Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#72028

(PW) ·
| Do ulubionych
Od długiego czasu czekam na realizację zmówienia internetowego z pomarańczowej sieci (upłynął już regulaminowy termin na dostarczenie przesyłki). Pominę opis całej batalii z konsultantami, którzy mieli wszystko załatwić i nie załatwili, którzy mieli do mnie oddzwonić i nie oddzwonili ani razu, a także przełączanie od jednej niekompetentnej osoby do drugiej i zasłanianie się tekstem "Ja nie odpowiadam za fizyczną wysyłkę" (pomimo moich wielokrotnych próśb, aby z kimś "odpowiedzialnym fizycznie" mnie połączono).

Jednak to, co dzisiaj usłyszałam od [K]onsultantki, to już apogeum bezczelności i robienia z klienta debila.

K: Przesyłka została już dawno wydana firmie kurierskiej i to po ich stronie leży wina za niedostarczenie.

Zdziwiło mnie to, bo jeśli kurier zabrał paczkę, to powinnam jak zawsze otrzymać potwierdzenie tego zdarzenia smsem i na maila, no ale może? Może coś nie halo z systemem?

Ja: Dobrze, poproszę w takim razie nr listu przewozowego.

K: Takiego numeru nie ma, kurier zabrał paczkę nie nadając jej numeru.

Ludzie, serio? Czy brzmię jak kompletna kretynka, która uwierzy, że kurier zabrał towar za ponad 3000 zł i nie wystawił listu przewozowego, tym samym nie dając żadnego potwierdzenia swojej wizyty? Tak po prosu wziął paczkę i sobie poszedł?

Ręce, szczęka... wszystko opada.

call_center

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 403 (409)

#71128

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszły piątek jadąc busem zauważyłam, że pani siedzącej w sąsiednim rzędzie siedzeń spadł telefon na podłogę. Z racji, że owa pani ucięła sobie drzemkę, lekko potrząsnęłam jej ramię. Gdy się ocknęła wywiązał się między nami taki dialog:
[j]-ja [k]-kobieta

[j]-Przepraszam, wypadł pani telefon
[k]-Co? Jak to?
[j]-Leży na podłodze pod pani siedzeniem.
[k]-No tak, leży! I co? Chciałoby się gówniarze znaleźne? Hehe, nie ze mną takie numery. A może jeszcze mam ci teraz dziękować na kolanach? Zajmij się lepiej sobą, a nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!

Od dalszej wymiany zdań uratował mnie fakt, że właśnie musiałam wysiąść na moim przystanku. Nie wiem czego się spodziewałam... Może zwykłego dziękuję?

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 536 (544)

#75437

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem aplikantką adwokacką.

W dniu dzisiejszym próbowałam dodzwonić się do Sądu w sąsiedniej miejscowości (z kancelarii mamy tam około 15-20 km), żeby dowiedzieć się, czy strona przeciwna złożyła apelację w sprawie. I akurat w tej sprawie nie możemy czekać na ewentualne pismo z sądu, w którym prześlą nam informację o przyjęciu apelacji i jej odpis.

Gdzie piekielność? W dodzwonieniu się ;)

Do sekretariatu odpowiedniego wydziału nie da się dodzwonić - jest automatyczne przekierowanie na Biuro Obsługi Interesanta (BOI). A na BOI... No cóż, nauczona doświadczeniem wykręcam numer, podkręcam głośność telefonu na maksa, odkładam słuchawkę na biurko i zajmując się swoimi innymi sprawami, nasłuchuję:
"Witamy w Sądzie Rejonowym (...). Prosimy oczekiwać na połączenie z konsultantem. Obecnie jesteś w kolejce:..."
Na dzień dobry byłam w kolejce siódma. Słuchawka leży przy laptopie, piszę jakieś pismo i nasłuchuję "umilającej" czas muzyczki przerywanej co chwila informacją o tym, która jestem w kolejce.

Po około 5 minutach byłam czwarta. Po kolejnych 15 awansowałam już na drugie miejsce. I chwilę potem byłam już pierwsza. Zadowolona z siebie już nie mogę się doczekać, aż ktoś po drugiej stronie odbierze słuchawkę (bądź co bądź zatrudnione tam panie to złote kobiety).
Po kolejnych dziesięciu minutach usłyszałam jedynie komunikat: "Przepraszamy. Czas oczekiwania jest zbyt długi. Prosimy zadzwonić później". I sygnał rozłączonej rozmowy.

Łączny czas oczekiwania na rozmowę, której nie było - ponad 30 minut.
A ja zakładam kurtkę i wybieram się do sądu samochodem, bo coś czuję, że dzwonienie tam nie ma sensu.

sądy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (270)

#72213

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprawa świeża, bo z ostatniego piątku.
1 kwietnia dla wielu z nas kojarzy się z dniem robienia sobie kawałów, dowcipów, itp.

Ale w mojej pracy doszło do ciężkiego nadużycia.
Ofiarą stała się koleżanka Ewa, która pracuje z nami od 2 miesięcy. Pomimo, że jest na okresie próbnym i tak naprawdę wciąż nabiera doświadczenia, nikt nigdy nie miał wobec niej żadnych zastrzeżeń. Dlatego też bardzo nas wszystkich zdziwiło, że pod koniec pracy została wezwana do biura kierownika. Wybiegła stamtąd z płaczem, chwyciła po drodze tylko swoje rzeczy i pobiegła do wyjścia. Wszyscy staliśmy osłupiali, bo nikt z nas nie wiedział o co chodzi. Nikt nam też nic nie powiedział słowem wyjaśnienia.

Dopiero dzisiaj wieczorem zadzwoniła do mnie inna znajoma z pracy, która powiedziała, że przyczyną płaczu Ewy było zwolnienie dyscyplinarne. Taki żarcik sobie zrobił kierownik.
Idiota obrał sobie za cel dziewczynę, która samotnie wychowuje dwoje dzieci i która ze wszystkich sił stara się jak może, aby otrzymać stałą posadę.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zaraz po pracy próbowali się do niej dodzwonić, aby to wszystko odkręcić, ale Ewa nie odbierała telefonów. Od piątku nie ma z nią żadnego kontaktu. Nie wiem, co strzeliło do głowy naszemu kierownikowi, żeby takie rzeczy odstawiać.
Informacje o sprawie bardzo szybko dotarły do szefa, który z miejsca zwolnił naszego kierownika dając mu dyscyplinarkę (to już nie był żarcik). Sam pojechał do domu Ewy, aby jej to wszystko wyjaśnić i przeprosić.

Pytanie, czy Ewa to wybaczy i przyjdzie do pracy oraz czy nie będzie chciała z tego tytułu założyć sprawy o odszkodowanie?
Tak się kończą nieprzemyślane, głupie żarty czyimś kosztem.

prima aprilis praca głupi żart

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 665 (675)

#76123

~MechanikZPrzypadku ·
| Do ulubionych
Jestem mechanikiem.

Wraz z kolegami z czasów szkolnych, mamy hobby, kupujemy samochody i je naprawiamy.

Mamy jedną zasadę. Nie kupujemy samochodów powypadkowych, reszta nas nie interesuje.

Nasze naprawy nie kończą się jednak na wymianie kilku widocznych elementów. Rozbieramy samochód do gołej budy, następnie kolega blacharz zajmuje się blachą, później trafia on do obróbki lakierniczej (pozbywamy się starego lakieru i nakładamy nowy). Po tych zabiegach weryfikujemy które części mogą zostać, a które trzeba wymienić.

Kiedy samochód jest już skończony, robimy przegląd i sprzedajemy.

Nie wliczamy kosztów robocizny, bo robimy to z pasji, jednak jak wiadomo, stratni być nie chcemy, więc podliczamy koszt części i ogólną wartość pojazdu, sumujemy i za taką kwotę sprzedajemy. Kilka smaczków właśnie ze sprzedaży pojazdu.

(J) Ja
(K) Klient

K: Czemu tak drogo? W internecie widziałem tańsze.

J: Z pewnością, jednak jak Pan widzi, blacha jest idealna, samochód świeżo lakierowany, mechanicznie w 100% sprawny, co mogę Panu zagwarantować na piśmie. Dodatkowo samochód jest świeżo po przeglądzie, a na życzenie, możemy podjechać do dowolnej stacji diagnostycznej.

K: Ale w internecie są tańsze!

J: W takim razie czemu Pan nie pojechał na oględziny do tych tańszych?

K: Bo są w gorszym stanie.

Samochód był droższy o jakieś 3 tysiące...

--------------

Sprzedawaliśmy Renault Trafic. Cena 25000zł.

Przyjechał klient z kolegą "mechanikiem" (M)

Chodzi, sprawdza, podłoga, progi, grubość lakieru.

K: To ile za niego?

J: Dwadzieścia pięć tysięcy.

K: Co o tym myślisz? (zwracając się do kolegi)

M: Za drogo. Powypadkowe, malowany błotnik, zderzak i maska. Sprzęgło do wymiany, rozrząd, do tego wymień jeszcze filtry i oleje.

J: Samochód był lakierowany cały, co było dokładnie opisane na stronie, jednak grubość lakieru jest fabryczna, więc nie wiem skąd wniosek, że tylko błotnik i maska, dlatego proszę pokazać mi, że te wartości są inne. Samochód jest bezwypadkowy, co mogę w łatwy sposób udowodnić (posiadamy zdjęcia z każdego etapu rozbierania pojazdu).

Mechanik znawca się zapowietrzył, jednak zaraz dodał.

M: Ale sprzęgło jest do wymiany!

J: Drogi Panie. Sprzęgło, dwumasa, wysprzęglik, no ogólnie cały zestaw jest nowy, na co mam faktury. A jeżeli chodzi o filtry i oleje, to oczywistym jest, że nie są stare, a zostały wymienione po złożeniu całego pojazdu.

K: To ja się jeszcze zastanowię.

Tego samego dnia przyjechał klient, który z pocałowaniem ręki dał pełną kwotę, bez jakiejkolwiek próby targowania się.

2 dni później zadzwonił Pan od kolegi mechanika, że on kupi, ale za 22 tysiące. Cóż, zdziwił się, że samochód poszedł tamtego dnia w pełnej kwocie.

Samochody Mechanika Sprzedaż

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 395 (401)

#71728

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewne duże miasto, pewien blok, pewna klatka schodowa z pewnym mieszkańcem.

Dawnym mieszkańcem był Pan Żul. Całych okoliczności dobrze nie znam, wiem tylko że pewnego dnia został eksmitowany ze swojego mieszkania. Ale! Ale Pan Żul głupi nie był, miał zapasowe klucze od klatki schodowej. I na owej klatce schodowej nocami sobie mieszkał.

Rozbił obóz na półpiętrze. Jako iż pojawiał się nocami, ciężko było go "złapać" ale wiadomo było że wieczorami zaczepiał kobiety, bełkotał sobie wesoło, spał wśród gazet i innych szmat. Ba! Nawet i jeziorko miał - pod grzejnikiem. Z moczu.

Zostały podjęte odpowiednie postępowania, upierdliwego mieszkańca dość szybko udało się pozbyć na dobre. Zamki zostały wymienione. Jednak podczas owej "wyprowadzki" obiecał iż się pomści.

Pomścił się jakiś czas później. Tajemniczym sposobem wdarł się na klatkę, wysmarował parter i półpiętro fekaliami a gazety które mu w tym pomogły, powpychał do losowych skrzynek na listy. Przyciski w windzie również nabrały nowego koloru.

Minęły dobre 3 miesiące a pachnie tak, jakby wszystko działo się tydzień temu.

Klatka schodowa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 395 (401)

#74449

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy pracowałem w ASO pewnej francuskiej marki.

Otóż przyjechał klient, znany mi już z wcześniejszych napraw, kilka aut mieli, więc dość regularnie przyjeżdżali.
Samochód innej marki niż obsługujemy, ale czego się nie robi dla dobrego klienta.

Zlecenie wystawione, zakres napraw (rozrząd + amortyzatory przednie, łożyska kół przednich, jakieś elementy zawieszenia z przodu, tarcze i klocki), termin i koszty ustalone (ok. 6000 zł).

Po naprawie samochodu telefon, odbiór, jak zwykle FV przelewowa i... klient zniknął... Wcześniej kilkanaście grubych napraw wykonane, zawsze przelew w terminie, a teraz nic, zero telefonów, zero kontaktu...
Standardowa procedura, kancelaria, komornik itp., wiadomo ile to trwa.

I tak minęły sobie 3 miesiące od tego zdarzenia, gdy wspomniane auto wjeżdża na plac. Jak się okazało, pracownik tejże firmy przyjechał na przegląd klimy, chyba zapominając o długu.
Szybko auto wylądowało na podnośniku, ja poprosiłem pracownika, żeby zadzwonił do swojego szefa, bo mojego telefonu oczywiście nie odbierał.
Wyjaśniłem, że samochód oddamy, jak przywiezie gotówkę za poprzednią naprawę.
Gość oznajmił, że za pół godziny jest z policją i mamy oddać samochód. Zaprosiłem pana.

Dla niewtajemniczonych, zgodnie z prawem musimy oddać samochód właścicielowi, nawet jeśli nie zapłacił za usługę, a swojego możemy dochodzić potem w sądzie.

Ale... na zleceniu w momencie przyjęcia samochodu jest informacja "Do momentu całkowitej zapłaty zamontowane części stanowią własność warsztatu".

I tak też kazałem zrobić mechanikom, zdjąć to co zmienialiśmy.
A samochód wystawiliśmy na plac na wózku (bez kół, części zawieszenia, hamulców, amorków i bez rozrządu).
Oczywiście gość przyjechał wraz z policją i awantura, co my zrobiliśmy z jego samochodem.

Pokazałem zlecenie mundurowym, podpisane przez klienta, powiedzieli, że mam rację i nic im do tego, po prostu zdemontowaliśmy naszą własność.

Wściekłość gościa sięgnęła zenitu, gdy poinformowałem go, że ponowny montaż części jest na jego koszt.

Zapowietrzył się i zapłacił, prawie 9000 zł.

Uprzedzając komentarze, których i tak nie mam czasu czytać: jego firma nie była w dołku, nie miała problemów, jak się okazało, że samochód jest mocno potrzebny (miał na sobie dość specjalistyczną zabudowę), to wyjął dosłownie z kieszenie plik banknotów i zapłacił.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 394 (400)

#73297

(PW) ·
| Do ulubionych
Porządkowałem dzisiaj szpargały i znalazłem cudeńko sprzed lat, w postaci teczki z dokumentami na linii Straż Gminna - Bestatter - Straż Gminna - Sąd.

Otóż jechałem sobie pożyczoną ciężarówką, wioząc nagrobki od hurtownika - trzyosiowa scania z platformą i HDS, załadowana około dwudziestoma tonami granitu. Słoneczko, zaciesz, fajny dzień.

Jakiś czas później otrzymałem od SG fotkę i mandat za przekroczenie prędkości.

Nic oryginalnego, prawda?

Niekoniecznie. Otóż okazało się, iż w terenie niezabudowanym, gdzie dozwolona 90, prułem 151. Mały kłopot - jak to w DMC +3,5t, ogranicznik na 89 kmh.

Toteż grzecznie odpisałem, że błąd, pomyłka, czekam na odwołanie mandatu.

Mowy nie ma. Zdjęcie jest? Jest! Znaczy jechałem 151 i basta. A dlaczego? A dlatego że z górki, a to że samochód ma automatyczny retarder, to ich g... obchodzi i to w ogóle ściema jakaś pirata drogowego.

Skończyło się w sądzie, który oczywiście uznał moją rację, co nie zmienia faktu, że
A: napisać się musiałem, niczym mały pisarczyk z Florencji,
B: do sądu jeździć, czas tracić i się jojczyć.

Straż Gminna

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 393 (399)

#72150

(PW) ·
| Do ulubionych
"Robienie po znajomości".

Jak już wspomniałem w poprzedniej historii - jestem młodym programistą tworzącym strony internetowe i nieskomplikowane prace graficzne. Uczę się, przez co wiadomo - jak zarobię coś więcej to rodziców nieco finansowo odciążę, albo do rachunków się dołożę - a rodzice dumni, że syn w tak młodym wieku zarabia pieniądze. Ale nie w tym rzecz.

Znajomy mojego brata otwierał firmę zajmującą się instalacjami hydraulicznymi - potrzebował strony internetowej.

Nic trudnego, pogadałem z nim (widziałem się z nim drugi raz w życiu) i przy nim wyceniłem projekt - wyszło niewiele, bo ledwo pięćset złotych polskich (zestaw grafik + strona internetowa z zamawianiem i wyceną usługi online).

Nie było by w tym nic dziwnego, że takie coś kosztowałoby w normalnej agencji interaktywnej około 800-900zł. Sam nawet nie wiem dlaczego policzyłem tak mało, no ale mniejsza o to. Dobiliśmy interesu i za 500zł miałem startować już od zaraz. Oczywiście wiadomo - zabezpieczyłem się chociaż trochę i wziąłem na wstępie 100zł zaliczki. (zwykle biorę 50, jednak coś mnie tchnęło, że ten człowiek mnie wyr.. oszuka.)

I zacząłem. Klient był na bieżąco informowany o wszelkich pracach, miał możliwość zgłaszania poprawek czy zmian w każdym momencie.

Po tygodniu zaczęły się telefony.
- Kolego, słuchaj.. Wiesz, znamy się (DRUGI RAZ W ŻYCIU CZŁOWIEKA WIDZIAŁEM). Zejdziesz z ceny do... hmm... 300zł?

Powiem tak... Ładnie po schodach zszedł, ale nie zgodziłem się. Spotkałem się z odpowiedzią:
- Ok, luz - nie ma problemu. Pracuj dalej.

Poinformowałem "kolegę" o skończonej pracy - poprawek naniesione tysiące, bo co chwilę albo treść inna, albo logo się nie podoba. A tutaj uwaga... Kolejna negocjacja ceny! Ale to jaka!

- Dobra, strona wspaniała - sam bym lepszej nie zrobił! Ale wiesz... Może podarowałbyś mi to? Wiesz... sprzęt mnie kosztuje, samochód... (sprzęt kupił używany na allegro lub miał po dziadku/ojcu/koledze, a sam woził się jednym z najnowszych pojazdów terenowych marki zaczynającej się na H a kończącej na I).

O darowiźnie nie było mowy. Za dużo czasu na to przeznaczyłem, by oddać to za darmo. Odpowiedziałem, że nie pracuję za darmo. Kontakt zerwany.

A projekt? Na marne nie poszedł - po kilku przeróbkach zainteresowała się nim inna firma i zyskałem nawet więcej, niż miałem zamiar. Uważajcie na pracę "po znajomości"!

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 392 (398)

#70940

(PW) ·
| Do ulubionych
Okres przedświąteczny, siedzę u klienta w ramach umowy serwisowej 4h na miejscu w siedzibie. Dalej kilka umówionych wizyt... czas się dłuży, wtem dzwoni telefon. To szef, dzwonili ze sklepu X, czytnik kodów na kasie nie działa, święta idą, ruchu mnóstwo, olaboga ratujcie, bo jedna kasa działa.
Sklep X ma 2 kasy, jedna nie działa, więc kolejki przez całą salę sprzedaży... dzwonię więc:

-Dzień, co się dzieje z czytnikiem?
-Olaboga, koniec świata, kolejki są, no nie działa, nic nie pika.
-Czy wszystkie kable są podłączone?
-Ja nie wiem, koleżanka mówi, ze nie działa, ja się na tym nie znam.
-W tej chwili nie mogę przyjechać, dlatego prosiłbym, żeby sprawdziła pani czy wszystkie kable są podłączone.
-To ja za chwilę oddzwonię.

5 minut później.

-Wszystko podłączone ale dalej nie pika, niech pan przyjedzie, bo kolejki są i ludzie się denerwują.
-Mogę być najwcześniej za 2h.

2h później.

Wchodzę do sklepu, podchodzę do kasy, największy zasilacz odłączony, zamiast niego podłączona ładowarka do komórki.
Podłączam zasilacz, sprawdzam czytnik, wszystko ok.
W duchu wkurzony, bo dojazd tam nie po drodze i godzinka w plecy, wypisuje protokół z wizyty i słyszę:

-Ale za co, przecież pan nic nie zrobił?!

serwis sklep

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 653 (663)