęstowany piwem. Gdy w końcu wyszły z kibelka i mnie zauważyły to zamarły.

Jak możecie się domyślić obie były dość mocno pijane. Obie zgubiły gdzieś telefony i jedna portfel. Zapakowałem je do taksówki, taksiarz dał każdej po torebce foliowej, żeby mu nie zarzygały samochodu i ruszyliśmy do domu (każdy kto czyta moje historie wie, że wymioty to mój słaby punkt, więc nie była to dla mnie przyjemna podróż i sam potrzebowałem torebki).

Dziewczyny jeszcze przez jakiś czas okupowały toaletę i około 4.00 zasnęły. Kolejnego dnia wstały w okolicach 14.00, ale i tak przez cały dzień chorowały. A następnego dnia odwiozłem je na dworzec i wróciły do domu.

Gdy zrelacjonowałem cioci zachowanie jej córek ta nie mogła przestać mnie przepraszać i obiecała, że reszta wakacji dla kuzynek nie będzie już taka przyjemna.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (179)

#88279

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdaję sobie sprawę, że większość z was nie uwierzy w dzisiejszą historię, gdyż sam zaśmiewałem się z tego żartu będąc jeszcze gówniakiem, ale tym razem wydarzyło się to na prawdę.

Siedziałem sobie wczoraj w domu pijąc kawę i czytając książkę. Inne rozrywki były niestety niedostępne z powodu braku prądu. Ekipa stawiająca miesiąc temu płot uszkodziła w jakiś sposób przyłącze prądu. Ich fuszerka nie wyszła na jaw od razu (i mieli szczęście bo na miejscu urządził bym im jesień z dupy średniowiecza) a dała o sobie znać dopiero gdy trochę mocniej popadało. Nie będę dalej drążył, gdyż to temat na kolejną historię, którą na bank napiszę gdy tylko sprawa się zakończy. Najważniejszy jest fakt, że nie miałem prądu a za oknem pracowała ekipa naprawiająca przyłącze.

Pomiędzy kolejną stroną książki a następnym łykiem kawy usłyszałem pukanie do drzwi, za którymi stał elegancki facet w garniturze trzymający w rękach słoik z mąką i dzbanek z wodą.

[Akwizytor]: Witam nazywam się Jan Jakotaki i chciałem panu zaprezentować najnowszy produkt naszej firmy.

Już wtedy podejrzewałem o co chodzi, ale facet nie dał mi nawet sekundy na ostrzeżenie. Błyskawicznie pochylił się i rozsypał mąkę po całej wycieraczce (wycieraczka materiałowa).

[A]: Jak pan myśli czy pana odkurzacz dałby radę to posprzątać?
[Ja]: No myślę, że GDYBYM MÓGŁ GO W TEJ CHWILI WŁĄCZYĆ to jak najbardziej dałby radę. Ale nie mogę bo...
[A]: To jest oczywiste. A co jeśli by teraz padało?

I zaczął polewać tę mąkę wodą z dzbanka.

[A]: A jak pan myśli czy teraz pana odkurzacz dałby radę?
[J]: Mam dość dobry odkurzacz, więc myślę że jak najbardziej. Ale muszę panu powiedzieć, że...
[A]: Czyli musi mieć pan całkiem dobry sprzęt, ale jestem w stanie udowodnić, że gdy tylko jeden raz zobaczy pan jak świetnie radzi sobie z brudem nasz Czyścionator 3000, to nie będzie pan chciał używać innego odkurzacza.

Tym razem z tylnej kieszeni wyciągnął tubkę mleka skondensowanego i dawaj mazia tym po całej wycieraczce.

[J]: Wie pan co ja w tej chwili nie mam p...
[A]: Pieniądze to nie problem, gdyż nasza firma pozwala na zakup produktów na niskooprocentowane raty. Na wszystkie pana pytania odpowiem zaraz po zakończeniu prezentacji, bo tak to jeszcze nie wszystko!

I zaczyna deptać po tej wycieraczce wcierając ten cały syf w materiał.

[A]: Jestem pewien, że w tym momencie żaden odkurzacz dostępny na rynku nie poradziłby sobie z takim brudem.

W tym momencie już zrezygnowałem. W tekście ciężko to oddać, ale facet gadał non stop z prędkością bolidu formuły 1 i za cholerę nie dał mi dojść do słowa.

[J]: Nie, nie poradziłby sobie...
[A]: W takim razie, jeśli tylko mógłbym się podłączyć do gniazdka, pokaże panu moc naszego rewolucyjnego urządzenia!

Wskazałem mu gniazdko, facet podłączył swoje rewolucyjne urządzenie i... Dupa.

[A]: A proszę chwilkę poczekać, ten model jest dość mocno eksploatowany. Dziennie przeprowadzam około setki prezentacji i w 99% przypadków ludzie decydują się na zakup. Trzeba przełączyć tylko tutaj i za chwilkę wszystko zadziała...
[J]: Nic panu nie zadziała...
[A]: Ale dlaczego pan tak mówi, przecież nasz wspaniały odkurzacz...
[J]: Nie zadziała bo nie mam aktualnie prądu.

W tym momencie kolesia zmroziło.

[A]: Dlaczego mi pan nie powiedział!
[J]: Próbowałem tylko nie dał mi pan kompletnie dojść do słowa.
[A]: To co ja mam teraz zrobić!? Poza tym ci pracownicy mają prąd!
[J]: Mają, za pozwoleniem sąsiada.
[A]: A to czy ja... Czy mógłbym też skorzystać z prądu sąsiada?
[J]: Proszę iść i wytłumaczyć sytuację. Myślę, ze sąsiad nie będzie miał nic przeciwko.

Facet podreptał w stronę domu sąsiada i po kilku minutach wrócił z przedłużaczem. Muszę przyznać, że Czyścionator bardzo sprawnie poradził sobie z tym syfem, ale na zakup się nie zdecydowałem. Po pierwsze nie jestem fanem generowania syfu niemożliwego do posprzątania zwykłą zmiotką i szmatą, nie mam też w domu armii bombelków zdolnych do wygenerowania takiego syfu, no i cena (ponad 9 tyś) też nie zachęcała do zakupu. Ale muszę przyznać, że pan akwizytor dość skutecznie urozmaicił mi dzień :D

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (179)

#88225

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeśli ktoś czytał moje poprzednie historie to wie, że jestem antytalentem jeśli chodzi o prowadzenie jakichkolwiek pojazdów zmotoryzowanych. Zamiast tego korzystam z innych form transportu w tym z uprzejmości członków rodziny, którzy posiadają prawo jazdy.

Nie oznacza to jednak, że nie znam zasad ruchu drogowego. Przyswoiłem je podczas moich nieudanych prób zdobycia prawka i dodatkowo staram się być na bieżąco, gdyż często jeżdżę rowerem i nie mam zamiaru być uważany za pedalarza. Dlatego zastanawiają mnie dwa zachowania kierowców, które udało mi się zaobserwować kilkukrotnie będąc pasażerem i wydają mi się one idiotyczne.

Zachowanie pierwsze: blokowanie

Jadę z kuzynem drogą dwupasmową z pierwszeństwem przejazdu na prawym pasie a z podporządkowanej wyjeżdża nagle jakiś koleś. Kuzyn wyhamował, zatrąbił i puścił faceta. Ten wyjechał z podporządkowanej i zwolnił. Kuzyn próbował go wyprzedzić lewym pasem, ale ten nas zablokował. I tak się bawiliśmy jadąc 30 km/h przez jakiś kilometr aż kuzyn wkurzył się i zjechał w boczną uliczkę. Nagranie poszło na policję i czekamy na wynik.

Druga sytuacja. Jadę z ciocią autostradą prawym pasem z prędkością około 110 km/h. W pewnym momencie lewym pasem wymija nas jakieś auto, zjeżdża na prawy pas i powoli zwalnia do około 70 km/h. I zaczyna się to samo co w poprzednim przykładzie. Gdzie w poprzednim przypadku facet mógł się w jakiś sposób poczuć urażony tym, że ktoś uświadomił mu jego nieumiejętność jazdy poprzez użycie klaksonu, tak w tym przypadku nie mam pojęcia o co chodziło. Ciocia niestety kamerki nie posiada.

Zachowanie drugie: wychodzenie z auta, żeby sobie krzyknąć

Tutaj mam tylko jeden przykład z życia, ale widziałem na różnych filmach na YT, że to się zdarza dość często. Wjeżdżamy z ojcem na rondo z zamiarem zjechania na trzecim zjeździe. Nie dane było nam jednak dojechać tak daleko, gdyż z drugiego zjazdu wyjechał nam jakiś debil. Ojciec dał radę wyhamować i stanęliśmy sobie prawie prostopadle tak, że zablokowaliśmy całe rondo. Co robi facet, który nam wyjechał? Wychodzi z samochodu, podchodzi do nas, puka dwa razy w szybę, krzyczy "I jak jeździsz zjebie?", wraca do swojego samochodu i jedzie dalej. Tutaj niestety znowu nie mieliśmy kamerki.

Ktoś mi może wytłumaczyć skąd się bierze takie zachowanie?

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (139)

#88213

(PW) ·
| Do ulubionych
Raz na jakiś czas zmuszony jestem iść do lekarza na wizytę kontrolną. Przychodnia, do której chodzę ma dość specyficzny system zapisów. Wygląda to tak, że rejestrują cię na dany dzień, w którym musisz pojawić się w przychodni o 7 aby otrzymać numerek informujący o miejscu w kolejce, a następnie poczekać sobie do 14, bo właśnie wtedy zaczyna przyjmować pani doktor. Z tego powodu zwykle w przychodni pojawiam się w okolicach 6 aby dostać jak najniższy numerek, a potem idę do domu i wracam do przychodni w okolicach 13:30. I tym razem zrobiłem identycznie, ba nawet udało mi się zdobyć 1 numer.

Po kilkugodzinnej drzemce i dobrym obiedzie wypełzłem z domu aby na pewno zdążyć do przychodni. Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że zebrał się już niemały tłum, głównie złożony z babć i dziadków. Niezrażony, mając w pamięci wyczekany numerek, stanąłem sobie w kącie i tak sobie czekałem. Po kilku minutach do gabinetu dotarła lekarka i poinformowała czekających, że gdy tylko będzie gotowa to poprosi o wejście pierwszego pacjenta.

Minęło kilkanaście minut gdy zza drzwi dotarło do nas głośne "Proszę wejść!", więc ruszyłem z mojego przytulnego kąta w stronę gabinetu. A wraz ze mną ruszyła pewna staruszka.

[Staruszka]: Ale gdzie pan idzie? Przecież ja jestem pierwsza.
[Ja]: Nie wydaje mi się, dzisiaj rano w rejestracji dostałem pierwszy numer.
[S]: Ale co mi pan tu gada o jakiś numerkach. Ja tu stoję od 9, byłam pierwsza i pierwsza wchodzę.
[J]: Ale była pani rano w rejestracji po numerek?
[S]: W rejestracji byłam o 9 i od razu poszłam pod gabinet. Jestem pierwsza.
[J]: A nie dostała pani takiej karteczki z numerem.
[S]: Dostałam, ale co to ma do rzeczy? Byłam pierwsza to wchodzę pierwsza. Prawda proszę państwa?

W tym momencie zrobił się harmider. Większość osób potakiwała staruszce, ale znalazło się kilku, którzy przyznawali mi racje (głównie były to osoby, które rano razem ze mną koczowały przed rejestracją). Robiło się coraz głośniej gdy nagle otwarły się drzwi do gabinetu, z których wyszła pani doktor.

[Doktor]: Ale co to za zamieszanie? Zapraszam do środka osobę z pierwszym numerem.
[S]: Ale jak to z pierwszym numerem? Ja tu stoję od 9 i to ja pierwsza wchodzę.
[D]: A który ma pani numer?
[S]: 25
[D]: To według mojej wiedzy jest pani ostatnią pacjentką. Polecam iść na spacer bo wątpię, że uda mi się panią przyjąć przed godziną 18. Zapraszam pana.

Po tych słowach wszedłem do gabinetu a za drzwiami wybuchł jazgot narzekań i oskarżeń o kumoterstwo. Pani doktor skwitowała to tylko krótkim "Boże co za ludzie... Codziennie to samo.".

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (209)

#88137

(PW) ·
| Do ulubionych
Niby człowiek się naczytał dziesiątek historii na piekielnych o tym jak kończy się załatwianie rodzinie roboty, a i tak sam się na to nadział.

Mam kuzyna, który w tym roku skończył studia informatyczne. Z tego co słyszałem to był dobrym uczniem. Poza tym często pokazywał mi swoje projekty, przez co miałem wgląd w jego umiejętności. Dlatego gdy tylko odezwał się do mnie z pytaniem czy nie szukamy kogoś, kazałem mu podesłać CV.

Początek nie był taki zły. Kuzyn trafił do innego projektu niż ja, ale co jakiś czas dochodziły mnie słuchy, że młody radzi sobie całkiem dobrze i szybko się uczy.

Jednak jakoś miesiąc temu podszedł do mnie szef projektu, w którym pracuje młody i powiedział mi dyskretnie, że podejrzewa, że ten bardzo często przychodzi do roboty na kacu. Nie powiem, wkurzyłem się i zaraz po robocie skonfrontowałem z kuzynem te zarzuty. Ten mnie uspokoił, że na lekkim kacu przyszedł do roboty może raz (nikt święty nie jest) a to, że wygląda jak zombie wynika z niewyspania. Z tego co mówił to ma taką patologię za sąsiadów, że policji wręcz nie chce się przyjeżdżać, bo ich wizyty nic nie dają. Jak nie impreza to awantura i zawsze do 2-3 w nocy. Uwierzyłem, uspokoiłem się i przekazałem kumplowi z roboty jak wygląda sprawa z młodym.

Wczoraj jednak znowu podszedł do mnie szef kuzyna i poinformował mnie, że młody dostał dyscyplinarkę. Nie powiem ścięło mnie jak to usłyszałem. Jaki był jej powód? Ano mój kochany kuzynek przyszedł do roboty podpity. Najlepsze, że nie był to pierwszy raz. Z relacji kumpla wynika, że ten już dwa razy miał powody sądzić, że młody jest na gazie i w końcu postanowił go sprawdzić.

Młody postawiony pod ścianą przyznał się, że imprezę skończył o 4 w nocy, a do pracy przyszedł na 7 rano. Zgodził się też na badanie alkomatem. Tak swoją drogą kojarzy ktoś jak to jest? Jeśli pracownik zgodzi się na badanie to może je przeprowadzić pracodawca. A co jeśli pracownik się nie zgodzi? Można wezwać policję i wtedy pracownik musi się zgodzić na badanie alkomatem?

Ogólnie młody dostał mocny opieprz ode mnie i swoich rodziców. Całe szczęście ludzie w pracy są w porządku i nie widzą u mnie winy za zachowanie kuzyna, ale jednak niesmak pozostał.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (172)

#88078

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu napisałem dwie historie o wezwaniu do zapłaty jakie dostałem od pewnej firmy windykacyjnej. Wklejam tutaj linki do poprzednich historii dla ciekawskich (https://piekielni.pl/87667 https://piekielni.pl/87669), a dla tych którym nie chcę się tyle czytać streszczę pokrótce wątek.

Tak jak już wspomniałem dostałem jakiś czas temu wezwanie do zapłaty. Po krótkiej dedukcji stwierdziłem, że dotyczy ona sytuacji sprzed paru lat, kiedy to kilka dni spóźniłem się z zapłatą za remont i firma budowlana naliczyła kilka złotych odsetek. Dogadałem się wtedy jednak z właścicielem i po zapłacie pełnej kwoty, odsetki zostały umorzone na co mam odpowiedni dokument. Oczywiście firma windykacyjna ma to gdzieś. Poza tym w przesłanym wezwaniu był błąd, gdyż suma składowych zadłużenia była niższa o jakieś 100 zł od wykazywanego salda zadłużenia. A na dodatek do odsetek doliczone były horrendalnie wysokie koszty sądowe i egzekucyjne mimo tego, że jak się później okazało sprawa nigdy nie była w sądzie.

Po drugiej rozmowie nie miałem za bardzo czasu aby iść z tym od razu do prawnika, poza tym jakiś tydzień później przyszedł do mnie list wyjaśniający, że moje zadłużenie zostało przypadkowo otwarte i przez to system błędnie naliczył koszty. Po tym liście sprawdziłem jeszcze dla pewności czy na bank nie wpisali mnie do jakiegoś KRD czy BIG'u i zapomniałem o sprawie, aż do wczoraj...

Kiedy to znalazłem w skrzynce kolejne wezwanie do zapłaty. Zestawienie mojego "długu" wyglądało na nim następująco.

Kapitał: 3123,11 zł
Odsetki umowne: 52,21 zł
Odsetki umowne za opóźnienie: 5,43 zł
Koszty windykacyjne: 0 zł
Koszty sądowe: 0 zł
Koszty egzekucyjne: 0 zł
Pozostałe opłaty: 0 zł

Pozostało do spłaty: 3180,75 zł

Porównując to do poprzedniego wezwania wygląda to tak jakby zbili wszystkie naliczone koszty w kapitał i zaczęli sobie od tego naliczać odsetki umowne. Innymi słowy moje zadłużenie zostało skapitalizowane. Jednak zgodnie z moją wiedzą nie wszystkie koszty mogą być kapitalizowane a tutaj poszli po wszystkim równo.

No to telefon w dłoń i dawaj pół godziny słuchania muzyczki jak z windy w oczekiwaniu aż ktoś łaskawie odbierze telefon. W końcu udało się, ktoś odebrał.

[Pani z windykacji]: Dzień dobry firma taka i owaka, w czym mogę pomóc?
[Ja]: Witam, dzisiaj otrzymałem od państwa wezwanie do zapłaty.
[P]: Oczywiście, muszę zweryfikować pana dane.

Weryfikacja...

[P]: Tak rzeczywiście mam zadłużenie w systemie i wynosi ono 3180,75 zł. Rozumiem, że chce pan dokonać wpłaty?
[J]: Nie, chciałbym...
[P]: Czy wie pan, że jeśli nie spłaci pan tego zadłużenia to kwota ta będzie ciągle rosła ze względu na naliczane odsetki i koszty jakimi zostanie pan obciążony gdy sprawa zostanie skierowana do sądu a następnie do komornika?
[J]: Chciałbym poprosić o jedno...
[P]: Jeśli nie stać pana na jednorazową spłatę całości zadłużenia mogę zaproponować ugodę.
[J]: A ja proponuję pani mi nie przerywać bo z doświadczenia wiem, że w tym to akurat jesteście najlepsi.
[P]: Ależ proszę pana...
[J]: Czy ma pani dostęp do pism jakie zostały do mnie wysłane?
[P]: Oczywiście.
[J]: W takim razie czy byłaby Pani tak uprzejma sprawdzić pismo jakie zostało wysłane do mnie w połowie lutego tego roku.
[P]: Oczywiście, z tego co widzę pismo tyczy się tego, że w przypadku pana długu wystąpił błąd systemu.
[J]: W takim razie czy mogę prosić o zamknięcie tego długu tak abym już nigdy nie dostał od państwa żadnego pisma?
[P]: Oczywiście dług zostanie zamknięty jak tylko spłaci pan pełną kwotę zadłużenia. W takim razie proponuję...
[J]: Czy pani przeczytała to pismo?
[P]: Oczywiście.
[J]: To niech mi pani wytłumaczy z jakiej paki mam spłacać coś co jest błędem i powinno zostać dawno zamknięte?
[P]: Dług jest w systemie...
[J]: Aha, w takim razie ja pani bardzo dziękuję, do usłyszenia...
[P]: Ale proszę pana...

Dzisiaj byłem u zaprzyjaźnionego prawnika ze wszystkimi wysłanymi do mnie pismami, dokumentem poświadczającym umorzenie odsetek i nagraniami dwóch rozmów (pierwszej niestety nie nagrywałem). Doskonale wiem, że nie mogą być one użyte w postępowaniu, ale prawnik może wystąpić o udostepnienie tych nagrań przez firmę windykacyjną i takie nagrania jak najbardziej mogą być dowodem w sprawie. Dlatego wziąłem je do prawnika, by wiedział czy jest w ogóle sens o to wnioskować. Według niego nie ma najmniejszej szansy abym to przegrał. Poza tym będziemy walczyć o odszkodowanie za bezprawne działania windykacyjne.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (167)

#88087

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze gdy mam lenia i nie chcę mi się gotować, wchodzę na pyszne.pl aby zamówić sobie jakieś jedzenie. Tak było i dzisiaj. Lenia mam średnio dwa razy w tygodniu, więc zamawiam dość dużo i mógłbym naliczyć kilkanaście piekielnych zdarzeń, ale były to takie pierdoły, że nie warto o nich nawet pisać. Jednak dzisiaj przegięli.

Zamówienie złożyłem około 16 i po jakiś 20 minutach wszedłem zobaczyć za ile moje jedzonko przyjedzie. Okazało się, że moje zamówienie zostało anulowane. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do restauracji, w której złożyłem zamówienie. Okazało się, że manager już kilka dni temu zgłaszał do pyszne aby wyłączyli możliwość zamawiania, gdyż dwóch kucharzy jest na L4 i ledwo się wyrabiają z obsługą na miejscu. W takim razie machnąłem ręką i postanowiłem poszukać czegoś innego.

Znalazłem, zamówiłem, czekam i znowu anulowane. Wkurzony dzwonię do restauracji. Tym razem okazało się, że nie powinienem w ogóle móc złożyć tego zamówienia, gdyż nie dowożą do mojego miejsca zamieszkania (restauracja w Gdańsku Śródmieście, a ja mieszkam po drugiej stronie Gdańska). Tutaj coś mnie tknęło, ostatnio na pyszne.pl pojawiła się masa nowych restauracji. Sprawdzam więc i 3/4 z nowych knajp jest w zupełnie innych rejonach Trójmiasta. Rekordzistą był kebab z Rumii.

W takim razie postanowiłem zadzwonić do pyszne.pl. Oczywiście na ich stronie ni jak nie znajdziesz numeru do ich infolinii. Jest tylko formularz kontaktowy, z którego nie miałem zamiaru korzystać gdyż wiedziałem, że i tak mnie zleją. Na szczęście w odmętach internetu znalazłem numer ich infolinii.

Po przywitaniu z miłą panią, grzecznie wyłożyłem całą sytuację. Co na to miła pani? Rozłączyła się bez słowa. Potem próbowałem się jeszcze dodzwonić, ale nikt nie odbierał. Podejrzewam, że wrzucili mnie na jakąś czarną listę.

Nie chciałem tak tego zostawić, więc udałem się na ich Facebook. Pod jednym z postów opisałem całą sytuację i nie minęły 3 minuty gdy mój komentarz został usunięty. Napisałem kolejny komentarz i najprawdopodobniej dostałem shadow bana, gdyż moja żona nie była w stanie namierzyć mojego drugiego komentarza.

Wyłożyłem więc wszystkie moje żale poprzez formularz kontaktowy, ale i tak wiem, że to nic nie da. Szałem będzie gdy dostanę bon zniżkowy na 10%. Jednak tak się nie traktuje klienta. Tym bardziej teraz gdy branża gastronomiczna tak dostaje po tyłku. Pyszne.pl to jednak nie interesuje, gdyż dla nich pandemia to kura znosząca złote jaja...

Skończyło się na tym, że zamówiłem jedzenie z McDonalda.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (202)

#88012

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłem sobie jakiś czas temu raspberry pi, które niestety przyszło do mnie uszkodzone. Naderwany port USB i przerwane dwie linie na płytce. Nic czego nie mógłbym naprawić sam, ale wychodzę z założenia, że jak kupuję jakiś produkt to nie mam zamiaru go na starcie naprawiać, aby w ogóle móc z niego skorzystać. Moja wina, że nie sprawdziłem towaru przy kurierze, przez to musiałem bawić się w reklamowanie produktu.

Zacząłem od telefonu do sklepu. Po wyłożeniu sprawy miła pani poprosiła mnie o wysłanie do nich sprzętu na ich koszt. Tak zrobiłem i zapomniałem o sprawie na o wiele dłużej niż 14 dni roboczych ustawowo przeznaczonych na odpowiedź. Po około dwóch miesiącach przypomniałem sobie o nieszczęsnej malince i postanowiłem sprawdzić skrzynkę mailową czy nie dostałem jakiejś odpowiedzi. No i okazało się, że nic nie mam.

Postanowiłem po raz kolejny zadzwonić do sklepu. Odebrała ta sama miła pani i poinformowała mnie entuzjastycznie, że reklamacja nie została uznana ze względu na uszkodzenia mechaniczne. Fakt takie uszkodzenia były i z tego co się orientuję mogą mi z tego powodu uwalić reklamację, ale miałem asa w rękawie. Otóż minęło o wiele więcej niż 14 dni roboczych od wniesienia reklamacji i według ustawy oznacza to, że reklamacja jest w takim przypadku uznawana za przyjętą i muszą albo naprawić albo wymienić płytkę. Poinformowałem o tym fakcie miłą panią, która o dziwo nagle przestała być taka miła i sympatyczna. Poinformowała mnie, że nie mam racji, że w systemie jest reklamacja nieuznana i najlepiej gdybym nie przeszkadzał jej więcej w reflektowaniu własnej egzystencji. Jedną burzliwą wymianę argumentów, rozmowę z kierownikiem i straszenie rzecznikiem praw konsumenta później okazało się, że jak najbardziej mam rację i sprzęt zostanie wymieniony i przyjdzie do mnie za maksymalnie 4 dni robocze.

Dni od ostatniej rozmowy minęło nie 4 a 10 a ja nadal nie miałem mojej upragnionej maliny, więc odbyłem kolejną rozmowę telefoniczną z bardzo miłą panią, której pozwolę sobie nie opisywać gdyż jej przebieg był prawie identyczny jak za pierwszym razem.

Jednak tym razem udało się. W końcu kurier dostarczył moją płytkę. Nauczony doświadczeniem postanowiłem komisyjnie sprawdzić sprzęt przy dostawcy i co? I dupa... Odesłano do mnie dokładnie tą samą płytkę bez dokonania jakichkolwiek napraw. Port USB jak był naderwany tak jest nadal, ścieżki jak były przerwane tak są nadal. Paczki nie przyjąłem i wykonałem telefon numer 4, który odebrała dobrze nam znana miła pani, która po usłyszeniu mojego głosu z automatu przestała być taka miła. Po wyłożeniu powodu mojego kontaktu, pani się oburzyła i stwierdziła, że to niemożliwe bo ona osobiście pakowała nowy egzemplarz, który miał zostać do mnie wysłany. Po kolejnej wymianie argumentów i jednym małym straszaku w postaci rzecznika praw konsumenta, pani zgodziła się sprawdzić paczkę jak tylko do nich dotrze i niezwłocznie powiadomić mnie, że wszystko jest dobrze i zawracam im tylko gitarę.

Więc poczekałem tydzień i gdy byłem pewien, że paczka na bank już jest u nich, wykonałem telefon numer 5. Bardzo miła pani, która z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie była już taka miła stwierdziła, że jestem niepoważny gdyż ona ma paczkę zaraz koło siebie i widzi, że z malinką jest wszystko ok. Gdy poprosiłem ją by zrobiła zdjęcia tej płytki i przesłała je do mnie, stwierdziła, że to niemożliwe. Za to ona pakuje płytkę i wysyła ją do mnie w trybie now. I mam się cieszyć, że nie obciążają mnie kosztami wysyłki. Łudziłem się, że tym razem uda im się wysłać sprawną malinkę...

Przed chwilą był u mnie kurier. Jak już się pewnie domyślacie, w paczce przyszła do mnie po raz kolejny dokładnie ta sama płytka z uszkodzonym gniazdem USB i zerwanymi ścieżkami. To już nie jest ani odrobinę zabawne. Przed chwilą zebrałem paczkę z całą korespondencją mailową, nagranymi rozmowami i zdjęciami płytki po każdym jej odebraniu i przed każdym wysłaniem. Nie mam zamiaru bawić się w kolejną rozmowę z bardzo miłą panią zamiast tego utnę sobie pogawędkę z rzecznikiem praw konsumenta.

A ja chciałem tylko dokończyć moją retro konsolę...

sklepy_internetowe

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (173)