Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

AJYSYT

Zamieszcza historie od: 29 października 2012 - 16:29
Ostatnio: 28 czerwca 2019 - 20:14
O sobie:

One life. Live it.

  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 5600
  • Komentarzy: 60
  • Punktów za komentarze: 621
 

#84086

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio czasu wolnego mam sporo, więc poczytuję sobie piekielnych na zasadzie ‘losuj’ i - a jak - przypomniała mi się historia.
Mieszkam w Anglii z mężem i córką, od czasu do czasu przyjeżdżamy do Polski odwiedzić dziadków. Przemieszczamy się wtedy autobusami, bo raz - atrakcja dla Młodej, dwa - ani ja, ani mąż nie czujemy się już na tyle pewnie na polskich drogach, żeby jeździć autem z kierownicą po drugiej stronie.

Historia zaczęła się na dobrą sprawę około 8 lat temu, ale co roku mamy ‘powtórkę z rozrywki’.
Otóż córka nasza, urodzona i chodząca do szkoły w Anglii, nie posiada legitymacji szkolnej, jako że tutaj takiego wynalazku nie ma. Po prostu - dziecko wygląda na dziecko w wieku szkolnym, jeździ z ulgą i tyle. Przed laty, usiłowałam się dowidzieć jak to wygląda prawnie w Polsce, tzn. jak zapatrują się na to przepisy lokalnego MZK. No i okazało się, że się nie zapatrują, znaczy przepisy nie przewidują takiej opcji, a pani w informacji nie wie. Żeby uniknąć zbędnych awantur i przepychanek z kontrolerami, kupujemy Młodej bilet cały i - wydawałoby się - po kłopocie. No właśnie, wydawałoby się. Notorycznie mamy pytania o legitymację szkolną... Na pytanie do którego biletu, jako że żaden nie jest ulgowy, bez przesady około 95% kontrolerów łapie zwieszkę.

K - No dla dziecka!
J - Ale dziecko legitymacji nie ma.
K - A to mandacik będzie!
J - A z jakiej racji, jak żaden z biletów nie jest ulgowy? Jedzie na całym i już!
K - A to dlaczego do szkoły nie chodzi?
J - Chodzi, tylko za granicą i tam legitymacji nie ma!
K - Jak to nie ma, przecież muszą być, skąd by wiedzieli że do szkoły chodzi?
J - Ja tego panu tłumaczyć nie będę, legitymacji nie ma i nie będzie, jeździ na całym, o ile wiem tego przepisy nie zabraniają, więc proszę mi dać spokój!

I tak dalej, i tak dalej... Powyższa rozmowa jest przykładowa, podobne odbywają niemal za każdym razem jak mamy kontrolę. Nieraz grożono nam policją i izbą dziecka, wyzywano od burżujów co to ‘kasę na cały bilet dla dziecka marnuje’ (poważnie!), parę razy musiałam skargi pisać po wyjątkowo upierdliwej awanturze...

W te wakacje znowu wybieramy się do Polski... Aż się boję... Jakieś pomysły, podpowiedzi jak ukrócić awanturki z kontrolerami? Od razu mówię, że wypożyczenie samochodu nie wchodzi w grę, a taksówki jednak codziennie to trochę kasy schodzi... Poza tym córka bardzo lubi autobusy, tutaj praktycznie wszędzie bujamy się autem, więc dla niej dodatkowa frajda...

komunikacja_miejska

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (171)

#79651

(PW) ·
| Do ulubionych
Świeżo po nocnym dyżurze. Jestem pielęgniarką, pracuję na Intensywnej Terapii w Anglii.

Zeszła noc to piekło i szatani, dwoje pacjentów - niemalże równocześnie - miało zatrzymanie akcji serca, więc naprawdę było niewesoło. Szczęście w nieszczęściu, że w łóżkach tuż obok siebie, więc 'lotni' mieli łatwiej, a i nam jakoś raźniej się pracowało...

Niestety ratowanie życia ma to do siebie, że jest głośne... maszyny pipczą i alarmują, ludzie pokrzykują do siebie komendy, ogólnie zorganizowany chaos...
I niestety, na moim oddziale wolno rodzinom pacjentów 'szczególnie źle rokujących' zostać z pacjentem na oddziale (tylko 1 osobie...)
I - jak łatwo przewidzieć - właśnie żona takiego pacjenta, który /nota bene/ dwie noce wcześniej dostarczył nam takich samych rozrywek - przyszła nas upomnieć żebyśmy ciszej byli, bo ONA spać nie może... pacjentowi wsio rybka, bo w śpiączce...

Kocham mojego głównego anestezjologa, który krótko i po żołniersku kazał jej się, khem... oddalić... a na krzyki o skargę pokazał międzynarodowy znak pokoju środkowym palcem :)

Teraz to tylko spać się chce.... Dobranoc :D :zzzz

słuzba_zdrowia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (221)

#73463

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem pielęgniarką, pracuję w Anglii.

Przed chwila odmówiłam bycia po raz kolejny darmowym tłumaczem.
Dlaczego?

Parę lat temu, gdy zaczynałam w obecnym szpitalu, byłam jedyna polska pielęgniarka w szpitalu. W sezonie przyjeżdża mnóstwo Polaków do pracy w polu- truskawki itp. Poza tym w moim mieście jest sporo Polaków - może nie olbrzymie ilości, ale wystarczająco, żeby za każdym razem na zakupach usłyszeć parę soczystych przekleństw w ojczystym języku.

Zawsze, ale to zawsze jak byłam proszona o tłumaczenie, szłam bez problemów, czasami w ramach przerwy, czy po pracy. Nigdy nie było problemów, aż do momentu, kiedy zaczęłam być "sławna" i byłam proszona o tłumaczenie w przychodni, agencji pracy itp. Tak, ludzie potrafili przychodzić pod szpital, na mój oddział i prosić/wymagać tłumaczeń.

To, że to nie moja praca, że są darmowe linie z tłumaczem - nie docierało. Nie, mam iść i już. Jestem wystarczająco asertywna, żeby powiedzieć "nie" w jasny i dobitny sposób. Nie podoba się - trudno, książki skarg i zażaleń nie mam. Zdarzyło się nawet raz, że otrzymałam rozbawiony telefon ze szpitalnego działu skarg, że wpłynęła na mnie skarga że nie chcę tłumaczyć w moim prywatnym czasie... Napisana nota bene tak tragicznym angielskim/ponglish, że musiałam iść tam i przetłumaczyć o co dokładnie chodzi, bo biedacy wyłapali tylko moje nazwisko i 'complaint' (skarga).

Otrzymałam telefon z naszego odpowiednika SORu, czy mogłabym przyjść i tłumaczyć dla kobitki, która angielskiego ni chu- chu, ale trzyma się za serce i pojękuje. Nie ma problemu, zawsze pomogę w takiej sytuacji.
Wchodzę na oddział, witam się ze znajomą pielęgniarką, która po mnie dzwoniła i proszę o krótki opis sytuacji - wyniki badan itp.

W międzyczasie słyszę zza zasłony:
- No, k*rwa, kiedy ta pi@da przyjdzie, nie mam ty k@rwa czasu czekać, mam nadzieję że to nie ta k@rwa co ostatnio, bo ta ci@a nie chciała mi później tłumaczyć w agencji, co za k@rwa, co ona k@rwa ma innego do roboty... - i w tym stylu gadka. Z braku drugiego głosu w konwersacji wnioskuję, że przez telefon. Nie powiem, podniosło mi to trochę ciśnienie.... Przeczuwając gruby przekręt, włączyłam w telefonie dyktafon. Nie wiem czemu tak... Nigdy tego wcześniej nie robiłam... A okazało się, że bardzo dobrze zrobiłam.

Wysłuchałam historii od koleżanki, wchodzę za zasłonkę - zmiana o 180 stopni.
- O siostro, jak to dobrze, że siostra już jest, mamy problemy z agencją i się zdenerwowałam i mnie zaczęło tu tak gnieść, wie siostra, mi nie ma kto tłumaczyć, i to tak ciężko, ale jakby siostra mogła pomóc...
I wyciąga z reklamówki papiery z agencji pracy i podaje mi do ręki!

(Ja) - To ma pani te bóle w klatce piersiowej czy nie?
(P)acjentka - No w sumie nie, ale tak pomyślałam, ostatnio siostra mi pomogła, to może i teraz...
J - pomogłam, bo był medyczny problem, a nie dam z siebie robić debila i chodzić tu tłumaczyć dokumentów, bo to nie moja praca. Mam na oddziale pacjenta, zeszłam tu pomóc z dobrej woli. Jeśli nic panią nie boli, przekażę to siostrze prowadzącej...
(P) - Ja cię zniszczę! Ja zgłoszę, że chciałaś łapówkę za pomoc! Że mnie olałaś! Że nie chciałaś dla mnie tłumaczyć, a mnie boli!
(J) - No peszek, bo mam wszystko nagrane - i pokazuje telefon - więc tylko spróbuj... Wiesz, że teraz cię mogę udupić za próbę oszustwa? Nie wzywaj mnie nigdy więcej...
Przekazałam pielęgniarce opiekującej się nią że 'chorej' nic nie jest i żeby mnie do niej już nie wzywać...

I teraz siedzę i myślę... Czy naprawdę warto było jej się tak upokarzać? Mnie - po początkowym okresie wzburzenia - wszystko jedno, i tak będę chodzić i tłumaczyć, ale taka bezczelność się mi w głowie nie mieści. I jak dobrze, że jednak włączyłam ten dyktafon...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 368 (380)

#71048

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem pielęgniarką, mieszkam w Anglii, pracuję na Intensywnej Terapii.
Skończyłam nocny dyżur parę godzin temu, ale nie mogę jakoś zasnąć... Zalewa mnie złość, żałość i krew jasna (tętnicza, haha).

Wezwali nas do reanimacji. Zazwyczaj jedna ze starszych stażem pielęgniarek nosi pager, żeby na szybko można ją/jego było wezwać. Dziś zaszczyt kopnął mnie, niech go jasna cholera...

Reanimacja.... czy też próba wskrzeszenia. Pacjentka 98 lat, z domu opieki, w terminalnym stadium raka przełyku... Waga na oko 40kg, może mniej, żebra sterczą tak, że anatomii się można uczyć, prawie przeźroczysta... A oni twardo skaczą po tym ptaszku, któremu naprawdę należy się już odlecieć do lepszego świata. Na moje szybkie, konkretne pytania na miejscu, nikt nie umie mi odpowiedzieć - jak długo, jaki typ, a przede wszystkim czy nie ma podpisanego zaświadczenia, że nie zgadza się na reanimację. Miała. Ci co mieli wiedzieć, zapomnieli. Bywa. Powiedziano mi, że lepiej zacząć reanimację i ją przerwać, niż nie zaczynać wcale. Święta prawda i tylko prawda.

Tylko tak mi żal, że ta biedna kobieta nie odeszła jakoś spokojnie, z godnością, całymi żebrami, tylko dlatego, że komuś się zapomniało.

Tak, konsekwencje będą wyciągnięte, surowe. Postarałam się o to.
Tak, tej kobiecie już to nic nie zmieni. Ale może zmieni dla kogoś innego...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 308 (360)

#62880

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem pielęgniarką, pracuję w angielskim odpowiedniku SORu/Chirurgicznej Izby Przyjęć.

Historia sprzed ok. pół roku.

Przywieźli nam pacjenta. Polak, lat 31, został uderzony przez samochód, doznał lekkiego urazu głowy i złamania ręki. Dodam, że nawalony jak szpadel. Jacek na imię miał, chyba. Nieważne.

Rutynowe badania, prześwietlenia, tomografie i inne pierdoły. Wyniki - głowa OK, ręka zgruchotana, konieczność drutowania. Do chłopaka zwracałam się po angielsku, bo mówił i rozumiał nieźle, więc on się chyba nawet nie zorientował, że ja Polką jestem. Nie chciał się przyznać, ile wypił (jak się okazało, po prostu nie pamiętał...), więc mieliśmy problemy z doborem leków przeciwbólowych, ale daliśmy radę. Zresztą, jak się przespał, bardziej dokuczał mu kac, jak cokolwiek innego, jednak i na to lekarstwo się znalazło - jak to w szpitalu.

Z uwagi na stan wskazujący (i brak zagrożenia życia), z zabiegiem na rękę trzeba było poczekać aż wytrzeźwieje. W dniu zabiegu, od godziny jedenastej miał być na czczo, kroplówka leci jak trzeba, żeby się nie odwodnił. Po południu odwiedził go kolega - Polak. Przyznam się szczerze, że takiej koncentracji łaciny podwórkowej to nie słyszałam od lat. Wstyd jak cholera, bo co jak co, ale 'k*rwa' większość Anglików zna, a tutaj leciało gęsto, oj gęsto... No ale nic to, nie będę się wtrącać.
Zabieg wyznaczony na 17:00, była 16 z minutami...
Byłam akurat z pacjentem, który leżał obok Jacka (każde łóżko ma osobną zasłonę, więc przynajmniej wizualnie się jakaś prywatność ma), niestety (w tym przypadku na szczęście) zasłony nie są dźwiękoszczelne.
Słyszę, jak (J)acek mówi do (K)umpla: (każda * to kolejna k*rwa albo inne pier**lenie...)
J- Ty, to daj mi * szybko ta * flaszkę, to se * walne przed zabiegiem bo mnie później * suszyć będzie ja * tu nawet się nie ma gdzie porządnie naj*....
K- No * masz, tylko * pij szybko bo jak mnie * przyłapią to mnie zaj*...
I słyszę charakterystyczne łamanie plomby na butelce. Swoją drogą, nawet jeśli nie wiedzieli, że ktoś jeszcze ich może zrozumieć, to taki dźwięk jest na tyle charakterystyczny, że ciężko się pomylić.

Skończyłam, co miałam zrobić z tym innym pacjentem. Pomedytowałam chwilę, tak tą sytuację rozwiązać. Idę za zasłonę do Jacka:

Ja: - Jacek, zdajesz sobie sprawę że nie wolno Ci pić przed zabiegiem? A tym bardziej napojów alkoholowych?
Jacek: - Ale ja nie piłem, naprawdę!!
Ja: - Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli pijanego cię wezmą na zabieg, to możesz umrzeć, bo leków anestezjologicznych nie można mieszać z alkoholem? A jeśli udowodnimy komuś, że Ci przyniósł alkohol, będzie współwinny Twojej śmierci?

Na to kolega wymiękł i przyznał, że przyniósł mu flaszkę - ale tylko małą, tylko 0.35!

Sprawa się rypła. Lekarz powiadomiony, zabieg odwołany. Pacjent z uwagi na brak współpracy wypisany ze szpitala, zabieg miał się odbyć w ciągu tygodnia.
Mnie czekał obszerny raport do napisania.

Niestety, to nie koniec historii. Jacek przyszedł na zabieg po ok. tygodniu. Niestety, pomimo ostrzeżeń i zapisów w papierach, żeby go sprawdzić, na zabieg poszedł pijany. A leków anestezjologicznych naprawdę się nie miesza z alkoholem. Nie, nie umarł. Zapadł w śpiączkę na 3 tygodnie. Podobno z tego wyszedł. Mnie tylko szkoda tego miejsca na OIOMie i tej kasy, która poszła na jego leczenie, a która mogła być wykorzystana dla kogoś, kto tego bardziej potrzebował.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 791 (837)

#61227

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia ze szpitalnej działeczki...

Jestem pielęgniarką, pracuje w angielskim odpowiedniku SORu/ Chirurgicznej Izby Przyjęć.

Przywieziono mi zeszłej nocy pacjenta, mocno poturbowanego. Spadł z rusztowania, z ok. 12 metrów. Pełna lista obrażeń ogromna, m.in. połamana miednica, wielokrotne złamania obu kończyn górnych i dolnych(z przemieszczeniem, w tym otwarte),połamane żebra, pęknięta śledziona (st.II dla dociekliwych), wstrząśnienie mózgu, podejrzenie pęknięcia podstawy czaszki... No masakra, facet oklejony gipsami prawie wszędzie, ciągła obserwacja, stan zagrożenia życia, monitory i opieka praktycznie 1:1.
Piekielności...

1. Zasrany konował, bo lekarzem go nie nazwę. Na takie obrażenia przepisał Paracetamol i Ibuprom. I tyle. Szlag mnie trafił, bo mimo wyraźnych próśb nie kwapił się zejść z dyżurki na oddział, żeby przepisać coś mocniejszego. Nie warto mnie tak wkurzać, bo z miejsca zadzwoniłam (połączyłam się przez centralkę, żeby nie było że prywatne numery do lekarzy mam) na komórkę do Konsultanta (najwyższy stopień lekarza w angielskim szpitalu, rodzaj ordynatora tak jakby). Po 5 minutach leniwy patafian, wku**iony na maxa, zszedł łaskawie na dół, ale zamiast zająć się tym co trzeba, czyli wypisywaniem leków, zaczął mordę drzeć że go w kłopoty pakuję. O tym, że się na mnie bezkarnie drzeć nie da też się przekonał, jak znowu się połączyłam z konsultantem prosząc o interwencję. Konsultant, jeden z lepszych w szpitalu, przyjechał i osobiście wypisał odpowiednie leki w odpowiednich dawkach. A lekarza wziął na bok na rozmowę, i szczęśliwy palant nie był, o nie...

2. Piekielna rodzina. Przyjechali zobaczyć męża i ojca (żona i chłopaki w wieku mniej-więcej 16-18 lat, sztuk 2). Pierwsze pytanie...Nie o to czy przeżyje, nie o to jak długo leczenie, czy coś trzeba...nie... Czy odszkodowanie duże dostanie za ten wypadek. I żeby załatwić jakąś opiekę albo pomoc, bo Ona - żona, dupy mu podcierać nie będzie, ani go karmić, ani nic, bo nie. Zawód - gospodyni domowa, oczywiście na zasiłkach. Ciężko mi przytoczyć w tym momencie dosłowną rozmowę, ale cały czas odbywała się czy pacjencie, który pod koniec płakał - wydźwięk rozmowy albowiem taki, ze oni kaleki i darmozjada w domu nie chcą i trzymać nie będą...

3. Współpacjenci. Z uwagi na ciężki stan chorego miał zaświeconą małą lampkę całą noc, bo mierzyliśmy mu co pół godziny ciśnienie, badaliśmy reakcje źrenic itp, było dość głośno bo aparatura hałasowała, maszyny pipczały, rozmawiałam z rodziną, lekarzami... Marudzenie bo głośno, bo światło, bo spać nie mogą... No sorka, ale to do cholery szpital a nie hotel, i stan pacjenta tego wymaga. Co ciekawe, najgłośniej pyskował menelik, co go policja przywiozła, bo po pijaku rękę złamał. No tak, hałas taki ze się kaca odespać nie da, a ze facet obok może się do św. Piotra przenieść, to pikuś. Cholera mnie brała, bo pacjent (ten poszkodowany) brał wszystko do siebie i tylko przepraszał za kłopot na prawo i lewo... Przez łzy, zęby zaciskał z bólu (z raczej próbował, bo żuchwa tez pęknięta...)

I sama nie wiem, co w tym wszystkim najgorsze. Z mojej strony - bezsilność na głupotę i małostkowość ludzką...

zagranica

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 833 (875)

#60085

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Zony_Informatyka, a raczej komentarze do niej (http://piekielni.pl/60080#comments), przypomniały mi czasy studiów.

Jestem pielęgniarką. Praktyki zawodowe odbywałam, między innymi, na Bloku Porodowym.

Przyszła kobieta do porodu, lat ok 35-40, trzecia bodajże ciąża (to było prawie 18 lat temu, więc nie pamiętam za dobrze). Od wejścia śmierdzi od niej papierosami. Ja, jako zagorzała przeciwniczka palenia, od razu to wyczułam, swoje pomyślałam, no ale poród odebrać trzeba (ja oczywiście tylko asystowałam).

Poród trwał parę godzin, w międzyczasie 3 razy przyłapaliśmy Panią Rodzącą w ubikacji na 'dymku'. No bo ona w stresie, bo boli, ale ona ograniczyła w ciąży palenie z 40+ do ok. 20 dziennie!! Czyli z ponad dwóch paczek do jednej...

Nadszedł czas właściwego porodu, wyśliznął się... no właśnie... szczurek, bo inaczej tego biednego chłopczyka nie nazwę. Mimo tylu lat, wciąż pamiętam jak wyglądał - szary, raczej szaro siny, chudy, długi, pomarszczony (tak, wiem, większość dzieci po porodzie jest pomarszczona, ale on miał skórę jak staruszek, a nie jak noworodek), saturacja (czyli wysycenie krwi tlenem) niska, po ok.10-15 minutach była w granicach 60-70% (powinna być ok.90% i powyżej). Ja asystowałam przy matce, wiec nie wiem dokładnie co pediatrzy robili z dzieckiem.

Po paru godzinach po porodzie, już na oddziale położnictwa, pani matka nie omieszkała już parę razy wyskoczyć na fajeczkę, dziecko drze się jak opętane. W dalszym ciągu szaro-sine, nie nie pomaga, ani cycek, ani butelka, wyje tak że dostało drgawek. Wezwany pediatra stwierdził... ostry stan odstawieniowy od nikotyny. Lekarstwa niet (teraz podobno w takich przypadkach przyklejają specjalne plastry nikotynowe, pediatryczne, tak jak dla dorosłych na odwyku. Wtedy nie było niczego).
Dziecko zabrano na OIOP. Dalsze jego losy są mi nieznane. Matka do winy się nie poczuwała, przecież się ograniczyła!

Do tej pory jak widzę kobietę w ciąży, która pali, to szlag mnie trafia na miejscu. Jest tyle sposobów żeby pomóc sobie rzucić palenie i nie szkodzić dziecku...

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 799 (893)

#59786

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem pielęgniarką. Zaznaczam na wstępie, nie pracuję w Polsce (edycja po komentarzach).

Wczoraj na oddział przyjęłam kobitkę, 32 lata, z paskudnym ropniem pod pachą. Decyzja - na zabieg, planowany na dziś rano.
Jej partner szykuje się do drzemki na fotelu koło niej i prosi mnie o koc. Tłumaczę mu, że u nas na oddziale nie ma możliwości, żeby rodzina przebywała z pacjentem w nocy (wyjątkiem są pacjenci o wysokim stopniu upośledzenia albo pacjenci terminalni). Oczywiście, awantura na całego.
P - pacjentka
PP - partner pacjentki
J - ja

PP - Ale ja muszę z nią zostać na noc!
J- No niestety, nie u nas na oddziale...
P - Ale kochanie, to tylko jedna noc, idź do domu i jutro się zobaczymy jak już będzie po!
PP - Nie ma mowy, muszę tu zostać!
P - Ale słyszysz, że nie możesz, idź do domu!
PP - To ty się wypisujesz!
P - Nie, sam przecież wiesz jak mnie to boli, muszę zostać!

Ja w tym momencie stwierdziłam, że dam im parę minut na dyskusję i poszłam do pacjentki obok. Awanturka nakręcała się nieźle, wiec nie sposób było nie słyszeć ze pan partner nie chce żeby pacjentka została bo 'Ten lekarz co cię badał jest za przystojny!'.
Dodam, pacjentka z ciężką infekcją, gorączka prawie 40 stopni, ból taki ze rękę ciągle na głowie trzyma, ropień wielkości piłki do golfa sączący śmierdzącą ropę... Przypuszczam, że ostatnie o czym myślała, to lekarz, który sprawił jej niestety dodatkowy ból, badając dokładnie ropnia i okolice...

Słyszę, że kobitka zaczyna szlochać i tłumaczyć, że ona na pewno pójdzie zaraz spać, i ten lekarz już jej nie dotknie, żeby tylko jej facet poszedł do domu. On na to, że nie, bo ona się ma wypisać i już. I tak w kółko.
No na takie zastraszanie mojej pacjentki to się nie mogłam zgodzić. Podchodzę to jej łózka.

J - Zdecydowała się już pani?
P- Tak, chcę zostać.
PP (niemal jednocześnie) - Tak, wypisujemy się na własne żądanie.
J (kompletnie ignorując faceta) - To ja przyniosę pani dodatkowe leki przeciwbólowe i dożylne antybiotyki, a panu daje 5 minut na pożegnanie się.
PP - Ale ja nigdzie nie idę, albo ona się wypisuje albo ja zostaję!
J - Już tłumaczyłam, nie ma opcji że pan zostaje. Pacjentka chce zostać, wiec za 5 minut albo pan wychodzi, albo wezwę ochronę żeby pana wyprowadzili.
PP - Ty mnie ochroną nie strasz! Ja tu wszystkich ochroniarzy znam!
J - No i dobrze, to pogawędzi pan z nimi w drodze do wyjścia.
PP - Już ci k**wa mówiłem, nigdzie nie idę!
J - Po pierwsze, proszę nie krzyczeć, bo są tu inne pacjentki i potrzebują spokoju. Po drugie, już panu wytłumaczyłam, że nie ma opcji żeby pan został. Za 5 minut wracam i jeśli do tej pory pan nie opuści tego oddziału, zawołam ochronę.

Za 5 minut wracam z antybiotykiem i przeciwbólowymi. Kolesia nie ma. Patrze na kobitkę, a ona z obłędem w oczach pokazuje mi palcem na podłogę i z ruchu jej warg wyczytuję 'jest pod łóżkiem'.
Zwątpiłam, tego jeszcze nie grali. Poszłam zadzwonić po ochronę. Jak weszli, podeszłam do łóżka pacjentki i mówię:

J - Proszę pana, albo pan wyjdzie sam, albo pana wyciągniemy. Pana decyzja.

Cisza.

J - Do pana chowającego się pod łóżkiem pani X, proszę wyjść!

Cisza. Zaglądam pod łóżko, a ten kretyn szczerzy zęby. Skinęłam na ochroniarzy, użyłam przycisku do automatycznego podniesienia łóżka i panowie wyłuskali kretyna. O dziwo, nawet dał się spokojnie wyciągnąć. Eskortowany do drzwi, obrócił się tylko do mnie i wysyczał jak w tanim filmie 'jeszcze mnie popamiętasz, dziwko'

Stwierdziłam, ze wyżyny absurdu w moim życiu zostały już osiągnięte... W rozmowie z pacjentką dowiedziałam się, że on leczy się psychiatrycznie, ale ona już wysiada, bo takie akcje ma co chwilę... Dałam jej numery telefonów i namiary do różnych organizacji zajmujących się pomocą takim kobietkom i mam szczerą nadzieję, że z tego skorzysta...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 982 (1010)

#58622

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem pielęgniarką. Świeżutka historia z ostatniego dyżuru.

Pacjent po zabiegu wycięcia wyrostka, kobieta przyszła go odwiedzić. Nic dziwnego. Może siostra, może koleżanka. Facet adres ma z drugiego końca kraju, pracuje tutaj w ciągu tygodnia, na weekendy zjeżdża do domu. Bywa.

Dzwoni telefon. Przedstawia się pani Iksińska, żona pana Iksińskiego - rzeczonego pacjenta. Pyta o stan zdrowia. Po zweryfikowaniu zgodności danych, żeby mieć pewność, że to na pewno jego żona, odpowiadam krótko na pytania. Pani pyta czy mogę się spytać męża, czy czegoś przypadkiem nie potrzebuje.
Idę przekazać pytanie. Pointa łatwa do przewidzenia.

Pani odwiedzająca z wielką awanturą na Pana pacjenta, że jak to żona i co on sobie myśli, wstrętny uwodziciel i kłamca, a tyle obiecywał, z płaczem wybiegła z sali.

Pan - mina jakby mu kot pod nos nasrał i pretensje do mnie, że go wkopałam. Grozi skargą na mnie, szpital i wszechświat.

A na drugim końcu linii żona, słysząca wszystko przez telefon, niedowierzająca...

Ciekawe, jaki będzie ciąg dalszy.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1147 (1199)

1