Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Grav

Zamieszcza historie od: 18 stycznia 2013 - 8:41
Ostatnio: 28 maja 2020 - 9:40
  • Historii na głównej: 34 z 34
  • Punktów za historie: 6612
  • Komentarzy: 739
  • Punktów za komentarze: 5339
 

#86481

(PW) ·
| Do ulubionych
O alkoholu i jego skutkach. Uprzedzam, że będzie obrzydliwie.

Jak każdy, miałem ja dziadków. Dziadek zmarł na choroby płucne ponad dekadę temu. Miałem ja babcię, która poczuła się samotna i w pewnym momencie postanowiła poukładać sobie życie. Znalazła sobie gdzieś wśród dalekiej rodziny kogoś, kogo można by od biedy nazwać moim szalenie odległym wujkiem i zamieszkali razem. Niestety, wujek był pijący. Nie awanturujący, ot po prostu lubił na wieczór się znieczulić. Ale nie tak lekko, że jednego drinka czy jedno piwko - tylko tak na łupnięcie jak bela w gaciach na łóżko i lanie pod siebie.

Żyć samemu smutno, z jednej emerytury jeszcze bardziej smutno, a że moja matka była dla babci finansowym utrapieniem, to już przesmutno. Więc babcia to znosiła, za dnia chodzili razem na zakupy, oglądali razem telewizję, cieszyli się swoją obecnością, a rano babcia rzucała paniami lekkich obyczajów ściągając kolejne prześcieradło z ceraty. Raz nawet wujek wyleciał z hukiem i po tygodniu wrócił potulnie i starał się uwalać jak bela nieco mniej.

Dlaczego był potulny, skoro to babci bardziej zależało finansowo? Ano dlatego, że syn wujka też pił. Bezrobotny, niepełnosprawny (nawet nie wiem, co mu było - miałem okazję go poznać, wyglądał zupełnie normalnie, mówił i chodził też, ale ponoć miał rentę na poziomie średniej krajowej), rozwiedziony, zamelinowany. Jako że wujek był głównym sponsorem wspólnego życia i samotnego picia, babcia robiła obiady z nadwyżką, którą to wujek regularnie woził do syna. Syn miał nieco dobytku po posiadanej przed czasem pijaństwa firmie, upierał się, że nie ma po co sprzedawać, jeszcze będzie używać. Jeszcze wrócą dobre czasy.

I tak sobie ten układ trwał - wujek miał wikt i opierunek, opiekował się synem, babcia miała finansowe wsparcie i kogoś w domu, ja wpadałem w weekendy z większymi zakupami. Ale nic nie trwa wiecznie i babcia zmarła na powikłania po zabiegu.

Wujek wył. Ale autentycznie, w życiu nie widziałem człowieka, któremu świat tak się zawalił. Tak nim to wstrząsnęło, że tydzień nie pił. Wprowadził się do niego mój ojciec, żeby go nieco przypilnować, żeby w ogóle jadł. No ale pierwszy szok minął - zaczęło się picie. Sam znalazłem go raz gołego na zasikanym dywanie, ojciec trafił kiedyś na efekty rozwolnienia pod ciśnieniem i chwiejnych prób dotarcia do łazienki. Próbowaliśmy go przez jakieś 2 tygodnie ogarnąć, ale staczał się coraz bardziej. Ojcu kończyła się cierpliwość (i ciężko go winić - nie jego cyrk, nie jego małpy, a to on poprawiał sprzątanie płynnego gówna po staruszku...), ale numer, który, cytując Króla Foltesta, przegiął pałę goryczy, miał dopiero nastąpić - wujek odstawił czajnik elektryczny na gaz. Że nie spalił wtedy chałupy, to jest jakiś cud.

Po tej akcji zapadła decyzja o eksmisji. Ja się, mieszkając z żoną, nie przeprowadzę, ojciec ma dość, jego rodzina średnio się poczuwała do odwiedzania dziadka, a jednak jako właściciel mieszkania miałem pewne obowiązki wobec sąsiadów - na ten przykład takie, żeby nie zginęli w pożarze. Wywalanie starszego, schorowanego człowieka z domu, w którym mieszkał, po tym, jak mu się świat zawalił, do przyjemnych nie należy i do tej pory mi serce pęka jak przypomnę sobie jego minę. No ale niestety, jakkolwiek paskudnie by to nie brzmiało, życie kilku rodzin z dziećmi w bloku jest nieco bardziej istotne, niż życie jednego staruszka.

I tak wrócił dziadek do syna, do meliny, której zdjęcia nadal mam na pamiątkę. Po około miesiącu zadzwoniłem do mieszkającej na tej samej działce, w innym domu, byłej synowej, zapytać co u wujka, bo telefonu nie odbiera - może mam wpaść, przywieźć mu coś, zakupy zrobić? Odpowiedź brzmiała - nie przyjeżdżać, nie zbliżać się, żyje podpięty do butelki we własnych płynach, ma już świerzb i kilka innych przyjemności. Dołączył do syna.

Niedługo potem pojechaliśmy z żoną na urlop. Po powrocie dowiedziałem się, że mogę szykować sobie wolne na pogrzeb. Syn, pozbawiony wsparcia logistycznego od ojca, zawinął się z tego świata niemalże równo rok później.

alkohol

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (153)

#86502

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka słów o hodowli psów w Polsce.

Dobrą dekadę temu maczałem palce w hodowli psów rasowych. Hodowla zarejestrowana w Związku Kynologicznym w Polsce (ZKWP), zgodna z FCI, z wystawami, itd. Psy rasy raczej większej.

Co cechuje psa rodowodowego? Po pierwsze cechy rasy, to oczywiste. Po drugie zdrowie - ZKWP wymaga badań rodziców w kierunku chorób typowych dla danej rasy. Po trzecie pochodzenie rodziców - pojechali na wystawy, pokazali się z najlepszej strony, dostali nagrody - porządna, psia rodzina, nie jakieś tam chowańce.

Jak to wygląda w praktyce?

1. Hodowla rodowodowa.

a) Nie można męczyć suki - zakaz więcej, niż jednego miotu rocznie. Tak, żeby suka sobie co drugą cieczkę odpoczęła. Ale jeśli hodowcy pasuje zrobić miot jesienią, a potem drugi wiosną, to już spoko.

b) Rodowód musi być, porządni rodzice. Ale skoro suka nie chce zajść z kawalerem nr 1, to pokryjmy jeszcze kawalerem numer 2, 3, 4, 5, 6, 7, i 8. Któryś w końcu tryśnie tak, ze suka zajdzie. A jak zajdzie z 3 naraz - to co, ktoś pozna? Każdy tej samej rasy przecież. Wiem o co najmniej jednej hodowli w Polsce, która tak robi i się z tym w towarzystwie nie kryje. Oczywiście w metryczce najlepszy ojciec. No bo przecież krył, kto udowodni, że krył ślepakami?

c) Badania - trzeba je mieć. Ale można lekarzowi dać w łapę, a na wypadek kontroli złożyć znajomej, młodej hodowczyni świetną propozycję i po prostu przekazać problematyczne suki w zamian za zyski z miotów. Gorzej, jak ktoś tej młodej hodowczyni da cynk, że przekazana suka ma sfałszowane papiery, a hodowczyni potwierdzi to u weterynarza. No trudno, straty finansowe wpisane w ryzyko...

2. Hodowle "dzikie" - jeśli zniechęciłem Was, drodzy czytelnicy, do kupienia psa rodowodowego, to przepraszam, nie chciałem - tak naprawdę to nadal jest dobry wybór. Równie dobrym wyborem jest kompletny kundel ze schroniska. Ale najgorszy jest pies z hodowli udającej porządną. Czemu? Ano temu, że kilka lat temu ZKWP zaczął lobbować za ukróceniem "pseudohodowli". Czyli takich niezrzeszonych w ZKWP i FCI. Tylko niestety, lobbował słabo, bo ustawa przeszła, ale obejmuje "organizacje kynologiczne", a nie ZKWP z nazwy. Co zrobiły dzikie hodowle? Zrzeszyły się w organizacjach kynologicznych. Teraz każdy ma metrykę, rodowód, rasowe psy i regulacje (lub ich brak). ZKWP nadal ma swoje poważne regulacje, ale to są dla hodowców koszty - wystawy i szanowanie zdrowia psów swoje kosztuje, a skoro można mieć psa z rodowodem za 4k PLN i za 500PLN, to rachunek dla ludzi nie znających realiów jest dość prosty ;)

To, że suka rodziła w stodole na sianie trzeci miot w tym roku dla nabywcy szczeniąt nie jest widoczne. Nikt normalny nie pokazuje kojca - w poważnej hodowli też. Suka przyjęłaby to bardzo źle. Szczeniak wygląda dobrze, może wymagać odrobaczenia.

Czy trzeba kupować z legalnej hodowli i płacić krocie, skoro tam też kręcą wałki? W sumie... tak, bo tam choć odrobinę szanują matki tych szczeniąt. Ale równie dobrze można wziąć znajdkę ze schroniska. Też będzie Was kochać.

hodowle psy schroniska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (155)

#86376

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o roszczeniowości pracowników w dobie kryzysu.

Pracuję w dużym korpo. Skomputeryzowanym. Ponad połowa pracowników od zawsze wyposażona z laptopy, wiele osób z uprawnieniami do okazjonalnej pracy z domu, pracownicy "słuchawkowi" obowiązkowo w biurze, bez możliwości brania sprzętu do domu.

I tu pojawia się COVID-19. Firma w mniej niż miesiąc implementuje rozwiązania software'owe umożliwiające wysłanie "słuchawkowych" do domu, wydaje dodatkowe monitory dla tych, którzy już mieli laptopy, generalnie w momencie, w którym rząd sugeruje telepracę, my jesteśmy już w 60% implementacji, do połowy kolejnego tygodnia praktycznie cała firma siedzi w domu.

No i tu zaczyna się marudzenie.

- Ale mnie się źle pracuje z domu, tu mi dzieci krzyczą!
- No dobrze, mam laptopa i ekran, ale skoro nie mam biurka i wygodnego krzesła, to czy można powiedzieć, że firma zapewniła mi godne stanowisko do pracy?
- No przecież firma nie może oczekiwać ode mnie takiego samego poziomu wydajności, co w biurze..

Większość tego typu tekstów została ucięta bardzo krótko - praca z domu jest ZALECENIEM, nie obowiązkiem. Jak komuś się nie podoba, to może przyjechać do biura, jest otwarte. Co nie zmienia faktu, że nasza firma ogarnęła sprawę modelowo, nadszarpnęliśmy dla pracowników finanse i łańcuchy dostaw (bo był potrzebny dodatkowy sprzęt), a każdy widzi tylko koniuszek własnego nosa i odrobinę ograniczoną wygodę, bo zamiast fotela za 1000 zł siedzi na krześle w kuchni...

pracownicy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (150)

#85700

(PW) ·
| Do ulubionych
Kurier pocztowy.

Zamówiłem kilka pierdół, łącznie nieco ponad 100 zł, więc nie majątek. Mała, czarna paczuszka...

… znaleziona wczoraj przez moją małżonkę po powrocie z pracy i ćwiczeń pod drzwiami domu. Furtkę zostawiliśmy otwartą, więc kurier wszedł, rzucił i poszedł.

Ma skubany szczęście, że po pierwsze mieszkamy w naprawdę spokojnej okolicy i nasi sąsiedzi nie są złodziejami, po drugie my jesteśmy uczciwi i nie postanowiłem odzyskać tej stówki za paczkę, zgłaszając zaginięcie.

kurierzy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (98)

#85001

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka i pouczająca historia o tym, jak działają przepisy drogowe, jak ustalana jest wina za uszkodzenie pojazdu oraz jak przyznawane są kary.

Jakiś czas temu musieliśmy przewieźć masę ciężkich gratów. Ojciec wynajął busa, pojechaliśmy, zapakowaliśmy, dotarliśmy do miejsca docelowego i... tu w bardzo ciasnym miejscu zahaczyliśmy o inny, zaparkowany przy ulicy pojazd. Co ważne, pojazd zaparkowany praktycznie na skrzyżowaniu, za znakami, czyli zaparkowany niepoprawnie.

No trudno, zahaczyliśmy, nasza wina, policja wezwana, a my sobie spokojnie rozpakowywaliśmy rzeczy. Po jakimś czasie policja przyjechała, pan policjant oznajmił, że będzie mandat, ale jeszcze nie wie, jaki, bo to zależy, bo droga może być niepubliczna. Ok, to my nosimy, a wy sobie prowadźcie czynności i dajcie znać, jak będziemy potrzebni.

Po drodze udało im się nawet dorwać właścicielkę autka. Przeprosiliśmy, wykazała się zrozumieniem, dostała namiary na OC, my mandat.

I teraz clue problemu - dostaliśmy mandat tylko my, pomimo że pani parkowała niepoprawnie, w miejscu, w którym jej być nie powinno, zastawiając kawał skrętu na skrzyżowaniu i uniemożliwiając nam manewrowanie tak dużym pojazdem przy jednoczesnym ruchu innych pojazdów. Policja uznała, że wina jest w 100% po naszej stronie oraz że poszkodowanej nie należy się mandat, ani nawet pouczenie, za zaparkowanie w miejscu nieprawidłowym, bo "panowie, no tak to na osiedlach wygląda z parkowaniem…".

Jako bonus dodam, że pomimo posiadania AC oraz zakoszenia kaucji, wypożyczalnia próbowała jeszcze wyciągnąć od mojego ojca 2,5 tysiąca "kary umownej" zawartej w umowie pod hasłem "za szkody, których nie da się zlikwidować z ubezpieczenia sprawcy...", na co mój rodziciel wysłał sprzeciw, że już raz pobrali sobie za to pieniądze - kaucję - a poza tym uszkodzeniu uległ narożnik, który już był uszkodzony w momencie wynajmu (co było udokumentowane zdjęciowo).

Póki co nie ustosunkowali się do sprzeciwu, a minęły już długie miesiące, więc chyba polowali na jelenia.

policja wynajem_pojazdów

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (147)

#85151

(PW) ·
| Do ulubionych
Stało się, dopadła mnie maDka p0lka.

Pojechaliśmy z małżonką zwiedzać obiekty architektury obronnej, czyli mniej lub bardziej zrujnowane zamki. Pod znakomitą większością z nich są parkingi, płatne lub nie. Zajechaliśmy na jeden z nich, wjeżdżając za SUV-em BMW z przyczepionymi rowerami.

BMW minęło wolne miejsce parkingowe i zatrzymało się kawałek dalej. I stoi, zero migaczy, światła wstecznego, nikt nie wysiada - ot, stoi. No to wjechałem na miejsce, zgasiłem silnik, jeszcze złapaliśmy po łyczku wody, po czym, kiedy wysiadłem, czekała już na mnie niezbyt sympatyczna pani, która zaczęła mnie z góry na dół opieprzać, że zajęliśmy ICH miejsce, że przecież WIDAĆ, że chcieli tu zaparkować, że to jest OCZYWISTE, że chcieli najpierw dzieciaki z samochodu wypakować, i że to jest w ogóle totalne chamstwo z mojej strony.

No cóż, właśnie problem polegał na tym, że nie było widać. Pani jeszcze ponarzekała, ja w międzyczasie zapłaciłem za parking osobie zbierającej opłaty (ciesząc się po cichu, że te opłaty zbierają - miałem pewność, że nikt mi lusterka nie urwie...) i po prostu poszliśmy zwiedzać.

madka parking

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (144)

#83654

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o TIRach. Jechaliśmy ostatnio A2 do Warszawy. Pomijam już to, jak bardzo zatłoczona jest ta autostrada i jak bardzo ludzie tam, włączając w to kierowców TIRów, jeżdżą jak idioci (albo ile fabryka dała, albo się wytaczają 90-110km/h na lewy pas), ale na jednym odcinku była istna kumulacja.

Przy zjeździe na któryś z MOPów zajechał mi drogę TIR. Zatrąbiłem i jadę karnie dalej, bo i co mam zrobić. Po czym dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej mijam 70 i zakaz wyprzedzania dla ciężarówek - zaraz zjazd na MOP. Zatrąbiłem drugi raz, ale szefuńcio na stołku dalej radośnie jedzie z prędkością kolego po prawej +0,5 km/h. No ok, wyprzedził, wciskam gaz i... odpuszczam, bo zaraz za naszym TIRem, na tym samym zakazie, wyprzedza kolejny. Wyrobił się tak, że akurat zjechał jak się skończyły zakazy i ograniczenie prędkości.

Ręce opadają :) Czekam z utęsknieniem na efekty kontroli autostrad dronami przez policję.

autostrada kierowcy_tirów

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (116)

#82873

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie krótka przypowieść o bezpiecznym przekazywaniu informacji.

AD 2017 zmarło się mojej babci. Zmarło się o tyle pechowo, że po zabiegu ambulatoryjnym, który był zarówno ryzykowny, jak i, jak się okazało, zbędny, bo nie wykazał żadnych nieprawidłowości. W obliczu powyższego, moja matka zgłosiła się do prokuratury, żeby zbadali sprawę, czy nie było zaniedbań, itp.

Mija rok. Przychodzi list polecony na pocztę w mieście X, gdzie siedzi mój ojciec i ma tam podpisane na poczcie upoważnienia do odbioru absolutnie wszystkiego dla mojej matki. No ale nie, prokuratura ma jakiś specjalny typ listów "do rąk własnych", nie mogą wydać, zainteresowana musi przyjechać z miasta Y.

W obliczu tego moja matka złapała za telefon, zadzwoniła do prokuratury, podała imię, nazwisko, numer akt sprawy i... dowiedziała się, co jest w liście. Tak po prostu, na gębę.

No bo przecież czemu nie?

poczta prokuratura

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (151)

#82509

(PW) ·
| Do ulubionych
Dlaczego pracodawcy wykorzystują pracownika w Polsce? Bo im na to pozwalamy.

Tak, wiem, są regiony, gdzie z pracą jest krucho, nie każdy jest gotowy przeprowadzić się za obietnicą lepszego jutra, nie każdy ma dostęp do samorozwoju, żeby zmienić swoje życie.

Ale są ludzie, którzy mogą coś zrobić, ale i tak tego nie robią.

Pracuję sobie w dużym korpo. Duże korpo zajmuje duże budynki. Duże budynki mają swoją administrację, a ta administracja jest odpowiedzialna za utrzymanie czystości, ot naturalna kolej rzeczy.

W celu utrzymania tej czystości, opłacana jest zewnętrzna firma sprzątająca, zatrudniająca ileś-tam pań. Czasem w jednej z kuchni można trafić na walne zebranie tychże pań z ich szefem, czasem można trafić na kilka z nich plotkujących w przerwie od pracy. Pomijając okazjonalne narzekanie, że ktoś jest chory i trzeba robić cudzą robotę, regularnie przewijającym się tematem są opóźnienia w wypłacie. I to nie o dzień, czy dwa, ale one potrafiły zasuwać nawet 2 miesiące bez pieniędzy.

Zapytałem kiedyś jak to jest, przecież wystarczy zgłosić się do sądu pracy, baaa, wystarczy takowym zagrozić, i pracodawca znajduje magicznie fundusze na wypłatę - no chyba że już naprawdę jest o krok od upadłości. Panie się zdziwiły, że przecież one są na umowach cywilnoprawnych, no przecież, paanie, my nie mamy tak dobrze jak wy w korpo.

No ok. Czy pracują w wyznaczonym czasie, wyznaczonym miejscu i pod nadzorem? Tak. No to ich umowy noszą znamiona umowy o pracę. Powiedziałem im zatem, że mogą wystąpić do PIPu o ustalenie stosunku pracy - wystarczy, że zrobią to wszystkie razem, dostaną umowy i nagle będą miały prawo do urlopu, L4, wypłaty w terminie i cała masę innych bajerów.

To było miesiące temu. Nadal siedzą i narzekają na warunki pracy i opóźniające się wypłaty. Kiedyś przechodząc przypomniałem im o możliwości ustalenia stosunku pracy. Machnęły ręką, że "aaa tam, paanie, po co..."

Po co? Po swoje prawa. Ale jak nie to nie ;)

praca; pracodawcy; pracownicy; mentalność_ofiary

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (199)

#82406

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia domniemanej kradzieży kamerki (http://piekielni.pl/82403) przypomniała mi inną historię szybkiej zmiany właściciela przez dobra ruchome na imprezie.

Impreza była z gatunku "takich imprez nie rób u siebie w domu" - w jakimś kołchozie studenckim ktoś zaprosił kilka osób na sylwestra, ludzie zaprosili ludzi, ludzie ludzi zaprosili swoich ludzi i nagle było nas tam 30 osób na 3 pokoje. :)

Po imprezie, dnia następnego, dostałem od osoby, które mnie tam zaprosiła, sms-a, że organizator rozesłał informację, iż zaginął telefon i jeśli do następnego dnia rano się nie znajdzie, to sprawa trafi na policję.

Telefon znalazł się dość szybko - w plecaku jakiegoś chłopaczka, który gęsto tłumaczył się, że "musiało spaść ze stołu, jak rozpakowywałem flaszki!”.

Może i byśmy uwierzyli - w końcu telefony są podobne, ktoś mógł zgarnąć nie swój sprzęt, mógł faktycznie losowo wpaść, ba, nawet plecaki ktoś mógł mieć podobne i schować do cudzego.

Może i byśmy uwierzyli, gdyby nie to, że komórka była już wyczyszczona. :)

impreza; kradzież

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (185)