Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Grav

Zamieszcza historie od: 18 stycznia 2013 - 8:41
Ostatnio: 3 sierpnia 2021 - 10:45
  • Historii na głównej: 41 z 42
  • Punktów za historie: 7831
  • Komentarzy: 1016
  • Punktów za komentarze: 8470
 

#88254

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność może i nie jest przesadnie ogromna, ale właśnie straciłem 2h życia, więc się wyżalę, a co! ;)

Kupiłem dziś używaną kierownicę Logitech G29. Przed zakupem sprzedający odpalił mi jakiś wyścig, więc mogłem namacalnie zweryfikować, że sprzęt działa.

Co prawda jestem w trakcie robienia sobie stojaka ze sklejki pod fotel biurowy, ale tymczasowo podpiąłem pod biurko i zacząłem testować. No i się zaczęło - 45st obrotu kierownicy, po czym słychać dźwięk odpiętego sprzętu w Windowsie, a koło zaczyna rekalibrację - max w prawo, max w lewo, centrum. No nie ma opcji, żeby tak grać.

Czego to ja nie robiłem. Odinstalowanie oprogramowania, instalacja tylko starej wersji, obu, wywalenie wszystkich sterowników, przestawianie pomiędzy dostępnymi zestawami sterowników - NIC nie pomagało. Czasem tylko udawało mi się doprowadzić do sytuacji, w której sprzęt nie był już wykrywany w ogóle.

I co się okazało? Okazało się, że Logitech zrobił firmware, który nie lubi się z USB 3.0 i wyższym. Po wpięciu w USB 2.0 i przywróceniu oprogramowania do stanu "standardowego" (czyli tylko najnowszy program i nic więcej) - wszystko działa jak marzenie. Bite 2 godziny mordowania się z tym, pierwsze nieśmiałe myśli wieszania psów na sprzedawcy (a nuż jednak sprzedał uszkodzone?), tylko dlatego, że jakiś inżynier w Logitechu nie umiał napisać kodu tak, żeby nie wywalał się przy wyższych data rate'ach...

kierownica gry

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (149)

#88233

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym jak można zawalić negocjacje, których zawalić się nie da.

Jest sobie firma X. Firma X ma dział w pewnym skandynawskim kraju, w którym zwyczajowo całe społeczeństwo bierze urlop w tym samym czasie, na miesiąc.

Do firmy X zgłasza się Klient. Klient chce dokonać outsourcingu jednego ze swoich działów do X, a ponieważ nowy szef tego działu ma doskonałe wspomnienia ze współpracy z X u poprzedniego pracodawcy, zdecydowali się nie wysyłać zapytań do konkurencji. Chcą X i tylko X. A że Klient jest skandynawski, to gada ze skandynawskim oddziałem X. Sytuacja taka, że żyć nie umierać, można dyktować warunki i nie przejmować się ceną. No sytuacja, o której marzy każdy, kto siedzi w sprzedaży.

Zaczynają się zatem negocjacje, na które bacznym okiem spogląda centrala. Co jakiś czas kontrakt jest podsyłany centrali do recenzji. Centrala za którymś razem odsyła kontrakt ze stwierdzeniem "w tej formie nie możemy tego podpisać" - w domyśle "tu macie komentarze, wynegocjujcie to". Skandynawski oddział X natomiast napisał do Klienta "nie możemy podpisać tego kontraktu, kończymy negocjacje". Klient z oczami jak 5zł pisze do kogoś nieco wyżej z pytaniem, czy na pewno - dowiaduje się, że niee no oczywiście, że X chce ten kontrakt, zaraz ustawimy Skandynawów do pionu.

Klient daje się udobruchać, po czym stwierdza, że teraz to skandynawskie wakacje będą, więc oni by woleli wrócić do stołu po powrocie, jak już X będzie miało konkretne propozycje na stole.

Mija miesiąc. Klient wraca do stołu negocjacyjnego i pyta - no to co tam przygotowaliście? A Skandynawowie z X na to - nic, no przecież wakacje były.

To był moment, w którym klientowi poszła żyłka i stwierdził, że ci z X to jakieś niepoważne matoły, więc trzeba poszukać innego dostawcy usług. Inny dostawca znalazł się, wynegocjował kontrakt, zaproponował niższą cenę i przygotował ostateczny kontrakt do podpisu w półtora miesiąca. W tym czasie w X trwało gorączkowe obcinanie ceny, żeby tylko być konkurencyjnym. Poszły nie tylko wszystkie pomysły na to, jak by tu z Klienta wyciągnąć więcej kasy, ale też większość kosztów obsługi według uznanych standardów w branży. Wszystko, byle tylko ratować kontrakt.

Na ostatnim spotkaniu klient przeczytał kontrakt i kosztorys, zaśmiał się, stwierdził, że kontrakt z konkurencją podpisali tydzień wcześniej i nadal wyszło taniej, niż najlepsza, najtańsza oferta X.

I tak oto można zawalić negocjacje, których teoretycznie zawalić się nie dało :)

sprzedaż

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (165)

#88201

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie przyjechała śmieciarka odebrać odpady. Dzisiaj odbierają worki, w inny dzień zmieszane, w jeszcze inny segregowane w kubłach.

Miałem wystawione worki z posegregowanymi odpadami, oraz osobne kilka worków z zielonym, po weekendowym karczowaniu ogrodu.

Śmieciarka podjechała mi tyłem pod płot, więc miałem idealny widok na to, co się działo. A działo się to, że sympatycznie wyglądający pracownik firmy odbierającej odpady złapał worki, wrzucił je w gardziel pojazdu, jeden na drugi, i poszedł dalej. Nie było żadnego ustawiania do której komory ma lecieć, zielone poszły razem z plastikiem i szkłem.

I tylko co tydzień, kiedy szykuję nowe worki do segregacji odpadów, pytam sam siebie, czy ja na pewno jestem normalny.

śmieciarze

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (99)

#88171

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałem dziś odkręcić koło, żeby wymienić jedną plastikową pierdółkę w jego bezpośredniej okolicy. Niestety, nie było mi dane tego zrobić, bo warsztat, który ostatnio serwisował mi hamulce, postanowił dopi*****ić śruby pneumatyką, jakby jutro miało nie nadejść.

60cm laga do kół już zamówiona i następnym razem dam sobie radę, ale chyba dla zasady przejadę się do nich jutro rano, każę im wyjąć ten klucz dynamometryczny, którym (zgodnie ze sztuką) przykręcili mi koła na 130Nm i pokazać, jak nim odkręcają te śruby.

warsztat

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (168)

#88058

(PW) ·
| Do ulubionych
Media wszelkiej maści opisują problem dość szeroko, ale jeśli ktoś nie śledzi tematyki cyberbezpieczeństwa, bankowości itp. - mógł przegapić. A piekielność jest niewątpliwie duża.

Od miesięcy różne grupy przestępcze zza wschodniej granicy dzwonią masowo do Polaków podając się za pracowników banku. Podają właściwe dane osobowe ofiary i poprawnie identyfikują bank, w którym mamy konto. Prawdopodobnie działają na danych, które wyciekły z któregoś sklepu internetowego.

Mechanizm jest bardzo podobny. Dzień dobry, czy pan/i X, nazywam się XYZ, dzwonię z banku ŹŻ, chciałbym poinformować że z pana/i konta został zlecony przelew do, który jest w naszym banku oznaczony jako oszust, czy autoryzował/a pan/i taki przelew?

Po tym wstępie, po którym ofiara już jest zaalarmowana (my precious!), po czym oszust przystępuje do serii pytań, które mają nas utwierdzić w przekonaniu, że to naprawdę pracownik banku.

Czy ma pan/i swoją kartę?
Czy ktoś inny ma dostęp do konta?
Czy robił/a pan/i ostatnio zakupy w internecie?
Czy na stronie była kłódeczka bezpieczeństwa?

Niektóre z tych pytań sens mają, niektóre nie - przynajmniej w kontekście włamania na konto i wykonania przelewu, gdyby ktoś nam sklonował kartę i wypłacał kasę w Singapurze, to sytuacja byłaby nieco inna. Tak czy inaczej - nie pytają o żadne dane, więc nie wzbudzają podejrzeń, pytania faktycznie dotyczą bezpieczeństwa, więc mogą uśpić czujność ofiary.

W tym momencie złodziej przechodzi do części właściwej, czyli informuje, że według niego nasz komputer lub komórka z aplikacją banku są zainfekowane. Musimy pobrać stosowną aplikację banku (która jest niczym innym jak terminalem do zdalnego połączenia), żeby konsultant mógł nam pomóc w przeskanowaniu urządzenia.

Co dzieje się po zezwoleniu na połączenie? Złodziej poprosi nas o zalogowanie się do banku, a następnie wykonanie jakiejś testowej operacji. Zwykle będzie to przelew na niewielką kwotę na "konto techniczne". Konto owe jest zarejestrowane na nasze dane, przelew je autoryzuje. Pieniądze mogą nawet zostać nam odesłane, ale ktoś z tamtego konta może na nasze dane wziąć kredyt.

Alternatywnie może się skończyć na przelewie, którego już więcej nie zobaczymy.

Warto zapoznać się z dokładniejszymi opisami na takich stronach jak niebezpiecznik czy sekurak, warto też artykuły z tych stron podesłać znajomym i rodzinie. Socjotechniki stosowane są tak silne, że nawet osoby wiedzące, że to może być próba kradzieży, potrafią dać się nabrać.

kradzież

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (159)

#87637

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to mechanikowi trzeba patrzeć na ręce, bo można zginąć.

Nie lubię warsztatów, w których klient jest kompletnie odseparowany od obsługi. Niejednemu mechanikowi zapomniało się już dokręcić kół kluczem po wstępnym przykręceniu ich pneumatyką, niejeden już skasował za wymianę czegoś, czego wcale nie wymienił, ale jednak większość takich niedoróbek nie zagraża życiu.

No to ja w swoim samochodzie znalazłem wczoraj taką, która zagraża. 3 lata temu ktoś w moim samochodzie montował LPG. Wczoraj miałem okazję na podnośniku podziwiać styl wykonania tej pracy. Otóż gumowe przewody od gazu zostały przeciągnięte przez wywierconą w podłodze bagażnika dziurę. Tyle. Zero plastikowej podkładki, zero zabezpieczenia ostrej, metalowej powierzchni. Może wytrzymałoby jeszcze rok, może 2, może 4 - ale kiedyś te przewody by puściły i wyrzygały gaz pod ciśnieniem prościutko na rozgrzany wydech. Myślę, że wybuch byłby dość spektakularny.

Niestety, nijak nie udowodnię partaczom, co zrobili, bo mogą się zasłaniać tym, że podkładkę dali, ale wypadła, no pech. Po tylu latach pozostaną już bezkarni. A powinni siedzieć za narażenie życia.

EDIT: Po zastanowieniu stwierdzam, że równie piekielne jest to, że nie wyszło to w trakcie przeglądów na SKP.

warsztaty_samochodowe

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (120)

#87406

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiele osób ostatnimi czasy, szef mojego ojca postanowił zamknąć firmę. Zdarza się.

Ale z załogą postanowił rozstać się "oszczędnie", czyli wlepiając wszystkim rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Ale tak cichaczem, na zasadzie "słuchaj, podjadę wieczorem, dam ci wymówienie, podpiszesz mi i no w sumie tyle, bo biznes siadł". Praktycznie cała załoga podpisała mu to bez czytania, mój ojciec też by to zrobił, gdyby matka przytomnie nie zaczęła zadawać pytań.

Ojciec zadzwonił do koleżanek, zapytał co dostały, no i po krótkiej dyskusji z konsultantką z PIP stwierdził, że odmówi podpisania. Szef aktualnie jest na etapie "agresywnych negocjacji", czyli "uważaj, bo jeszcze ci znajdę coś do roboty, przy sprzątaniu albo noszeniu ciężkich rzeczy" - no ale nie wziął biedaczek pod uwagę, że umowa o pracę jest na stanowisko, które ze sprzątaniem i noszeniem nie ma za wiele wspólnego.

Tak czy inaczej, wychodzi na to, że z całej załogi tylko mój ojciec dostanie 3 miesiące odprawy i wypłacony urlop - cała reszta się tej przyjemności pozbawiła podpisując papier podsunięty pod nos. Co prawda planują jechać do szefa i robić burdę, ale jakoś nie wróżę sukcesów :)

Także, drodzy Piekielni, czytajcie co podpisujecie ;)

praca

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (146)

#86481

(PW) ·
| Do ulubionych
O alkoholu i jego skutkach. Uprzedzam, że będzie obrzydliwie.

Jak każdy, miałem ja dziadków. Dziadek zmarł na choroby płucne ponad dekadę temu. Miałem ja babcię, która poczuła się samotna i w pewnym momencie postanowiła poukładać sobie życie. Znalazła sobie gdzieś wśród dalekiej rodziny kogoś, kogo można by od biedy nazwać moim szalenie odległym wujkiem i zamieszkali razem. Niestety, wujek był pijący. Nie awanturujący, ot po prostu lubił na wieczór się znieczulić. Ale nie tak lekko, że jednego drinka czy jedno piwko - tylko tak na łupnięcie jak bela w gaciach na łóżko i lanie pod siebie.

Żyć samemu smutno, z jednej emerytury jeszcze bardziej smutno, a że moja matka była dla babci finansowym utrapieniem, to już przesmutno. Więc babcia to znosiła, za dnia chodzili razem na zakupy, oglądali razem telewizję, cieszyli się swoją obecnością, a rano babcia rzucała paniami lekkich obyczajów ściągając kolejne prześcieradło z ceraty. Raz nawet wujek wyleciał z hukiem i po tygodniu wrócił potulnie i starał się uwalać jak bela nieco mniej.

Dlaczego był potulny, skoro to babci bardziej zależało finansowo? Ano dlatego, że syn wujka też pił. Bezrobotny, niepełnosprawny (nawet nie wiem, co mu było - miałem okazję go poznać, wyglądał zupełnie normalnie, mówił i chodził też, ale ponoć miał rentę na poziomie średniej krajowej), rozwiedziony, zamelinowany. Jako że wujek był głównym sponsorem wspólnego życia i samotnego picia, babcia robiła obiady z nadwyżką, którą to wujek regularnie woził do syna. Syn miał nieco dobytku po posiadanej przed czasem pijaństwa firmie, upierał się, że nie ma po co sprzedawać, jeszcze będzie używać. Jeszcze wrócą dobre czasy.

I tak sobie ten układ trwał - wujek miał wikt i opierunek, opiekował się synem, babcia miała finansowe wsparcie i kogoś w domu, ja wpadałem w weekendy z większymi zakupami. Ale nic nie trwa wiecznie i babcia zmarła na powikłania po zabiegu.

Wujek wył. Ale autentycznie, w życiu nie widziałem człowieka, któremu świat tak się zawalił. Tak nim to wstrząsnęło, że tydzień nie pił. Wprowadził się do niego mój ojciec, żeby go nieco przypilnować, żeby w ogóle jadł. No ale pierwszy szok minął - zaczęło się picie. Sam znalazłem go raz gołego na zasikanym dywanie, ojciec trafił kiedyś na efekty rozwolnienia pod ciśnieniem i chwiejnych prób dotarcia do łazienki. Próbowaliśmy go przez jakieś 2 tygodnie ogarnąć, ale staczał się coraz bardziej. Ojcu kończyła się cierpliwość (i ciężko go winić - nie jego cyrk, nie jego małpy, a to on poprawiał sprzątanie płynnego gówna po staruszku...), ale numer, który, cytując Króla Foltesta, przegiął pałę goryczy, miał dopiero nastąpić - wujek odstawił czajnik elektryczny na gaz. Że nie spalił wtedy chałupy, to jest jakiś cud.

Po tej akcji zapadła decyzja o eksmisji. Ja się, mieszkając z żoną, nie przeprowadzę, ojciec ma dość, jego rodzina średnio się poczuwała do odwiedzania dziadka, a jednak jako właściciel mieszkania miałem pewne obowiązki wobec sąsiadów - na ten przykład takie, żeby nie zginęli w pożarze. Wywalanie starszego, schorowanego człowieka z domu, w którym mieszkał, po tym, jak mu się świat zawalił, do przyjemnych nie należy i do tej pory mi serce pęka jak przypomnę sobie jego minę. No ale niestety, jakkolwiek paskudnie by to nie brzmiało, życie kilku rodzin z dziećmi w bloku jest nieco bardziej istotne, niż życie jednego staruszka.

I tak wrócił dziadek do syna, do meliny, której zdjęcia nadal mam na pamiątkę. Po około miesiącu zadzwoniłem do mieszkającej na tej samej działce, w innym domu, byłej synowej, zapytać co u wujka, bo telefonu nie odbiera - może mam wpaść, przywieźć mu coś, zakupy zrobić? Odpowiedź brzmiała - nie przyjeżdżać, nie zbliżać się, żyje podpięty do butelki we własnych płynach, ma już świerzb i kilka innych przyjemności. Dołączył do syna.

Niedługo potem pojechaliśmy z żoną na urlop. Po powrocie dowiedziałem się, że mogę szykować sobie wolne na pogrzeb. Syn, pozbawiony wsparcia logistycznego od ojca, zawinął się z tego świata niemalże równo rok później.

alkohol

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (161)

#86502

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka słów o hodowli psów w Polsce.

Dobrą dekadę temu maczałem palce w hodowli psów rasowych. Hodowla zarejestrowana w Związku Kynologicznym w Polsce (ZKWP), zgodna z FCI, z wystawami, itd. Psy rasy raczej większej.

Co cechuje psa rodowodowego? Po pierwsze cechy rasy, to oczywiste. Po drugie zdrowie - ZKWP wymaga badań rodziców w kierunku chorób typowych dla danej rasy. Po trzecie pochodzenie rodziców - pojechali na wystawy, pokazali się z najlepszej strony, dostali nagrody - porządna, psia rodzina, nie jakieś tam chowańce.

Jak to wygląda w praktyce?

1. Hodowla rodowodowa.

a) Nie można męczyć suki - zakaz więcej, niż jednego miotu rocznie. Tak, żeby suka sobie co drugą cieczkę odpoczęła. Ale jeśli hodowcy pasuje zrobić miot jesienią, a potem drugi wiosną, to już spoko.

b) Rodowód musi być, porządni rodzice. Ale skoro suka nie chce zajść z kawalerem nr 1, to pokryjmy jeszcze kawalerem numer 2, 3, 4, 5, 6, 7, i 8. Któryś w końcu tryśnie tak, ze suka zajdzie. A jak zajdzie z 3 naraz - to co, ktoś pozna? Każdy tej samej rasy przecież. Wiem o co najmniej jednej hodowli w Polsce, która tak robi i się z tym w towarzystwie nie kryje. Oczywiście w metryczce najlepszy ojciec. No bo przecież krył, kto udowodni, że krył ślepakami?

c) Badania - trzeba je mieć. Ale można lekarzowi dać w łapę, a na wypadek kontroli złożyć znajomej, młodej hodowczyni świetną propozycję i po prostu przekazać problematyczne suki w zamian za zyski z miotów. Gorzej, jak ktoś tej młodej hodowczyni da cynk, że przekazana suka ma sfałszowane papiery, a hodowczyni potwierdzi to u weterynarza. No trudno, straty finansowe wpisane w ryzyko...

2. Hodowle "dzikie" - jeśli zniechęciłem Was, drodzy czytelnicy, do kupienia psa rodowodowego, to przepraszam, nie chciałem - tak naprawdę to nadal jest dobry wybór. Równie dobrym wyborem jest kompletny kundel ze schroniska. Ale najgorszy jest pies z hodowli udającej porządną. Czemu? Ano temu, że kilka lat temu ZKWP zaczął lobbować za ukróceniem "pseudohodowli". Czyli takich niezrzeszonych w ZKWP i FCI. Tylko niestety, lobbował słabo, bo ustawa przeszła, ale obejmuje "organizacje kynologiczne", a nie ZKWP z nazwy. Co zrobiły dzikie hodowle? Zrzeszyły się w organizacjach kynologicznych. Teraz każdy ma metrykę, rodowód, rasowe psy i regulacje (lub ich brak). ZKWP nadal ma swoje poważne regulacje, ale to są dla hodowców koszty - wystawy i szanowanie zdrowia psów swoje kosztuje, a skoro można mieć psa z rodowodem za 4k PLN i za 500PLN, to rachunek dla ludzi nie znających realiów jest dość prosty ;)

To, że suka rodziła w stodole na sianie trzeci miot w tym roku dla nabywcy szczeniąt nie jest widoczne. Nikt normalny nie pokazuje kojca - w poważnej hodowli też. Suka przyjęłaby to bardzo źle. Szczeniak wygląda dobrze, może wymagać odrobaczenia.

Czy trzeba kupować z legalnej hodowli i płacić krocie, skoro tam też kręcą wałki? W sumie... tak, bo tam choć odrobinę szanują matki tych szczeniąt. Ale równie dobrze można wziąć znajdkę ze schroniska. Też będzie Was kochać.

hodowle psy schroniska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (162)

#86376

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o roszczeniowości pracowników w dobie kryzysu.

Pracuję w dużym korpo. Skomputeryzowanym. Ponad połowa pracowników od zawsze wyposażona z laptopy, wiele osób z uprawnieniami do okazjonalnej pracy z domu, pracownicy "słuchawkowi" obowiązkowo w biurze, bez możliwości brania sprzętu do domu.

I tu pojawia się COVID-19. Firma w mniej niż miesiąc implementuje rozwiązania software'owe umożliwiające wysłanie "słuchawkowych" do domu, wydaje dodatkowe monitory dla tych, którzy już mieli laptopy, generalnie w momencie, w którym rząd sugeruje telepracę, my jesteśmy już w 60% implementacji, do połowy kolejnego tygodnia praktycznie cała firma siedzi w domu.

No i tu zaczyna się marudzenie.

- Ale mnie się źle pracuje z domu, tu mi dzieci krzyczą!
- No dobrze, mam laptopa i ekran, ale skoro nie mam biurka i wygodnego krzesła, to czy można powiedzieć, że firma zapewniła mi godne stanowisko do pracy?
- No przecież firma nie może oczekiwać ode mnie takiego samego poziomu wydajności, co w biurze..

Większość tego typu tekstów została ucięta bardzo krótko - praca z domu jest ZALECENIEM, nie obowiązkiem. Jak komuś się nie podoba, to może przyjechać do biura, jest otwarte. Co nie zmienia faktu, że nasza firma ogarnęła sprawę modelowo, nadszarpnęliśmy dla pracowników finanse i łańcuchy dostaw (bo był potrzebny dodatkowy sprzęt), a każdy widzi tylko koniuszek własnego nosa i odrobinę ograniczoną wygodę, bo zamiast fotela za 1000 zł siedzi na krześle w kuchni...

pracownicy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)