Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

JerseyMac

Zamieszcza historie od: 20 kwietnia 2012 - 22:30
Ostatnio: 5 października 2019 - 18:41
  • Historii na głównej: 8 z 15
  • Punktów za historie: 7193
  • Komentarzy: 37
  • Punktów za komentarze: 32
 

#85396

(PW) ·
| Do ulubionych
Polska, Podlaska rzeczywistość.

Białystok, osiedle Pieczurki, wychodzę z psem na spacer, dochodzę do lasu, ale nie mogę wejść - na ścieżce stoi 10 lokalnych pijaków, którzy głośno i wulgarnie piją. Wielokrotnie byli i są zgłaszani na policję, czasami spisywani ale bez zmian - terroryzują osiedle.

Wracam w stronę domu, na ulicy sąsiad ma suczkę z cieczką - pod bramą krąży 5 agresywnych psów - walczą ze sobą i też próbują atakować mojego psa, ale uciekamy.

Dwa domy dalej z komina wali taki czarny, straszny dym, że aż dech zapiera i łzawią oczy, ale pod domem stoi Toyota Prius, a na dachu panele słoneczne.

No k***wa...

Białystok

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (189)
zarchiwizowany
W piątek około 15.00 w 45 minut przejechałem 4 km. Korek, wypadek na DK.... tak myślałem. Spodziewałem się widzieć policje, ambulansy, worki na ciała itd ale nie - szła pielgrzymka całować relikwie blokując drogę krajową.

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (573)

#59231

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z piątku - Mama pojechała z Babcią do diabetologa. Babcia ma 91 lat, cukrzyce, chorobą wiencową, demencje i kilka innych schorzeń...
Siedzą w poczekalni przed gabinetem, przysiada się facet około 50 lat.
Z gabinetu wychodzi pielęgniarka - pyta "Pani XXX" Mama potwierdza, "Pan "XXX"? on potwierdza.
Pielegniarka mówi - "to musi byc pomyłka recepcji - państwo mają wizyte na ten sam czas"
Facet sie zrywa - "to ja pierwszy"
I idzie do gabinetu....
Ten facet to ksiądz białostockiej Fary.....

księża

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 464 (762)
zarchiwizowany

#56166

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może nie piekielność ale brak empatii.
Mama miała operację na wymianę stawu biodrowego - jadę do niej z kulami, nie jestem pewien czy dobrze trafiłem - wychodząc z windy pytam grupę młodych kobiet (studentek?)
"czy to 4 piętro? ortopedia?"
hihihihihihi
"jak pan z kulami to pan dobrze trafił"
hihihihihihi


Obok mamy leżała kobieta, 90 lat, też po wymianie biodra i z chorą trzustką.
Rano na śniadanie:
"czy pani chce zupę mleczną?"
"tak"
Mleko i chora trzustka to zła kombinacja - pani miała wymioty i biegunkę w tym samym czasie....
Drugi dzień to samo...
Powiedziałem pielęgniarce żeby tej pani nie dawać mlecznych potraw ale dowiedziałem się:
"ale ta pani chce zupę mleczną"...

Ona również bardzo cierpiała na ból - wieczorem jestem u mamy - pani zaczyna wyć z bólu, przychodzi pielegniarka:
"czy pani chce zastrzyczek?"
pani wije się i krzyczy i miota na łóżku
"to co? pani chce zastrzyczek?"
pani półprzytomna coś mamrocze
"więc pani nie chce zastrzyczka?" - i pielęgniarka wychodzi...
wtedy pani zaczyna tak strzsznie wyć z bólu i pielęgniarka wraca:
"no to czy pani chce zastrzyczek czy nie?"
ja mówie:
"tak, ta pani chce zastrzyk przeciwbólowy, czy pani tego nie widzi?"
"ale ja ją pytam i ja nie wiem czy tak czy nie"
"ale ona krzyczy z bólu"
"ale wszystkie czegoś krzyczą"

ale dała zastrzyk, pani przestała krzyczeć

szpital

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (241)

#52430

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy można winić kogoś za pogodę? U mnie w pracy można.

Kolega odpowiedzialny za plac magazynowy miał do czwartku zaaranżować przewóz materiału z pola (prawdziwego, szczerego pola, które przylega do zakładu) na plac magazynowy. Niestety cały weekend padało i to mocno. My używamy lokalnych kierowców ze swoimi ciężarówkami do tego typu prac.
W poniedziałek przyjechali, popatrzyli i stwierdzili, że nie ma szansy na wjechanie w podmokłe, grząskie pole. We wtorek to samo. W środę jeden spróbował - zakopał się w błocie - był wyciągany bardzo dużą ładowarką...

W czwartek na zebraniu produkcyjnym kolega dostał naganę z wpisaniem do akt, za nie wykonanie założonego zadania. Próby tłumaczenia kierownik nie przyjął.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 634 (674)

#46577

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłem dzisiaj pojechać w odwiedziny do rodzinnego miasta - wizyta i obiad u mamy, a potem spotkanie z kolegami (połączone ze spożywaniem alkoholu), więc w podróż wybrałem się PKSem. Odjazd był o 10:15, do dworca mam 5 min. piechotą, więc o 10:00 wychodzę.

Zbliżam się i z daleka widzę autobus, który właśnie wjeżdża na dworzec - PKS jedzie z innego miasta, zatrzymując się na tym dworcu i jedzie dalej do mojego rodzinnego miasta - myślę - fajne że już jest!
Ale....

Autobus zatrzymuje się na 5 sekund i odjeżdża! Ja jestem jeszcze jakieś 50 metrów od dworca, zaczynam biec ale za późno.
Patrzę na zegarek 10:04, patrzę na komórkę 10:04 - co jest grane? Może to jakiś inny autobus?
Nie - to był TEN autobus.
Podchodzę do budynku dworca, z którego właśnie wychodzi około 10 osób, które tam czekały - wszyscy w szoku, patrzą po sobie - co do cholery się stało!
Następny autobus ma być za 40 minut, więc postanowiłem że ten czas wykorzystam - dzwoniąc na numer umieszczony na rozkładzie jazdy, żeby firma przewozowa wiedziała co się stało.

Odbiera pani, ja wyjaśniam co się stało, że kierowca odjechał 11 minut przed czasem, ze dużo ludzi czekało na ten autobus, pani mówi żebym poczekał, słyszę w tle jakieś rozmowy i pani mówi, że właśnie rozmawiała z kierowcą, i on przyjechał, i odjechał na czas.
Ja mówię że jest 10:09, odjazd ma być o 10:15, a autobus już pojechał.
Pani mówi żebym poczekał i po kilku chwilach mówi, że tak właściwie to kierowca jest na tym dworcu i odjedzie o czasie.

Ręce i szczęka mi opadły, mimo że było -15C w głowie mi się zagotowało ale aby się upewnić rozejrzałem się i stwierdziłem że nie, nie ma nigdzie autobusu...
Powiedziałem to pani, a ona na to, że ja sobie mogę mówić ale jej kierowca powiedział że tam jest, więc on tam jest.
Rozłączyłem się żeby nie wypowiedzieć gróźb karalnych...

PKS

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 774 (808)

#45315

(PW) ·
| Do ulubionych
Sylwester. W pracy - kończy się zmiana, sobie rozmawiamy. Ja opowiadam jak to co roku na sylwestra kupuję od weterynarza "głupiego jasia" dla mojego psa, bo mimo że to ogromny pies to panicznie boi się fajerwerków i to jedyny sposób aby on ten wieczór wytrzymał. Kolega zaczyna coś opowiadać ale przerywa, patrzy na mnie i mówi że ja chyba nie chcę tego usłyszeć. Ja mówię żeby opowiedział, więc on mówi:
Sąsiad zakupił dużą ilość fajerwerków i petard na sylwestra i wczoraj postanowił kilka wypróbować. Zebrali się sąsiedzi, był alkohol, fajna impreza. Jedna z petard źle wystrzeliła - poleciała i upadła na drogę, tam podbiegł lokalny, bezdomny pies i złapał ją w pysk... wtedy eksplodowała. Impreza się skończyła, wszyscy momentalnie zniknęli, kolega próbował coś robić, ale pies nie miał dolnej szczęki i w kilka sekund się wykrwawił. Happy New Year...

wieś

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 808 (916)
zarchiwizowany

#42245

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z czasów młodości kiedy mieszkałem w Stanach. Pracowałem na noce w supermarkecie około 20 km od miejsca zamieszkania, najlepszy dojazd był autostradą NYS Thruway, która była patrolowana przez NYS Troopers i właśnie któregoś wieczoru miałem okazje jednego z nich poznać:
Jadę jak co wieczór, nagle widzę migające światła za mną. Zjechałem na pobocze, on podchodzi, prosi o dokumenty, wraca do samochodu, sprawdza, po chwili mi je odnosi i pyta:
- gdzie jedziesz?
- do Hudson, tam pracuje w sklepie na noce
- gdzie?
- Hudson, to miasto kilka mil stąd.
- gdzie? nie wiem o czym ty mowisz.
- Hudson.
- gdzie? powiedz mi gdzie jedziesz i ja ciebie puszcze.
- jadę do Hudson.
- gdzie?
i to się powtarza przez kilka minut... po angielsku mówiłem dobrze, na co dzień używałem języka w pracy, studiowałem w lokalnym college, ale zacząlem się denerwować - może ja coś mówie nie tak, może robie z siebie idiotę, więc wyjaśniam jeszcze raz:
- mam zjechać na następnym zjeździe na Catskill i (chciałem dodać że mam jechać drogą 9G do Hudson) ale nie skończyłem bo on aż podskoczył:
- co??? teraz mówisz że jedziesz do Catskill a mówiłeś że jedzisz do Hudson? (on wszystko rozumiał....)
- nie, ja tylko..
- dlaczego kłamiesz? ja nie lubie jak ktoś mi kłamie, wysiadaj, ręce na maske.
Przeszukał mnie, założył kajdanki i kazał siedziec na poboczu.
Po chwili podszedł do mnie i mówi że mam dwie opcje - pozwolę mu na przeszukanie samochodu, albo on wezwie jednostke z psami które obwąchają samochód, ale to może zabrać kilka godzin - mówie mu niech przeszukuje...
On to robi, zagląda wszędzie - wyciąga wszystko z bagażnika, ale w końcu mówi:
- Ok
zdejmuje kajdanki, ja wszystko wrzucam z powrotem do bagażnika i chyba jeszcze zdąże do pracy!
Wtedy słysze:
- a co to jest.
on pokazuje na jakąś starą, mokrą reklamówkę na poboczu
- to też twoje
nie chcę argumentować więc też to wrzucam bo bagażnika.
- a to?
pokazuje na zardzewiałą puszkę...
i przez następnch kilka minut on mi pokazuje śmieci na poboczu a ja biegam i zbieram wszystko do bagażnika. Ale w końcu on mówi:
- jedź
Więc pojechałem, on jedzie za mną, zjechał z autostrady i cały czas jedzie za mną. Ja wiem że on tylko czeka żebym popełnił jakiś błąd, więc jade bardzo ostrożnie. Dojechałem do sklepu gdzie pracuje - nadal pali się światło i widzę samochód szefa więc jeszcze jestem na czas!
Parkuje, podchodzę do drzwi, stukam. Policjant podchodzi za mną i mówi:
- co ty robisz?
- ja tu pracuje, stukam żeby szef mi otworzył
- SKLEP JEST ZAMKNIĘTY! TY CHCESZ SIĘ WŁAMAĆ!
- nie, ja tu pracuje.
Wychodzi mój szef - widzi tą sytuację i mówi:
- to jest mój pracownik, on tu pracuje
- TY! (do szefa) - ŚIĘ NIE ODZYWAJ!
- TY! (do mnie) - DO SAMOCHODU! SKLEP JEST ZAMKNIĘTY! ZARAZ CIEBIE ZAARESZTUJE ZA PRÓBĘ WŁAMANIA!
Ja potulnie wracam do samochodu i jadę do domu - jadę jak sparaliżowany w szoku co się dzieje.
Policjant jedzie za mną, wjeżdżam na autostradę - on mnie mnie wyprzedza i znika.
Za minutę widzę samochód policyjny na poboczu - tak to jest on, wjeżdża za mną i po chwili mnie wyprzedza i znika. Ale po minucie ja znowu widzę jego na poboczu! i on znowu za mną wjeżdża i .....
wtedy zacząlem płakać, a właściwie ryczeć....
myślałem że jestem kimś, jestem facetem ale ja byłem tylko śmieciem, zabawką do jakiejś perwersyjnej gry tego policjanta.
Jechał za mną do samego domu. Zaparkowałem, on wyszedł i obszedł mój samochód sprawdzając czy zrobiłem to dobrze - i pojechał.
Ja spędziłem noc przy zgaszonych światłach, co kilka minut wyglądając zza zasłony czy przypadkiem nie wrócił...
Od tamtej chwili mam irracjonalny strach slużb mundurowych.

policja

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (475)
zarchiwizowany

#41500

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odwiedziłem dzisiaj rodzinne miasto - spotkałem się z mamą i ciotką u babci... miłe spotkanie - rozmowa, herbata i ciasto - bardzo typowe. Podczas rozmowy ciotka mówi do mojej mamy
"a mówiłaś jak kilka dni temu uratowałaś życie?"
ja w szoku, co się stało? rozmawiam telefonicznie z mamą codziennie ale nic takiego nie słyszałem. Mama nie chciała nic mówić ale w końcu opowiedziała co się stało:
Kilka dni temu była właśnie u babci, pracowała w ogrodzie, grabiła liście kiedy coś usłyszała - skowyt i szczekanie psa. Podeszła do bramki przy ulicy - na przeciw domu jest przystanek autobusowy - na przystanku około 15 ludzi i oni stoją bardzo spokojnie - tak jakby nic się nie działo... ale ten skowyt i zamieszanie nadal słychać. Mama nie wiedziała co robić - niby nic się nie dzieje, ludzie stoją spokojnie ale coś słychać! Wyszła na drugą stronę ulicy i słyszy to bardziej intensywniej, podeszła kilka metrów od przystanku i zobaczyła na podwórku przylegającym do ulicy kobietę leżącą na ziemi, wzywającą pomocy i bedącą atakowaną przez dwa psy!
Tam jest bramka od ulicy, mama chciała tam wejść ale bramka była zamknięta. Mama więc pobiegła przy przystanku aby dostać się tam od głównego wejścia - zatrzymała się na przystanku prosząc ludzi tam stojących:
"Kobieta potrzebuje pomocy! Atakują ją psy! Proszę niech ktoś pomoże! Proszę niech ktoś coś zrobi!"
Nikt się nie ruszył, wszystcy patrzyli gdzieś w dal mimo że musieli słyszeć ten skowyt i krzyki kobiety.
Mama pobiegła sama, wbiegła na podwórko, złapała jakiś patyk leżącay na ziemi i zaczeła nim machać i krzyczeć i jeden z atakujących psów uciekł a drugi na chwile odskoczył.
Mama pomogła sąsiadce wstać i wtedy zobaczyła - pod nią były jej dwa małe pieski - ona je osłaniała swojm ciałem!!!
Złapały te pieski i pobiegły w stronę domu, po drodze mama zobaczyła leżące jabłka i zaczeła nimi rzucać w stronę psa który nadal chciał atakować i w końcu on też uciekł przez luźną sztachetę w płocie.
Kobieta była w szoku, ale cała i zdrowa, jej psy też, sztacheta została dobita, do tego ona ma dwa inne psy - duże i groźne (ale właśnie wtedy były zamknięte w domu) więc ta sytuacja się nie powtórzy.
Moja mama ma 63 lata, rozrusznik serca i 1,60m w obcasach - ale się nie zawachała zaryzykowć aby pomóc osobie w potrzebie - a na przystanku było kilku mężczyzn w sile wieku i kilku w wieku studenckim i nikt się nie ruszył... wszyscy udawali że nic nie słyszą i nic nie widzą.
.
.
.
to się stało w Białymstoku, osiedle Piecz.rki, ulica Włoś..ańska, przystanek "Sk.ep", w środę 17.10. około 9 rano......

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 257 (291)
zarchiwizowany
Piekielnoś na ulicach:
Stoje przy przejściu dla pieszych, zapala się zielone światło więc ruszam razem z tłumem przechodniów. Nagle słysze warkot silnika a zaraz potem pisk opon... samochód przy zielonej strzałce skręcał w prawo i prawie wjechał w tych właśnie przechodniów, ale na czas zahamował (tym razem). Kierowca zaczął trąbić - wychylił się z samochodu i krzyczał:
- Ku*waaaaaaaaaaa! Co to jest?!
na to pani przechodząca obok mnie powiedziała jednoczesnie wskazujac:
- my mamy zielone światło.
kierowca:
- nie, ku*wa, JA mam zielone światło!
na to ja odpowiedziałem:
- pan nie ma zielonego światła, ma ma zieloną strzałkę.
.
.
.
(milczenie, widać że zębatki w mózgu ruszyły)
.
.
.
- toż to jest to samo! Ku*wa!

wszyscy przeszli przez przejście, pan coś tam jeszcze mamrotał i nic się nie stało... tym razem.

Ja mam już dosyć czytania o przechodniach lub rowerzystach potrąconych (lub gorzej) na pasach.
Piekielni kierowcy - zielona strzałka to NIE TO SAMO co zielone światło! Prosze uważajcie!

ulice

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (191)