Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

pomidorowa

Zamieszcza historie od: 17 maja 2013 - 20:48
Ostatnio: 21 stycznia 2020 - 10:10
O sobie:

Taka jedna zołza...

  • Historii na głównej: 23 z 24
  • Punktów za historie: 7898
  • Komentarzy: 74
  • Punktów za komentarze: 480
 

#85804

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak bardzo głęboko w dupie mają moi sąsiedzi przepisy przeciwpożarowe.

Wejście do klatki. Przy domofonie od końca lata stoi nieruszana dziecięca hulajnoga, zagradzając dojście do niego. Żeby wstukać kod, trzeba przyjąć pozycję, której nie powstydziłby się prawdziwy jogin. Za drzwiami wejściowymi znajduje się zazwyczaj wózek, który trzeba omijać przy wchodzeniu/wychodzeniu z klatki plus dwie hulajnogi przy wejściu do piwnicy. Parter: sześć rowerów. Pierwsze piętro: trzy rowery plus mikrosalonik, który urządzono sobie we wnęce przy mieszkaniach (serio, stoją tam szafy i jakiś fotel, tylko stolika i telewizora kurde brakuje). U mnie na piętrze na szczęście tylko kurtki i buty, za to w ilości, jakby ci ludzie mieli co najmniej po pięć par nóg. Hitem były sanki, które z kolei stały całe lato.

Zaznaczę, że bezpośrednio pod budynkiem znajduje się wózkownia/miejsce na rower, a większość sąsiadów posiada również swoje miejsca w garażu. Apele administracji i straży pożarnej nic nie dają (sprawa zgłaszana była przeze mnie nie raz).

Najgorzej, że ci debile nie zdają sobie sprawy, że w razie pożaru ten cały bałagan może komuś zablokować drogę ucieczki z budynku. Mam ochotę wynieść to wszystko na śmietnik, ale niestety na osiedlu są kamery.

Może macie jakiś skuteczny sposób na tych syfiarzy?

sąsiedzi

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (128)

#85784

(PW) ·
| Do ulubionych
Może jestem dziwna, ale uważam, że praca to nie jest miejsce, gdzie powinno się opowiadać o swoim życiu osobistym. Miałam jednak koleżankę, która nie podzielała tej opinii. Nie dość, że trajkotała non stop, nie dając pracować innym, to wiedziałam o niej wszystko, nawet rzeczy, których wolałabym nie wiedzieć...

Pewnego razu z wielką powagą podzieliła się wiadomością, że ona w domu to swojemu narzeczonemu każe sikać na siedząco i nawet kupiła i powiesiła specjalną tabliczkę nad sedesem, która informuje, że w tym domu sika się właśnie w ten sposób (żeby jego koledzy wiedzieli, jak to mają robić). I że u niej w domu rodzinnym wszyscy mężczyźni sikają na siedząco i ona tego wymaga, bo inaczej nie będzie z nim mieszkać. Ok, nie moja sprawa, co inni robią u siebie w domu, faceta też mi nie szkoda, w końcu sam dał sobie obciąć jaja, ale czy naprawdę ja musiałam o tym wiedzieć?

praca

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (192)

#70900

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie jestem zwolenniczką umieszczania historii rodzinnych na tej stronie, ale dzisiaj złamię swoją zasadę. Historia będzie o moim tacie, który bardzo lubi robić "naprawy" w moim mieszkaniu. W swoim przekonaniu jest złotą rączka, niestety tylko w swoim...

Ostatnio uparł się, żeby mi odmalować garaż. Znajduje się on w podziemiu, w części wspólnej dla bloku. Argument: ściany są trochę brudne. No dobra, niech mu będzie, niech maluje.

Zajęta swoimi sprawami, nie towarzyszyłam mu w tym wyzwaniu. Kiedy zeszłam do garażu po jakimś czasie, okazało się, że mój rodzic zmieszał białą farbę, którą miał pomalować ściany, z resztkami innej farby. Wynik: mój garaż nabrał "pięknego" koloru popularnie zwanego majtkowym różem… Cała reszta podziemnego garażu jest pomalowana na biało.

Na mój ostry sprzeciw odparł: No co? Przecież jest ładnie...

Dzisiaj natomiast dowiedziałam się, że mój tatko jakiś miesiąc temu postanowił mi naprawić drzwi do piwnicy bez mojej wiedzy. Zamiast wyjąć resztki ułamanego klucza z zamka, rozwiercił go… Cały zamek jest do wymiany. Dzięki, tato...

Ja wiem, że może on chce dobrze. Tylko że ja później muszę płacić fachowcom, żeby po nim poprawiali...

rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (215)

#82888

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kilku lat, kiedy z moją kumpelką musiałyśmy odrobić pańszczyznę w postaci stażu w aptece. Była to apteka przyszpitalna, stąd często sprzedawanym towarem były pieluchomajtki, czyli pieluchy dla ludzi dorosłych. Ponieważ towar był sprzedawany w czterech różnych rozmiarach, od S do XL, należało zawsze ustalić, jaki rozmiar jest potrzebny. Kupujący często mieli problem z określeniem, jaki obwód talii ma babcia czy dziadek. Jeden pan zapytany przez moją kumpelkę o to odparł, że nie wie, a po chwili dodał: "O, tak jak na Panią!" Jednak kiedy koleżanka schyliła się, żeby podać mu towar, tak że wypięła pupę, szybko krzyknął: "Nie, jednak mniejsze poproszę!"

Pan nie chciał być piekielny, tak jakoś wyszło ;)

apteka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (146)

#82889

(PW) ·
| Do ulubionych
Co pacjent potrafi przynieść ze sobą do apteki, żeby pokazać farmaceucie?

Nasz stały pacjent, przesympatyczny starszy pan, okazał się być również bardzo dociekliwym starszym panem i przyniósł koleżance wydaloną przez siebie resztkę tabletki (tzw. tabletki szkieletowej, gdzie substancja się wchłania, a sam szkielet jest wydalany z kałem). Dziadek był bardzo zmartwiony tym faktem i, stojąc z dowodem rzeczowym przy okienku, żądał wyjaśnień, czemu jego tabletka się nie wchłonęła. Po ich otrzymaniu, zadowolony wyszedł z apteki.

Wrócił następnego dnia. Tym razem przyszedł do mnie, z zawiniątkiem z papieru toaletowego w ręku. Myślę sobie: o nie, znowu, dlaczego ja itd. Na szczęście tym razem była to jedynie tubka po maści na hemoroidy.

P.S. Kiedyś jedna pani pokazała mi na środku apteki swój wrzód. Na tyłku. Przy innych ludziach.

P.S.2 Współpracownica miała gorzej, bo na jej zmianie pacjentka zrobiła kupę na środku apteki. Również przy innych ludziach.

apteka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (157)

#67364

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio nastąpił wysyp historii o pijanych kierowcach. Oczywiście najbardziej godni potępienia są oni sami, ponieważ są dorośli (przynajmniej teoretycznie) i mogą wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety, ich otoczenie często przyzwala na to i tym samym, przynajmniej moim zdaniem, staje się współwinne.

Historia sprzed około 2-3 lat. Jadę samochodem jako pasażer jedną z wylotówek z Warszawy. Przed nami samochód, widać lekki zygzak, zwracam uwagę kierowcy, że gość się dziwnie zachowuje. Gdy postanawiamy ostrożnie wyprzedzić podejrzany pojazd, ten zaczyna zwalniać i zjeżdża na pobocze, zatrzymuje się, głowa kierowcy opada na kierownicę i gość natychmiast zasypia.

Skąd wiem, że był pijany, a nie zmęczony? A stąd, że jacyś żartownisie, najprawdopodobniej równie inteligentni współtowarzysze zabawy, napisali na masakrycznie brudnej masce jego samochodu gejowski anons towarzyski z numerem telefonu.

Bo to przecież takie zabawne, jak będzie jechał naprany z czymś takim na samochodzie, prawda?

ruch drogowy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (251)

#77779

(PW) ·
| Do ulubionych
Nigdy nie miałam zaufania do dróżników na przejazdach kolejowych. Pomimo podniesionego szlabanu, zawsze wolałam się sama jeszcze raz rozejrzeć przed przejściem przez tory. Zdarzenie z zeszłego tygodnia utwierdziło mnie w tym przekonaniu.

Mam niedaleko swojego bloku strzeżony przejazd kolejowy. Kiedy wracałam z pracy, byłam świadkiem sytuacji, kiedy to dróżnik zamknął szlaban, nie zwracając uwagi na to, że na przejeździe był samochód. Po prostu zamknął auto pomiędzy dwoma szlabanami...

Zorientował się dopiero po dłuższej chwili, kiedy kierowca wyszedł z samochodu, zaczął krzyczeć i machać rękoma. W końcu wypuścił auto wraz z wygrażającym w jego kierunku kierowcą.

Na szczęście ten przejazd zwykle jest zamykany na długo przed przejazdem pociągu...

Ja wiem, dróżnik też człowiek, ma prawo się pomylić. Ale to moim zdaniem nie jest zwykła pomyłka, ale niedbalstwo, które mogło zakończyć się tragedią.

przejazd kolejowy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (244)

#77225

(PW) ·
| Do ulubionych
Wsiadł do autobusu człowiek z liściem na głowie... Uprzedzam, będzie obrzydliwie.

Czekam wczoraj na przystanku. Podjeżdża autobus pełny do połowy, tzn. przód cały zajęty, z tyłu pustki, jedynie dwie czy trzy osoby. Oho, myślę, trafił mi się żulobus. I rzeczywiście, z tyłu rozsiadł się pan żul w pozycji spoczynkowej z piwerkiem w dłoni. No cóż, bywa, nie pierwszy, nie ostatni raz. Niestety, niedaleko pana żula spoczywała również zawartość jego żołądka w postaci malowniczego bełta na cały tylny rząd siedzeń. Nie śmierdziało jakoś straszliwie, ale atmosfera też nie była zbyt przyjemna, więc postanowiłam dołączyć do reszty ludzi z przodu pojazdu, jak najdalej od nieprzyjemnego widoku.

Kiedy wysiadałam na pętli, spojrzałam na tył autobusu i zobaczyłam, że ktoś się podnosi z tych zarzyganych siedzeń. Pierwsza myśl: WTF? Ślepy czy co?

Tak, niestety zgadłam. Po chwili dopiero zauważyłam białą laskę. Ten biedny człowiek nie wiedział, że całą podróż przesiedział na rzygach jakiegoś żula. Najwyraźniej też nie czuł specyficznego zapaszku.

Nikt z ludzi jadących z tyłu nie uprzedził go, żeby tam nie siadał... Nie widzieli? Może, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć.

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (193)

#75075

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię zwracać uwagi obcym ludziom, ale tym razem nie wytrzymałam.

Godziny popołudniowe, wracam z pracy, podbiegam do autobusu, po czym ucieszona, że zdążyłam, wskakuję tylnymi drzwiami do środka i...wpadam na wózek. Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale w warszawskich autobusach istnieją specjalne miejsca na wózki i znajdują się w połowie autobusu. Z tyłu jest zazwyczaj ciasno i wąsko. Pani z dzieckiem chyba to jednak nie przeszkadzało, innym pasażerom już tak, ponieważ całkowicie zablokowała przejście. Nikt się jednak nie odzywał, ja także, chociaż jazda pomiędzy uchwytem wózka i drzwiami była dość niewygodna.

Nie wytrzymałam jednak, kiedy dziewczynka, tak na oko dwuletnia, wychyliła się z wózka, akurat wtedy, gdy autobus hamował i uderzyła się w głowę o poręcz. Matka oczywiście udała, że nic się nie stało, kazała tylko małej siedzieć spokojnie. Na moją uwagę, że w autobusie jest specjalne miejsce dla wózka i jazda w ten sposób jest niebezpieczna (pomijając, że niezbyt komfortowa dla reszty pasażerów), pani odparła, że w tym miejscu stoją jacyś ludzie.

Ja: No to pani ich przeprosi i powie, że jest z wózkiem, muszą wpuścić.
Cięta riposta mamuśki: Pani sama im to powie!

Po chwilowym szoku, odparłam, że sorry, ale to nie jest moje dziecko, po czym w dyskusję z mamusią włączyli się inni pasażerowie, którzy byli trochę mniej grzeczni ode mnie.

Na kolejnym przystanku pani postanowiła się ewakuować. No cóż, przyjemnie nie było, ale może przemyśli sprawę, a moja uwaga być może kiedyś uratuje dziewczynce życie.

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (196)

#71405

(PW) ·
| Do ulubionych
Lubię zakupy przez internet i często je robię. Do tej pory nie miałam większych problemów ze sklepami internetowymi czy aukcjami na allegro. Ale niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.

Trzy tygodnie temu upatrzyłam sobie narzutę na łóżko. Niestety, kolor, który mnie interesował, znalazłam tylko w jednym sklepie, stacjonarnym, ale posiadającym swoją własną stronę, gdzie można było złożyć zamówienie. Oprócz tego, sprzedający miał także konto na allegro z bardzo dobrymi opiniami. Nic nie wzbudzało moich podejrzeń.

Zamówienie zrobione, pora przejść do płatności. Zdecydowałam się na tradycyjny przelew elektroniczny, wszystko ładnie opisane. Czekam... minął tydzień, brak przesyłki, brak informacji.

Piszę maila z prośbą o informację, co z moim zamówieniem. Cisza... no dobrze, może rzadko sprawdzają maile. Czekam...

Po kolejnym tygodniu, w zeszły poniedziałek, zdecydowałam się na wykonanie telefonu do sklepu. Nikt nie odbiera. Za dwudziestym telefonem, zwycięstwo! Pani odebrała. Dobrze, dobrze, ona sprawdzi, czy była płatność. Ojej, bardzo przepraszam, ktoś nie zauważył, ale już pakujemy i wysyłamy, będzie w ciągu dwóch dni.

Nadeszła środa, paczki nie ma. Dzwonię w czwartek, nie odbierają. W piątek udaje mi się dodzwonić. Tak, oczywiście, wysłaliśmy w poniedziałek, przez kuriera, pewnie awizo zostawił. No nie zostawił, bo rano sprawdzałam skrzynkę. Poproszę numer śledzenia paczki, będę wyjaśniać.

Pani podała numer paczki, sprawdziłam dwa razy, czy dobrze zapisałam. Wpisuję w śledzenie przesyłek na stronie kuriera. Nie ma takiego numeru, no po prostu świetnie.

Dzwonię do sklepu, nie odbierają przez pół dnia. Wkurzona, wysyłam smsa z groźbą zgłoszenia sprawy w odpowiednie miejsce. W piątek wieczorem dostaję smsa od firmy kurierskiej z informacją o nadaniu paczki i numerem. Wpisuję na stronie, tym razem przesyłka istnieje. Jest już w Warszawie, dostarczą w poniedziałek. Ciekawe, co jest w środku...

Gratuluję profesjonalnego podejścia do klienta.

sklep internetowy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (324)