Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

pomarina

Zamieszcza historie od: 29 października 2011 - 23:02
Ostatnio: 3 stycznia 2021 - 15:57
  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 2555
  • Komentarzy: 65
  • Punktów za komentarze: 545
 

#87427

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o Honorowym Krwiodawstwie.

Najpierw będzie krótki wstęp. W Polsce krwiodawstwo wygląda tak, że jak krwiodawca odda krew to trafia ona do specjalnego banku krwi. Z tego banku krew jest przydzielana dla najbardziej potrzebujących w danym momencie. Czyli krwiodawca nie ma możliwości zdecydowania dla kogo jego krew zostanie przeznaczona.

Ale jest też coś takiego jak oddanie ze wskazaniem. Służy to do tego aby mobilizować nowych dawców. Czyli w skrócie gdy potrzebna jest krew dla babci to rodzinka i znajomi idą oddać krew i mówią dla kogo. W centrum krwiodawstwa zapisywane jest ilu dawców oddało dla konkretnej osoby - ale są to tylko statystki. Krew i tak idzie do banku krwi i zostanie przydzielona temu, kto jej najbardziej potrzebuje. Chodzi o to aby zmotywować do oddania ludzi, którzy normalnie dla obcej osoby by tego nie zrobili. I oczywiście większa ilość krwi w banku to większa szansa, że i babcia "się załapie". Jednak w przypadku gdyby przyjechali poszkodowani z wypadku i trzeba im było robić transfuzje ratującą życie to i tak oni mają pierwszeństwo np. przed osobą czekającą na planowany zabieg. Nieważne ile ta osoba nagromadziła ludzi, którzy oddali ze wskazaniem właśnie na nią.

Jestem honorowym krwiodawcą od 18 roku życia. Jakiś czas temu zapisałam się do grupy honorowych na fb. Zawsze fajnie wiedzieć kiedy są jakieś fajne akcje krwiodawstwa albo kto lepsze czekolady dostaje ;) I tu zaczyna się piekielność - codziennie są publikowane posty z apelem o oddanie krwi ze wskazaniem. Są to zawsze nowi członkowie, którzy starają się pomóc swoim bliskim w potrzebie. Tylko, że nie dociera do nich, że proszą o oddanie krwi ludzi którzy już to robią i w żaden sposób nie zwiększy to liczby jednostek krwi w banku. Nie ma znaczenia czy pójdę oddać krew ot tak czy powiem, że to dla Pani Zosi z Krakowa. Ja i tak pójdę to zrobić.

Codziennie tłumaczymy ludziom aby nie mobilizowali regularnych dawców bo oni i tak oddają ile mogą i więcej się z nich nie wyciśnie i żeby publikowali takie posty na lokalnym spotted czy wśród rodziny, tak aby nowe osoby zasiliły bank krwi. Jest to o tyle irytujące, że wtedy spotkamy się z bardzo negatywną postawą.

No bo jak to tacy honorowi i nie chcą pomóc? Co za chamidła z nich... przecież i tak oddają to co im szkodzi oddać "dla kogoś". Co z tego, że oddałam już tyle krwi, że mam wszystkie możliwe przywileje - jestem ta zła i niedobra bo nie oddam jeszcze dla kogoś konkretnego. A na pytanie ile autor postu oddał krwi w swoim życiu zazwyczaj nie można doczekać się odpowiedzi, albo "ale ja się boje igieł".

Wiem, że sami lekarze wprowadzają ludzi w błąd i czasami mówią, że jak nie zgromadzą kilku dawców to nie będzie zabiegu. I to też jest piekielne. Ale problem leży w tym, że krwi jest za mało. Potrzeba nowych regularnych dawców. A pisanie do grupy "starych wyjadaczy", którzy i tak oddają tak często jak mogą mija się z celem. I tak jak niewiedzę można zrozumieć, tak chamskie odzywki do ludzi, którzy cierpliwie codziennie tłumaczą to samo już nie.

Jednej kobiecie nawet rozpisałam łopatologicznie, że jak jej babcia będzie potrzebować 5 jednostek a bank jest pusty i tego dnia akurat przyjdzie 5 stałych dawców i oddadzą krew to to czy oddadzą ze wskazaniem czy nie, nie zmieni losy babci. Jeżeli będzie ktoś bardziej potrzebujący to on dostanie krew. Ale.. jeżeli przyjdzie krew oddać tych 5 stałych krwiodawców i 5 nowych, których udało się zmobilizować wśród znajomych i rodziny to wtedy babcia ma większe szanse na krew bo mamy już wtedy 10 jednostek krwi w banku. Myślicie, że dotarło? A skąd... Była obraza majestatu.

I tak na grupie jest codziennie. I nagle to ludzie, którzy oddają krew są tymi złymi bo łajdaki nie chcą oddać więcej dla babci, cioci czy sąsiada.

A tak na koniec zapraszam do oddania krwi :) Tylko ostrzegam, czekolada jest paskudna ;)

krwiodawstwo

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (213)

#87362

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiam sobie jako instruktorka jazdy konnej. Cały ośrodek to typowo rekreacyjna stajnia, pensjonat, restauracja i hotel (bardziej luksusowy niż pensjonat). Konie są tylko dodatkiem do typowo noclegowego charakteru tego miejsca. Na jazdy przychodzą do nas osoby, które są akurat na wczasach w hotelu czy pensjonacie ale też i przyjeżdżają z okolic aby sobie na koniach pojeździć. W ofercie mamy oprowadzanie na koniu, naukę jazdy (czyli tzw. lonża), jazdę na padoku oraz jazdę w terenie. Czyli taki standard jeżeli chodzi o stajnie. Oto dwie skrajne piekielności, które niestety często się pojawiają:

1. "Tak ona jeździ konno! Wiele razy już jeździła!"

Jazdy (poza oprowadzaniem na koniu) należy wcześniej umówić. Dzwoni Pani i umawia córkę 13 letnią na teren. Nie znam tej osoby więc pytam się jakie dziecko ma umiejętności jeździeckie. Dowiaduję się, że dziewczynka jeździ samodzielnie i w kłusie i w galopie. No dobra, to umawiam. Przychodzi czas jazdy i widzę, że dziecko nie potrafi nawet poprawnie wsiąść na konia. Koniarz po samym zachowaniu osoby przy koniu jest w stanie ocenić czy ktoś już miał do czynienia z jazdą czy nie. Pytam się dziewczynki, która po wdrapaniu się na konia siedzi jak na fotelu a nie jak na koniu, jak to jest z jej umiejętnościami. A ona, że zawsze jak na koniach jeździła to ktoś te konie prowadził i że myślała, że teraz też ktoś będzie z nią szedł. Czyli matka umówiła córkę na teren z galopem, gdy dziecko nigdy nie uczyło się jazdy konnej! Takie przypadki powtarzają się niestety często. Zawsze przed pierwszym terenem z osobą, której nie znamy najpierw bierzemy ją na padok aby sprawdzić jej umiejętności. Jak widzimy, że osoba sobie nie poradzi to niestety nie jedzie z nami w teren. W opisanej sytuacji gdy powiedziałam dziecku, że nie jedzie z nami (a w teren szły jeszcze 4 inne konie i wszyscy czekali na rozwój sytuacji) to się rozpłakała a matka zrobiła awanturę. Bo przecież jej córka na koniu już jeździła! Zawsze wtedy myślę, że rodzice nie lubią swoich dzieci - wyjazd w teren osoby, która nie umie jeździć to przepis na trwałe kalectwo albo i śmierć. Niestety, ale takie zachowania to nie są pojedyncze przypadki.

2. "On nie umie!"

I teraz inna skrajność. Oprowadzanie na koniu (albo kucyk albo duży kuc, albo duży koń - w zależności od rozmiaru jeźdźca) wygląda tak, że osoba wsiada na konia a ja go prowadzę. Albo robimy 3 kółka pod stajnią albo idziemy w las. Jeszcze kilka lat temu dzieciaki same wdrapywały się na konie, z mniejszą lub większą gracją. Rozumiem wsadzenie na małego kucyka malutkich dzieciaczków, ale tako 6 latek spokojnie na zwykłego kuca sam może wejść. Od pewnego czasu jednak obserwuję, że dzieci są jak kukiełki. Podchodzą do konia i nawet nie podejmują próby samodzielnego wsiadania. Od razu leci rodzic i wsadza na grzbiet. Jak mówię, że spokojnie, niech najpierw dziecko spróbuje to od razu jest "nie, on nie umie!". No nie umie bo mu człowieku nie dajesz się nauczyć. Oczywiście są dzieci, które z różnych powodów nie dadzą rady same wsiąść ale cała reszta spokojnie może to zrobić. A jaki dzieciak zadowolony jak sam się wdrapie na grzbiet! Dumny jak paw ;) Ale trzeba dać mu szansę. Podobną sytuację miałam gdy byłam z chrześniakiem na basenie. Młody miał wtedy roczek i sam się rozbierał w szatni. Ja się przebierałam obok. Wiadomo, że tak małe dziecko nie zrobi tego idealnie i trzeba będzie mu pomóc ale spokojnie niektóre części garderoby potrafi zdjąć. Obok były inne dzieci, o wiele starsze, nawet tak pod 10 lat. Większość matek przebierała je jak manekiny. Dzieci nie robiły nic! No mi by było wstyd jakby w wieku 8 lat mama musiała mi pomagać majtki ściągnąć.

Niby takie mało piekielne te piekielności, ale jest jakaś skrajność w narodzie. Albo dziecko jest rzucane na głęboką wodę i niech się dzieje wola nieba albo robi się z niego laleczkę, która nic nie potrafi zrobić bo "nie umie". I niestety coraz mniej jest takich normalnych rodziców i dzieciaków. Od kilku lat pracuję w stajni i widzę jakąś bardzo niedobrą tendencję.

jazda konna

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (142)

#86863

(PW) ·
| Do ulubionych
Czuję się wywołana do odpowiedzi historią Leme, w której porusza słynną sprawę pumy Nubii.

Zacznę od tego, że na dzikich zwierzakach się znam. Od ponad 7 lat pracuję w zoo, przeszłam wszystkie etapy od młodszego pielęgniarza aż do specjalisty ds. hodowlanych. Pracuję na dziale drapieżnych, czyli pod moją opieką są lwy, tygrysy i inne niebezpieczne stwory. Mam też wykształcenie kierunkowe, pokończone różne kursy i szkolenia, byłam też na kilku zagranicznych stażach. Piszę to wszystko nie po to aby się pochwalić, tylko żebyście wiedzieli, że nie jestem laikiem w sprawach dzikich zwierząt. Mam większą wiedzę na ich temat niż typowy internetowy 'znafca'.

W mediach trwa burza odnośnie pumy Nubii, którą od 6 lat posiada prywatna osoba. Ludzie się oburzają, że ktoś chce zabrać 'domowego" zwierzaka aby umieścić go w zoo, gdzie zapewne umrze z tęsknoty za dawnym właścicielem. Są prowadzone różne zbiórki, powstały grupy na fb i sporo ludzi włączyło się w akcję ratowania pumy przed marnym losem w zoo.

To teraz ja Wam opowiem jak to wygląda na prawdę. W necie krąży pełno mitów, półprawd i gównoprawd.

1. Facet chce mieć pumę, ponieważ w Polsce nie można legalnie zakupić takiego zwierzęcia to jedzie do Czech, gdzie przepisy na to zezwalają. W hodowlach dzikich kotów robi się tak, że jak małe kociątko ledwie opuści macicę swojej matki to jest zabierane i odchowywane sztucznie. Ani samica nie ma okazji wykazać się instynktem macierzyńskim ani młode nie ma szansy się rozwijać poprawnie. Taki mały kociak jest odchowywany po to aby właśnie zadusić w nim pierwotne instynkty. On nie ma zachowywać się jak puma, ma jedynie jak puma wyglądać.

2. Facet kupuje takie właśnie kocię i przewozi je do Polski. Tym samym wspiera marny los innych dużych kotów w hodowlach. W Polsce osobie prywatnej takiego zwierzaka mieć nie wolno wobec czego udaje, że jest cyrkiem. W Polsce zwierzęta z I załącznika Ustawy o Zwierzętach Niebezpiecznych mogą mieć tylko cyrki i ogrody zoologiczne. Bycie zoo proste nie jest, dużo łatwiej jest podszyć się pod cyrk. Więc nasz bohater zakłada fikcyjną działalność gospodarczą i udaje, ze jest cyrkiem. Przechodzi wszystkie kontrole weterynaryjne, czasami z uwagami, że wybieg (czyli klatka) pumy nie jest najlepsza i trzeba ją poprawić.

3. Puma jest maskotką, śpi w łóżku właściciela. Nie wiemy czy dochodzi do jakichkolwiek incydentów, bo jedyna relacja jest od strony właściciela, który oczywiście nie będzie się chwalić, że puma była w gorszym humorze. Na fb jest sama kraina szczęśliwości. A każdy kto ma psa czy kota wie, że mimo sympatii zwierzaka czasami dochodzi do jakiegoś 'incydentu'.

4. Puma przyciąga uwagę, więc facet postanawia na niej zarobić. Wynajmuje ją do sesji zdjęciowych, sprzedaje możliwość jej głaskania. Właściciel ignoruje wszystkie zasady bezpieczeństwa. Wprowadza pumę w grupę dzieci (kto na to zezwolił?!), pozwala na wchodzenie do klatki z pumą itp. Nubia chyba jest mądrzejsza od swojego właściciela i tylko dzięki temu nie doszło do tragedii.

5. Sąd mówi właścicielowi kilka razy, że ten ignoruje zasady bezpieczeństwa. Ale właściciel nic sobie z tego nie robi. Rzesze fanów rosną, bo każdy chce pogłaskać oswojoną pumę. Gdy zaczyna robić się nieciekawie puma i jej pan wyprowadzają się z dotychczas zajmowanego miejsca.

6. Sąd nakazuje oddanie pumy do zoo. Właściciel wcześniej zawiesił działalność cyrkową, czyli jest w tej chwili osobą prywatną co ma pumę, a tak w Polsce być nie może.

7. Dalej już wszyscy wiemy co było, zoo jedzie po pumę, właściciel ucieka do lasu, potem są mediacje i puma trafia do Śląskiego ZOO.


No i w internecie robi się raban, jak to można udomowioną pumę odbierać?!
Po pierwsze, puma nie jest udomowiona. Jest oswojona ale nie udomowiona. Udomowienie to długi proces, gdzie z formy dzikiej robi się nieco inna forma udomowiona. Czaicie różnicę między wilkiem a psem? Albo między dzikiem a świnią? To jest właśnie udomowienie. Puma jako gatunek nigdy temu procesowi nie podlegała. Ten konkretny osobnik po prostu jest oswojony.

Po drugie, nie wiemy jakie metody tego oswajania były. I nie, nie mam tu na myśli katowania pumy batem, ale na kilku zdjęciach widać, że ma ona założona obrożę elektryczną. Czyli jakieś metody awersyjne były w użyciu.

Po trzecie, ani na kanapie ani w łóżku dobrostan pumy nie jest zapewniony. Ona zasługuje na duży, lesisty wybieg, gdzie może się wspinać, który może eksplorować. To, że puma zaakceptowała życie na kanapie oznacza jedynie, że na inne po prostu nie miała wyboru. Gwarantuję Wam, że jakbyście postawili łóżko w lesie Ameryki Północnej to żadna puma by na nim nie spała ;)

Po czwarte, nie sądzę aby właściciel celowo robił pumie krzywdę. Widać, ze mu na niej zależy. Ale to nie zmienia faktu, że decydując się na tego kota kierował się czysto egoistycznymi pobudkami. Chciał i sobie kupił. Nie interesowało go to, że przez niego mała pumka została odebrana matce, albo że jakiś inny człowiek mu pozazdrości i zrobi dokładnie to samo.

Czy moim zdaniem puma powinna trafić do zoo? Tak, powinna mieć duży i ciekawy wybieg. Powinna mieć dużo tzw. wzbogacenia środowiskowego bo całe życie była przebodźcowana i teraz zamknięcie jej w klatce i 'danie spokoju" może zrobić wiele złego. Czy puma powinna mieć kontakt z właścicielem? Tak, to jest osoba, którą puma zna i akceptuje. Ale nie powinna być wleczona na sesje fotograficzne czy być głaskana przez obce osoby. Czy puma była szczęśliwa na kanapie? Puma była zadbana, ale to jeszcze nie oznacza szczęścia. Poza tym szczęście u dzikich zwierząt nie jest 'mierzalne", nasze subiektywne oceny często są mylne. Np. nam na kanapie jest wygodnie wiec zakładamy że każdy zwierzak ma te same odczucia. A tak nie jest. Czy tak puma jest niebezpieczna? TAK. I nawet jak ktoś powie, że przez 6 lat nikomu krzywdy nie zrobiła to mogę mu odpowiedzieć, że wypadki maja to so siebie że się nie zdarzają do czasu aż się zdarzą. Puma, która nie jest tak okazała jak lew z łatwością może zabić człowieka.

Zastanawiający dla mnie jest fakt, jak ludzie mają klapki na oczach. Podoba im się zdjęcie pumy na oddziale onkologii dziecięcej ale gdyby w to samo miejsce wprowadzić np. rottweilera to od razu by podnieśli raban.

Podsumowując, nie myślicie o dzikich zwierzętach ludzkimi kategoriami. Nie przypisujcie im swoich emocji. I żeby nie było, nie twierdzę, że zwierzaki nie odczuwają emocji. Wprost przeciwnie! Znam je dobrze i wiem jakie mają silne osobowości. Nie brońcie faceta, który w poważaniu ma prawdziwy dobrostan dużych kotów, i który z powodu źle pojętej miłości tak naprawdę skrzywdził Nubię.


Dodam jeszcze, że nie jestem fanką dyrektorki poznańskiego zoo i jej metod działania i przejaskrawiania każdej sytuacji. Ta Pani doskonale manipuluje opinią publiczną i próba przejęcia Nubii absolutnie nie powinna się odbyć tak jak próbowano to zrobić.

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (234)

#86451

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu furorę na Netflixie zrobił serial dokumentalny pt. Tiger King. Dla tych co nie oglądali: serial opowiada historię konfliktu właściciela ponad 200 tygrysów i lwów oraz kobiety, która stara się przeforsować prawo, które będzie uniemożliwiało trzymanie dużych kotów przez osoby prywatne. Oczywiście wszystko dzieje się w USA, gdzie jak podają dane w przydomowych ogródkach żyje więcej tygrysów niż na wolności. Nie będę się odnosić do samego konfliktu, chodzi mi jedynie o utrzymywanie takich zwierząt przez osoby prywatne.

Od 7 lat pracuję w ogrodzie zoologicznym na dziale zwierząt niebezpiecznych (wiecie - lwy, tygrysy, kleszcze :P) i uważam, że mam naprawdę sporą wiedzę na temat zwierząt. Serial obejrzałam z dużym zainteresowaniem i od razu przyszło mi do głowy, że to co jest dla mnie oczywistym złem (np. odbieranie małych kociąt zaraz po porodzie, aby je ręcznie odchowywać, albo szprycowanie dorosłego kota środkami uspokajającymi, aby można było sobie z nim zdjęcie zrobić) bardzo wielu ludzi jako zła nie postrzega. Tzn. oni nawet nie myślą skąd wzięło się małe kocię, z którym robią zdjęcie, ani co z nim się stanie, gdy już podrośnie. Chciałabym Wam opisać jak bardzo piekielny jest świat dużych kotów w rękach ludzi, dla których są maszyną do robienia pieniędzy. Ile krąży w społeczeństwie tzw. półprawd i gównoprawd.

1. Ochrona

Osoby, które trzymają duże koty twierdzą, że tygrysy są na skraju wyginięcia więc im jest ich więcej tym lepiej. Dla wielu osób jest to logiczne. Prawda jest jednak taka, że lwy i tygrysy w przydomowych ogródkach w USA nie mają ŻADNEJ wartości, jeżeli chodzi o ochronę zasobów genetycznych. Prawdziwe ogrody zoologiczne (nie, nie takie jak ten z serialu, gdzie sobie facet nakupował zwierzaków i je trzyma) są zrzeszone w różne stowarzyszenia. W Europie najważniejszym jest EAZA. W ramach EAZA działa koordynator gatunku, który wie gdzie jaki zwierzak mieszka, które powinny się rozmnażać a które nie. Ta osoba pilnuje czystości genetycznej w przypadku podgatunków, a u tygrysa jest ich 8-9 (różne źródła różnie podają). Podgatunki różnią się nie tylko miejscem występowania, ale też środowiskiem jakie preferują, różnią się nieco wyglądem itp. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie ratować dzikiej populacji na Sumatrze tygrysami pochodzącymi z Syberii.

Natomiast w prywatnych rękach (czy to domowy ogródek, cyrk czy inne podejrzane miejsce) są mieszańce. Kot ma być duży i mieć paski, nikt nie prowadzi im ksiąg rodowodowych, nikt nie wie jakich przodków ma dany tygrys. Co więcej - można znaleźć tam wiele mieszańców międzygatunkowych! Można krzyżować tygrysy i lwy i przy odrobinie szczęścia otrzymać płodne potomstwo. Po co? Bo ludzie zapłacą więcej za zobaczenia "dziwadła". Tak samo jest z białymi tygrysami i lwami. Wiele miejsc, które je posiada twierdzi, że to zagrożony gatunek, że jest ich bardzo mało. Aby mieć białe lwy i tygrysy trzeba kojarzyć ze sobą zwierzęta spokrewnione. Prowadzi to do wielu schorzeń i deformacji u zwierząt. EAZA zakazała ogrodom zoologicznym rozmnażania takich zwierzaków, bo poza tym, że są one mieszańcami i mają białe futro to nie mają żadnej wartości ochroniarskiej. Jedynie nabijają kieszeń właścicielowi. A to, że takie tygrysy cierpią z powodu wielu chorób to już właściciela nie interesuje. Byle kasa była.

2. Edukacja

Prywatni posiadacze dużych kotów twierdzą, że dzięki temu, że ludzie poznają z bliska lwa czy tygrysa to będą chcieli go później chronić. Że jak ktoś zrobi sobie selfie z kilkutygodniowym kociakiem to będzie wrażliwszy na los tych zwierząt w naturze. Tak, ludzie chcą chronić to co poznali. Tylko, że pozwalanie im na zabawę z kociakami, selfie z tygrysem powoduje się jedynie, że więcej osób zapragnie mieć swojego domowego kociaka. Słyszeliście historię młodych kotów zabranych z prywatnej posesji przez ZOO w Poznaniu? Tak, w Polsce też są ludzie co kupują sobie w Czechach lwa lub tygrysa i chcą go trzymać w salonie. Bo malutki, bo słodziak, bo można się nim polansować w mediach społecznościowych. Gdzie w tym dobro zwierząt? Nie ma. W hodowlach dużych kotów ledwo kociak wyjdzie z macicy a jest odbierany matce i wychowywany przez ludzi, aby był fajniejszy. Ma całkowicie zaburzony rozwój osobniczy, często też jest nieodpowiednio karmiony. Taki kociak mieszka sobie w salonie, śpi na kanapie a potem robi się za duży na to. I zaczyna się robić problem bo z dorosłym lwem czy tygrysem w salonie już nikt nie chce mieszkać. Więc zwierzak ląduje do małej klatki w ogródku. Warto też wspomnieć o stresie zwierząt, gdy są macane przez kolejne ręce, które chcą zrobić sobie z nimi zdjęcie. Nie ma to nic wspólnego z edukacją przyrodniczą.

3. Dobrostan zwierząt

Duże koty potrzebują dużo przestrzeni, urozmaiconych wybiegów i sporo stymulacji intelektualnej. W prywatnych rękach najczęściej żyją w niedużych klatkach, często w sporym zagęszczeniu. Takie zwierzaki wegetują, mają wiele zaburzeń psychicznych. Oczywiście nawet w dobrych zoo ciężko jest zapewnić im idealne warunki. Na szczęście wiele zmienia się na lepsze. Tygrysy potrzebują przestronnych wybiegów, urozmaiconych drzewami, krzakami itp. Biały kot leżący na przystrzyżonej trawce ładnie wygląda ale nie spełnia ani jednego punktu z wyżej wymienionych. Nie jest to ani działanie ochronne, edukacyjne czy prawidłowe utrzymywanie pod opieką człowieka.

Może Wam wyda się to mało znaczące, ale ja siedząc w tym od lat dostrzegam wiele piekielności i wiele półprawd, które szkodzą zwierzakom. Nie jestem za tym, aby trzymać zwierzaki w niewoli dla samej idei trzymania. Zawsze powinien temu przyświecać cel. Jeżeli już zwierzak musi być w niewoli to niech będzie bankiem genów dla dzikiej populacji, bo takie tygrysy na wolności to mają marne szanse aby przetrwać. Do tego powinien być cel edukacyjny - uczmy ludzi o tygrysach czy lwach, dlaczego trzeba je chronić i jak to robić. Ale edukacją nie jest tarmoszenie tygrysich noworodków! To jest znęcanie się nad zwierzakami. I oczywiście niech będzie zapewniony dobrostan, czyli skoro zwierzak jest w niewoli to niech jego życie będzie jak najlepsze. Trzymanie sobie tych kotów ot tak dla biznesu czy własnej uciechy jest bardzo szkodliwe.

Dodam jeszcze, że w Polsce są lwy i tygrysy w prywatnych rękach. Są prywatne zoo, które szczycą się posiadaniem białych dużych kotów. Jest prywatne zoo, które kupiło dwa kociaki z jakiejś zagranicznej hodowli. Koty te powinny być w tym wieku z matką. Samiczka ma duże kłopoty z układem nerwowym. Jest też w Polsce facet co chodzi z pumą na smyczy. Ale ludzie myślą, że jak puma śpi na kanapie to jest "szczęśliwa". Prawdziwe zoo jak chce mieć u siebie duże koty to zgłasza się do koordynatora, który mówi jakie warunki mają być spełnione i jakie zwierzaki do tego zoo trafią. Kupowanie małych kociaków tylko napędza ten chory biznes.

hodowle dzikich kotów ogród zoologiczny

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (237)

#85818

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiły się tutaj historie sfrustrowanych facetów, którzy próbują poznać drugą połówkę przez portale internetowe, ale spotykają tam same "księżniczki". Miałam konto w pewnej znanej aplikacji towarzyskiej, opiszę Wam drodzy Panowie jak to wygląda od damskiej strony. Żeby nie było - nie jestem maszkaronem, ot średnia krajowa, jednym się podobam a innym nie. Napisałam to ponieważ, niektórzy twierdzą, że w takich aplikacjach są tylko zdesperowane babochłopy (cokolwiek to znaczy ;) )

1. Zdjęcia.

Zanim się tam zalogowałam, to myślałam, że krążące po internecie informacje, że Panowie wysyłają zdjęcia swoich penisów to taki mit, folklor internetowy. Niestety nie. Zostałam uraczona wieloma zdjęciami, których wcale nie chciałam oglądać. Penisy duże i małe, chude i grube, do wyboru do koloru. Najczęściej wysyłane na samym początku rozmowy. Serio, są kobiety które na to lecą?

2. Polska język - trudna język.

Co mnie zdziwiło, to to jak słabo Polacy komunikują się w ich języku ojczystym. Nie jestem językowym purystą i dopuszczam popełnianie błędów (sama też je robię!) ale jakieś 80% facetów, z którymi zaczęłam rozmowę pisała na zasadzie "czeźć, chcem sie stoba umuwic". Serio? Mamy powszechny obowiązek szkolny. Jakim cudem tacy ludzie ukończyli szkołę?

3. Oblężenie.

Jak się zalogowałam to od razu rzuciły się na mnie chłopy z całej okolicy. Po 1 godzinie miałam z 50 chętnych rozmówców, a z czasem tylko to narastało. Siłą rzeczy musiałam klikać 'ignoruj", bo nie da rady prowadzić sensownej rozmowy z tyloma osobami. Ci zignorowani zakładali nowe konto i pisali dlaczego ich zignorowałam. Oczywiście nie były to pytania miłe, a raczej w stylu "odpisz mi suko".

4. Seks instant.

W opisie miałam, że nie umawiam się na seks przygody. Ktoś to czytał? A gdzie tam! Padały propozycje seksu w samochodzie, trójkątów, szybkiego numerka w lesie, dzikich zabaw u mnie w domu itp od osób, z którymi zamieniłam zaledwie kilka słów. Jak pisałam, że nie jestem zainteresowana, to zaczynało się obrażanie.

5. Spotkanie.

Na samym początku postanowiłam, że nie będę się spotykać od razu z ludźmi, wcześniej wolę popisać trochę. Nie chodzi tutaj o pisanie miesiącami, tylko po prostu o sprawdzenie czy druga strona wydaje się stabilna psychicznie, czy mi odpowiada jej osobowość (nawet ta online) i dopiero wtedy spotkanie się 'w realu'. 8/10 facetów podczas pierwszej rozmowy od razu proponowało spotkanie. Na moją odpowiedź, że dla mnie jest za wcześnie, zaczynali się obrażać, że uważam ich za psycholi. Ten typ facetów ignorował moje "nie" w świecie online, nie chcę wiedzieć czy tak samo reagują na "nie" w świecie rzeczywistym.

6. Desperaci.

Ja rozumiem, że ludziom w życiu różnie się układa. Nie oceniam po wyglądzie, zawartości portfela czy tym co kto w życiu przeżył, ale... bardzo duża grupa facetów to osoby o bardzo niskiej samoocenie. Piszą o sobie same złe rzeczy "jestem brzydki, gruby i głupi, mam durną pracę i mało zarabiam" i zaczynają traktować mnie jako darmową terapię, a bycie miłą odbierają jako flirt. Bardzo mało fajny typ, bo z jednej strony panowie są mili, ale z drugiej ja nie mam kwalifikacji aby podnosić ich samoocenę. A jak ktoś przez tydzień do mnie pisze jaki jest beznadziejny, to i ja zaczynam tak go postrzegać. Gorzej, że taki desperat przekonany o swojej beznadziejności jak już znajdzie kobietę, która mu odpisze to nie odpuszcza.

Drodzy Panowie, wiecie z kim się najfajniej rozmawiało i z kim się spotkałam? Z normalnymi ludźmi, którzy nie udawali kogoś kim nie są, którzy nie wysyłali swoich nagich zdjęć, którzy pisali poprawnie po polsku, którzy nie byli desperatami albo potrafili to ukryć :) Ot, tak po prostu, bez żadnych kombinacji.

Jednak aby poznać kogoś normalnego, to trzeba przebrnąć przez morze dziwnych ludzi, moim zdaniem część z nich potrzebuje pomocy psychiatrycznej. Jakbym miała oceniać to w takiej aplikacji 5% to ludzie, którym warto poświęcić trochę czasu. Cała reszta to... marny obraz naszego społeczeństwa.

Ostatecznie usunęłam konto, drugiej połówki nie znalazłam, ale z kilkoma osobami utrzymuję stały kontakt :)

portale towarzyskie adult

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (190)

#79948

(PW) ·
| Do ulubionych
Garstka piekielności z ogrodu zoologicznego. Ten sezon obfitował w wyjątkowo dużą liczbę buraków, cebul i innych warzyw. Chyba 500+ ruszyło ludzi z domów, ludzi którzy nie potrafią zachowywać się w społeczeństwie i nie potrafią przestrzegać ustalonych zasad (na które się zgodzili kupując bilet wstępu).

1. Awantury na kasie

Niektórym nie potrzeba nawet wejść na teren zoo aby zrobić awanturę. Jest oczywiście za drogo, nie ma zniżek dla nauczycieli, strażaków, górników itp. A jak nie ma zniżki to trzeba zrobić awanturę i zwyzywać Panią na kasie jakby to ona była odpowiedzialna za ceny. Przymusu wchodzenia na zoo nie ma, jak jest za drogo to nie trzeba wchodzić. Przy czym nie ważne ile kosztuje bilet (5, 10 czy 40 zł), zawsze jest ZA DROGO! I moje ulubione "Ale ja chcę tylko popatrzeć, to też muszę płacić?! SKANDAL!!!". Ekhm.. a co ty jeszcze chciałbyś w zoo robić jak nie patrzeć na zwierzaki? Odpowiedzi nie udało mi się nigdy uzyskać.

2. Dokarmianie zwierząt

Serio, zwierzaki w zoo nie głodują. Każdy ma ustaloną dietę i dokarmianie powoduje więcej złego niż dobrego. Może nawet spowodować śmierć zwierzaka (serio, w trakcie sekcji później okazuje się, że w żołądku jest np. opakowanie po chipsach).

3. Rzucanie czymś w zwierzęta

Chcesz ładną fotkę ale ten głuuuuupi lew tylko leży i nic ciekawego nie robi? Pizgnij w niego kamieniem, kijem, butelką z wodą! Wtedy się odwróci a ty będziesz mieć zdjęcie życia! Nie ma dnia abym z wybiegów nie sprzątała różnych artefaktów. Są tak daleko od ogrodzenia, że nie ma szans aby wpadły przez przypadek. Zdarza mi się łapać takich debili na gorącym uczynku.

4. Widzę wodę to coś wrzucę

Nie wiem skąd ta mania ale jak jest tylko jakiś basen, staw czy inna woda od razu lądują tam monety i kamienie. Jeżeli to jest tylko woda "dekoracyjna" to spoko, ale gorzej jak to jest element wybiegu zwierząt. Mimo ogromnej ilości tabliczek ostrzegawczych w basenach i tak lądują różne przedmioty. A co robią zwierzaki? Bawią się tym, czasem połykają i.... umierają! Oczywiście jak wpadnie też coś przypadkiem to ciężko jest poinformować jakiegoś pracownika, lepiej truchtem zmyć się z miejsca zbrodni.

5. Sadzanie dzieci na barierkach

Nie ważne, że są tabliczki zabraniające siadania na ogrodzeniach, murkach i innych zabezpieczeniach. Dzieciaka trzeba posadzić i już! Co z tego, że ma prawie nogi w basenie gdzie pływają foki i chwila nieuwagi i dziecko jest w wodzie, co z tego, że 3 m niżej jest fosa a dalej wybieg lwów, tygrysów czy innych niedźwiedzi. Jak dziecko spadnie z 3 m do wody i skoczą do niego jakieś zwierzęta to dopiero będzie ubaw!

6. Pokazowe karmienia

U niektórych gatunków o konkretnych godzinach przeprowadza się pokazowe karmienia, czasem są one połączone z pogadanką o zwierzętach. Jak łatwo się domyślić takie karmienie trwa określoną ilość czasu (najczęściej kilkanaście minut). Standardem są ludzie, którzy przychodzą np. o 14.40 (a karmienie zaczyna się o 14) i robią awanturę, że JUŻ się skończyło i teraz zwierzaka nie widać. (cytat dosłowny: Ja kupiłem bilet!! Ja żądam aby teraz zrobić karmienie!!)

7. Włażenie tam gdzie nie trzeba

W zoo jest część dostępna dla zwiedzających i część tylko dla nas opiekunów. Są tabliczki informujące gdzie przejścia nie ma i gdzie włazić obcym nie wolno. Ale oczywiście włażą ze słowami na ustach "ale ja tylko chce zobaczyć". Serio, mnie to nie interesuje, że ktoś chce zobaczyć zaplecze, tam NIE WOLNO wchodzić ze względów bezpieczeństwa. Zdarza się, że ktoś zabłądzi i wlezie. Wtedy grzecznie informuję, że tu jest zaplecze i nie wolno tu obcym wchodzić. I jaka jest reakcja? Darcie ryja, że jest źle oznakowane (jest dobrze oznakowane), że to skandal aby tak traktować turystów, że nie stoimy frontem do klienta i że zostanie to opisane w internecie. Nie wszędzie da się zainstalować takie zabezpieczenia, żeby ludzie nie wchodzili.

8. Opinie w internecie

Czasami z nudów czytam sobie opinie o moim miejscu pracy. I tak jak powszechnie wiadomo opinię może mieć każdy, natomiast ta opinia niekoniecznie musi mieć sens. Oto kilka przykładowych:
- cały dzień padało, nie polecam!
- duże wybiegi, nie widać zwierzaków, nie polecam!
- nie polecam! stałam przy barierce na pokazie karmienia i jakiś facet stanął przede mną i nic nie widziałam! beznadzieja!!

9. Toalety

Gdzie jest lepiej załatwić potrzebę fizjologiczną? W toaletach, które są w kilku miejscach, czy w krzakach lub na trawniku? Aha, ta druga opcja ma wielu zwolenników. Na "papierzaki" można się nadziać w wielu miejscach, nawet tych położonych blisko toalet!

10. Karmienie

Może to nie wydaje się Wam piekielnością ale jak się słyszy to przez cały dzień to człowiek się irytuje. Wystarczy tylko się pokazać ludziom i od raz słychać "O pani idzie karmić!!!!" Nie idę karmić, praca w zoo to nie tylko karmienie. I jak się okazuje, że nic z tego to zaczynają się żebry "o rzuci im pani kawałek mięska/ryby/owoce" bo dziecko chce zobaczyć! Gdybym za każdym razem karmiła zwierzaki jak mnie ludzie o to proszą to każdy jeden zwierzak miałby otyłość III stopnia.

11. Wprowadzanie zwierząt

Na zoo NIE WOLNO wprowadzać psów/kotów/innej zwierzyny. Są odpowiednie tabliczki, jest to napisane w regulaminie. Sytuacja miała miejsce kilka dni temu. Na kasę podchodzi rodzinka z yorkiem w łapach. Pani na kasie informuje, że na zoo z psem nie wolno. Pan wydaje się rozumieć, mówi że to pójdzie do samochodu i pieska zostawi z teściową. OK. Wraca już sam, kupuje bilet i wchodzi. Kilkanaście metrów dalej ja spotykam pana z yorkiem na smyczy (musiał mieć go wcześniej w torbie). Oczywiście informuję go o zakazie i wypraszam z zoo, pan się awanturuje, wzywam ochronę, pan wpada w furię jak się dowiaduje, że za bilet mu nikt nie odda. Pan w końcu wychodzi, cała jego obrażona rodzina też. Odgrażają, że "tak tego nie zostawią".

Są też oczywiście bardzo mili zwiedzający, czasami mają jakieś pytania i przyjemnie się z nimi rozmawia. Ale jak wiadomo, na 100 jak trafi się 1 buc to i cały dzień może zepsuć.

Dodam jeszcze jedno zjawisko, które bardzo mnie smuci. Najlepsze opinie w internecie mają miejsca gdzie zwierzaki mają małe wybiegi/klatki i są na wyciągnięcie ręki. To się ludziom podoba, jakieś show w rytm głośnej muzyki czy lew leżący na równym trawniczku. Jak odwiedzacie różne przybytki zoologiczne to zastanówcie się w jakich warunkach żyją zwierzaki i czy odpowiadają one ich potrzebom biologicznym. Bo to, że coś jest ładne i kolorowe i dla nas "fajne" nie znaczy, że takie jest też dla zwierząt, które spędzą tam całe życie.

Ogród zoologiczny

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (189)

#74717

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w ogrodzie zoologicznym, zanim jednak do niego trafiłam na stałe, to odbyłam kilka staży i praktyk w innych ogrodach (także tych zagranicznych) i to tych właśnie miejsc będą dotyczyć historie.

Opiszę kilka głównych piekielności ze strony zwiedzających.

Dzisiaj czas na DOKARMIANIE ZWIERZĄT.

Nie wiem skąd w ludziach taka mania karmienia wszystkiego co się rusza. W zoo zwierzaki naprawdę nie głodują, każdy ma ustaloną określoną dietę odpowiednią dla gatunku, wieku a nawet płci i temperamentu osobnika.

A co robią zwiedzający? Mimo tabliczek zakazu, próśb i gróźb pracowników muszą przecież nakarmić. I w ruch idą bułki, czipsy, frytki, batoniki i inne artykułu spożywcze, które mogą spowodować nawet śmierć zwierzaków! Oto kilka ofiar głupoty ludzi z którymi miałam bezpośrednio kontakt:

1. Zmarła lama, zwierzak nie był ani stary ani schorowany więc zrobiono sekcję i co? W żołądku znaleziono zbitą masę składającą się z gum do żucia, sznurków, opakowania po czipsach i innych bliżej nieokreślonych produktach. Człowiek dawał, łakomy zwierzak zjadał i przypłacił to życiem. Później zmarły jeszcze dwie kolejne lamy, zawartość żołądków bardzo podobna.

2. Rozchorował się makak. Zwierzak dosłownie słabł w oczach. Badania RTG wykazały, że coś zalega w przewodzie pokarmowym. Podjęto decyzję o operacji, okazało się że były tam papierki po cukierkach i batonach, patyczki po lodach, a nawet korek od butelki. Ściany żołądka były tak zmienione nowotworowo od trawienia śmieci, że podjęto decyzję aby zwierzaka już nie wybudzać.

3. Nawet zwykła bułka może doprowadzić do śmierci. Tak było w przypadku jednego kucyka. Ulubieniec dzieciaków, bardzo kontaktowy zwierzak. Jednak ktoś go nakarmił świeżym pieczywem a świeże pieczywo jest bardzo dla koni szkodliwe. Doprowadziło do kolki i w konsekwencji kucyka nie udało się już uratować.

Są to dla mnie szczególnie smutne historie, bo znałam te zwierzęta osobiście, a ktoś je po prostu zabił. Celowo bądź nie, skutek jest taki, że głupota spowodowała ich śmierć.

Jeżeli jesteście w zoo i widzicie, że ktoś karmi zwierzaki to albo zwróćcie mu uwagę albo poinformujcie pracownika. Nawet gdy jest to tylko gałązka z pobliskiego krzaka. Wiele roślin jest trujących i można nawet w ten sposób zaszkodzić zwierzakowi. Poza tym wiele zwierząt jest przyzwyczajonych do małej ilości kiepskiego jedzenia, tak je natura wymyśliła i tak jest. Opiekunowie muszą wiedzieć ile zwierzak zjadł i ile mu dać, dokarmianie powoduje, że zbilansowana dieta w ogóle nie istnieje. Co z tego, ze zwierzak dostał wiadro odpowiedniego pokarmu skoro dwa razy tyle jeszcze dostanie od ludzi.

Dodam też, że podawanie zwierzakom jedzenia jest niebezpieczne też dla ludzi. Podajesz małpie batona przez kraty? Jak cię złapie za palca, to jest duża szansa, że wyrwie go ze stawu!

Piekielni są wszyscy ci co idą do zoo i karmią zwierzaki. Nie można mówić o niewiedzy bo na każdym kroku są tabliczki o zakazie, jest to także w regulaminie zoo. Kiedyś jeden gościu co dosłownie wisiał przez barierkę i starał się wcisnąć żubrowi kanapkę na moją dość dosadnie wypowiedzianą kwestię o zakazie karmienia powiedział: "ale ja myślałem, że nikt nie patrzy!"

ogród zoologiczny

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 378 (392)

#70795

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w ogrodzie zoologicznym, zanim jednak do niego trafiłam na stałe, to odbyłam kilka staży i praktyk w innych ogrodach (także tych zagranicznych) i (jeżeli historia się przyjmie) to tych właśnie miejsc będą dotyczyć historie.

Dzisiaj garstka piekielności polskiego prawa. W jednym z ogrodów zoologicznych została przeprowadzona inspekcja weterynaryjna. Wiadomo, dobrze, że jest organ, który sprawdza, czy zwierzaki mają dobre warunki i czy wszystko jest w porządku. Natomiast wyniki tej inspekcji są nieco dziwne... Zoo "oberwało" między innymi za:

- brak podgrzewanego pawilonu dla żubrów (nie, one wcale nie żyją w stanie dzikim w Polsce i wcale nie mają grubego futra... wszyscy wiemy, że Puszcza Białowieska jest usiana ocieplanymi domkami dla żubrów ;) )

- brak pomieszczenia zimowego dla fok (nie, foka wcale nie kojarzy się z tłustym i obłym zwierzaczkiem leżącym na krze... )

- brak domków dla kaczek na stawie (co z tego, że to dzikie kaczki krzyżówki, które nie należą do zoo i zimą gromadzą się na stawie, bo nie ma na nim lodu, a i do jedzenia coś się znajdzie)

Ponadto za nieprawidłowości uznano:
- brak klatki na wyspie lemurów katta, czyli "królów Julianów" (one nie potrafią pływać, dlatego bardzo często trzyma się je na wyspach)

- podawanie wielu zwierzakom pokarmu w wielu miejscach na wybiegu, a nie w jednym wyznaczonym (specjalnie pokarm się chowa w różnych zakamarkach, aby zwierzaki, tak jak w naturze, musiały trochę wysilić się, aby go zdobyć)


Rozumiem, że nie każdy jest znawcą zwierząt, ale jeżeli ktoś przeprowadza kontrolę, to wypadałoby aby wiedział jakie wymagania mają konkretne gatunki. Od tych bzdur zoo oczywiście się odwołało.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 431 (445)

#19068

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ta miała miejsce w styczniu tego roku.

Wraz z początkiem nowego roku postanowiłam przygarnąć psa. W tym celu udałam się do najbliższego schroniska dla zwierząt. Jako, iż był to termin poświąteczny, a nieudane prezenty zamiast ładnie wyglądać na dywanie to sikały na niego i trzeba było z nimi wychodzić, to schronisko pękało w szwach od szczeniaków.
Był też piesek, który nie dość, że się komuś nie spodobał, to ta osoba nie miała nawet odwagi go oddać do schroniska, tylko przerzuciła przez płot. Zrobiła to tak niefortunnie, że szczeniak spadł z dużej wysokości na jakieś metalowe śmieci, które uszkodziły mu tylną łapę. W efekcie czego w wieku 3 miesięcy psu amputowaną tą kończynę.
Mam dobre serce, taki defekt mi w niczym nie przeszkadza, no i oczywiście standardowe ′nikt by go nie wziął, jak nie ja to kto?′. Jedynym mankamentem była konieczność regularnych wizyt u weterynarza, w celu kontroli rany pooperacyjnej. Tyle wstępu.

Pewnego dnia poszłam z psem do lecznicy na jedną z ostatnich wizyt. Jak zwykle ludzi sporo, jestem ostatnia. W tej lecznicy jest jedno wspólne wejście dla sklepu zoologicznego i poczekalni. Oba te pomieszczenia oddziela korytarz i z poczekalni nie widać kto wchodzi i wychodzi.

Nagle wchodzi do poczekalni starsza babka z psem na smyczy (też starszym). Pani jest dość charakterystyczna, ma na nosie jakąś dużą brodawkę, która rzuca się w oczy. Pani się mnie pyta:
- Czy mogłaby pani potrzymać mi psa, ja do sklepu muszę iść kupić mu karmę, a z nim to niewygodnie. Zaraz wrócę.
No ok, nie ma problemu, piesek grzeczny, więc czemu nie.

Mija 10 minut, 15, 20... a pani od psa nie ma. Przede mną jeszcze 1 osoba i moja kolej. Biorę więc dwa psy i idę z nimi do sklepu ponaglić troszkę babkę. Kto wie, może nie zauważyła upływu czasu. Wchodzę do sklepu (jest naprawdę niewielki) a tam nikogo poza sprzedawczynią nie ma. Pytam się o tą babkę, sprzedawczyni mówi, że tak była taka jakieś 20 minut temu ale nic nie kupiła i wyszła. Ki diabeł?

Wracam do poczekalni, po chwili moja kolej. Mówię znajomej weterynarz jaka sytuacja, że babka mi psa podrzuciła i co ja mam zrobić? Rozważamy, ze może zapomniała, że z psem przyszła, albo co... W końcu ustalamy, że pies zostanie w lecznicy (jest całodobowa) może babka się po niego zgłosi.

Następnego dnia podjechałam (już bez psa) do lecznicy po odbiór wyników jego krwi. Weterynarz mówi mi, że ten pies całą noc u nich spędził i nikt się nie zgłosił. Muszą go oddać do schroniska, bo mieszkać tam nie może. Pies w typie owczarka niemieckiego, wetka określiła go na jakieś 10-11 lat. W tym wieku schronisko (i to zimą) to dla niego wyrok śmierci. Oczami wyobraźni widzę zabiedzonego i pogryzionego psiego staruszka leżącego w kącie boksu...

No więc chcąc nie chcąc, biorę go do siebie, poszukam mu domu wśród znajomych. Przecież go tak nie zostawię.

I od tego czasu minęło 9 miesięcy. O psa w lecznicy nikt się nie dopytywał. Zamieszkał u mnie na stałe, jest bardzo miłym, grzecznym i posłusznym psim seniorem, zupełnie niekłopotliwy, nie to co mój schroniskowy wariat.

Jakiś miesiąc temu spotkałam się ze znajomą weterynarz na gruncie prywatnym (kiedyś chodziłyśmy do tej samej szkoły) i przypominamy sobie tą historię psa. Wetka powiedziała mi, że była u niej niedawno starsza babka z naroślą na nosie - najprawdopodobniej to była ta ′nasza′. Kobietą zajmował się kierownik lecznicy, który o hotelowaniu psa przez jedną dobę (nieodpłatnie!) nawet nie wiedział. Pani przyniosła młodego yorka na odrobaczenie.

Zdaje się, że kobieta pozbyła się starego psa i sprawiła sobie nowszy, modniejszy model. Trzeba mieć tupet aby wrócić do tego samego weterynarza. Mam nadzieję, że jej dzieci czy wnuki na starość zrobią jej dokładnie to samo.

weterynarz

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 607 (655)

1