Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

arturion37

Zamieszcza historie od: 20 lutego 2011 - 7:42
Ostatnio: 13 października 2020 - 18:36
  • Historii na głównej: 12 z 16
  • Punktów za historie: 5566
  • Komentarzy: 153
  • Punktów za komentarze: 807
 

#87253

(PW) ·
| Do ulubionych
OLX. Wystawiam używany zasilacz komputerowy. Ostatni raz pracował rok wcześniej. Teraz leży i zabiera miejsce. Syn proponuje, że 20 zł będzie OK, i doradza by napisać w ogłoszeniu, że niesprawny, bo nie mamy jak go sprawdzić.

Wystawiam ogłoszenie. Piszę rzetelnie co i jak. Oraz, że wystawiam jako uszkodzony bo nie mam jak sprawdzić. Odzew już godzinę po dodaniu ogłoszenia. I same perełki!
Pierwszy kupujący proponuje, że około 17 miałby czas to mam podjechać z zasilaczem na drugi koniec miasta, to pan sobie obejrzy i ewentualnie kupi.

Drugi kupujący pyta, czy sprawny. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że ostatnio pracował rok temu, potem zdemontowany i sobie leży w pudełku. Pan odpowiada, że to na 100% niesprawny i że naciągam ludzi. Odpowiadam, że dalsza rozmowa nie ma sensu, bo są inni kupujący.
W trakcie pojawia się trzeci i czwarty kupujący. Pan numer dwa oświadcza, że on nie chciał kupować, tylko... zdemaskować przekręt! Potem jeszcze dwa wpisy w tym klimacie, potwierdzające, że gość cierpi na paranoję.

Pan numer trzy. Pyta czy jest możliwość wysyłki i jaki koszt. Podaję koszt paczkomatu, pan się zgadza, prosi o numer konta. Wysyłam i informuje, że jeśli tylko wpłynie przelew, to od razu wysyłam. Pan prosi jeszcze o zdjęcie naklejki z parametrami zasilacza. Zgadzam się podesłać nazajutrz bo pora późna, a zasilacz schowany w piwnicy. Pan pyta więc czy skoro w piwnicy to czy to zasilaczowi nie zaszkodziło? Odpowiadam, że to piwnica w bloku, nawet zimą 18 stopni na plusie i sucho. Aha.

Pan numer cztery. Pyta, kiedy zasilacz ostatnio pracował? Czy na pewno tej firmy? Bo on boi się oszustwa. Dlaczego tak tanio? Odpowiadam na wszystkie pytania. Zero dalszego odzewu.

Późno wieczorem odzywa się pan numer jeden. Pisze, że jutro mam być pod telefonem, bo będzie dzwonił pomiędzy 14 a 15. Ale może też już o 12 będzie mógł podjechać i mam być pod telefonem!

Następny dzień. Pan numer dwa raczy mnie o 7 rano kolejnymi paranojami na temat mojego spisku przeciw kupującym na OLX.

O 9:00 dzwoni pan numer pięć. Proponuje mi, że podjedzie za 15 minut. Przyjeżdża, ogląda, płaci 20 złotych i po sprawie.

Na tym mogła by się ta akcja sprzedaży zasilacza zakończyć, jednak postanowiłem być fair i napisać do każdego oferenta, że temat zakończony, zanim usunę ogłoszenie. Pan numer jeden nie reaguje. Pan dwa - paranoję spiskowe, proponuję zmianę leków bo mi go trochę szkoda.
Pan numer trzy zaskakuje odpowiedzią: JA WIEDZIAŁEM, ŻE TO JEST PRZEKRĘT! JA TO ZGŁOSZĘ GDZIE TRZEBA!

I taka moja dygresja na koniec: jak bardzo trzeba mieć pusto w głowie, by zakładać, że ktoś dla 20 zł będzie się dopuszczał oszustwa czy wyłudzenia? To nie Covid nam zagraża, a głupota. Galopująca!

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (129)

#87254

(PW) ·
| Do ulubionych
OLX. Wystawiam używany zasilacz komputerowy. Ostatni raz pracował rok wcześniej. Teraz leży i zabiera miejsce. Syn proponuje że 20 zł będzie OK, i doradza by napisać w ogłoszeniu, że niesprawny bo nie mamy jak go sprawdzić. Wystawiam ogłoszenie. Piszę rzetelnie co i jak. Oraz że wystawiam jako uszkodzony bo nie mam jak sprawdzić. Odzew już godzinę po dodaniu ogłoszenia. I same perełki!
Pierwszy kupujący proponuje, że około 17 miałby czas to mam podjechać z zasilaczem na drugi koniec miasta, to pan sobie obejrzy i ewentualnie kupi.


Drugi kupujący pyta, czy sprawny. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że ostatnio pracował rok temu, potem zdemontowany i sobie leży w pudełku. Pan odpowiada, że to na 100% niesprawny i że naciągam ludzi. Odpowiadam, że dalsza rozmowa nie ma sensu, bo są inni kupujący. W trakcie pojawia się trzeci i czwarty kupujący. Pan numer dwa oświadcza, że on nie chciał kupować, tylko ...

zdemaskować przekręt! Potem jeszcze dwa wpisy w tym klimacie, potwierdzające, że gość cierpi na paranoję.
Pan numer trzy. Pyta czy jest możliwość wysyłki i jaki koszt. Podaję koszt paczkomatu, pan się zgadza, prosi o numer konta. Wysyłam i informuje, że jeśli tylko wpłynie przelew, to od razu wysyłam. Pan prosi jeszcze o zdjęcie naklejki z parametrami zasilacz. Zgadzam się podesłać nazajutrz bo pora późna a zasilacz schowany w piwnicy. Pan pyta więc czy skoro w piwnicy to czy to zasilaczowi nie zaszkodziło? Odpowiadam, że to piwnica w bloku, nawet zimą 18 stopni na plusie i sucho. Aha.

Pan numer cztery. Pyta, kiedy zasilacz ostatnio pracował? Czy na pewno tej firmy? Bo on boi się oszustwa. Dlaczego tak tanio? Odpowiadam na wszystkie pytania. Zero dalszego odzewu.
Późno wieczorem odzywa się pan numer jeden. Pisze, że jutro mam być pod telefonem bo będzie dzwonił pomiędzy 14 a 15. Ale może też już o 12 będzie mógł podjechać i mam być pod telefonem!

Następny dzień. Pan numer dwa raczy mnie o 7 rano kolejnymi paranojami na temat mojego spisku przeciw kupującym na OLX.
O 9:00 dzwoni pan numer pięć. Proponuje mi że podjedzie za 15 minut. Przyjeżdża, ogląda, płaci 20 złotych i po sprawie.

Na tym mogła by się ta akcja sprzedaży zasilacza zakończyć, jednak postanowiłem być fair i napisać do każdego oferenta że temat zakończony, zanim usunę ogłoszenie. Pan numer jeden nie reaguje. Pan dwa - paranoję spiskowe, proponuję zmianę leków bo mi go trochę szkoda.

Pan numer trzy zaskakuje odpowiedzią: JA WIEDZIAŁEM ŻE TO JEST PRZEKRĘT! JA TO ZGŁOSZĘ GDZIE TRZEBA!
I taka moja dygresja na koniec: jak bardzo trzeba mieć pusto w głowie, by zakładać, że ktoś dla 20 zł będzie się dopuszczał oszustwa czy wyłudzenia? To nie Covid nam zagraża a głupota. Galopująca!

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (198)

#82742

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia dotyczy relacji: ludzie i samochody.

Jakiś czas temu byłem sprzedającym, sprawnie sprzedałem dwa swoje dość leciwe pojazdy i przyszło stać się kupującym. (Kontakty z kupującymi moje auta to oddzielna historia). Już dawno wymarzyłem sobie samochód z faltdachem (dach materiałowy, zsuwany) i padło na Twingo I generacji, po faceliftingu (przedział 2000 - 2007).

Wczoraj minął pierwszy miesiąc jak szukam takiego auta, a już mam na koncie kilka piekielnych historii.

1. OLX, Twingo ładnie wygląda na zdjęciach, 120 km od mojego miasta ale jadę. Sprzedający z małego komisu pod Wa-wą (S) - znajomy kupił i dla córki szykował, porobione wszystko, wsiadać i jechać. Kładę się na ulicy zajrzeć w jakim stanie podłoga i progi. (S) lekko czerwienieje, ale nie komentuje. Podłoga wymalowana chyba kilka godzin wcześniej konserwantem, bo nawet się zakurzyć nie zdążyła. Proponuję podjechać na stację diagnostyczną. (S) się zgadza i całe 2 km drogi ja prowadzę a on ,,papla,, jaki to super egzemplarz, po prostu ,,igła,, i takie tam. Na Stacji Diagnostycznej Pan diagnosta na widok (S) udaje mocno, że się nie znają, ale mu to nie wychodzi, bo w pewnym momencie zwracają się do siebie po imieniu. Wchodzę pod auto - mokra miska olejowa, nadgnite łoże silnika. Zwracam na to uwagę (S) i diagnoście - jakby nagle ogłuchli, (S) zmienił kolor na czerwony. Daję sobie spokój, jadę do kolejnego Twingo, kolejne 80 km.

2. Kolejne Twingo tego dnia wystawione na OLX, w komisie, ładne zdjęcia, choć samo wnętrze dość dziwnie sfotografowane - z daleka. Na miejscu okazuje się, że to był celowy zabieg - tapicerka brudna, w plamach i śmierdzi. Deska rozdzielcza się dosłownie kleiła. Niezrażony tym idę po Panią z komisu (PK).

(PK) potrzebuje chyba z 2 minut by mnie zauważyć, kiedy stoję w jej biurze, tak jest zajęta pogaduszkami przez telefon, mimo że jestem jedynym klientem. W końcu wychodzimy, proszę o otwarcie komory silnika. (PK) wpycha dłoń w pas przedni i ciągnąc za pozostałości linki, otwiera pokrywę. Silnik tak wybłyszczony Plakiem, że w przypadku byle iskry grozi samozapłonem! Otwieram korek wlewu oleju a tam śliczny ,,majonez,, - emulsja olejowa, świadcząca o uszkodzeniu uszczelki pod głowicą. Pytam więc, mocno zirytowany (PK) po kiego w...a piszą w ogłoszeniu, że auto sprawne technicznie? (PK) coś zaczyna bredzić, że zadzwoni po męża i on mi zejdzie z ceny, bo to takie śliczne autko i ucieka do biura. Odjeżdżam zniesmaczony.

3. Facebook, Twingo z końca produkcji tego modelu, niski przebieg, blisko. W tej samej miejscowości jest też drugie, trochę starsze i nieco tańsze, więc najpierw oglądam to młodsze.

Pan sprzedający (PS) mówi, że wie tyle co nic, bo to ciotki siostry męża wujka stryjenki samochód. I on wystawia w ich imieniu i ma im to sprzedać. OK, myślę sobie, czasami ktoś nie ogarnia ogłoszeń w necie. Pierwsze wrażenie niezłe, progi zdrowe, podłoga zdrowa. Po zajrzeniu do wnętrza euforia opada - plastiki na progach po obu stronach dziwnie odbarwione z szarego na brudno czerwony. (PS) twierdzi, że to od słońca. Fotel kierowcy w pokrowcu, po zdjęciu okazuje się, że w innej tapicerce. Silnik suchy, nie myty, brak majonezu - jedziemy się przejechać. Model bez wspomagania kierownicy, ale kręci się o dziwo za ciężko. Sprzęgło lekko się ślizga, nieco słabe hamulce, po za tym OK. Po jeździe próbnej mówię o tym, co mi nie pasuje i proponuję zejście z ceny o 20%. (PS) nonszalancko oświadcza, że on nie musi schodzić z ceny, bo i tak się sprzeda na pniu. O dziwo, stoi na OLX do dzisiaj, mimo 2 krotnej już przeceny.

Jadę więc zobaczyć drugie Twingo w tym samym mieście. Samochód stoi na ulicy i już wiem, dlaczego zdjęcia robiono z daleka - rdza na krawędziach drzwi, przy klapce wlewu paliwa, na podszybiu. Nawet nie dzwonię do właścicielki, że jestem.

3. Kolejne auto jest oddalone o 450 km. By nie zrobić sobie wycieczki życia, dzwonię czy aktualne i proszę o zdjęcie podłogi i progów. Pan mówi, że OK, jak tylko wróci z pracy to zrobi i wyśle. Zdjęcia doszły po 2 tygodniach. Były robione słoikiem po dżemie, sądząc po ich jakości i tym, że nic z nich nie wynika.

4. W ,,obserwowanych,, model dość młody, za rozsądną cenę.
W ogłoszeniu napisano, że kontakt tylko osobisty. Ale że jest telefon, to dzwonię się umówić. Pan z ogłoszenia (PzO) odbiera dopiero 3 dnia, ale mówi, że spoko, można przyjeżdżać i brać, wszystko śmiga, zero rdzy, będzie pan zadowolony. Że odległość to 250 km w jedną stronę, pytam nieśmiało, w jakim stanie są progi i podłoga? (PzO) nagle przechodzi w stan furii i krzyczy, że on nie ma czasu na pogadanki i się rozłącza. Po godzinie, gdy przeglądam ogłoszenia, to samo Twingo jest już droższe o 300 zł. Zdrożało jeszcze o kolejne 200, by po tygodniu, wrócić do poprzedniej ceny.

5. Ładne Twingo, zadbane, cena może ciut wyższa od mojego budżetu, ale postanawiam, że dołożę jak będzie tego warte. Dzwonię, umawiam się, jest miło i kulturalnie. Mam jechać za dwa dni, dzień wcześniej dostaję info, że była stłuczka, i jest uszkodzone z przodu nieznacznie. Sprzedający sam proponuje zejście z ceny o 50 % jeśli bym chciał to sam naprawiać. Proszę o zdjęcia. Dostaję jedno, na którym widać tylko, że pokrywa silnika jest lekko wgnieciona. Proszę wiec o zdjęcia wnętrza komory silnika, by ocenić uszkodzenia i przemyśleć sens zakupu. Zapada cisza, zero odzewu.

6. Komis, typu 3 auta na podwórku, na niemieckich blachach. Twingo prezentuje się ładnie. Pan w rozmowie telefonicznej bardzo miły, obiecuje podesłać zdjęcia progów i wnętrza. Zdjęć przychodzi chyba ze 20. Pan się postarał, jednak zdjęcia działają na jego niekorzyść. Mimo, że w ogłoszeniu napisano, że samochód zadbany, na drzwiach pasażera obtarcie, wypłowiałe lub tak bardzo brudne fotele przednie, wypalona papierosem dziura w tylnej kanapie. Dzwonię więc zapytać, czy jest możliwe zejście z ceny? Pan obrażony i już nie miły, krzyczy do mnie, że nie muszę kupować i że się czepiam. No cóż. Auto stoi do dziś na OLX w niezmienionej cenie.

Podsumowując: nie sądziłem, że obecnie znalezienie używanego auta w stanie technicznym dobrym, w budżecie do 5k to taka droga przez mękę!
Sprzedający wręcz kłamią w ogłoszeniach w żywe oczy, licząc chyba na to, że kupujący na pewien czas oślepnie lub kupi korespondencyjnie, bez oglądania. Określenia: ,,auto do drobnych poprawek lakierniczych, kiedy zgniły progi to przegięcie. ,,Sprawne technicznie”, kiedy jest wyciek z miski olejowej, sprzęgło się ślizga, kierownica chodzi jak w Kamazie to oszustwo. A teksty typu: szykowałem dla córki, ale sprzedaję (córka zmarła?), jeździła kobieta (to niby co?), wymieniony rozrząd, hamulce, remont kapitalny wręcz był robiony, ale sprzedaję, bo kupuję większe - świadczą o tym, że takie osoby liczą na kupującego z IQ kamienia polnego.

Jeszcze się nie poddałem, choć już mam momentami serdecznie dosyć. Jednak na poważnie rozważam ogłoszenie, że będę za drobną opłatą jeździł do samochodów w mojej okolicy i oglądał je dla kogoś by potem zdać relację ze swoich spostrzeżeń. To może być biznes życia!

używane auta komis samochodowy janusze biznesu

Skomentuj (66) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (123)

#65007

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejsza historia to zbiór spostrzeżeń z uliczek mojego osiedla.

Sytuacja nr 1: Dwie młode matki, po zmroku idą obok siebie, prowadząc wózki z dziećmi wewnątrz, środkiem uliczki osiedlowej. Wzdłuż uliczki chodnik szeroki na 2 m. Zero reakcji na mruganie światłami, więc trąbie delikatnie i krótko - słyszę stek wyzwisk, że "taki-owaki" obudziłem klaksonem dzieci!

Sytuacja nr 2: Pani z powiatu (trzy literki w rejestracji) parkuje nagle wzdłuż krawężnika i wysiada. To nic, że miejsce ruchliwe jak Marszałkowska w Warszawie. Tworzy się zwężenie do szerokości jednego samochodu osobowego. Na szczęście nie po mojej stronie jezdni. Ale oto jadący z naprzeciwka pan-grzyb*, widząc mnie, mimo wszystko omija powiatowe autko i "wali" na czołówkę. Jadę więc dalej, pasy zapięte, i rozmyślam jak to akurat dobrze będzie na koszt OC pana-grzyba zmienić zderzak i lampy bo autko choć "jare" to stare. Pan-grzyb chyba też kalkuluje, bo nagle hamuje tuż przede mną i zaczyna cofać. Nie używa jednak lusterek, bo i po co, czym wywołuje agresję kierowcy jadącego z tyłu. Nie dziwię się, nikt nie lubi jak mu wjeżdżają w nowiuteńkiego suva.

Sytuacja nr 3: Zaraz za wjazdem w osiedle jest skrzyżowanie, które jest bardzo ruchliwe z racji występowania opodal marketu popularnej sieci. Nie ma kawałka znaku, ani "ustąp pierwszeństwa" ani "skrzyżowanie równorzędne" - zupełna pustynia jeśli chodzi o znaki drogowe. Zapytany onegdaj pan Policjant z drogówki wyjaśnił, że należy tu stosować zasadę "pierwszeństwo ma kierowca nadjeżdżający z prawej" i OK. Jasna ta zasada, nie dla wszystkich jednak, powoduje tak wielkie awantury tudzież "wygibasy" kierowców "wiedzących lepiej", że średnio raz na tydzień dochodzi do rozsypywania kolorowego grysu szklanego z szyb, reflektorów, lamp tylnych i kierunkowskazów po jezdni. Strach jednak wysyłać dzieci po zakupy.

Sytuacja nr 4: Świeża, z wczoraj. Jedna z uliczek, z racji totalnego zwężenia przez zaparkowane samochody, została oznakowana jako JEDNOKIERUNKOWA. Znaki widoczne, czytelne, 3 m-ce po zmianie była jeszcze tablica dla "kojarzących wolniej" z napisem "Zmiana Organizacji Ruchu". I co? Ano dyzio! - ludzie jadą "pod prąd" a standardowe tłumaczenie to: "Panie, ja tu mieszkam", "Ja się do sklepu spieszę, weź pan cofnij to wyjadę", "Jak by Pan tak szeroko (sic!) nie jechał to by my się zmieścili". Ostatnio Pani z Tico tak beztrosko jechała "pod prąd", że uderzyła w moje lusterko swoim. Panowie Policjanci przybyli nader szybko.

Sytuacja nr 5: Grupa czterech panów w wieku, kiedy to od człowieka oczekuje się doświadczenia życiowego, wyciągania wniosków i przewidywania, ale jeszcze nie demencji starczej, w czarnych dresach, czarnych czapeczkach i z czarnymi kijkami uprawiała "nordic walking" na słabo oświetlonej uliczce - oczywiście chodnik biegnie równolegle do jezdni. Wiem, że 50 lat temu nie było kamizelek odblaskowych i lampek diodowych, ale chyba warto iść z duchem czasu?

Sytuacja nr 6: Pani z dzieckiem w wózku i telefonem wielkości wojskowej saperki przy uchu, peroruje głośno na temat swego życia intymnego z tajemniczym Juraskiem. Jednak stoi z wózkiem za moim autem, do którego wsiadam i muszę wyjechać do tyłu, bo nie ma innej opcji - wymusza to budowa parkingu. Odpalam silnik, odpalam światła, nie chcę przygazowywać, by się dzieciak spalin nie nawdychał, wrzucam kierunek i wsteczny - za autem robi się widno, bo lampa cofania ładnie świeci. I czekam. I co? Nic, zupełnie. Trąbię. raz, drugi, trzeci - pani wychodzi z zza auta o tyle, że wózek wciąż jest z tyłu. Dopiero krótki przekaz w "żołnierskich słowach" daje rezultat. Zastanawiam się, czy jej rodzice nie byli rodzeństwem. To by wiele wyjaśniało.

Na koniec historia o mieszkańcu powiatu, który wprawił mnie swoim pomysłem w osłupienie. Przez moment nie wierzyłem w to, co zobaczyłem!

Otóż do klatek w naszym bloku prowadzą około 5 m długości chodniki, szerokie na 2 m, zwieńczone z obu stron murkiem z balustradą. I tak, zgadliście - facet zaparkował Fiata CC wewnątrz chodnika do klatki, jak w garażu! Na moją sugestię, że może otworzę drugie skrzydło drzwi, to wjedzie sobie do klatki schodowej, nie skorzystał.

I tu rodzi się moje pytanie, a nawet kilka: dlaczego ludzie jeżdżąc/chodząc po osiedlu typu "blokowisko" głupieją i chamieją? Dlaczego po przekroczeniu niewidzialnej granicy osiedla, kierowcy olewają znaki drogowe, nie używają kierunkowskazów, spacerują po ulicy mając chodnik obok?
Parkują na trawnikach, zamiast zaparkować nieco dalej na wolnym miejscu i dojść te 200 m do klatki?

Ktoś zna odpowiedź? Bo mnie nasuwa się jedna, wynikająca z obserwacji - jak nie ma w pobliżu radiowozu to "róbta, co chceta".

*) pan-grzyb - moja definicja gościa w wieku 60+, który popełnia karygodne błędy na jezdni, ale nie daj Boże zwrócić mu uwagę - on wszystko wie lepiej.

osiedlowe uliczki policja kierowcy

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 349 (495)
zarchiwizowany

#62687

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam!

Historia z wczorajszego popołudnia. Celem wstępu: popieram rowerzystów, sam sporo jeżdżę ale tylko po ścieżkach i ulicy - jeśli wyjątkowo chodnikiem, to uważam na wszystkich pieszych, a kiedy nie mam miejsca, schodzę z roweru.

Godzina 17.00, szarówka, idę z synem chodnikiem szerokim na jakieś 1.5 m. Przed nami idzie nasz pies - mały kundelek. Nagle z zza naszych pleców wypada rozpędzony chłopak, około 20 lat ze słuchawkami na uszach i próbując nie wpaść w kobietę idącą na przeciw nas, omal nie przejeżdża mojego psa! Krzyczę za kolesiem, że jest idiotą, ale co tam - muza wali ze słuchawek tak, że sam słyszałem basy i młodzian pędzi dalej. Ale o dziwo skręca w wąska uliczkę, gdzie i my podążamy do prywatnej szkoły językowej.
Syn i ja jesteśmy zdenerwowani tym co zaszło, że nasz pies o mało nie został przejechany na chodniku na naszych oczach i rozważamy, co zrobimy typkowi jeśli go spotkamy.
Tu mała uwaga - z czasów, kiedy przymierzałem się dopiero do kupienia nowego roweru, został mi nawyk spoglądania na markę i kształt ramy mijanych jednośladów. Dlatego zauważyłem dokładnie markę i kolor oraz typ roweru kolesia - czarny góral na kołach 28'' ze znanej firmy.

Po kilku minutach wchodzimy na podwórze szkoły językowej, a naszym oczom ukazuje się rower ,,chodnikowego bikera,, przypięty do stojaka. Wiedziałem więc, że koleś za 1.5 godziny wyjdzie z tej szkoły, akurat wtedy co mój syn i sobie z nim porozmawiam.
Jednak mając doświadczenie w bezowocnych rozmowach z tępymi kierowcami parkującymi na trawniku koło mojego bloku, jeżdżącymi trawnikiem na skróty, ba! jeżdżącymi po chodniku, bo to bliżej, tudzież rowerzystami o podobnym stopniu skretynienia, postanowiłem przymusić kolesia by jednak mnie wysłuchał!

Poszedłem więc do domu i z piwnicy wziąłem prostą acz bardzo solidną linkę na zamek szyfrowy zakupioną onegdaj u Rosjan na bazarku. Jej jedyna wada, powodująca że jej nie używałem, to długość - 30 cm, co powodowało że nie dało się przypiąć roweru za ramę, ew. tylko spiąć koło. Pięciocyfrowy szyfr wpisałem kiedyś w komórkę.
Przyszedłem po syna 10 minut przed czasem, spiąłem linką kolesiowi przednią obręcz do rany i usiadłem na ławce stojącej obok w oczekiwaniu na rozwój wypadków.

Koleś mnie nie zawiódł - wybiegł w słuchawkach jak burza, odpiął rower i - konsternacja - rower nie jedzie! Kiedy on z głupią miną oglądał nową linkę na swoim rowerze, podszedłem i zapytałem, czy zawsze jeździ jak kretyn po chodniku. Koleś udał że nie słyszy, więc ponowiłem pytanie, dodając, że jadąc na zajęcia o mało nie przejechał mojego psa. Znowu zero reakcji.
Już miałem sobie odpuścić i powiedzieć mu jaka kombinacja otwiera linkę, bo sądząc po jego wyrazie twarzy, to typowy muł, kiedy koleś przetrawił nagle to co mówiłem i odburknął:

- A h** z psem!

Więc podszedłem, korzystając z tego że byłem 2 razy większy wepchnąłem kolesia w cień, zrzuciłem mu z głowy słuchawki
i wytłumaczyłem, że jeśli jeszcze raz tak zrobi, to go lekarze będą oddzielać od roweru operacyjnie. I poszedłem.

Nie wiem czy w szkole mieli brzeszczot do metalu lub kątówkę, mało mnie to interesuje ...
Nasz pies to członek rodziny i nie pozwolę zrobić mu krzywdy.

Edit:

z ostatniej chwili - idę chodnikiem miedzy blokiem, w którym mieszkam a ulicą i rozmawiam z napotkanym sąsiadem z klatki. Chodnik szeroki na 2 m ale pełen młodzieży (obok szkoła), matki z dziećmi w wózkach itd. A tu z parkingu osiedlowego wjeżdża na chodnik Pan Kurier z DPD i wio naprzód, do ulicy!
Że nie przejedzie tędy zrozumiał dopiero, kiedy zamiast ,,Panie, co pan wyprawia,, poszły w ruch wyrazy ,,mięsne,,. Ot i życie!

kretyn pędzący rowerem po chodniku

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (360)

#62025

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z drogi.

Pracuje jako kierowca zawodowy, jednak nie czuję się "driverem" czy "mobilkiem", ale normalnym facetem.

Kilkanaście dni temu, jadąc w nocy do Poznania, na jakiejś lokalnej drodze, trafiłem na jadącego przede mną tira z chłodnią. Rejestracja z Wawy, autko nowe, błyszczące, ale jechał z 70 km/h, a mnie się śpieszyło nieco. Jechałem starym Man-em, który wolno osiąga maksymalne 89 km, więc wyczekałem na prosty odcinek drogi, widoczność miałem na 2 km, nic z naprzeciwka i zaczynam wyprzedzać. A tu ciekawostka! Koleś z tira przyspiesza! Jechaliśmy tak z kilometr i stwierdziłem, że wyhamuje i się schowam, bo może Man stary to nie ma siły, choć ładunek nie za duży, ale po co ryzykować? Nie brałem pod uwagę, że koleś z tira celowo mi utrudnia.

Za kolejne kilka kilometrów znowu pojawiła się okazja do wyprzedzania, droga w tym miejscu szeroka, szerokie pobocze. Wyprzedzam i znowu to samo - koleś z tira zaczyna przyśpieszać. Postawiłem wszystko na jedną kartę, zredukowałem 2 biegi niżej, pedał do podłogi i z wyjącym silnikiem wyprzedziłem idiotę.

Idiota z tira za moment, na krętym odcinku zaczyna wyprzedzać, więc myślę sobie co tam - ambicja mu się uraziła - niech jedzie. A że mam trochę doświadczenia z podobnymi kretynami zarówno z tirów jak i osobówek, przyhamowałem gdy tylko mnie minął. I dobrze, bo wygospodarowałem dystans 30 metrów, kiedy koleś zaczął ostro hamować przede mną. Wyjechałem nieco na pobocze i "wyjrzałem" zza niego, ale widząc zwężenie, czerwone światło i ruch wahadłowy, myślę: OK, zmieniło się przed nim na czerwone, więc wyhamował.

Za mną dojechały osobówki, stoimy, ja na szczęście jakieś 15 metrów za tirem. Naraz widzę że drzwi szoferki tira się otwierają, wychodzi tirowiec i idzie do mnie. Pyskówki na drodze to nie nowość, ale od czasu jak trafiłem na furiata, który nie mogąc otworzyć moich drzwi, kopał po masce, kupiłem sobie gaz pieprzowy w żelu i noszę go ze sobą jako antidotum na takich pieniaczy.

W Manie akurat drzwi nie mają blokady od środka, więc koleś z tira otwiera, ale widząc że jestem trochę "większy" od niego, zaczyna pyskówkę z odległości 2,5 m.

Pyskówka jak pyskówka - gość się drze, że ludzie z osobówek słyszą, ja siedzę z nogą na sprzęgle i z pracującym silnikiem, na wypadek gdyby wyciągnął nóż czy inne żelastwo, ruszyć i nieco spłaszczyć mu stopki i patrzę na idiotę zastanawiając się, kiedy się zmęczy.

Jednak gdy usłyszałem "Chcesz w ryja?" i gość ruszył do mnie, sięgnąłem po gaz, wstrzymałem oddech i dokładnie spryskałem buźkę delikwentowi. Żel działa po jakiś 3-5 sekundach, więc gdy tamten nie rozumiejąc co zaszło wycierał rękawem twarz, ruszyłem zamykając drzwi. Ominąłem kretyna łukiem, tak więc stopki miał całe.

Jestem ciekaw za ile godzin był w stanie prowadzić i czy kiedyś porwie się jeszcze do jakiejś pyskówki na drodze.

droga do Poznania

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 747 (853)

#19304

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy okazji historii z miasta T, przypomniała mi się historia z mojej miejscowości z 1998 roku, dzięki której poznałem nowy przymiotnik na określenie pewnej grupy kobiet w tym kraju.

Jeździłem już dwa lata Wartburgiem dwusuwem (dla ciekawych - prawie zanikły te samochody, produkcji NRD, które też zanikło).

Zima 1998 roku, osiedlowa uliczka, jadę powoli za pięknym BMW na blachach ze Stolicy, w poszukiwaniu serwisu RTV. Uliczka za 10 metrów kończyła się rozwidleniem, dodatkowo szła tamtędy kobieta z wózkiem. BMW zatrzymało się, ja również, metr za nim, wszystko spokojnie, prędkości rzędu 10 km/h, jak to zima na osiedlu.

Nagle w BMW zapalają się lampy cofania i bach! Tył BMW na moim Wartburgu. Tak zbaraniałem, że nawet nie zdążyłem pomyśleć żeby zatrąbić. Wysiadam oszołomiony z auta zobaczyć skale zniszczeń a z BMW od strony pasażera wypada młoda, może 20 lat kobieta, o urodzie modelki, nogi w botkach do samej szyi i zaczyna krzyczeć na mnie.

Gdyby nie była tak olśniewająca, pewnie przemówiłbym bez opóźnienia, ale naprawdę odjęło mi mowę. Zanim cokolwiek powiedziałem, BMW odjechało nieco od mojej maski i wysiada facet w zimowej kurtce typu
"narty w Alpach", o posturze takiej, że z moimi 193 cm wzrostu poczułem się jak mały pluszowy miś.

Myślę sobie - kobietka się wydziera, ja podniosę głos to facet mi "sypnie" i obudzę się na OIOMie. Ale oto facet mówi do mnie: (F) facet z BMW, (K) kobieta z BMW, (Ja) ja czyli mały miś.

(K) Bla bla bla - głośno.
(F) Bardzo pana przepraszam, sam nie wiem jak to się stało! Chciałem zaparkować tyłem i zupełnie pana nie widziałem !
(K) Co? To jego wina!
(Ja) Moja? To państwo cofali i najechali na mnie!
(F) (w stronę kobiety) - Do auta!
Wsiada bez słowa.
(F) Jeszcze raz bardzo przepraszam! Może się dogadamy bez wzywania Policji? Wie pan, mam wysokie zniżki na OC i nie chciałbym ich stracić.
(Ja) Dobrze, ale widzę, że poszedł mi reflektor, kierunek no i pas przedni do wyklepania ...

Po oględzinach auta, okazało się że zostałem trafiony zderzakiem, BMW nie ucierpiało w ogóle, tylko mój Wartburg. Facet zaproponował 200zł, jednak poinformowałem go że sam reflektor to 250zł. Facet wyjął Nokię wartą wtedy jakieś 4 moje pensje, zadzwonił gdzieś i potwierdził, że części do Wartburga są (były wtedy) kosmicznie drogie. Wyjął więc 500zł i mi wręczył.
Już podawaliśmy sobie prawice na zgodę, kiedy z okna BMW wychynęła kobieta i zaczęła krzyczeć, że za co tyle kasy mi daje?

Wtedy Facet kazał jej nie zabierać głosu, a do mnie powiedział półgłosem:
(F) Człowiek weźmie takie DUPISZCZE na wczasy i już jej się zdaje że będzie mną rządzić.

Za to 500zł fundnąłem sobie prawie nowy reflektor ze szrotu, kierunek i wyklepałem pas przedni. Starczyło jeszcze na wielki karton części do Wartburga, które mocno go odświeżyły.

Do dziś nie wnikam, kto to był .... Bo i po co.

osiedlowa uliczka

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 664 (710)

#19300

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku lat pracuje jako kierowca w hurtowni spożywczej. Z charakteru pracy wynika konieczność wjeżdżania samochodem dostawczym (wielkości Lublina) w najróżniejsze zakamarki miasta, wszędzie tam, gdzie klienci zapragnęli kiedyś założyć sobie sklep spożywczy.

Zdarzenie miało miejsce rok temu, w listopadzie w mieście T. O sklepie do którego jechałem, słyszałem wcześniej opowieści o jakimś kretynie w żółtym Seacie, który dla żartu zastawiał nim wyjazd naszym czy innym dostawcom i czekał na reakcje, najczęściej jednak uciekał po wezwaniu Policji czy Straży Miejskiej.

Tego dnia pojechałem swoją ulubioną Kia - ze względu m.in. na doskonały skręt kół i małe gabaryty. Zgodnie z ostrzeżeniem, zostałem po 3 minutach zastawiony z tyłu żółtym Seatem, kierowca - młody chłopaczek siedział w aucie i kiwał się w rytm techno, słyszalnego chyba w całym powiecie.

Podszedłem, "zapukałem" w dach prawie i zaproponowałem by odjechał, bo nie mam czasu na żarty. W odpowiedzi usłyszałem "taaa" i tyle. Po 30 sek. "zapukałem" w szybę, bo byłem już nieco poirytowany. Znowu padło "taaa" w odpowiedzi na propozycje, że jeśli nie odjedzie po dobroci to go odholuje osobiście.

Koleś nie przewidział że zostawiłem sobie 1,5 metra do ściany sklepu by wyjechać i ze mam w aucie 3 metry stalowej linki holowniczej, z czasów gdy Kia miała walnięty rozrusznik i inaczej nie odpalała.

Podczepiłem więc linkę do Kia, a potem do jego haka z tyłu, symulując sznurowanie buta. Koleś nie zauważył co mu szykuję. Jak zacząłem wyjeżdżać zza Seata koleś odpalał silnik by mi zajechać - biedny nie zdążył. Przestałem go holować, kiedy po około 10 metrach staliśmy na trawniku. Odczepiłem linkę i puszczając sobie mimo uszu kolesia krzyki, że mnie zniszczy, bo tata w Policji ,a matka to w UM, wyjechałem z trawnika na swoich bliźniakach, a koleżka został, bo się nieco zakopał...

Tu historia mogła by się zakończyć. Ale jednak kierowca Seata postanowił się odgryźć.

Kiedy na drugim końcu miasta, jakieś 6 km od miejsca akcji z holowaniem, zaparkowałem wzdłuż sklepu, znajdującego się na blokowisku i zacząłem nosić towar, zobaczyłem Seata jak parkuje się przodem do mojego tyłu, zostawiając max. 20 cm odstępu, a z przodu miałem znak drogowy. Koleżka nie zgasił silnika i z satysfakcją w oku czekał na moje reakcje. Idąc po fakturę i pieniądze do pracownicy sklepu, zagadnąłem ją tak z marszu, czy na tak odludnym osiedlu maja monitoring, itp. Usłyszałem, że nie, bo spółdzielnia mieszkaniowa biedna, a i właściciel sklepu skąpi na kamery i w efekcie co chwila giną rowery Klientów, wózki sklepowe, itd.

Bogaty w tę wiedzę wsiadłem do Kia, włączyłem przycisk halogenów tylnych - który po włączeniu robił jakieś fiku-miku w instalacji i wygaszał wszystkie światła z tyłu auta, odpaliłem silnik, wrzuciłem wsteczny i cudownie przygrzmociłem w Seata przód.

Po czym wysiadłem i poszedłem zobaczyć jak oberwał Seat koleżki a jak Kia. Zgodnie z moimi obliczeniami w Kia stłukły się tylko klosze lamp schowane w stalowej belce, która nieźle pokiereszowała Seatowi przedni pas. Koleżka wypadł z Seata chwile po tym, bo mu chyba drzwi przyblokowało, zaczął wymachiwać jakiś przedmiotem i drzeć się, że mnie zaje ... . Śmiem wątpić by mu się to udało, bo mając 193 wzrostu i wagę 140 kg plus pamiętając parę rzeczy z woja, po prostu złamałbym mu rękę. Zamknąłem się w kabinie i zadzwoniłem na Policje.

Policjanci po info, że zostałem uderzony w tył auta, koleś wymachuje nożem i mi grozi, a ja obawiam się, że to napad, bo mam przy sobie sporą sumkę za faktury od Klientów, byli na miejscu za 2 minuty i na dzień dobry rzucili kolesia na ziemię.

Na nic się zdały jego opowieści, że to ja cofałem i to moja wina, ponieważ parkowałem na uliczce wzdłuż sklepu, na której odbywa się normalny ruch i wyszło, że koleś nie zachował bezpiecznego odstępu, itd. Kolesia więc zabrali na komendę, Straż zasypała płyny, które wyciekły z Seata, Kia dostała nowiutkie lampy z serwisu, a w tym mieście na T nikt już nie zastawia dostawców dla zabawy - wiem, bo często tam bywam.

sklepy

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1071 (1131)

#7844

(PW) ·
| Do ulubionych
Zima roku 1996, moja żona był w pierwszej ciąży. Wszyscy w rodzinie znosili różne smakołyki by dogodzić ciężarnej.

Moja Mama tego dnia przywiozła chyba z kilogram śliwek suszonych bez pestek w czekoladzie i mieliśmy z żoną ucztę! Widząc jak żona pochłania z apetytem te śliwki zjadłem kilka a ona resztę! W nocy obudziło mnie jej ciągłe wstawanie do ubikacji, więc zapytałem czy wszystko OK i usłyszałem że nie.
Efekt był taki, że o 2 w nocy zajechałem do Szpitala, by w Izbie Przyjęć zapytać, co można dać ciężarnej na b. silną biegunkę by jej pomogło ale nie zaszkodziło dziecku. Mimo wszystko byłem jako młody, przyszły ojciec bardzo zdenerwowany i użyłem za dużego skrótu myślowego. W Izbie nastąpił taki oto dialog:

[Ja] - Dobry wieczór, wie Pani, przyjechałem zapytać bo żona w ciąży i tak wyszło że ma biegunkę. Nie wiemy co ma wziąć bo woda z niej leci i się boimy.
[Pielęgniarka] - Panie, spokojnie, Pan tu siada a ja już dzwonie po lekarza. Pan z Piotrkowa, daleko Pan mieszka od szpitala?
[Ja] - Nie , nie daleko, a trzeba żonę przywieść? Bo ja mam samochód...
[Pielęgniarka] - Jakie przywieźć! Karetkę damy! O, jest lekarz! Niech Pan wszystko opowie lekarzowi!

Wchodzi lekarz, około 60, w kitlu i zwraca się do mnie:
[Lekarz] - Który to miesiąc?
[Ja] - (nie widząc nic dziwnego w pytaniu) 7 prawie.
[Lekarz] - To pierwsza ciąża? Ile żona ma lat?
[Ja] - 25, a ciąża pierwsza.
[Lekarz} - A jak to się stało? Upadła, dźwignęła coś ciężkiego? Ma problemy z nadciśnieniem?
[Ja] - Nie. Żona wieczorem zjadła prawie kilogram śliwek suszonych w czekoladzie a teraz ma taką biegunkę że woda z niej leci. Chciałem tylko zapytać co jej można podać, czy węgiel czy Sulfamidon? Pani w aptece powiedziała że lepiej zapytać lekarza, bo tak na własną rękę to nie wolno ...

Nie dokończyłem, bo lekarz wybuchnął śmiechem, a głos miał jak dzwon i chyba obudził całe piętro w szpitalu. Opanował się jednak, poklepał mnie ubawiony po plecach i polecił węgiel i dużo wody do picia.

A ja działając w dobrej wierze stałem się tej nocy 'piekielnym pacjentem'. Bowiem po moich słowach pielęgniarka na Izbie zrozumiała że żonie wody odeszły i będzie rodzić i o mało nie wysłała do mnie do domu karetki na sygnale. A wezwany lekarz okazał się Ordynatorem Oddz. Ginekologi i Położnictwa!

zima 1996r

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 635 (801)

#7462

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracując w ochronie magazynu po poprzedniej firmie ochroniarskiej przejęliśmy w spadku "groteskowy" obowiązek zanoszenia do biura zamówionej pizzy. Było tak dlatego, że nie mogliśmy wpuścić na teren obiektu gościa z pizzerii. Pewnego razu, kiedy jeszcze siłą rozpędu istniał takowy zwyczaj zaniesienie pizzy padło na mnie. Wcale się nie śpieszyłem do tego, bo nie dość że od początku byłem zdania, że to uwłacza naszej godności, by 40-letni facet biegł na 2 piętro z pizzą dla 20 letniej panienki, ale i ruch na bramie był spory i kilka minut pizza leżała sobie w wartowni. Kiedy w końcu poszedłem, wybrałem boczną klatkę schodowa, mało uczęszczaną, traktowaną raczej jako palarnię. Od momentu kiedy dziewczyny [D] z biura widziały samochód z pizzerii parkujący pod wartownią, a moim przyjściem minęło około 10 minut, więc zadzwoniły do mojego kolegi Zbyszka [Z]:
[Z] - Ochrona, słucham?
[D] - Dzwonimy z biura, by zapytać co z naszą pizzą?
[Z] - Oooo, kolega poszedł jakieś 15 minut temu.
[D] - Yyy??? To gdzie on jest?
[Z] - Chyba siedzi na schodach i je pizzę...
W pokoju biurowym, ku mojemu zaskoczeniu, powitała mnie grobowa cisza i zaciekawione spojrzenia. Jedna z dziewczyn odebrała pizze z dziwnym wyrazem twarzy a pozostałe 7 par oczu odprowadziło mnie do drzwi w milczeniu.
Dopiero kiedy dotarłem do wartowni, dowiedziałem się co kolega im powiedział. Od tej pory dziewczyny same przybiegały z biura po pizzę.

magazyn pod Piotrkowem, odcinek III

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 512 (706)