Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#88557

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem pociągu

Tym razem to ja zostałem piekielnym, ale chyba na własne życzenie. Moja sąsiadka Pani Krystyna emerytka mieszkająca w tym samym bloku, tylko klatkę obok jakieś 2 lata temu zaczepiła mnie w sklepie z prośbą o pomoc. Powiedziała mi, że bardzo dawno nie jeździła pociągami, a chciała odwiedzić swoją rodzinę mieszkającą na drugim końcu kraju. Zaproponowałem jej aby przyszła do mnie do mieszkania, abyśmy wspólnie zaplanowali jej podróż, która miała odbywać się z dwoma przesiadkami.

Podczas wizyty sprawdziłem w internecie rozkłady jazdy i rozpisałem jej na kartce o jaki bilet ma prosić w kasie, oraz gdzie, i kiedy powinna się przesiąść. W razie wystąpienia jakiś komplikacji podałem je swój numer telefonu.

I to był błąd. Bo jakieś 3 miesiące później zadzwoniła do mnie, bym ponownie sprawdził jej połączenie. Udzieliłem jej wszystkich potrzebnych informacji. Pani Krystyna upodobała sobie podróże pociągami i postanowiła w ten sposób odwiedzać swoją rodzinę mieszkającą w różnych częściach kraju. Za każdym razem dzwoniła do mnie bym to ja zorganizował jej podróż. Później z jakiegoś powodu często zaczęła jeździć do Warszawy. I prosiła mnie bym podał jej godziny odjazdu, oraz pociągów powrotnych.

Po ciężkiej służbie wróciłem do domu koło 1 w nocy i położyłem się spać. O godzinie 6 rano zadzwonił do mnie telefon. Dzwoniła Pani Krystyna. Nie odebrałem. Zadzwoniła drugi raz. Byłem wściekły, ponieważ przerwała mój sen. Gdy zadzwoniła trzeci raz, pomyślałem, że coś się jej mogło stać. W myślach miałem już najgorsze scenariusze.

Zadzwoniła do mnie z pretensjami, ponieważ czekała na peronie na pociąg, a jeszcze go nie było. W krótkich słowach odpowiedziałem jej, że jest godzina 6 rano i nie jestem informacją kolejową, po czym się rozłączyłem.

Jak później z ciekawości sprawdziłem, jej pociąg był opóźniony 10 minut. Gdy spotkałem Panią Krystynę później w sklepie na "dzień dobry" już mi nie odpowiedziała.

kolej

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (80)

#88506

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest to mój pierwszy wpis na "piekielnych", więc z góry przepraszam za długość historii czy wybrakowany humor ;-) Nawiazuje do poszukiwań pracy i rekrutacji z postów:
https://piekielni.pl/88290
https://piekielni.pl/88297

Pod koniec lipca brałem udział w rekrutacji na stanowisko kierownika utrzymania ruchu jednej z podwarszawskich firm. Firma ta posiada zakład produkcyjny w miejscowości O, niedaleko Miastkowa Kościelnego i chwali się, że wyprodukowała tysiące kilometrów ogrodzeń. Chwała im za to, jednak nie o tym miałem pisać.

Ponieważ przepracowałem już ponad 20 lat w jednym zakładzie pracy, ktoś z działu HR zaprosił mnie na spotkanie rekrutacyjne. Co istotne, spotkanie to nie mogło odbyć się on-line przy pomocy video-konferencji jak np. MS Teams czy Skype. Spotkanie tylko twarzą w twarz i tylko z kierownikiem produkcji zakładu – dajmy na to z Panem S.
Zazwyczaj oznacza to, iż firma chciałaby sprawdzić kompetencje kandydata lub / i ewentualnie pokazać zakład, jako przyszłe miejsce pracy.

Z czystej ciekawości udałem się zatem na to spotkanie, zabierając ze sobą laptop i zdjęcia oraz przykłady z dotychczasowo zrealizowanych projektów. Stawiłem się przed czasem przed wejściem do zakładu, zostałem zaprowadzony do sali konferencyjnej i spotkała mnie niespodzianka – Pana S. na umówionym spotkaniu nie będzie, będzie jego zastępca.

Po miłej rozmowie na tematy zawodowe, pytaniach o kompetencje i umiejętności oraz najważniejszym pytaniu o zarobki, zostałem poproszony o rozwiązanie testu zawierającego 15 pytań. Pytania były pouczające i ciekawe, zawierały m.in. polecenia:
a) uzupełnij podany ciąg liczb o brakujące elementy (ciąg rekurencyjny),
b) uzupełnij lub wskaż brakujące figury geometryczne w danym ciągu znaków,
c) wskaż zdania zawierające prawdę lub fałsz logiczny (wg logiki Arystotelesowej czyli binarnej) na podstawie załączonego wykresu sprzedaży 4 firm.

Test trwał „na oko” 15-20 min, rozwiązałem go, oddałem, po miłym pożegnaniu usłyszałem, iż pan kierownik produkcji skontaktuje się ze mną w celu omówienia mojej kandydatury.
Podziękowałem za możliwość kandydowania i rozpoczął się okres oczekiwania na odpowiedź.

W międzyczasie zdążyłem pojechać na 3 tygodnie urlopu, wrócić z urlopu, wreszcie prawie po miesiącu czekania napisałem email do uprzejmej Pani z HR, czy moja kandydatura jest nadal rozważana. Niestety – nie otrzymałem odpowiedzi.

Ośmielony brakiem odpowiedzi, w krótkich słowach opisałem moją rozmowę rekrutacyjna na portalu „Idź do pracy.pl” oczywiście napisane w jęz. pewnego królestwa, które niegdyś było mocarstwem ;-) Po braku odpowiedzi spodziewałem się, iż na pewno „oblałem” test ;-)

Jakież było moje zdziwienie, gdy po 2 dniach zadzwoniła do mnie przemiła Pani z HR. Zostałem przeproszony i zapewniony, iż brak jakiejkolwiek odpowiedzi nie jest standardem postępowania w tym przedsiębiorstwie. Niestety – miałem pecha, moja kandydatura zagubiła się, lub też zapodziała, uprzejmy pan zastępca kierownika nie przekazał chyba wyników rozmowy, firma już kogoś zatrudniła na stanowisko kierownika UR – no cóż – pani jest przykro. OK – przeprosiny przyjąłem, rozumiem, iż firma miała inne priorytety. Czy to koniec historii? No nie...

Jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem zadzwonił pełnomocnik zarządu tej firmy – również z gorącymi przeprosinami. Pan pełnomocnik wyjawił mi, że moje podejrzenia nie były słuszne – otóż nie udało mi się rozwiązać 1 pytania w teście, on rozumie, iż mogę być sfrustrowany takim obrotem sprawy, ale bardzo grzecznie prosi o możliwość usunięcia mojego postu w portalu „Idź do pracy.pl” ;-D. Odpowiedziałem, iż rozumiem jego stanowisko, opisałem jednak prawdę, zgodzę się na złagodzenie treści mojej wypowiedzi, ale nie na usunięcie. Skontaktowałem się z administratorem portalu opisującego opinie o pracodawcach w celu edycji postu i …. znów cisza.

Dziś – tj. w pierwszej połowie września zaglądam na „Idź do pracy.pl”, sprawdzam post – ale postu nie ma ;-D. Jest za to 5 ogłoszeń – wakatów dla chętnych pracować w firmie do której kandydowałem.

Janusze i Grażynki businessu: lub biznesu „uczta się” jak traktować kandydatów do pracy i jak tworzyć „dobry wizerunek firmy” ;-).

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (139)

#88373

(PW) ·
| Do ulubionych
Pożar stodoły w pobliżu domu weselnego.

Dojeżdżamy do dużego pożaru jako kolejna jednostka. Już wtedy musimy trąbić na tłum gości weselnych dla których pożar jest dodatkową atrakcją na weselu.

Jako dowódca idę do KDR po rozkazy i przy okazji pytam go czy dysponował jakieś dodatkowe siły. Odpowiada że nie, więc pytam czy możemy wydzielić sobie strefę żeby nam osoby niepowołane nie kręciły się przy wozach.

Wracam do swoich i przekazuję rozkazy: "Chłopaki weźcie widły i idźcie wywalać siano ze stodoły, Tomek (kierowca), weź taśmę i wydziel strefę od płotu do bramy domu weselnego. Za taśmą nie mogą się kręcić gapie. W razie problemów wołaj mnie lub 13 na (kanale) operacyjnym."

Nie zdążyłem wypisać dokumentów o które prosił mnie KDR, a już wybuchła awantura. Dwóch "wujków Staszków" nawalonych jak stodoła zaczęło się awanturować, bo strażacy przegonili dzieciarnię od wozów. Nie docierają argumenty, że dzieci przeszkadzają, że może im się stać krzywda, że nie jesteśmy tu po to by pokazywać dzieciom sprzęt, tylko by gasić pożar.

W końcu wkurzony łączę się z KDR i mówię: "13 możesz połączyć się z komendą i poprosić ich o policję. Mam tu osoby utrudniające działania, prawdopodobnie pijane."

Nasi delikwenci awanturowali się dalej aż do przyjazdu policji.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (174)

#88366

~spikyspike ·
| Do ulubionych
Jako, że jak co roku powracają historie osób mieszkających w miejscach atrakcyjnych turystycznie, które muszą wymigiwać się od wizyt rodziny widzianej ostatnio 10 lat wcześniej, to dodam coś od siebie.

2 lata temu kolega przeprowadził się na pewien czas w celach zawodowych do Gdańska. Po krótce sytuacja wyglądała tak: w momencie przeprowadzki jego kobieta była już w ciąży. Wynajęli 2 pokojowe mieszkanie w bloku. Córka urodziła mu się w połowie czerwca, więc tuż przed sezonem urlopowym.

Doświadczony lekturą piekielnych zapytałem go przy najbliższej okazji (był to już chyba październik) czy wielu kuzynów i znajomych z podstawówki sobie o nim przypomniało, jak dowiedzieli się, że mieszka w Gdańsku. Potwierdził, że owszem kilka przypadków było, a oto top 3:

1. Zaraz po narodzinach Małej mama kolegi pojechała do nich na kilka dni pomóc im zająć się maleństwem. Jakaś tam ciotka piąta woda po kisielu jak usłyszała o jej planach "Ojej, to ja jadę z Tobą! Jak ja dawno nad morzem nie byłam!" Była wielce zdziwiona, że mama kolegi nie chce jej zabrać ze sobą, do 2 pokojowego mieszkania, gdzie będzie już 3 dorosłych i świeżo narodzone dziecko.

2. Kuzyn kolegi, chciał się wprosić na 10 dni (!) z żoną i dwójką dzieci. Na pytanie jak sobie wyobraża 4 dorosłych i 3 dzieci w tak małym mieszkaniu "No fajnie będzie, dzieciaki będą się bawić razem!" Tak, na pewno - noworodek i dwóch chłopców w wieku coś koło 5 lat.

3. Znowu jakaś ciotka, chciała przyjechać z wujem na tydzień. Na argument o wielkości mieszkania odpowiedziała:

- No ale jaki to problem? Wy w jednym pokoju, my w drugim!
- Tak ciociu, ale u nas oba pokoje są zajęte, bo w jednym śpi Ewela z Małą, a ja w drugim, żebym do pracy się wyspał.
- Oj tam, tydzień to się jakoś przemęczysz!
(...)
- A na jakiej ulicy Ty masz to mieszkanie?
- Na Piekielnej
- Ło Matko! Toć to ze 3 km od morza!
- Nawet 4.
- Czyś Ty oszalał?! Kto wynajmuje mieszkanie tak daleko od morza?!
- Ktoś kto nie sra pieniędzmi. Jak mi ciocia zafunduje, to i na plaży chętnie zamieszkam.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (196)

#88309

~silverhand ·
| Do ulubionych
Plac zabaw pośrodku blokowiska. Syn się buja na huśtawce, a ja stoję obok. Nagle za huśtawką przebiegła dziewczynka, akurat w takim momencie, że wracająca huśtawka walnęła ją tak, że odleciała na dobry metr. Nie było szans zareagować na czas. Momentalnie pojawiła się jej matka, znam ją z widzenia, taka wyniosła paniusia z bloku obok. Zamiast sprawdzić co z dzieckiem, wyskoczyła do mojego syna z ryjem, że co on robi i żeby uważał.

Mówię:
- To pani powinna uważać i pilnować dziecka, bo przebieganie za bujającą się huśtawką nie jest bezpieczne.
- Ty [sterta wyzwisk] zaraz zadzwonię na policję.
- Dobry pomysł, tu są kamery to będą mogli zobaczyć jak pilnujesz dziecka. To co, dzwonimy?

Obrzuciła mnie kolejną serią wyzwisk, po czym dopiero zajęła się córką.

Ale dziewczynka dzielna, bo nawet nie zapłakała.

patologia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (149)

#88208

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas przerwy losowałam sobie historie i natrafiłam na jedną o kradzieżach w pracy. To przypomniało mi moją. Szczegóły mogły zatrzeć się w pamięci, ale sama historia wydarzyła się naprawdę :-)

Pracowałam wtedy w domu opieki. Pewnego razu szefowa kuchni zaczęła zgłaszać zwiększone zapotrzebowanie na niektóre artykuły spożywcze. Po jakimś czasie stalo się to regułą – zaczęło być zużywane więcej jedzenia, pomimo że stan ososbowy domu wcale się nie zmienił.

Pierwsze podejrzenia padły na nocną zmianę – że niby sobie podjadamy z zapasów przeznaczonych dla rezydentów. Ale kawę czy herbatę zawsze mogliśmy sobie zrobić (ja i tak nosiłam własną kawę, bo firmowa wykrzywiała gębę), a od jednego czy dwóch tostów nie ginie zawartość lodówki i zamrażarki.

Jakiś czas to trwało, wszyscy po kolei byli podejrzani, szef rozważał założenie kamer w pomieszczeniach ogólnie dostępnych, aż pewnego dnia, jedną z przełożonych na dniówce zastanowiło dlaczego jedna z pomocy kuchennych, wyrzucając worki ze śmieciami, zostawia niektóre obok kontenerów, a nie wrzuca do środka. Wyrzucała śmieci zawsze na krótko przed pójściem do domu.
Linda poszła sprawdzić worki i zamiast śmieci znalazła w nich pełnowartościowe produkty: pieczywo, paczki wędlin, warzywa, dżemy, puszki, mrożone frytki czy rybę.

Okazało się, że pomoc kuchenna (imienia nie pamiętam) wynosiła worki, stawiała pod koszami, a później, wychodząc do domu wrzucała do samochodu, który stał zaparkowany obok śmietników.
Proceder trwał kilka tygodni, i nigdy nie ustalono dokładnie, jak długo oraz ile dokładnie jadzenia wyniosła tamta dziewczyna.
Z tego co pamiętam, to po prostu wyrzucono ją z pracy, a policji nie wzywano.

Szef przeprosił nas wszystkich za podejrzenia, a tosty z dżemem wróciły do jadłospisu nocnej zmiany, ale już nikt się o nie nie czepiał…

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (160)

#88187

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem pociągu

Przyszła do mnie roztrzęsiona podróżna, aby poinformować mnie, że przesiadając się z innego pociągu zapomniała zabrać z niego torbę z laptopem. A ponieważ był to dosyć drogi model, kupiony raptem tydzień wcześniej, to bardzo zależało jej na jego odzyskaniu. A jak wiadomo tego typu sprzęt pozostawiony bez opieki w pociągu bardzo szybko może znaleźć nowego właściciela.

Jak już wspomniałem we wcześniejszej historii, rozwiązywanie problemów, które podróżni sami sobie tworzą to moja specjalność więc z odzyskaniem sprzętu nie miałem większego problemu. Wystarczyło, że zadzwoniłem do kierownika tamtego pociągu i poinformowałem go o sytuacji. Laptop na szczęście był tam gdzie pozostawiła go podróżna. A, że kierownik tamtego pociągu kilka godzin później przejeżdżał przez stację na której wsiadała podróżna to torbę z laptopem miał odebrać jej mąż.

Podróżna była tak zachwycona, że tak szybko udało mi się rozwiązać jej problem, że próbowała wcisnąć mi w podziękowaniu stuzłotowy banknot. Powiedziałem, że nie zrobiłem tego dla pieniędzy, a podziękowania należą się kierownikowi tamtego pociągu. Bo to on do czasu odbioru, będzie się musiał zając jej sprzętem.

Od całej sytuacji minęły jakieś 2 miesiące, gdy spotkałem podróżną po raz drugi. Poznałem ją od razu i zapytałem jak się miała sprawa z laptopem.

- To pan nie wie? Przecież napisałam bardzo długą pochwałę na Pana i Pana kolegę.
- Niestety nic do mnie nie dotarło
- Niemożliwe! Żeby mieć pewność, że na pewno dotrze, wysłałam ją poleconym. Nawet gdzieś jeszcze mam w portfelu potwierdzenie odbioru.

Podróżnej zrobiło się przykro, ponieważ postanowiła napisać ją własnoręcznie i miała zajmować aż 2 strony.

Mnie zabolało jakie firma ma podejście do pracownika. Pochwały od podróżnych mam wrażenie, że od razu trafiają do kosza. W przeciwieństwie do skarg. O ile nigdy nie przeczytałem pochwały od pasażera to zdarzyło mi się pisać wyjaśnienie jeszcze tego samego dnia, gdy miała miejsce sytuacja. Zadzwoniłem z ciekawości do kolegi z tamtego pociągu. Do niego też nic nie dotarło.

Nie oczekuję jakichkolwiek gratyfikacji pieniężnych, lecz miło byłoby dowiedzieć się, że ktoś docenia naszą pracę. Bo czasem robimy dla podróżnych rzeczy, która wykraczają daleko poza zakres naszych obowiązków.

kolej

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (174)

#88183

~IcekMordehaj ·
| Do ulubionych
Pracuję w komunikacji miejskiej.

Byłem wtedy kierowcą autobusu miejskiego, dziś pracuję na innym stanowisku, ale by opowiedzieć tą Piekielną historię, muszę się cofnąć kilka lat.

Było lato, upał na dworze doskwierał. Kurs w godzinach przedpołudniowych dość obleganej linii. Pasażerów, jak to zwykle w tym autobusie, sporo, a większość w wieku około emerytalnym. W pewnym momencie poruszenie w części pasażerskiej i zaraz słyszę: "Panie kierowco. Tu dziewczyna zemdlała."

Dojechałem do najbliższego przystanku (bezpieczeństwo przede wszystkim) i chyłkiem do omdlałej. Dziewczyna blada jak ściana, widać że ją złożyło. Nie ma siły się podnieść. Szybki telefon na pogotowie. Informacja zwrotna: karetka w drodze.
I tu się zaczyna PIEKŁO. Poinformowałem pasażerów, że dalej nie jedziemy i czekam na pogotowie, które udzieli tej pani pomocy.
Rozpętała się awantura na siedem fajerek:

- dlaczego?
- po co?
- a czemu ta pani nie może sama na przystanku poczekać?

Zwyczajnie mnie zamurowało. Nie tym, że ktoś na mnie naskoczył, że rzucił się pyskiem, to akurat w tej pracy klasyka gatunku i nic nowego. Zszokowała mnie znieczulica tych ludzi. Kompletnie gdzieś mieli stan zdrowia tej dziewczyny, bo dla nich liczyło się tylko to, że chcą dalej wieźć tyłki. Notabene 15 minut później jechał następny autobus tej samej linii, do którego mogliby się przesiąść. A innych autobusach z tego przystanku już nie wspominając.

Prawdziwym mistrzem ceremonii piekielnego zachowania był pan, na oko minimum 70 lat, który darł się na mnie, że powinienem się był zatrzymać na kolejnym przystanku, a nie na tym i stamtąd wezwać karetkę. Gdy go zapytałem, czy tam miał zamiar wysiąść, nieco się uspokoił.

Karetka przyjechała bardzo szybko. Nie wiem, może 8, góra 10 minut od wezwania. Ratownicy bardzo troskliwie zajęli się chorą i mogłem jechać dalej, co też uczyniłem.

Wierzcie mi, że zdarzały mi się różne trudne sytuacje, w pracy i poza nią, ale to była jedna z najdłuższych i najbardziej dojmujących chwil mojego życia. Chyba nigdy wcześniej nie przekonałem się w praktyce, jak podli, okrutni, samolubni i chamscy potrafią być ludzie, a szczególnie, gdy występują w grupie.

PS. A i zapomniałbym. Dziadunio, który miał pretensje, że nie stanąłem przystanek dalej, oczywiście tam wysiadł. Ten przystanek był jakieś 500 metrów dalej. Trzy razy by tam zaszedł piechotą w czasie, który poświęcił na wydzieranie się na mnie.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (168)

#87998

~tonyhawk ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiło się tu kilka historii o rozmowach kwalifikacyjnych, Przypomniała mi się opowieść mojego brata.

Jakieś 2-3 lata temu starał się o pracę jako konstruktor w firmie produkującej maszyny do branży stolarskiej. Wrócił z tej rozmowy na wpół zły, na wpół rozbawiony.
Jeszcze przed wejściem na teren firmy miał pierwsza przygodę - stróż przyczepił się do niego, że zaparkował na jednym z miejsc wyznaczonych dla gości, a powinien dla pracowników. Brat powiedział, że jeszcze nie jest pracownikiem, no ale "cieć na firmie jest drugi po prezesie", więc po wysłuchaniu wywodu stróża przeparkował auto dla świętego spokoju.

Potem przyszedł czas na rozmowę kwalifikacyjną. Dopóki rozmawiał ze swoim potencjalnym kierownikiem, czy też dyrektorem, wszystko było ok. Problem zaczął się kiedy do rozmowy wtrącił się główny prezes zakładu.
- No technikum elektroniczne, a studia mechaniczne (konkretnie mechanika i budowa maszyn ukończona na polibudzie warszawskiej). Coś się Pan zdecydować nie może...
Brat odparował, że to chyba dobrze, jeśli konstruktor ma wiedzę nie tylko o mechanice, ale też o elektronice. Prezes spostrzegł chyba swoją wtopę, bo szybko zmienił temat.

- No tak się przysłuchiwałem Pana angielskiemu, no nie jest on najlepszy, musiałby Pan podszlifować...
- Wie Pan, może i nie mam wzorowego akcentu i płynnej wymowy, ale w poprzednim miejscu pracy nie miałem problemów z dogadaniem się z klientami z zagranicy.
- No ale wie Pan, my mamy wielu poważnych klientów zagranicznych...

Tu nastąpiła litania, jaka to wspaniała firma, gdzie to nie sprzedaje swoich maszyn i za jakie sumy. To samochwalstwo trwało potem przez resztę rozmowy.
W momencie kiedy rozmowa doszła do tematu zarobków, spod stołu wyjechała bazuka - zaproponowano bratu 2300 PLN na rękę. Mówił, że w pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał. Kiedy upewnił się, że to nie głupi żart, powiedział:

- Jak się wyjeżdża z naszego miasta w kierunku X, to po lewej jest taka stacja paliw "Y"...
- No kojarzę.
- Właścicielem jest kolegi szwagier. Rozmawiałem z nim ostatnio, i mówił, że szuka nowego pracownika. Zarobki u niego wynoszą ok 2700 PLN - zależnie od ilości przepracowanych nocy i weekendów. Nie wymaga on ani studiów, ani znajomości języków obcych. Wystarczy chęć do pracy i odrobina "ogarnięcia".
Pan krytykuje moje wykształcenie, mój angielski, opowiada jaka to Pańska firma nie jest prężna i wspaniała, ilu to poważnych klientów za granicą ma, a proponuje Pan 2300? Że tak spytam wprost - nie wstyd Panu?

Tu "Janusz" się zapowietrzył, zaczął opowiadać dyrdymały o możliwościach rozwoju, zdobywaniu doświadczenia.
Brat odparował, że możliwością rozwoju się nie naje ani rachunków nie opłaci, i że dziękuje za poświęcony czas (chociaż na końcu języka miał "zmarnowany"), po czym wyszedł.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (244)

#87841

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii ItsyBitsyWereWaffle o Poczcie Polskiej, przypomniała mi się sytuacja, z którą borykamy się na co dzień u nas.

Razem z Partnerem pracujemy zdalnie z domu już rok - on co prawda już parę lat zdalnie, a ja dołączyłam do niego od zeszłego marca.

Eh, wspólna praca i przebywanie ze sobą 24/24 to temat na osobną historię. Co najważniejsze, jeszcze się nie pozabijaliśmy i wciąż planujemy się pobrać :D

Siedzimy w domu, pracujemy w domu, a non stop dostajemy awiza do skrzynki. Listonosz nawet nie zadzwoni domofonem, więc podejrzewam, że nawet nie zabiera tych listów ze sobą z placówki poczty, bo gdyby już miał go ze sobą to sprawdziłby czy ktoś jest w domu chociaż żeby się pozbyć balastu. Śmiem spekulować, że jeszcze na poczcie wypisuje sobie te awiza, ale nie przyłapałam go na gorącym uczynku.

Nie jest to jakiś wielki problem dla mnie żeby się przejść na pocztę, ale naprawdę ostatnio miałam awizo na jakiś list, który bez problemu by zmieścił się do skrzynki. Akurat przede mną w kolejce stał starszy Pan, który wykłócał się z Panią w okienku o tę samą kwestię, że zszedłby na dół pod klatkę po list gdyby chociaż listonosz zadzwonił domofonem.

poczta

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (137)