Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 17 lipca 2018 - 17:21
  • Historii na głównej: 20 z 31
  • Punktów za historie: 5084
  • Komentarzy: 705
  • Punktów za komentarze: 4248
 
zarchiwizowany

#78238

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ech...

Sama historia jest błaha. Być może nie warta nawet miejsca na tej stronie. Ale muszę.

Dzięki temu, że mam dziecko, zaczęłam oglądać kreskówki. Niedawno trafiłyśmy w TV na serial animowany z uniwersum "Transformers". No i wsiąkłam...

Dziś leci na TVN część pierwsza "Bayformers", czyli filmu fabularnego z tegoż uniwersum. Wcześniej nie miałam okazji go zobaczyć, ale też mi nie zależało. Teraz mi zależy.

Ponieważ moja mama ma w zwyczaju dzwonić do mnie z każdym drobiazgiem, grzecznie ją uprzedziłam, że po 20:00 mnie nie ma.

Efekt?

Ok. 20:30 telefon zadzwonił po raz pierwszy. Nie odebrałam, ale za trzecim razem pomyślałam, że to chyba coś ważnego.

A jakże.

Leci "Taniec z gwiazdami". I za chwilę będzie tańczyć głuchoniema kobieta. I mam koniecznie zobaczyć.

- Dzięki, mamo, ale leci film, który chcę zobaczyć od kilku miesięcy, więc raczej nie skorzystam... Film okazał się ciekawy, wciągnął mnie, więc tym bardziej...
- Ale wiesz, to jest nieprawdopodobne, żeby głuchoniema tak pięknie tańczyła... No coś pięknego... Zaraz będą tańczyć.
- A u mnie zaraz będzie najlepsza akcja (widziałam urywki na jutubie, ale to nie to samo).
- Dobra, cześć, oglądaj sobie.


Zadzwoniła dwadzieścia minut później, z pytaniem, czy nie przełączyłam, żeby obejrzeć ten taniec.

No wkurzyłam się lekko...

- Nie, nie przełączyłam. Oglądam film. Film, na którym mi zależało.
- Ja tam wolę taniec od filmów.
- A ja wolę filmy od tańca.
- Dobra, cześć.

To nie jest pierwszy raz, kiedy moja matka stawia swoje upodobania i chęci ponad moimi... Kreskówki są głupie, robótki ręczne bezsensowne, a książki to zbędne wydawanie kasy. Jedyne sensowne hobby to granie na telefonie i oglądanie reality-show...

Ja nie twierdzę, że to są złe zainteresowania. Ale niech przestanie bagatelizować moje!

No, ulało mi się. Dzięki za uwagę.

PS: Nie wyłączyłam ani nie wyciszyłam telefonu, ponieważ moja mama, jeśli nie dodzwoni się do mnie, dzwoni np. do mojego ojca. Który mieszka trzy mieszkania ode mnie, więc zawsze może się przejść i sprawdzić, czemu nie odbieram.

Rodzina

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (159)
zarchiwizowany

#76449

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Święta, święta i po...

Nie no, w tym roku narzekać nie mogę. I rodzinka zachowywała się na poziomie, i "Mikołaj" wcześniej gruntowny wywiad zrobił, więc prezenty raczej w guście*. Nawet babcia, na którą zawsze narzekam, w tym roku traktowała mnie na równi z pozostałymi członkami rodziny. Normalnie cud miód.

Do czasu.

Jak wiecie, mam dziecko. Jedno. Na pińcet plus się nie łapię, dochód za wysoki. A nawet jakbym się łapała, to i tak bym nie złożyła.

Temat oczywiście wypłynął. O ile kwestię dochodów jakoś rodzinka przełknęła, o tyle komentarza już nie.

Jak to byś nie złożyła? To jest sześć tysięcy rocznie! Samochód byś kupiła! Na wakacje pojechała! Na ciuchy byś miała!

Otóż nie. Nikt mnie nie pytał, czy chcę, by 500+ wprowadzono, a tak się składa, że nie chciałam. Nie trafia do mnie ten pomysł i już. A nie jestem hipokrytką, jak mówię, tak robię.

Zresztą nie ma o czym gadać, bo i tak się nie łapię.

Otóż nie, zdaniem mojej rodzinki jest o czym gadać. Bo jak to, że ja nie chcę dostać, jak mi dają? Powinnam chcieć i żałować, że się nie łapię!

Oczywiście nie tyle chodzi mi o politykę, co o podejście mojej rodziny - masz chcieć tego, co my uważamy za dobre i już!



*Prezenty nie były oczywiście drogie. Ale za 40 zł można kupić dobry krem do twarzy, którego nie zużyję, albo pachnące płyny do kąpieli, które zużyję z przyjemnością. Można kupić dziecku dwudzieste puzzle, a można (jak moja daj Boże przyszła bratowa) blok techniczny, papier holograficzny i dziurkacz-motylek.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (142)

#76335

(PW) ·
| Do ulubionych
Dosłownie sprzed sekundy.

Wychodzę z pracy jak zwykle, 16:20. Niby mogę o 16:00, ale zawsze jest coś do zrobienia, a nie ma sensu stać i marznąć na przystanku.

Jestem na przystanku o 16:30. Autobus wg rozkładu 16:34.

Nie ma.

Czekałam 20 minut na następny. Od współpasażerów dowiedziałam się, że tamten pojechał wcześniej. Teraz stoimy w korku, bo przejazd jest zamknięty.

Właśnie zamykają moje przedszkole.

Zgadnijcie, kto będzie piekielny dla pań przedszkolanek? Które zamiast iść do domu, stoją teraz pod bramą z moim dzieckiem?

PKS

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (255)

#75450

(PW) ·
| Do ulubionych
Najnowsza historia z pracy:

Sklep internetowy. Około 14:30 poczta zabiera od nas paczki. Zaraz potem wysyłany jest na pocztę odpowiedni plik z numerami nadawczymi. Często bywa tak, że potem trzeba jeszcze kilka (naście? dziesiąt?) paczek dopakować. Wtedy idzie osobny plik i szef zawozi paczki osobiście.

Raz, prawie rok temu, zapomniał, że ma paczki w samochodzie i gdyby nie jedna uparta klientka (numer nadawczy chciała) nie wiadomo, kiedy byśmy się połapali. Raz. Na cztery lata istnienia firmy.

Tyle tytułem wstępu.

Zamawiała u nas Klientka tunikę. Zapłaciła z góry, wysłaliśmy w zeszły poniedziałek. W środę telefon - dlaczego nie ma paczki jeszcze? A bo te priorytety różnie idą, cierpliwości, a tu ma pani numer nadania.

Klientka weszła na stronę PP i widzi "paczka nadana". Zadzwoniła na "naszą" pocztę, gdzie ktoś udzielił jej informacji: "A tak, oni plik wysyłają, ale paczek nie przywożą". Tak jakby firma generowała numery nieistniejących paczek.

Szefowa oczywiście ratuje wizerunek firmy - w tej chwili wysyła do Klientki drugą tunikę, kurierem. Szef składa skargę na poczcie.

Dziś wróciła do nas ta pierwsza paczka. "Adresat odmówił przyjęcia". Data z piątku.

Szkoda tylko, że nie mogłam być świadkiem, jak szef pokazuje ją ekspedientkom na poczcie. Z zapytaniem, czy to ta paczka, której nie wysłaliśmy?

ludzie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (271)

#74113

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod wpływem historii z samochodem pod czereśnią:

Jak wiele osób, ja też mam rodzinę. Stosunkowo liczną, czyli po starszeństwie:

Babcia ze strony mamy, jedyna żyjąca osoba z pokolenia moich dziadków.

Ciocia - ukochana córka babci, tak dobrze za mąż wyszła, córkę ma taką udaną...

Wujek - ten zły i niedobry. Jak wychodził z domu, to pokój na klucz zamykał! Przed rodzoną matką! A żona i syn tacy sami!

Moja Mama - ta nieudana. Liceum nie skończyła, z domu uciekła, bo się leniowi robić nie chciało. Wyszła za pijaka, pewnie, kto normalny by ją wziął. A potem z czwórką dzieci się matce na łeb zwaliła. To dobra mamusia przygarnęła, co miała zrobić, a teraz cierpi...

Ja - pyskata leniwa nastolatka (w momencie rozstania rodziców miałam 14 lat), nieuk, ciągle czyta, gruba jak beka (175 cm, 70 kg, szeroka miednica i ramiona), nikt jej nie zechce.

Brat 1 - dobry chłopiec, mądry, inteligentny, i takie ma ładne, czarne oczy i włosy (OK, tu się zgodzę, nic do braciaka nie mam, a i popatrzeć przyjemnie)

Brat 2 - wstrętny dzieciak, świński blondas, jak Oleksy wyglądał w niemowlęctwie (konsekwentnie wytykane bratu całe życie), ciągle tylko pyskuje, uwagi mu zwrócić nie można.

Siostra - dziewczynka jak laleczka, taka mała (3 lata w momencie przeprowadzki do babci), nerwowa strasznie, to przez matkę, bo się w ciąży denerwowała, ustępować trzeba i na wszystko pozwalać (księżniczka wyrosła jak się patrzy, szacunek do innych to dla niej pojęcie abstrakcyjne), taka szczuplutka (175 cm, wąskie bioderka i ramiona, biust szczątkowy), dobra dziewczyna, tylko ustępować jej trzeba we wszystkim.



Takie zdanie o mojej rodzinie ma moja babcia. Oczywiście babcia twierdzi, że nikogo nie ocenia po wyglądzie i do nikogo nie jest uprzedzona. I że to wszystko nasza wina.

Teraz szczypta prawdy:

Nie wiem, co zaszło między babcią a wujkiem, ale zamykanie pokoju o czymś świadczy. Nie wyobrażam sobie, jak można wchodzić do pokoju, gdzie mieszka dorosły syn z rodziną, jak do siebie.

Pamiętam za to, jak babcia przyjeżdżała do nas, jeszcze jak mieszkaliśmy z ojcem. Pamiętam, jak kładła mamie do głowy, że co to za życie z pijakiem (100% racji) i że trzeba się ewakuować. Gdzie? Oczywiście do matki. "Dom duży, ja na emeryturę przechodzę, to ci pomogę z dziećmi, dawaj, no już". Trwało to ze dwa lata, może półtora. Mama dała się przekonać. Założyła u babci wodociąg i centralne (przedtem kran na dworze i piec w każdym pokoju). Utrzymywała nas sama (pensja + alimenty).

Nigdy nie dostawałam kieszonkowego. Bezpośrednio ze szkoły wracałam do domu. Pomagałam w lekcjach rodzeństwu, zmywałam, sprzątałam, ścieliłam łóżka. I słuchałam:

- Ile to można spać, ja już marchewkę opieliłam i maliny, a ta jeszcze leży. Ja nie pojmuję, jak można tyle spać. - sobota, ósma rano.

- Rany boskie, ty się jeszcze nie przebrałaś? No ile można? - Czerwiec, upał, cały dzień w szkole w dżinsach. Po prostu siedziałam w bieliźnie i odpoczywałam

- Jeszcze się nie wysiedziałaś? Jaśmin byś podlała/drewna przyniosła/wodę z beczki wylała - do mnie po powrocie ze szkoły, lub co gorsza, do mamy po powrocie z pracy (12 h na stołku, sortownia listów)

Nie miałam prawa podnieść głosu na rodzeństwo, nawet zwrócić im uwagi. Ale musiałam wzbudzać w nich szacunek i sprawić, żeby byli mi posłuszni.

Nie miałam żadnych praw. Ot tak, po prostu powiedziano mi, że na śniadanie powinnam najpierw zapracować. To, czy dostanę obiad, zależy od fanaberii babci (mama w pracy). Wytykano mi wszystko, co zjadłam. Np kawałek białego sera był omawiany kilka tygodni. Miałam ochotę, zjadłam na kolację. A babcia myślała, że zrobi mojej siostrze twarożek. Oczywiście utrzymywała mnie mama, babcia tylko podgrzewała ugotowane wcześniej dania.

Wszystko robiłam źle. Rodzinny obiad, jakieś imieniny chyba. Babcia komentuje głośno "tu jest mizeria, ale nie wiem, czy będzie wam smakowała, singri robiła. Chyba siekierą rąbała te ogórki. Patrzcie, czy trocin nie ma". Ciotka, jedyna osoba, która ma odwagę się przeciwstawić "normalnie wygląda". Riposta: No nie widzisz? PORĄBANE SĄ! Nie pokrojone!

Mogłabym tak długo żale wylewać, ale do meritum:

Przeprowadzka miała miejsce w 1999 roku, akurat szłam do liceum. Jeszcze przed moją maturą zaczęły się utyskiwania, jaka ta babcia biedna, nad córką się zlitowała, pod dach przyjęła (przypominam - namawiała!) żadnych korzyści z tego nie ma (dwie darmowe robotnice, centralne, woda, co roku opał na koszt matki), wnuczka pyskuje ciągle (śmiałam twierdzić, że ktoś wprowadził babcię w błąd i nagadał o mnie plotek).

Mama? Na początku próbowała nas godzić. Potem mówiła mi, że mam się dostosować, bo babcia tyle dla nas zrobiła, że do końca życia nogi powinnam jej myć (nazywanie mnie gnojówą i gównem - to główna zasługa wobec mnie). Później dała się przekonać, że to ja jestem zła. Potrafiła mi w oczy powiedzieć, że nie zasługuję na żaden szacunek. Kiedyś wykrzyczała mi "A kim ty niby jesteś, że tak do mnie mówisz? Że nie pozwolisz się bić? A niby czemu mamy cię nie bić?".


Nie wiem, jak udało mi się przez to przejść i nie wylądować w psychiatryku. Chyba dzięki książkom i szkole. Tam nauczyłam się, że jestem człowiekiem. Byłam lubiana, nie jakaś gwiazda, ale nikt nie okazywał mi antypatii. Zawsze chętnie ze mną rozmawiano, co trochę mnie dziwiło. Nie miałam większych problemów z nauką. Maturę zdałam starą na czwórkach (są tacy, co na piątkach zdają - niezawodna babcia).

To dopiero początek wykopalisk, ale historia i tak jest za długa. Jeśli Was nie zanudziłam i chcecie czytać dalej o hipokryzji i stronniczości - dajcie znać.

rodzina ach rodzina...

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 347 (399)
zarchiwizowany

#74557

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dość długo zastanawiałam się, czy dodać tę historię. Na plus świadczy to, że jest niewątpliwie piekielna. Na minus - nie wydarzyła się ani mi, ani moim znajomym. Znam ją z telewizji. Niech piekielni zadecydują.

Bardzo lubię oglądać stare odcinki "Katastrof w przestworzach". Kilka tygodni temu trafiłam na naprawdę wredny przypadek...

Leci sobie samolot z Danii do Szwecji, czy jakoś tak. Nagle silniki zaczynają się krztusić. Pilot zmniejsza ciąg, żeby się uspokoiły (standardowa procedura). Po chwili ciąg zwiększa się sam z siebie, co dobija silniki. Samolot zaczyna spadać. Obaj piloci walczą o życie swoje i pasażerów i wygrywają, mimo że samolot się rozbił, nikt nie zginął.

Dochodzenie wykazuje, że... Piloci mają w zwyczaju lekko zmniejszać ciąg, gdy przelatują w nocy nad miastami. Więc producent zainstalował system, który ma temu zapobiec. Nie poinformował o tym swoich klientów, piloci nic nie wiedzieli o tym "udoskonaleniu".


Krótko mówiąc - piloci są debilami, którzy na pewno rozbiją samolot, jeśli im nie przeszkodzimy.

Kapitan samolotu już nigdy nie wszedł do kokpitu. Nie dziwię mu się...

Odpowiadając na pytania edytuję: Seria 10, odcinek 3. "Zdradzony pilot". Dziękuję Szwa i PiekielnyDiablik.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (115)

#73682

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w firmie, zajmującej się sprzedażą ubrań na allegro. Szefostwo kupuje w hurcie, sprzedają na sztuki na aukcjach z jakąś tam marżą.

Ruch spory, jak mamy do spakowania 150 paczek jednego dnia, to jest to bardzo luźny dzień ;-). Bywa i po 300, zwłaszcza po weekendzie.

Ludzie jak to ludzie - 90% jest OK. Może nawet więcej. Ale jeden czasami trafi się taki, że wyrobi normę piekielności na tydzień do przodu...

1) Pani A zamawia sukienkę, telefonicznie "bo ja nie umie tych allegrów obsługiwać", płatność gotówką przy odbiorze. Przesyłka wraca, odmowa przyjęcia. Firma jest już 30zł w plecy. Ale pani dzwoni, prosi, bo wtedy mama była, bo nie wiedziała, pieniędzy nie miała. Szefowa się ugięła, zwiększyła stosownie kwotę pobrania, wysłała.

Odmowa. Szef dzwoni, spokojnie informuje panią, że jesteśmy teraz 60zł strat i jak ona zamierza nam to zrekompensować. Odpowiedź "i k..a dobrze, żeście stracili...". Za parę dni telefon, czy jej wyślemy jednak.

Ta, osobiście na pocztę lecę...

2) Telefon w poniedziałek rano.

Klientka - Bo ja u was na aukcji kombinezon kupiłam i jeszcze nie mam i żadnej informacji, czy są, czy nie ma, czy koloru nie macie, ja szary chciałam, ale ten większy, żeby za ciasny nie był, chyba nie będzie, prawda? To czemu jeszcze nie wysłane?

Kolega - Nazwisko proszę, albo nick z allegro.

Klientka - Dziubczyńska. Znaczy ja jestem Dziubczyńska Hermenegilda, ale to konto to na córkę, Kownacka, nie zaraz to chyba jeszcze na panieńskie, to jednak Dziubczyńska... A może nie, no nie wiem, pan sprawdzi.

Kolega sprawdza oba nazwiska w akompaniamencie naszych chichotów. Nie, nie włączył na głośne. Nie musiał...

Kolega - Tak, mamy zakup zrobiony w piątek wieczorem. Kombinezon jest dostępny, dziś wysyłamy.

Klientka - Dopiero? Coście tyle czasu robili?!

Kolega - My nie pracujemy w weekendy, proszę pani. Firma działa od poniedziałku do piątku.

Klientka - Tylko żeby to dziś było wysłane! Obiboki!

Bip bip bip...

3) Dzwoni telefon. Po bardzo długiej i problematycznej rozmowie szefowa wychodzi na papierosa. Po powrocie opowiada:

Klientka kupiła sukienkę, wybrała płatność z góry. Nie wpłaciła, termin minął, transakcja trafiła do nieudanych, allegro zwróciło prowizję. Po trzech miesiącach dzwoni klientka, dlaczego jeszcze nie ma sukienki. Otóż pani:

Nie przelała pieniędzy od razu, bo nie miała.
Jak już miała, to zapomniała.
Potem znów nie miała.
Potem przelała ze swojego konta odpowiednią kwotę, w tytule podając "przelew".
Nie podała w tytule przelewu nazwiska, nicku, nic co pozwoliłoby na identyfikację.
Nie napisała maila, nie zadzwoniła, żeby poinformować nas o przelewie.
Pieniądze wisiały na koncie sklepu następny miesiąc.

I w końcu telefon z pretensjami:

Ile to można czekać?! Toż to skandal, gdzie moja sukienka, oddawajcie pieniądze! Chyba widzieliście, że zrobiłam przelew! Trzeba się było domyślić, że to ode mnie i że za sukienkę! Natychmiast wysyłać!

Sukienki zdążyły się w międzyczasie wyprzedać...

CO?!?!?!

Złodzieje! Negatywa wam wystawię! Jak kupowałam to jeszcze były!

Nic nie trafiało. Że mamy kilkadziesiąt (albo i setkę) przelewów codziennie i jak nie ma danych, to nie przypiszemy do zakupu (to się chyba automatycznie przypisuje).

Że jak przelew wpłynął to aukcja była już w archiwum.
Że nie mogliśmy odłożyć tej sukienki, nie wiedząc, czy pani wpłaci.
Że skoro nie podała nawet nazwiska, to nie wiedzieliśmy, komy zwrócić.

Negatywa dostaliśmy i odwzajemniliśmy.

Kocham tę robotę, ale czasami jakbym wzięła siekierę...

ynternety

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 340 (356)
zarchiwizowany

#73490

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Fala na pedalarzy, to i ja:

Moje miasteczko na pierwszy rzut oka jest rajem dla pieszych i rowerzystów. Kierowcy mają gorzej, korki. Drogi dla rowerów są, w większości wyasfaltowane, równe, widoczność pełna. Np do biedronki spokojnie dojadę DDR. I wszystko byłoby ok, gdyby nie ludzka głupota.

1) Jadę "ścieżką", obok mam chodnik. W moją stronę zmierza wesoła grupa młodzieży, idą bądź jadą na rowerach z żółwią prędkością. Środkiem jezdni.

Ja: Zapraszam na ścieżkę, bo nam nowych nie zrobią!
Młodzi: Co? Wal się!

Minęłam ich, zanim wymyśliłam ripostę.

2) Miejscowe targowisko, weszłam, bo mi się truskawek zachciało do pracy kupić. Prowadzę rower, ścisk niemożebny, nagle dzwonek. I gromkie "No z drogi, nie widać, że jadę?"

3) Wracam z pracy, nie spieszę się, a mam ochotę posłuchać muzyki. To prowadzę welocypeda po chodniku, w łapie szmaltfon i wybieram piosenki. Nagle zza moich pleców wyjeżdża babcia, ledwo mnie mija na wąskim chodniku i częstuje spojrzeniem godnym bazyliszka. Nie, nie dzwoniła. Muzyka jeszcze nie była włączona, usłyszałabym.

4) Chodnik szeroki, pusty, ale przede mną dwa przejścia dla pieszych. To znów prowadzę. Stoję, czekam na okazję do przejścia. Zrównał się ze mną pedalarz, zsiadł, czeka. Kierowcy przepuszczają, pedalarz wsiada i jedzie. Zyskał całe półtorej sekundy, a i tak go potem wyprzedziłam.

Naprawdę, nie rozumiem, czemu kierowcy i piesi narzekają na rowerzystów... (ironia off)

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (96)

#72776

(PW) ·
| Do ulubionych
Miejscowe centrum kultury, sobota. Właśnie odbywały się zajęcia z baletu, na które moja córa chętnie uczęszczała.

Wiadomo jak to wygląda - dziecko przebrać, pchnąć na salę i usadzić cztery litery na godzinkę.

Niektórzy jednak nie mają jednego dziecka, tylko dwoje. Albo więcej. Mogłam więc zaobserwować różne postawy rodzicielskie. Pan siadający na podłodze obok synka, żeby rozwiązywać z nim krzyżówki, czy matka czytająca dziecku na głos... Milutkie, prawda?

Ale był też Piekielny Tatuś:

PT wprowadzał córkę na zajęcia i wlepiał nos w telefon. Starszego syna miał w... Znaczy olewał. Chłopiec więc znalazł sobie zajęcie - jazda windą. Góra, dół, góra, dół... Tatuś nic, nawet się za potomkiem nie rozejrzał.

Ktoś delikatnie zasugerował ojcu, że winda to nie zabawka. Nic. Ktoś inny mniej delikatnie przypomniał, że budynek nie jest jego własnością.

"Dziecko wam przeszkadza?"

Yyyyy... Tak?

"Dajcie spokój, niech się pobawi"

OK. Dość tego. Ochrona (O).

O: Czy może pan zwrócić uwagę synowi, żeby zostawił windę w spokoju?
PT: A co to przeszkadza, że się bawi?
O: Winda nie służy do zabawy. Tam jest plac zabaw.
PT: Nie będziesz mi rozkazywał! To jest dziecko i ma prawo się bawić!

Skończyło się na ostrzeżeniu "jak nie przestanie, wzywam policję".

PT udał się do windy, dziecko za kark wziął i trzymał do końca zajęć. Dzieciak się wyrywał, a jakże. Tatuś trzymał. W końcu użył niezawodnego argumentu:

JAK CIĘ PUSZCZĘ, TO ZNOWU PÓJDZIESZ DO WINDY I BĘDĄ SIĘ MNIE CZEPIAĆ!

No straszne.

rodzice od siedmiu boleści

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (328)

#70960

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzie czasami mnie zadziwiają swoim brakiem empatii i podstawowych dobrych manier.

Od kilku dni w szatni przedszkola wisiała kartka "zaginęły spodnie narciarskie, czarne, rozmiar taki. Proszę sprawdzić, czy przypadkiem nie zabrali ich Państwo przez pomyłkę". Na półce obok leżały granatowe spodnie.

Sprawa jasna - ktoś się pomylił. Piekielność żadna, choć nie rozumiem, jak można nie poznać spodni własnego dziecka. Ale może tego dnia odbierała babcia czy ciocia?

Do rzeczy: Wczoraj po południu, gdy odbierałam Natalię, ucieszyłam się, że czarne spodnie leżą na półce, bo wiedziałam, że ta rodzina w weekend wyjeżdża na narty. A potem zobaczyłam, w jakim są stanie.

Najkrócej - upaprane błotem od góry do dołu.

Raczej nie ma mowy, żeby dziecko tak się ubrudziło tego samego dnia - akurat ściął lekki mrozek, więc błota nie było.

Ręce mi opadły.

I uprzedzając komentarze: to, że spodnie nie były moje, nie zmniejsza moim zdaniem piekielności.

przedszkole

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (277)