Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#88208

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas przerwy losowałam sobie historie i natrafiłam na jedną o kradzieżach w pracy. To przypomniało mi moją. Szczegóły mogły zatrzeć się w pamięci, ale sama historia wydarzyła się naprawdę :-)

Pracowałam wtedy w domu opieki. Pewnego razu szefowa kuchni zaczęła zgłaszać zwiększone zapotrzebowanie na niektóre artykuły spożywcze. Po jakimś czasie stalo się to regułą – zaczęło być zużywane więcej jedzenia, pomimo że stan ososbowy domu wcale się nie zmienił.

Pierwsze podejrzenia padły na nocną zmianę – że niby sobie podjadamy z zapasów przeznaczonych dla rezydentów. Ale kawę czy herbatę zawsze mogliśmy sobie zrobić (ja i tak nosiłam własną kawę, bo firmowa wykrzywiała gębę), a od jednego czy dwóch tostów nie ginie zawartość lodówki i zamrażarki.

Jakiś czas to trwało, wszyscy po kolei byli podejrzani, szef rozważał założenie kamer w pomieszczeniach ogólnie dostępnych, aż pewnego dnia, jedną z przełożonych na dniówce zastanowiło dlaczego jedna z pomocy kuchennych, wyrzucając worki ze śmieciami, zostawia niektóre obok kontenerów, a nie wrzuca do środka. Wyrzucała śmieci zawsze na krótko przed pójściem do domu.
Linda poszła sprawdzić worki i zamiast śmieci znalazła w nich pełnowartościowe produkty: pieczywo, paczki wędlin, warzywa, dżemy, puszki, mrożone frytki czy rybę.

Okazało się, że pomoc kuchenna (imienia nie pamiętam) wynosiła worki, stawiała pod koszami, a później, wychodząc do domu wrzucała do samochodu, który stał zaparkowany obok śmietników.
Proceder trwał kilka tygodni, i nigdy nie ustalono dokładnie, jak długo oraz ile dokładnie jadzenia wyniosła tamta dziewczyna.
Z tego co pamiętam, to po prostu wyrzucono ją z pracy, a policji nie wzywano.

Szef przeprosił nas wszystkich za podejrzenia, a tosty z dżemem wróciły do jadłospisu nocnej zmiany, ale już nikt się o nie nie czepiał…

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (105)

#88187

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem pociągu

Przyszła do mnie roztrzęsiona podróżna, aby poinformować mnie, że przesiadając się z innego pociągu zapomniała zabrać z niego torbę z laptopem. A ponieważ był to dosyć drogi model, kupiony raptem tydzień wcześniej, to bardzo zależało jej na jego odzyskaniu. A jak wiadomo tego typu sprzęt pozostawiony bez opieki w pociągu bardzo szybko może znaleźć nowego właściciela.

Jak już wspomniałem we wcześniejszej historii, rozwiązywanie problemów, które podróżni sami sobie tworzą to moja specjalność więc z odzyskaniem sprzętu nie miałem większego problemu. Wystarczyło, że zadzwoniłem do kierownika tamtego pociągu i poinformowałem go o sytuacji. Laptop na szczęście był tam gdzie pozostawiła go podróżna. A, że kierownik tamtego pociągu kilka godzin później przejeżdżał przez stację na której wsiadała podróżna to torbę z laptopem miał odebrać jej mąż.

Podróżna była tak zachwycona, że tak szybko udało mi się rozwiązać jej problem, że próbowała wcisnąć mi w podziękowaniu stuzłotowy banknot. Powiedziałem, że nie zrobiłem tego dla pieniędzy, a podziękowania należą się kierownikowi tamtego pociągu. Bo to on do czasu odbioru, będzie się musiał zając jej sprzętem.

Od całej sytuacji minęły jakieś 2 miesiące, gdy spotkałem podróżną po raz drugi. Poznałem ją od razu i zapytałem jak się miała sprawa z laptopem.

- To pan nie wie? Przecież napisałam bardzo długą pochwałę na Pana i Pana kolegę.
- Niestety nic do mnie nie dotarło
- Niemożliwe! Żeby mieć pewność, że na pewno dotrze, wysłałam ją poleconym. Nawet gdzieś jeszcze mam w portfelu potwierdzenie odbioru.

Podróżnej zrobiło się przykro, ponieważ postanowiła napisać ją własnoręcznie i miała zajmować aż 2 strony.

Mnie zabolało jakie firma ma podejście do pracownika. Pochwały od podróżnych mam wrażenie, że od razu trafiają do kosza. W przeciwieństwie do skarg. O ile nigdy nie przeczytałem pochwały od pasażera to zdarzyło mi się pisać wyjaśnienie jeszcze tego samego dnia, gdy miała miejsce sytuacja. Zadzwoniłem z ciekawości do kolegi z tamtego pociągu. Do niego też nic nie dotarło.

Nie oczekuję jakichkolwiek gratyfikacji pieniężnych, lecz miło byłoby dowiedzieć się, że ktoś docenia naszą pracę. Bo czasem robimy dla podróżnych rzeczy, która wykraczają daleko poza zakres naszych obowiązków.

kolej

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (152)

#88183

~IcekMordehaj ·
| Do ulubionych
Pracuję w komunikacji miejskiej.

Byłem wtedy kierowcą autobusu miejskiego, dziś pracuję na innym stanowisku, ale by opowiedzieć tą Piekielną historię, muszę się cofnąć kilka lat.

Było lato, upał na dworze doskwierał. Kurs w godzinach przedpołudniowych dość obleganej linii. Pasażerów, jak to zwykle w tym autobusie, sporo, a większość w wieku około emerytalnym. W pewnym momencie poruszenie w części pasażerskiej i zaraz słyszę: "Panie kierowco. Tu dziewczyna zemdlała."

Dojechałem do najbliższego przystanku (bezpieczeństwo przede wszystkim) i chyłkiem do omdlałej. Dziewczyna blada jak ściana, widać że ją złożyło. Nie ma siły się podnieść. Szybki telefon na pogotowie. Informacja zwrotna: karetka w drodze.
I tu się zaczyna PIEKŁO. Poinformowałem pasażerów, że dalej nie jedziemy i czekam na pogotowie, które udzieli tej pani pomocy.
Rozpętała się awantura na siedem fajerek:

- dlaczego?
- po co?
- a czemu ta pani nie może sama na przystanku poczekać?

Zwyczajnie mnie zamurowało. Nie tym, że ktoś na mnie naskoczył, że rzucił się pyskiem, to akurat w tej pracy klasyka gatunku i nic nowego. Zszokowała mnie znieczulica tych ludzi. Kompletnie gdzieś mieli stan zdrowia tej dziewczyny, bo dla nich liczyło się tylko to, że chcą dalej wieźć tyłki. Notabene 15 minut później jechał następny autobus tej samej linii, do którego mogliby się przesiąść. A innych autobusach z tego przystanku już nie wspominając.

Prawdziwym mistrzem ceremonii piekielnego zachowania był pan, na oko minimum 70 lat, który darł się na mnie, że powinienem się był zatrzymać na kolejnym przystanku, a nie na tym i stamtąd wezwać karetkę. Gdy go zapytałem, czy tam miał zamiar wysiąść, nieco się uspokoił.

Karetka przyjechała bardzo szybko. Nie wiem, może 8, góra 10 minut od wezwania. Ratownicy bardzo troskliwie zajęli się chorą i mogłem jechać dalej, co też uczyniłem.

Wierzcie mi, że zdarzały mi się różne trudne sytuacje, w pracy i poza nią, ale to była jedna z najdłuższych i najbardziej dojmujących chwil mojego życia. Chyba nigdy wcześniej nie przekonałem się w praktyce, jak podli, okrutni, samolubni i chamscy potrafią być ludzie, a szczególnie, gdy występują w grupie.

PS. A i zapomniałbym. Dziadunio, który miał pretensje, że nie stanąłem przystanek dalej, oczywiście tam wysiadł. Ten przystanek był jakieś 500 metrów dalej. Trzy razy by tam zaszedł piechotą w czasie, który poświęcił na wydzieranie się na mnie.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (154)

#87998

~tonyhawk ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiło się tu kilka historii o rozmowach kwalifikacyjnych, Przypomniała mi się opowieść mojego brata.

Jakieś 2-3 lata temu starał się o pracę jako konstruktor w firmie produkującej maszyny do branży stolarskiej. Wrócił z tej rozmowy na wpół zły, na wpół rozbawiony.
Jeszcze przed wejściem na teren firmy miał pierwsza przygodę - stróż przyczepił się do niego, że zaparkował na jednym z miejsc wyznaczonych dla gości, a powinien dla pracowników. Brat powiedział, że jeszcze nie jest pracownikiem, no ale "cieć na firmie jest drugi po prezesie", więc po wysłuchaniu wywodu stróża przeparkował auto dla świętego spokoju.

Potem przyszedł czas na rozmowę kwalifikacyjną. Dopóki rozmawiał ze swoim potencjalnym kierownikiem, czy też dyrektorem, wszystko było ok. Problem zaczął się kiedy do rozmowy wtrącił się główny prezes zakładu.
- No technikum elektroniczne, a studia mechaniczne (konkretnie mechanika i budowa maszyn ukończona na polibudzie warszawskiej). Coś się Pan zdecydować nie może...
Brat odparował, że to chyba dobrze, jeśli konstruktor ma wiedzę nie tylko o mechanice, ale też o elektronice. Prezes spostrzegł chyba swoją wtopę, bo szybko zmienił temat.

- No tak się przysłuchiwałem Pana angielskiemu, no nie jest on najlepszy, musiałby Pan podszlifować...
- Wie Pan, może i nie mam wzorowego akcentu i płynnej wymowy, ale w poprzednim miejscu pracy nie miałem problemów z dogadaniem się z klientami z zagranicy.
- No ale wie Pan, my mamy wielu poważnych klientów zagranicznych...

Tu nastąpiła litania, jaka to wspaniała firma, gdzie to nie sprzedaje swoich maszyn i za jakie sumy. To samochwalstwo trwało potem przez resztę rozmowy.
W momencie kiedy rozmowa doszła do tematu zarobków, spod stołu wyjechała bazuka - zaproponowano bratu 2300 PLN na rękę. Mówił, że w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał. Kiedy upewnił się, że to nie głupi żart, powiedział:

- Jak się wyjeżdża z naszego miasta w kierunku X, to po lewej jest taka stacja paliw "Y"...
- No kojarzę.
- Właścicielem jest kolegi szwagier. Rozmawiałem z nim ostatnio, i mówił, że szuka nowego pracownika. Zarobki u niego wynoszą ok 2700 PLN - zależnie od ilości przepracowanych nocy i weekendów. Nie wymaga on ani studiów, ani znajomości języków obcych. Wystarczy chęć do pracy i odrobina "ogarnięcia".
Pan krytykuje moje wykształcenie, mój angielski, opowiada jaka to Pańska firma nie jest prężna i wspaniała, ilu to poważnych klientów za granicą ma, a proponuje Pan 2300? Że tak spytam wprost - nie wstyd Panu?

Tu "Janusz" się zapowietrzył, zaczął opowiadać dyrdymały o możliwościach rozwoju, zdobywaniu doświadczenia.
Brat odparował, że możliwością rozwoju się nie naje ani rachunków nie opłaci, i że dziękuje za poświęcony czas (chociaż na końcu języka miał "zmarnowany"), po czym wyszedł.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 233 (233)

#87841

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii ItsyBitsyWereWaffle o Poczcie Polskiej, przypomniała mi się sytuacja, z którą borykamy się na co dzień u nas.

Razem z Partnerem pracujemy zdalnie z domu już rok - on co prawda już parę lat zdalnie, a ja dołączyłam do niego od zeszłego marca.

Eh, wspólna praca i przebywanie ze sobą 24/24 to temat na osobną historię. Co najważniejsze, jeszcze się nie pozabijaliśmy i wciąż planujemy się pobrać :D

Siedzimy w domu, pracujemy w domu, a non stop dostajemy awiza do skrzynki. Listonosz nawet nie zadzwoni domofonem, więc podejrzewam, że nawet nie zabiera tych listów ze sobą z placówki poczty, bo gdyby już miał go ze sobą to sprawdziłby czy ktoś jest w domu chociaż żeby się pozbyć balastu. Śmiem spekulować, że jeszcze na poczcie wypisuje sobie te awiza, ale nie przyłapałam go na gorącym uczynku.

Nie jest to jakiś wielki problem dla mnie żeby się przejść na pocztę, ale naprawdę ostatnio miałam awizo na jakiś list, który bez problemu by zmieścił się do skrzynki. Akurat przede mną w kolejce stał starszy Pan, który wykłócał się z Panią w okienku o tę samą kwestię, że zszedłby na dół pod klatkę po list gdyby chociaż listonosz zadzwonił domofonem.

poczta

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (133)
Przyszłam dorzucić swoje pięć groszy w kwestii kiepskich metod pedagogów/psychologów szkolnych.

Gdy byłam w drugiej klasie gimnazjum, w mojej szkole zorganizowano warsztaty na temat radzenia sobie z agresją, zaczepkami, itd. wśród rówieśników. Idea bardzo fajna, zwłaszcza, że moja szkoła była zbieraniną raczej patologicznej młodzieży (taka dzielnica...), i te kilka procent nie całkiem patologicznych uczniów miało momentami naprawdę przesrane. Wraz z moją najlepszą przyjaciółką zapisałyśmy się na te warsztaty.

Wytrzymałyśmy miesiąc (warsztaty miały trwać dwa miesiące) bo ciągle miałyśmy nadzieję, że z czasem usłyszymy tam coś sensownego, i nadającego się do zastosowania w życiu, niestety okazało się, że pani prowadząca nie miała chyba nigdy do czynienia z prawdziwym prześladowaniem i patologiczną młodzieżą, i jej rady nadawałyby się może do użycia w prywatnej podstawówce, w eleganckiej dzielnicy, a nie w naszej gimnazjalnej dżungli...

Głównym sposobem na powstrzymanie nieciekawych zachowań w naszym kierunku, miało być powiedzenie naszemu prześladowcy, że nas krzywdzi, jego zachowanie nam się nie podoba, i opowiedzenie mu o swoich uczuciach... Rozumiecie - miałam problem z jednym gościem, groził mi, pluł pod nogi, kradł i niszczył moje rzeczy, etc., a ja wg. tej kobiety miałam mu powiedzieć "proszę cię, nie rób tak, ponieważ sprawiasz mi tym przykrość".

Jak osoby uczęszczające na warsztaty zaczęły opowiadać o swoich przejściach z dręczycielami, to kobieta kompletnie nie wiedziała co odpowiedzieć, a później zaczęła nam wmawiać, że przesadzamy, albo sobie z niej żartujemy, bo to niemożliwe, żeby gimnazjaliści się tak zachowywali.

Zmieniła zdanie (i od razu przestała prowadzić u nas zajęcia), kiedy wychodziła zimą ze szkoły chwilę po 18, i postanowiła dojść do autobusu skrótem przez podwórko, na którym czterech trzecioklasistów z naszej szkoły ją napadło i okradło... Chociaż współczuję babce takiego zdarzenia, to jednak ciekawa jestem, czy poprosiła, żeby tego nie robili, bo sprawiają jej przykrość.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (153)

#87232

(PW) ·
| Do ulubionych
Dla nie znających sposobu zakupu biletów komunikacji miejskiej we Wrocławiu - wstęp jak to działa: kilka lat temu wymieniono biletomaty w autobusach / tramwajach na takie zintegrowane z kasownikiem. Płaci się zbliżeniowo kartą. Automat taki nie drukuje żadnego papierowego biletu, a kontrola polega na przyłożeniu karty do czytnika u kontrolera.

Tyle teorii, gdyby to w praktyce działało nie byłoby tego wpisu.

Żona jechała tramwajem 28 sierpnia. Kupiła bilet w tramwaju, kasownik wyświetlił zielonego "ptaszka" i życzył miłej podróży. W trakcie podróży - kontrola. Podaje na pewniaka kartę a tu brak biletu. Kontrolerka wzrusza ramionami, mówi że tak się zdarza, ona mandat wypisać musi, trzeba się odwoływać. Radzi, żeby najlepiej kupować bilety na przystankach, bo z tymi w tramwajach różnie bywa.

No więc skoro reklamacja, to zdałoby się potwierdzenie transakcji z banku. Transakcji na stronie banku brak. Uspokajam, że pewnie transakcja offline, pojawi się za parę dni.

W międzyczasie opłacamy mandat, bo za opłacenie w ciągu 7 dni jest zniżka - wolimy się przepychać z MPK o 100zł z hakiem niż o 150zł z hakiem.

Blokada w systemie bankowym pojawia się 6 września. Ponad tydzień później.

No ale z blokady nie da się pobrać potwierdzenia. Czekamy aż się zaksięguje.

Blokada znika 14 września. Transakcja się nie pojawia. Screenshota, że była nie zrobiliśmy.

Bez większej nadziei (w końcu transakcja wyparowała jak sen złoty, nie mamy dowodów) stwierdzamy, że trzeba reklamację złożyć. Wyjątkowo z powodu koronawirusa można to zrobić mailem, inaczej trzeba jechać przez pół miasta do biura MPK.

30 września kumulacja wydarzeń: pojawia się zaginiona transakcja... z datą 6 września. A MPK przysyła odpowiedź, że w celu potwierdzenia naszej wersji wydarzeń należy się udać do biura obsługi biletomatów, podać numer karty, którą było płacone - oni wydrukują historię z tej karty z tego dnia. Następnie trzeba to dostarczyć do biura MPK - w drodze wyjątku można mailem, bo koronawirus.

Wczoraj żona udała się do wspomnianego biura. Zaświadczenie bez problemu uzyskała. Wysłała skan mailem do MPK i czekamy.

Nie wiem, kto tu zawinił. W pierwszej kolejności podejrzewam firmę odpowiedzialną za obsługę biletomatów, w ostatniej bank - przy następnym przejeździe żona postanowiła zrobić eksperyment i zapłacić za bilet kartą innego banku, efekt jak wyżej, tylko zamiast kontroli był opiernicz ode mnie. W każdym razie wniosek jest taki, że system działa słabo i można być gapowiczem płacąc za bilet. Drugi wniosek jest taki, że COVID ma swoje pozytywy - można niektóre rzeczy załatwić mailem.

Tyle dobrze, że kwota 100zł nie spędza nam snu z powiek i nie rujnuje domowego budżetu. Gorzej jak trafi na niezamożnego turystę z drugiego końca Polski.

MPK Wrocław

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (86)
Jestem motorniczym.

Ścisłe centrum miasta. Skończyłam obsługę przystanku, czekam już tylko na swoje "zielone" światło w postaci pionowej kreski (sygnalizator ST). Na przejściu dla pieszych znajdującym się tuż za moim sygnalizatorem czerwone światło wyświetla się już od kilkunastu-kilkudziesięciu sekund.

Upragniony sygnał pojawia się na sygnalizatorze, zaczynam więc ruszać moim wozem.
I nagle hamuję gwałtownie i odruchowo dzwonię, gdyż rowerzyści w postaci tatusia z synkiem na jednym rowerze (berbeć najwyżej trzyletni w foteliku na bagażniku), córeczki w wieku na oko ośmiu lat i mamusi zamykającej peleton postanowili przejechać sobie właśnie teraz.

Tatuś jeszcze mnie serdecznie pozdrowił bardzo szczególnym palcem i słowami "Ty k*rwo!".

Tym samym palcem teraz pozdrawiam. Świetny przykład dla dzieciaków.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (137)

#86117

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja postpeerelowska spółdzielnia mieszkaniowa kupę lat temu uruchomiła system internetowy, w którym można podejrzeć między innymi saldo i wysokość czynszu. Z racji tego, że czynsz potrafi się zmieniać co 2 miesiące jest to wygodna sprawa. Dostęp aktywowałem więc najszybciej jak się dało.

Kilka lat później kupiłem garaż. Poszedłem więc do spółdzielni aktywować dostęp do konta garażu.
Odesłano mnie do pokoju zajmowanego przez "dział IT". W pokoju - kilka pań plus "naczelny informatyk", pan po 60-tce.
Powiedziałem, z czym przychodzę.

- A do mieszkania dawno pan konto zakładał? - spytał pan Naczelny.
- Dawno, najszybciej jak się dało.
- I hasła pan od tego czasu nie zmieniał?
- No nie.
- A to super. To w excelu będę miał.

Po czym pan otworzył arkusz excela, odszukał wpis z moim mieszkaniem.

- No bardzo ładne hasło pan ma, Piekielny1, to takie samo panu do garażu ustawię. Bo wie pan, jak ktoś teraz zmienia to ja nie mogę już mieć tutaj, a tak mi najwygodniej. A co to komu przeszkadza, nawet jak ktoś się włamie to co, zobaczy ile pan ma czynszu?

Zatkało mnie. Całe szczęście, że z racji mojej nieufności do systemów informatycznych postpeerelowych instytucji ustawiłem bzdurne hasło nieużyte gdzie indziej. Tak czy siak - zmiana hasła była pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po powrocie do domu.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (142)

#85229

(PW) ·
| Do ulubionych
Komentarze pod historią https://piekielni.pl/85228#comments nasunęły mi pewne skojarzenie.

Pracowałam wtedy w Domu Opieki, gdzie siłą rzeczy była również pralnia. Pralnia prała wszystko - pościel, ręczniki, rzeczy podopiecznych, ogólne obrusy, zasłony, firanki, służbowe stroje, ścierki, ściereczki, mopy, no po prostu WSZYSTKO. I owo "wszystko" obsługiwała jedna osoba oraz dwie pralki - bynajmniej nie przemysłowe, chociaż trochę lepszej jakości niż "marketowe". Na nasze jęczenia i błagania pani dyrektor odpowiadała, że pralki przemysłowe są za drogie, Domu na to nie stać. Wreszcie nadszedł taki czas, że nowa osoba zatrudniona na pralni stwierdziła, że "nie da rady" i na tych dwóch pralkach nie uda się oprać całego Domu.

Rozwiązanie? Część prania zaczęła być oddawana do prywatnej pralni, przychodziła stamtąd owszem ładnie uprana, z fakturką od 300 do 500 zł... Trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek).

Zadanie na poziomie piątej klasy szkoły podstawowej - po jakim czasie zwróciłby się dyrekcji zakup pralek przemysłowych?

dom_opieki

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (142)