Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#84732

(PW) ·
| Do ulubionych
Kopernikańskie teorie w praktyce*

Po dzisiejszej rozmowie ze znajomą, mam jeszcze zwarcia w mózgu. Pochwaliła się, że zrobiła kurs ratownika wodnego i sternika motorowodnego. Oba w ramach wyjazdów integracyjnych z korpo. Teraz szykuje się na kurs wspinaczki skałkowej.
Kiedyś ratownikiem byłem, pociągnąłem trochę temat. Co się dowiedziałem.

1. Oba kursy w systemie weekendowym. Konkretnie po jednym weekendzie na kurs - lampka ostrzegawcza zamigała.

2. Zajęcia od piątku do soboty, w niedziele egzamin. Włączył się buczek - bo gdzie czas na naukę i na zbudowanie kondycji?

3. Kurs ratownika. Sześćdziesiąt osób. Jeden instruktor. Cztery godziny w wodzie. Teorii trochę więcej. Na fantoma każdy miał mniej niż kwadrans - łot?!

4. Kurs sternika. Czterdzieści osób i dwóch instruktorów. Kilka godzin teorii i mniej więcej po pół godziny na kursanta na łodzi. Odbij, przybij, zrób ósemkę, popłyń po prostej rufą naprzód - co kur*a?!

5. W obu kursach 100% zdawalność.

Efekt?

Uprawnienia ratownika zyskała osoba, pływająca na poziomie karta pływacka plus, bez wyrobionych odruchów, znajomości przepisów, bez wiedzy jak podjąć poszkodowanego z wody, w praktyce bez umiejętności holowania, ledwo nurkująca, i bez umiejętności obsługi choćby rzutki rękawowej.

Ten sam człowiek, zyskuje też prawo do kierowania motorówkami o mocy do 60KW i długości 12m. Pomimo tego, że nie zna do końca prawa drogi, z oznaczeń kojarzy te najczęstsze, o oświetleniu nawigacyjnym nie wie nic, podobnie jak o rodzajach boi torowch czy znakach kardynalnych. Nie potrafi też podejść na mocy do osoby tonącej - bo nigdy nikt jej tego nie pokazał.

Ja pier**ę. Szkoleniowiec w dwa weekendy wyprodukował kilkadziesiąt osób, które nie mają pojęcia co robić na wodzie, a z racji nabytych uprawnień są przekonane o własnej zajebi**ści.
Ci ludzie tego lata wezmą skutery z wypożyczalni.
Takich ludzi jest rzesza, a będzie coraz więcej, bo te kursy odbywają się cały czas.

Co do tego ma Kopernik - "gorszy pieniądz wypiera lepszy".

ratownictwo korpo integracja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (164)

#84671

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym roku kupiłam bilety na koncert, który miał się odbyć w lutym. W listopadzie dostałam informację, że koncert się nie odbędzie i środki zostaną zwrócone w ciągu 2 tygodni.

Po 3 tygodniach napisałam maila do organizatorów, że nadal nie dostałam zwrotu pieniędzy. Szybko dostałam odpowiedź, że pieniądze są zwracane i że jeszcze kilka dni to może potrwać. Zadowolona nie byłam, ale stwierdziłam, że może jest dużo ludzi oczekujących na zwrot i to faktycznie tyle trwa.

Kolejnego maila z przypomnieniem napisałam po Bożym Narodzeniu i odpowiedzi się już nie doczekałam. Stwierdziłam, że tak się bawić nie będziemy, bilety drogie nie były, ale obcym prezentów robić nie zamierzam.

Napisałam kolejnego maila, że czekam na zwrot do końca tygodnia w przeciwnym razie przekazuję sprawę prawnikowi.
Tu też się nie doczekałam odpowiedzi.

Poczekałam do pierwszego transferu w poniedziałek. Na koncie nic się nie zmieniło, więc napisałam maila do UOKiKU o poradę co dalej. Napisałam też do organizatora, że sprawa została przekazana do ww. instancji.

Zwrot na koncie i odpowiedź na maila miałam w ciągu 15 minut.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (126)

#84504

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia użytkownika czerwony_parasol przypomniała mi mojego byłego pracodawcę.

Był sobie zakład produkujący coś - dla historii absolutnie nieważne co. Zakład ten miał również swoją filię w pobliskim miasteczku. My (czyli pracownicy owej filii) byliśmy ciągle informowani przez naszych zwierzchników, że w głównej siedzibie pracownicy robią więcej, lepiej, szybciej, że mamy się bardziej starać, że dlatego nie otrzymujemy premii itp. No cóż, staraliśmy się, ale kierownictwo ciągle niezadowolone... Nie słuchali naszych delikatnych sugestii, że pracujemy na przestarzałych maszynach (niektóre podejrzewałam o migrację prosto ze złomowiska), że braki w zaopatrzeniu - nie mieliśmy magazynu, tylko mały magazynek, wszystkie półprodukty dojeżdżały z głównego zakładu, i czasami brak jednego elementu powodował, że produkcja stawała. Nie ma zmiłuj się, źle pracujemy i koniec!

Chyba jednak aż tak źle nie pracowaliśmy, bo któregoś dnia nawiedził nas szanowny pan prezes, czyli właściciel obu w/w zakładów. Przeszedł się po hali, popatrzył, po czym udał się do kierownika i zażądał listy dziesięciu najlepszych pracowników (nie mówił kierownikowi, po co mu to). Listę otrzymał, zerknął na nią i stwierdził, że od przyszłego miesiąca te osoby pracują w głównym zakładzie. Kierownik zbladł, bo 10 osób to była jakaś 1/3 stanu osobowego, poza tym uczciwie wymienił najlepszych. My, pracownicy przewidziani do "awansu"* raczej byliśmy zadowoleni.

Koniec końców stanęło na siedmiu osobach. Pierwszy dzień pracy w nowym miejscu był dla nas mocno stresujący, ponieważ dostaliśmy od pracowników głównego zakładu porządny opieprz za... zawyżanie norm. Cytuję: "Czy wy żeście tam och*jeli, czy co, zapi*przacie jak małe robociki, co chwila nam przez was normy podnoszą!!!".

No pomysł w sumie genialny, wmówić jednym, że drudzy pracują lepiej, i już mamy samonakręcajacy się mechanizm - więcej! lepiej! szybciej!

*Przeniesienie do głównego zakładu przyjęliśmy jako "awans", ponieważ tam płacili lepiej. Teraz już nie pamiętam, bo to było duuużo lat temu, ale podstawa była chyba taka sama, natomiast nas w fili "omijały" wszystkie dodatki i premie - jak już ktoś dostał premię, to były to naprawdę śmieszne pieniądze, w odniesieniu do dzisiejszych realiów płacowych to było jakieś 100 zł.

produkcja

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (102)

#84448

~velvet ·
| Do ulubionych
Historia o skradzionych fragmentach kabli od nagłośnienia (#84445) jest analogiczna jak historia mojego kolegi.
Kolega ma kilka hektarów ogórków. Wysiewa nasiona do takich paletek, potem sadzi na polu, pielęgnuje, zbiera, kisi i sprzedaje (to tak w dużym skrócie).

Kilka lat temu ktoś wykopał mu z pola kilkadziesiąt sadzonek. Pomijając fakt, że na bazarku taka sadzonka kosztuje złotówkę jak nie mniej i nie trzeba się brudzić ani bać przyłapania i wstydu, to sytuacja była analogiczna jak w historii o kablach - gdyby ktoś przyszedł do kolegi i zapytał, dostałby sadzonki za darmo w takiej właśnie plastikowej paletce. Kilka osób skorzystało z tej opcji. Kolega i tak kilkaset sadzonek wyrzucił. (Nie pytałem. Pewnie sieje się więcej, na wypadek gdyby była jakaś partia wadliwych nasion, albo jakiegoś błędu w uprawie).

pole

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (109)

#84392

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytałam kilka historii na temat taksówkarzy i ich aktualnego oburzenia. Sama często poruszam się taksówką, kilka razy trafiłam na fajnych taksówkarzy, ale ostatnio jeden pan wyprowadził mnie z równowagi.

Zamawiając taksówkę poinformowałam, że płatność kartą, na infolinii nie ma z tym problemu, wszystko super, taxi jedzie. Wsiadamy i dla świętego spokoju pytamy czy możliwość płatności kartą jest, bo zdarzało się i tak, że naklejka na szybie, ale terminala brak. Pan potwierdza po czym z lekkim oburzeniem pyta czy można jednak gotówką. Odpowiadam, że nie, bo nie posiadam przy sobie. Na co pan wpadł na błyskotliwy pomysł iż on podjedzie do bankomatu i wypłacę sobie.

Na informację, że nie ma takiej opcji, pan wpadł w oburzenie, bo młodzi ludzie teraz tylko kartą płacą, a on te pieniądze zobaczy dopiero za tydzień, firma pobiera prowizje, a tu trzeba jeszcze auto zatankować. Z uśmiechem odpowiedziałam, że to nie mój problem, wyrzuty proszę kierować do firmy, to on podpisywał kontrakt, nie ja.

W pół ciszy kontynuowaliśmy jazdę, jakieś pytania, którędy wolimy jechać. Wjeżdżamy na moją dzielnicę, pan taksówkarz radośnie informuje, że to druga strefa i przełącza taksometr. Zdziwiona pytam jakim sposobem, PKP liczy to jako pierwszą strefę, inni taksówkarze też liczyli jako Strefa 1, na co dostaję radosną odpowiedź, że taksówka taksówką, Strefa 2 i koniec. Zaczynamy się kłócić, bo strefy były zmienione, nasza ulica przyłączona została pod Strefę 1 i widzę, że Pan taksówkarz skręca w ulice, którą oddala się od celu zamiast przybliżać.

Informacja, iż jedzie źle na niego nie podziałała, bo mu GPS pokazuje, że jeszcze 1.7 km, na co ja mu pokazałam, że mi wujek Google wyliczył 700 m, tylko musi zawrócić auto i jechać wg instrukcji moich, a nie dookoła z jego mapką. Nie, on wie lepiej, bo on ma GPS i ja nie wiem sama gdzie mieszkam.

Na nic zdały się argumenty, że jeżdżę tędy autem, taksówkami oraz chodzę pieszo. Więc ostrzejszym tonem poprosiłam o zatrzymanie samochodu i wypuszczenie nas. Pan się zatrzymał pod sklepem, ale wypuścić nie chciał, pokazuje na swoim sprzęcie wydłużoną trasę, mój pies ze zdenerwowania zaczął piszczeć, moje prośby odbijały się echem.

W końcu pan taksówkarz w złości wyłączył taksometr, zawrócił auto i rzekł "Zobaczymy czy pani wie lepiej niż GPS". Zdziwił się facet, jak podjechał pod bramę, bez objeżdżania całego osiedla.

Zażądał kwoty, posapał przy płaceniu kartą. W domu potwierdziłam fakt, że mieszkam w Strefie 1 po czym złożyłam skargę.

Czekamy na odpowiedź korpo.

Warszawskataksowka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (108)

#83753

(PW) ·
| Do ulubionych
Złożyłam wypowiedzenie na jeden numer z pewnej sieci, drugi numer miał zostać z niej przeniesiony miesiąc później.

Kiedy pierwszy numer wszedł w ostatni okres rozliczeniowy, operator wyłączył mi wszystkie usługi poza możliwością wykonywania połączeń.

Rozmowa z konsultantem infolinii:

- Dzień dobry, nazywam się tak i tak, dzwonię w sprawie mojego numeru, na którym mam zablokowaną możliwość wysyłania sms-ów i korzystania z internetu, mimo świeżego pakietu.
- Tak, zgadza się, jest blokada. Złożyła pani wypowiedzenie, prawda?
- Owszem, ale faktura jest opłacona, a do końca umowy został równy miesiąc.

Tu nastąpiła chwila ciszy, po czym usłyszałam pełne zaskoczenia "czyli mam pani włączyć te pakiety?".

Włączył.

Jednocześnie wycofał moje wypowiedzenie, nic mi o tym nie mówiąc. O fakcie dowiedziałam się kilka dni później, będąc w zupełnie innej sprawie w salonie, o mój numer zapytałam przy okazji.

Różowa sieć

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (177)

#83286

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to zrobić, żeby nie tylko nie zarobić, ale i stracić, czyli...
Historia o piekielnym taksówkarzu.

Wracałam z miasta X., do którego się udałam w celu spotkania służbowego, do Piekiełkowa, w którym mieszkam.

Wysiadłam na dworcu PKP.

Zwykle korzystam z usług jednej firmy taksówkarskiej, często też pokonuję taksówką trasę dworzec-mój dom, więc wiem dokładnie, ile wychodzi za taki kurs.

Jednak wtedy się śpieszyłam, na przyjazd taxi z "mojej" firmy musiałabym poczekać około 10 minut, a pod dworcem stały i czekały wolne taksówki, więc po spojrzeniu na cennik - kwoty takie same jak u "moich" - wsiadłam.

Pan taksówkarz zawiózł mnie na miejsce i przyszło do płacenia... teoretycznie, bo usłyszałam kwotę 2 x wyższą, niż płacę normalnie (jechaliśmy trasą tą, którą zwykle jeżdżę). Więc mówię ok, zapłacę, ale proszę o paragon, którego jakoś taksówkarz nie kwapił się wydać. Ojojoj, zaczął się krygować, zapomniał włączyć taksometru, ojej, ale przypadek. I co teraz?

No to już nie był mój problem, bo uprzejmie poinformowałam pana taksówkarza, że z przejazdu muszę się rozliczyć, a zatem paragon jest mi potrzebny. Wyraziłam też zdziwienie, że aż tyle wyszło...

Taksówkarz poczerwieniał, zacisnął zębiszcza i kazał wysiadać, mrucząc coś, że "przejazd gratis".

Oszustwo nie zawsze popłaca.

taxi piekielny_taksówkarz

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 269 (269)

#77274

(PW) ·
| Do ulubionych
To chyba nowy typ osób z kupujących na OLX - znajomi.

Wystawiałam na tej stronie drukarkę. Kilka osób pisze, ale potem nagle przestaje, wiadomo, często tak jest.

Ale w końcu się prawie udało. Czemu prawie?
Miałam z kupującym już wszystko dogadane. Płacił przelewem, ja drukarkę wysyłam i wszystko ok. No ale jednak nie. Podczas dawania nr konta do przelewu, podałam adres (po prostu myślałam, że trzeba, bo gdy ja byłam kupującym, to zawsze dostawałam też adres). No i się okazało, że kupującym jest moja znajoma z liceum (znała mój adres, dodatkowo w danych do przelewu było nazwisko).

I się zaczęło. Od razu wiadomość, czy z racji, że jesteśmy przyjaciółkami z liceum (nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, a ona zdawała się mnie nie lubić przez całą szkołę), to sprzedam jej drukarkę taniej o 100zł? (Drukarka kosztowała 200, i tak już cena była obniżona, bo nie mogłam jej sprzedać). Po kilku moich odmowach postanowiła załatwić sprawę osobiście. Przyjechała pod adres, który wysłałam w wiadomości, ale tu zonk, bo kilka lat temu przeprowadziłam się i nie zmieniłam adresu w banku. Otworzyli jej rodzice, zdziwieni o co chodzi.

W końcu zmieniła taktykę i... przelała mi 100 zł. Napisała, że jeśli nie wyślę jej drukarki, pójdzie na policję (taa... przyjaciółka z liceum...). Nie przewidziała funkcji "przelew zwrotny" na stornie banku.

I chyba w końcu dała sobie spokój, bo nie było u mnie ani policji, ani kolejnej wiadomości od niej, jednak czekam, co tam znowu wymyśli...

znajomi z olx

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 381 (383)

#82159

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako programista i moim zadaniem miało być rozwijanie systemu informatycznego. System ten tworzony jest od około 1999 roku, więc można powiedzieć że ma on już swoje lata. Rzesze ambitnych programistów podobnych do mnie wylewało z siebie siódme poty, próbując zmusić krnąbrną aplikację do współpracy. Efektem tej krucjaty jest istny miszmasz archaizmów i nowoczesnych rozwiązań, mieszanka kodu napisanego w miarę dobrze i tego tworzonego pod presją zbliżającej się nieubłaganie linii śmierci. Ogólnie cyrk na kółkach, ale przynajmniej jest zabawnie.

Jakiś czas temu, zajęty ogarnianiem wszechobecnego syfu, jaki powstał po kolejnej awarii bazy danych, zdałem sobie sprawę, że podobne sytuacje od jakiegoś czasu powtarzają się niepokojąco często. Zainteresowany tematem, zagłębiłem się w starożytne pisma, zwane przez niektórych logami systemowymi, i rozpocząłem analizę bebechów w poszukiwaniu źródła problemu. Niestety mistyczne duchy bazy danych najwyraźniej wyczuły moją ingerencję w ich tajemne knowania. Kolejna awaria była istnym pierdo... Była bardzo poważna i administratorzy za cholerę nie mogli podnieść bazy na nogi. Wybuchła panika. Zapytacie o kopię zapasową. A co to jest kopia zapasowa, kto by się takimi pierdołami w ogóle przejmował? Po tygodniowej walce wiktoria, wszystko chyba działa.

Sytuacja ta dała zarządowi firmy co nieco do myślenia. Nasze wcześniejsze błagania o zatrudnienie kilku nowych pracowników były za każdym razem zbywane. Dajecie se jakoś radę? To po jaki wałek kręcicie temat? Tym razem zatrudniono pięciu nowych pracowników do działu IT. Czterech juniorów i ON. Dla ułatwienia sprawy nazwijmy go Mietek.

Mietek jest tak zwanym "Uber Senior Master Yoda Developerem". Serio, można mu zarzucić wiele, ale wiedzę chłop ma ogromną. I być może współpraca z nim nie byłaby taka zła, gdyby Miecio za punkt honoru nie obrał sobie przekształcenia naszego małego działu IT w trybik wielkiej maszyny zwanej korpo. I nie zrozumcie mnie źle, nie mam kompletnie nic do wielkich korporacji. Jednak nie zawsze systemy, które działają w przypadku licznej ekipy projektowej sprawdzą się w przypadku małego ośmioosobowego zespołu. Chociaż jeżeli w korpo odwalają się takie jaja, jakie Mietek zgotował nam, to ja chyba nie chcę pracować w korporacji. :)

Początek nie był aż tak zły. Miecio stwierdził, że zanim zacznie działać, musi poznać zarówno aplikację, jak i ekipę. Zrozumiałe. Sprowadzało się to do tego, że Mietek pół dnia siedział i dłubał coś w kodzie, przeklinając pod nosem. Natomiast drugie pół chodził między biurkami, podrzucając piłeczkę i raz po raz zadając irracjonalne pytania. Serio, skąd mam wiedzieć, co się stanie, jak zmienię warunek w metodzie klasy, którą ostatnio na oczy widziałem ponad pół roku temu. Dla zobrazowania debilizmu tego pytania: wyobraźcie sobie, że jesteście na plaży, zrobiliście babkę z piasku i nagle ktoś was pyta, czy to ziarenko piasku, na lewo od tego kamyczka, jest szare, czy brązowe...

Aż w końcu nadszedł dzień, gdy nasz nowy szef stwierdził, że już wszystko wie i zaczynamy działać. Hurra!

Plan był taki, że on będzie analizował kod i pisał, co i jak mamy zmienić, a my zajmiemy się gwałceniem klawiatur. Sensowne, ale:

- za wszystko dostawaliśmy gwiazdki lub czaszki (przedszkole wita).Osoba, która nazbierała najwięcej gwiazdek mogła (UWAGA!) wybrać sobie, czym będzie się zajmować w następnym tygodniu, natomiast najskuteczniejszy nekromanta w zespole dostawał najtrudniejsze zadanie.

- zadania (poza dwoma w/w przypadkami) były losowane z magicznego pudełka. Co z tego, że A świetnie znał daną część systemu, jeśli to B wylosował zadanie jej modyfikacji. A tylko spróbuj się zamienić!

- wygodne krzesła zostały wymienione na piłki. Ogólnie rozumiem, dobre to dla kręgosłupa, ale na niższe biurka do kompletu to chyba budżetu zabrakło.

- codziennie rano organizowane było spotkanie, które wyglądało następująco - Mietek rzucał piłkę do losowej osoby, a ta musiała natychmiast powiedzieć, co wczoraj robiła w pracy. Zawahałeś się chociaż sekundę, dostawałeś czaszkę.

- Mieciu lubił prowadzić tak zwane testy dyspozycyjności. Dostajesz maila od Mietka i nie odpisujesz w ciągu 20 sekund? Dostajesz czachę! Byłeś w kiblu na dwójce i nie odebrałeś telefonu od Miecia? CZACHA!

- Masz problem i chcesz skorzystać z wiedzy bardziej doświadczonego przełożonego? Cytat: "Google jest jak Bóg, znajdziesz tam wszystkie odpowiedzi.". To ja z szefem gadam, czy znowu na elektrodę wszedłem?

- Mieciu stwierdził, że załatwi nam książki, które na bank pomogą nam w pracy. Super! Z niecierpliwością czekamy na jakieś książki opisujące zaawansowane meandry języka, którego używamy. Dostajemy cztery pseudokołczingowe ścierwa a la "JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!" i poradnik podstaw języka. Super!

Było ciężko, ale jakoś wytrzymywaliśmy z męczącym szefuńciem. Nadszedł jednak dzień, w którym Mietek oznajmił nam, że zarząd jest niezadowolony i trzeba jak najszybciej napisać cały system od nowa, utrzymując w międzyczasie stary w jako takim porządku. Poza tym zagroził, że od teraz osoba z co najmniej pięcioma czaszkami może zapomnieć o premii, a delikwent z aż dziesięcioma czaszkami wyleci na zbity pysk. Postanowiliśmy przyśpieszyć trochę tę akcję i stara ekipa tego samego dnia złożyła wypowiedzenie.

Za kilka dni kończy nam się okres wypowiedzenia, a Mietek zostanie z czterema juniorami, którzy ledwo poruszają się po kodzie, zaczątkiem nowej aplikacji i dogorywającym trupem, który ledwo działa.

Powodzenia. :)

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 354 (356)

#82845

(PW) ·
| Do ulubionych
Jacy są ludzie.

Mam w firmie kilku magazynierów/dostawców, w tym Mareczka. Jest to osoba specyficzna, ale jednocześnie złota pod względem bycia pracownikiem.

Tj.:
- Nie biega co 15 minut na papierosa (niepalący).
- Szanuje towar firmy.
- Jego robota jest zawsze zrobiona i nie ma „opóźnień".
- Papierologia jest zawsze ok.
- Praktycznie chorobowego i dni wolnych nie brał.
W związku z tym jest bardzo nielubiany przez innych magazynierów.

W każdym razie wchodzę dziś do firmy i kilka kroków za portiernią widzę kierownika magazynu, trzymającego w ręku alkomat.

Co jest? Wyciągamy go, jak podejrzewamy, iż ktoś jest łyknięty w pracy.

J-Kto jest pod wpływem?
K-Mareczek.
J-Ile wydmuchał?
K-Jeszcze nic, ale chłopaki dali info, jak widzieli go koło 23 nawalonego i kupującego alkohol. Tak że od razu jak się pojawi, to go sprawdzę.

Kątem oka widzę kawałek dalej magazynierów prawie jak stado hien. I w tym momencie przypominam sobie, iż w czwartek podpisywałem 3-dniowy urlop Mareczka i będzie dopiero w czwartek.

Cóż, plan podpier... kolegi nie wyszedł. Ale wyszedł za to mój.

Pojechałem i kupiłem Alcoblow. Do odwołania każdy pracownik wchodzący na zakład ma dmuchać w alkomat. Magazynierzy podobno są bardzo wqr…ni.

ludzie

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 328 (330)