Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ichigo1221

Zamieszcza historie od: 30 grudnia 2016 - 18:39
Ostatnio: 29 grudnia 2018 - 0:31
  • Historii na głównej: 8 z 9
  • Punktów za historie: 1368
  • Komentarzy: 36
  • Punktów za komentarze: 126
 

#83807

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezdomni - temat rzeka.
Codziennie zdarza mi się dojeżdżać do dużego miasta, dwa razy dziennie bywam więc na dworcu, który zdaje się, upodobali sobie wszyscy okoliczni menele.
Większość z tych historyjek nie jest szczególnie piekielna. Mnie raczej bawią i dlatego zapadły mi w pamięć.

Bezdomniaczek.
Gdy dopiero zaczynałem regularnie jeździć do wspomnianego miasta, na dworcu zaczepił mnie on. Obdarty, szczęśliwie nie śmierdzący, gość z miną wręcz groteskowo smutną. Poinformował mnie, że jest "bezdomniaczkiem", brakło mu pieniążków na jedzonko i ma głodną żonkę i dzieciątko. Nawet mówiąc do niemowlęcia stosuję mniej zdrobnień niż ten pan, ale może taka taktyka żebrania.

Czytelnik.
Zaczepił mnie, gdy czekałem na pociąg z książką w ręku. Skubany zamiast wprost zagadać o wsparcie, chciał się dowiedzieć, cóż to czytam. Zniechęcony zapachem odburknąłem tylko, że fantastykę, na co zostałem zje... pouczony przez bezdomnego, że "teraz to wam się we łbach poprzewracało! Dobre ksionżki sie czyto, nie te fantastyki wszyscy ino". Po chwili krępującego milczenia uznał, że rozmowa jest zagajona i spytał o 2zł na jedzenie.

Podróżni.
Łączy ich jedno - korzystając z ruchu w komunikacji publicznej udają podróżnych, którym brakło do biletu. Czasem zapewne udaje się wyciągnąć niemałą sumkę od nieświadomych, jednak rekordziści potrafią zbierać na powrót do domu miesiącami. Szczególnie pamiętam 2 przypadki - jeden, który zaczepiał mnie 4 dni pod rząd z tym samym, wyuczonym tekstem. Zamknął się, gdy zacząłem recytować razem z nim i bez słowa poszedł dalej. Drugim był typowy żul. Trafił on najwidoczniej na wielkiego altruistę, gdyż spotkałem go w towarzystwie przeciętnie wyglądającego staruszka, który pomagał biedakowi uzbierać "na bilet". Poinformowany, że jego towarzysza widuję na dworcu codziennie, dziadek zdenerwował się i pogonił pijaka.

Lokator.
Na dworcu znajduje się poczekalnia, będąca osobnym pomieszczeniem z ławkami. Ostatnia z nich jest notorycznie okupowana przez śmierdzące, śpiące na niej tobołki. Aby ograniczyć złażenie się żulerii, poczekalnia jest na noc zamykana. Będąc więc na dworcu o 21 byłem świadkiem, jak budzony pijak podniósł się nieprzytomnie, rozejrzał zamglonym wzrokiem i wybełkotał do pierwszej namierzonej osoby "szszy mogłaby pani.... pomóc biednemu szszłowiekowi?"
Panią był wielki, brodaty ochroniarz.

dworzec

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (140)

#83745

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem studentem.
Studiuję od 3 lat i na mojej uczelni regularnie natykam się na piekielności.
Uczelnia ta jest staroświecka i wciąż wymaga od studentów papierowych indeksów. To nic, że na innych lata temu słyszało się w dziekanacie "indeks może pan wziąć jak chce, będzie na pamiątkę". Tutaj warunkiem zaliczenia jest zdanie indeksu. Inaczej w USOSie może sobie wszystko być pozaliczane, ale indeksu brak.

Ostatnio jednak chcieli nadgonić naszą epokę i wprowadzili... e-kolejki do dziekanatu. Pomysł szczytny- student zapisuje się na godzinę i nie czeka w kolejce. Tyle w teorii. System co jakiś czas łapie błędy i niemożliwa jest rejestracja. Ponadto wybierając dziekanat musimy podać kierunek, rok i specjalizację. Dwie ostatnie informacje zupełnie niepotrzebne, bo panie w dziekanacie i tak mają 1 szafę na pokój, w której są wszystkie kierunki z ich zakresu poukładane latami obok siebie. Dodatkowo wszystkie możliwe specjalizacje są w systemie na 1 liście bez opcji wyszukiwania, nieraz więc wchodziłem jako kierunek chemia, specjalizacja- opieka przedszkolna, albo elektroakustyka. Najlepsze jednak jest to, że system pyta nas o powód wizyty i sam daje nam 5,10 lub 15 minut, licząc 5 minut od każdej sprawy z limitem 3 na wizytę. Zdarza się więc, że ktoś na 11.55 wchodzi, po 5 minutach jeszcze siedzi, a gdy ma wejść osoba, która była na 12, jest 12.10 i wchodzi jeszcze kolejna.

Do tego, pomimo rejestracji, działa też stara kolejka. Przypomina to trochę partyzantkę u lekarza (jak ktoś nie przyjdzie na godzinę, to się wciśnie). Szkoda tylko, że te osoby idą swoją własną kolejką, nieraz wchodzą minutę przez czasem kolejnego umówionego studenta i siedzą przez czas jego i jeszcze następnego...
Mnie jednak najbardziej rozwaliła obsługa systemu USOS.

Jestem na dwóch kierunkach, w systemie oficjalnie chodzę na wf, angielski i jeden przedmiot, który sam wybrałem. Wszystkie przedmioty obowiązkowe są niepodpięte i pewnie ktoś nad tym siądzie dopiero, gdy prowadzący nie będą mieli gdzie wpisać ocen. Tak ma wiele osób, nie tylko o mnie zapomnieli.

Ponadto, będąc na 2 kierunkach mogę mieć przepisane powtarzające się zajęcia... pod warunkiem, że nie trwają one na obu kierunkach w tym samym semestrze. Z tego powodu, choć bez żadnych problemów zaliczyli mi ubiegły rok, wciąż na 1 kierunku mam niezaliczony lektorat z angielskiego. Ponieważ miały go oba kierunki, a ja chodziłem tylko na zajęcia jednego. Szkoda, że dla obu były to te same łączone zajęcia, prowadzone jednocześnie dla grup z różnych kierunków w tej samej sali, przez jedną prowadzącą. Aby wypełnić normę, musiałbym więc pisać kolokwia w 2 egzemplarzach, albo najlepiej sam przychodzić w 2 egzemplarzach i siadać z oboma moimi grupami w sali.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (163)

#83015

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/83014# o dzieciach niszczących cudzą własność przypomniała mi moją kuzynkę. Tyle że tu oberwało się nie rzeczom, a zwierzęciu.
Było i dalej jest to dziecko wychowywane bezstresowo.
W domu zwierząt nie ma - kiedyś jedynie był wielki pies, który, gdy dziecko mu dokuczało, był dość silny, aby się obronić i przewrócić bachora pchającego mu palce do oczu.

Kilka lat temu rodzina z tą kuzynką była u mnie na grillu.
Małą zachwycił królik miniaturka, który kicał sobie po podwórku. Pogłaskać się nie dawał, ale wieczorem był łapany i zanoszony do domu, bo sąsiedzi mieli wylęgarnię kotów, a naszego psa na noc zamykaliśmy w kojcu, żeby nie budził szczekaniem.

Niedługo po złapaniu królika wchodzę do swojego pokoju i widzę taką scenę: Kuzynka klęczy przy klatce z rękami wewnątrz. Jedną ręką trzyma zwierzątko za łebek i powoli mu go ukręca. Odciągnięta od klatki w płacz i woła mamę. Tłumaczyła się, że bawiła się z króliczkiem, bo jak mu przekręca główkę, to on się turla! Do dziś mnie nosi, jak sobie przypomnę to tłumaczenie.

Zwierzę, któremu próbowała skręcić kark, przewraca się na plecy, bo ukręcana główka zaczyna je boleć, a przy dalszym kręceniu, turla się dalej i znów wstaje. Co za zabawa!

Wujostwo jedynie wzruszyło ramionami, że przecież dziecko tylko się bawi. A w ogóle, to jeśli coś jej zrobiłem... (szarpnąłem bachora za rękę, gdy nie chciał odkleić się od klatki). Uprzedziłem wuja, że jeszcze raz zobaczę ją w moim pokoju, a do obolałej łapy dołączy obita miednica, gdy wykopię bachora z domu. Obrazili się, ale za dobrze im się siedziało, więc wrócili do rozmowy z rodzicami, mimo iż ci wyraźnie mieli ich już dość. Młode, niepilnowane, poszło szukać łatwiejszej zdobyczy, zwłaszcza gdy przechodząc obok pokoju złowiło moje spojrzenie. Reszta wieczoru upłynęła na natrętnym ponawianiu przez nich tematu "niewychowanej młodzieży" i pilnowaniu małego pasożyta, który próbował dobrać się do samicy owczarka niemieckiego sąsiadów... i jej szczeniaków, do których ledwie pozwalała zbliżać się właścicielom.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (231)

#82904

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiem, że ta historia zostanie na zawsze w poczekalni, albo zarchiwizuje się z 3/4 pozytywnych ocen, jak to robiły wcześniejsze moje historie, ale i tak dodam.

Kilka miesięcy temu dostałem smsa. Pani Iksińska podała mój numer przy okazji zakładania konta w banku i dostałem od nich powiadomienie, że jest debet na złotówkę z groszami. Przez następne tygodnie co jakiś czas dostawałem raporty z rozwoju długu do zawrotnego 2,50zł. Nic z tym nie robiłem, bo smsy nie były częste, a kwota mała.

Potem jednak, z jakiegoś powodu, długi gwałtownie się powiększyły. z tego, co zdradzili mi (osobie postronnej!) pracownicy banku, to zrozumiałem, że Iksińska wzięła kredyt. Pracownicy... jak już wspomniałem poza smsami zaczęły się rozmowy z pracownikami, a więc telefony.
Najpierw zgłosiła się do mnie firma ściągająca zadłużenie. Po otrzymaniu smsa z informacją, że przejmują sprawę, odpisałem, że podany numer telefonu to pomyłka.
Potem dostałem kolejny sms i telefon od windykatorów. Wytłumaczyłem im, że nie znam Pani Iksińskiej i mój numer podany jest przez pomyłkę.

O dziwo wystarczyło - więcej nie sprawiali problemów.

Po pewnym czasie za to odezwał się sam bank. Tu tłumaczenia, że Pani Iksińskiej nie znam i to na pewno nie jej numer skutkowały czasowo. Po kilku-kilkunastu dniach nowy telefon z banku. Zdarzało się zwykłe pytania, czy to Pani Iksińska, po zaprzeczeniu grzecznie się rozłączano. Raz nawet uradowany pracownik banku zaczął od "Dzień dobry Pani Iksińska! Z tej strony XXX YYY z Idea Banku, dzwonię, bo mam pomysł na poradzenie sobie z zadłużeniem na Pani koncie!" Zanim dał mi dojść do głosu, przedstawił połowę oferty kredytu konsolidacyjnego.

Jednak problem się zaczął, gdy do długu dołączyła się jakaś trzecia instytucja (inna firma windykacyjna?). Oni już pierwszego dnia zadzwonili 2 razy. Po pierwszym wytłumaczeniu, że jej nie znam i zasypaniu masą pytań (bo pewnie ją znam, ale nie wiem, że ona to ona), drugi raz upewniali się od nowa. Po dwóch dniach przerwy, gdy zaprzeczałem, żegnali mnie słowami "proszę w takim razie przekazać Pani Iksińskiej..."

Niedawno z kolei zadzwonili znowu. Gdy zaprzeczyłem, jakobym ją znał, facet po 2 stronie powiedział, żebym przestał sobie robić jaja, bo to, że telefon odbiera ktoś inny nic jej nie da. Rozłączyłem się, nie słuchając dalszej części monologu. Niedawno dzwonili po raz kolejny. Połączenie odrzuciłem i czekam na ciąg dalszy. Jeśli nie przestaną, powiem, że zgłoszę nękanie, a jeśli i to wyśmieją, rzeczywiście ich zgłoszę, bo gadki w stylu "dobra dobra, proszę dać Iksińską" wkurzyły mnie dostatecznie.

Ps. nie mogę ich zablokować, bo dzwonią z różnych numerów.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (192)

#82689

(PW) ·
| Do ulubionych
O fanatykach religijnych.

Czekając na nadjechanie mojego pociągu, siadłem sobie dzisiaj, razem ze swoją dziewczyną, na ławce w dworcowej poczekalni. Oprócz nas siedział tam jeden młody chłopak.

Po chwili zauważyłem, że na każdej ławce leżała kartka zapisana od góry do dołu tekstem, zawierającym wiele pogrubionych i podkreślonych fragmentów.

Gdy wziąłem jedną z tych kartek, okazało się, że jest to służąca chyba tylko szerzeniu nienawiści litania na temat "dlaczego osoby homoseksualne są dziećmi szatana". Pełna była cytatów z Biblii, mających rzekomo udowadniać, że są oni z natury zdeprawowani i robią to, co robią (w domyśle chyba gwałcą wszystko, co ma płeć zgodną z ich własną), bo są zaślepieni złem, a są zaślepieni złem, bo robią to, co robią.

Większość tych tekstów, co ciekawe, była w stylu "a oczy ich są ślepe na dzieła Pana, bo grzeszą”, czyli można by podpiąć pod cokolwiek, bo tylko 1 fragment wprost mówił, że o "sodomitów" w nim chodzi.

Całość podpisana "chrześcijanie".

Kartkę zgniotłem i wyrzuciłem do kosza, na co przyglądający mi się typek obecny przed nami podszedł do mnie, awanturując się, że "sprzyjam gejostwu, pozwalam na szerzenie się bluźnierstwa i pewnie sam jestem jednym z nich, że tak się boję słów prawdy".

Na jego nieszczęście miałem dziewczynę u boku, więc trzy kolejne osoby, które przyszły po nas nie miały zbyt długiego widowiska, jako że krzykaczowi brakło argumentów.

Jednym z przybyłych był ksiądz.

Wziął pierwszą z brzegu kartkę, przeczytał w milczeniu, zgniótł w kulkę i dał "chrześcijaninowi" ze słowami "a teraz pozbierasz pozostałe i wszystko wyrzucisz".

Kartki o pedofilach w Kościele prawdopodobnie już w druku.

komunikacja_miejska

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (228)
zarchiwizowany
Historia przeredagowana i wrzucona ponownie zamiast starej, gdyż, sądząc po komentarzach, większość czytających skupiała się na nic nieznaczącym wątku pobocznym. ;)

Jechałem sobie dzisiaj rowerem przez park. Park ten, posiada bardzo szerokie ścieżki, gdyż obok znajduje się rynek i dwa razy w tygodniu, zaludnia się on rzeszami spacerowiczów.
Jaki, iż dziś nie było dnia targowego, wokół mnie panowała niemal zupełna pustka. Korzystając z okazji, zatrzymałem się, aby poczytać stojące gdzieniegdzie tablice informacyjne.
Nagle usłyszałem z oddali wrzaski młodego faceta, który, jak się okazało, wydzierał się do mnie. Nawalony w 3 zadki gość był skrajnie oburzony, tym, że "wp********* się do jego parku na rowerze" (gdzie ścieżki, jak zaznaczyłem mają po kilka metrów szerokości, a zagęszczenie ludzi wynosiło wtedy ok. 1 osoby na 50m2, więc choćbym chciał, nie miałem jak przeszkadzać innym)
Upewniwszy się, co sądzi o mojej rodzinie, czapce, podkoszulku i fakcie, że dopiero nauczyłem się czytać, że tak studiuję te tablice(?), wróciłem do czytania tabliczek i olałem wyjca. Po chwili dotarłem do końca, zarówno tablic jak i parku, więc wyjechałem z niego i ruszyłem drogą okrążającą tereny zielone. Ponieważ tu kręciło się już więcej ludzi, nie od razu zauważyłem naprutego obrońcę parków. Poznałem go, gdy rzucając urwami, co przyszły się bić, szarpnął się w moją stronę zamierzając przywalić mi w twarz. Na szczęście kiepsko obliczył trajektorię lotu własnej kończyny i w efekcie uwiesił się na mnie drugą ręką, ciągnąc mnie za rękaw i zmuszając do zatrzymania. Bez zbędnych dyskusji odpowiedziałem na zaczepkę tak, jak on ją przeprowadził, czyli serdecznym sierpowym posadziłem pana, aby sobie odpoczął.
Rozumiem oburzać się, gdy ktoś jeździ rowerem po terenach dla pieszych i przeszkadza w ruchu. Na prawdę rozumiem też nie wiedzieć, gdzie jeździć wolno, a gdzie nie. Nawet zwracanie uwagi, takim językiem, jakim się umie, przeboleję. Ale rzucać się na człowieka na środku ulicy, próbując skrętem całego ciała, dodać sobie pędu, aby przy*********, bo nie uderzyć, go w twarz?
Mam nadzieję, że wybita jedynka i głośny opieprz przechodzących staruszek jako wsparcie duchowe, nauczą gościa pić w domu, bo jak widać, alkohol szkodzi zdrowiu uzębienia.

park

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -11 (17)

#78193

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno miał miejsce ślub mojego krewnego, na którym zjawiłem się wraz z rodziną. Muzyka dobra, jedzenie też, goście dobrze się bawią, młodzi szczęśliwi, aż w pewnym momencie dobiegają mnie odgłosy awantury.

Kłótnia, która miała miejsce na środku sali, a więc jej świadkami byli wszyscy obecni, toczyła się między moim wujem, ojcem pana młodego, a jakimś jego krewnym, z którym na szczęście jestem dużo słabiej spokrewniony.
O co poszło?

Ów krewny, uważający się za wielkiego byznesmena, pokazujący wszem i wobec o ile dokładnie jest lepszy od otaczającego go motłochu, chciał rozwinąć swój biznes. W tym celu potrzebował specjalisty, których akurat kilku było na sali. Węsząc wspaniałą okazję, zagadywał więc tych, o których wiedział, że znają się na pożądanej branży.

Cóż. Nie wnikam, czemu zamiast umówić się z upatrzonymi osobami na spotkanie choćby kilka dni po przyjęciu, postanowił załatwić sprawę w trakcie zabawy, gdy część gości była nietrzeźwa, więc niezdolna do podobnych negocjacji, a wszyscy chcieli po prostu się bawić. Nie mogę jednak pojąć, jak można chodzić przez cały wieczór za panem młodym i truć mu zadek swoimi problemami, niczym dziecko marudzące dopóty, dopóki rodzice zmęczeni nie dadzą mu tego, czego chce. Grzecznych próśb o przełożenie tej rozmowy na później zdawał się nie słyszeć. Powiedziane wprost "Chciałbym się nacieszyć własnym weselem" skwitował prychnięciem, a na bardziej stanowcze protesty odpowiadał krzykiem.

Czy naprawdę niektórzy ludzie mentalnie zatrzymują się na poziomie przedszkola, kiedy to są najważniejszą osobą na świecie, a swoje racje przeforsowują krzykiem i płaczem, czy tylko ja odnoszę wrażenie, że podejście "Jak się nie zgodzisz, to za karę nie dam ci mieć wesela" jest z lekka chore? Na pytanie panny młodej, czy w nocy poślubnej też zamierza im towarzyszyć, urażony wujaszek oddalił się dumnym krokiem w kierunku bliżej nieokreślonym, dzięki czemu przynajmniej pół imprezy upłynęło bez przeszkód.

wesele

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (212)

#76765

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed chwili. Kto był piekielny, oceńcie sami.

Idąc ulicą, poczułem okropny smród. Ktoś ewidentnie zabawiał się w wypalanie gumy/plastiku w ilościach hurtowych, rozsnuwając po całej okolicy smog godny Krakowa.

Niedługo później natknąłem się na scenkę rodzajową: Stary, powoli rozsypujący się domek, w domku otwarte okno, w oknie wrzeszcząca baba i kłęby żółtego dymu. Stojący na ulicy i z uciechą przyglądający się ludzie zdawali się sugerować, że źródłem dymu nie jest pożar. Skąd więc dym w oknie?

Jednym z gapiów był mieszkający w pobliżu znajomy- wyjaśnił mi, że babsko regularnie wypala śmieci w piecu i w poważaniu ma wszystkich, mających nieszczęście znajdować się w promieniu stu metrów od jej domu. Straż miejska, która o dziwo sumiennie stawiała się na wezwania, też przynosiła znikome rezultaty.
Bezpośredni sąsiad babsztyla postanowił więc w końcu wziąć sprawy w swoje ręce i zatkał babie komin (przeszedł z dachu swojego, wyższego domu). Wskazany osobnik stał przy płocie i awanturował się z babą, że nie zamierza odtykać komina, póki ona nie zgasi, a smród się nie rozwieje. Dalszej akcji nie widziałem, ale ciekaw jestem, czy i kto wzywał policję.

wypalanie_śmieci

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (297)

#76516

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałbym napisać tu o piekielnym instruktorze, na którego natknąłem się, zdając na prawo jazdy.
Instruktorem tym był starszy mężczyzna, który, pomimo przyjemnego uosobienia, był źródłem tylu piekielności, że po każdej jeździe z nim, można by pisać na tym portalu nową historię.

Pierwszym, co rzucało się w oczy, było palenie. Palił on non-stop. I nie robił tego bynajmniej siedząc na placu manewrowym, gdy kursant walczył z pachołkami, lecz podczas jazdy(przynajmniej było wtedy lato, więc palił przy otwartym oknie).
Osobiście, choć nie palę, jestem przyzwyczajony do dymu, lecz nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mający problemy z siedzeniem w tym obłoku przez dłuższy czas, mógł prowadzić w takich warunkach. Dodatkowo, dzięki żywej gestykulacji, pan instruktor fundował sobie trzepanie spodni i fotela pasażera z popiołu, na każdym postoju.
Pomaganie kursantowi jest obowiązkiem instruktora. W końcu to on dba, aby początkujący kierowca nie wjechał w 3 samochody i kilka płotów podczas swoich pierwszych jazd. Tyle, że nadmiar pomocy, jak się okazuje, również bywa szkodliwy.

Instruktor ma przed sobą pe*ały hamulca i sprzęgła. Bez problemu może też sięgnąć do kierownicy lub dźwigni zmiany biegów, jeśli zajdzie taka konieczność.
O tym człowieku kursanci żartowali, że gdyby dać mu pedał gazu, jeździłby sam z miejsca pasażera.
Hamulca używał on zawsze razem z kursantem. Nie czekał on do ostatniej chwili, interweniując, jeśli kursant się zagapi, tylko zwyczajnie hamował. A, że hamować zaczynał dość wcześnie, to moja rola zwykle ograniczała się do mocniejszego dociśnięcia pe*ała, który sam opadał mi pod nogą, gdy zbliżałem się do przeszkody.

Biegi- Jak wiadomo ogarnięcie biegów jest jednym z większych wyzwań dla tych, którzy nie znają ich rozkładu. Czasami więc kursanci muszą rzucić okiem na rysunki, żeby nauczyć się, gdzie jest co.
Ewentualnie podczas kursu można zmieniać biegi za nich! Mając dostęp do sprzęgła i dźwigni, piekielny pan instruktor sam naciskał sprzęgło, zmuszając kursanta do zmiany biegu, bo inaczej ten mógł sobie gazować i zwalniać, aż instruktor sam nie zmieni biegu, jeśli kursant nie zareaguje od razu. Gdy zaś kursant nauczył się już zmieniać biegi w tym tempie, w którym robiłby to ten konkretny instruktor, to i tak ręka instruktora zawsze plątała się gdzieś na dźwigni i przełączali te biegi we dwóch.

Jednak zdecydowanym mistrzostwem, przez które sam omal nie wjechałem pod ciężarówkę, był "System Wspomagania Ruszania".
Polegał on na tym, że ilekroć kursant się zatrzymywał, piekielny pan instruktor wciskał sprzęgło. Czyli wystarczyłoby, żeby kursant używał jedynie gazu, bo sprzęgło i hamulec zarezerwował instruktor? Nie ma tak dobrze!

Gdy raz dorwał się do sprzęgła, ten pan trzymał je wciśnięte do dechy przez chwilę, po czym, czując, że kursant popuszcza pe*ał, sam zdejmował z niego nogę. W efekcie albo ktoś znał wybryki pana instruktora i popuszczał sprzęgło, aby zaraz znów je przydusić i puszczać od nowa, już samemu, albo w połowie puszczania, nagle znikał nacisk z pe*ała. Pe*ał wciskany przez instruktora do dechy był zwalniany, nasza noga już do połowy go puściła, czyli sprzęgło dawno minęło punkt, w którym samochód powoli by ruszył. Jeśli więc ktoś po prostu puszczał sprzęgło, to samochód mógł jedynie albo zgasnąć, bo sprzęgło gwałtownie zwalniano, albo, jeśli kursant nie puścił za bardzo, gdy puszczał instruktor, ruszyć ostro naprzód.

Gdy razem ze mną i instruktorem (jeździło się po 2 osoby, bo dojazd do miasta z Wordem zajmował 30 min w 1 stronę) jeździła pewna dziewczyna, która miała niedługo zdawać egzamin, samochód przy ruszaniu pod zwykłymi światłami zgasł jej około 10 razy pod rząd! Tylko dlatego, że próbowała ruszyć normalnie i nie jeździła jeszcze z panem piekielnym.

Ja sam niemal wjechałem pod ciężarówkę, gdy instruktor powiedział, żebym ruszył, skręcając w lewo, a potem zgasił mi samochód swoją sztuczką ze sprzęgłem. Gdybym szybko nie odpalił, to jadący z przeciwka tir prawdopodobnie nie wyhamowałby do końca.

szkoła_jazdy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (136)

1