Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Leme

Zamieszcza historie od: 24 kwietnia 2012 - 16:22
Ostatnio: 17 października 2021 - 22:34
O sobie:

Jestem uzależniona od czekolady, butów na obcasie i dobrych książek, jeśli chcesz pogadać to zapraszam :)

  • Historii na głównej: 19 z 24
  • Punktów za historie: 8367
  • Komentarzy: 387
  • Punktów za komentarze: 1306
 

#88582

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę miesięcy temu wynajęłam mieszkanie - kawalerkę. Nieco ponad planowanym budżetem, ale ładna lokalizacja, mieszkanie fajne, no i dodatkowo zarządza nim firma, co oznacza, że w razie problemów, awarii itd. dzwoni się nie do właściciela, tylko do biura. Fajnie, bo właściciel jest osobą prywatną, wiadomo, że nie zawsze ma czas, a w biurze teoretycznie cały czas ktoś powinien być - a przynajmniej taką informację dostałam. 

Umowa podpisana, wszystko klepnięte, do tego momentu super - na komunikację z agentką nieruchomości nie mogę narzekać. Pierwszą awarię w mieszkaniu zgłaszałam dość szybko, ale wtedy nie było to bardzo pilne, więc nie przeszkadzało mi, że procesowanie mojego zgłoszenia zajęło tydzień, a umówienie fachowca kolejne kilka dni. Wreszcie pan przyszedł, naprawił, wszystko ok. Do tego momentu w porządku. 

Jakieś trzy tygodnie temu zauważyłam, że woda spod prysznica schodzi bardzo wolno - brodzik po kilkuminutowym prysznicu prawie się przepełniał, oczyszczenie odpływu z włosów nie pomogło, no więc ok - dzwonię zgłosić problem. Przez parę dni zero odzewu, przypomniałam się, dzięki czemu ktoś z biura wreszcie zajął się sprawą i zgłosił ją do administracji budynku. Pan z administracji zadzwonił dowiedzieć się, co się dzieje, wyjaśnił szczegółowo, że oni odpowiadają za rury od toalety i umywalki, a za prysznic nie, po czym... przysłał "fachowców", którzy na wejściu powiedzieli, że oni się prysznicem nie zajmą, przecież to nie ich odpowiedzialność, oni tylko od toalety i umywalki.

Tu już mnie trochę szlag trafił, ale negocjuję, bo przecież pan z administracji ich przysłał, wiedział na czym polega problem, może jednak coś im się uda naprawić? Pomarudzili, poprzeklinali na administrację, ale spróbowali odetkać jakoś swoją metodą, po dwóch minutach stwierdzili, że działa i oni już sobie idą. Woda faktycznie schodziła lepiej, dało się korzystać z prysznica, więc stwierdziłam, że ok, może to była pierdoła, naprawione więc temat z głowy. 

Mijają jakieś dwa czy trzy tygodnie i niespodzianka - woda znowu nie schodzi. Problem odkryłam we wtorek wieczorem, w środę rano zadzwoniłam ze zgłoszeniem. Ok, mam potwierdzenie, że zgłoszenie poszło. W czwartek dzwonię znowu, bo temat pilny, nie uśmiecha mi się myć w miednicy przez tydzień jak oni sobie będą procesować zgłoszenie. Pan odebrał, poinformował mnie, że on mojego zgłoszenia nie widzi, ale sprawdzi. No ok, zaciskam zęby i zostawiam temat. W piątek dzwonię znowu, bo już miałam wizję, że zaraz wszyscy wyjdą wcześnie do domu, a ja na weekend zostanę z niedziałającą łazienką. Nie da się dodzwonić, numer nie odpowiada, prawdopodobnie ktoś odrzuca połączenie. Świetnie... W międzyczasie zatyka się też toaleta, więc w łazience to ja sobie mogę co najwyżej umyć ręce albo zatańczyć kankana.

Dzwonię ponownie, wreszcie ktoś odbiera. Pan pamięta o moim zgłoszeniu, ale musi zadzwonić do właściciela skoro to nie administracja za to odpowiada (czemu nie zrobił tego wcześniej?). Oddzwoni do mnie za kwadrans. Dwie godziny później dzwonię ponownie - tak, pan pamięta, właściciel miał zadzwonić do administracji, zaraz będzie oddzwaniał. Mijają kolejne dwie godziny, mnie już szlag trafia, bo zbliża się weekend, a temat leży, dzwonię jeszcze raz. Tym razem udało się wreszcie załatwić hydraulika - nawet dwóch, pierwszy po opisie sytuacji stwierdził, że się nie wyrobi dzisiaj i żeby ściągnąć kogoś innego. Drugi na szczęście miał czas, dopytał o szczegóły, przyjechał i sytuację ogarnął, jeszcze bardzo miło sobie porozmawialiśmy. Łazienka działa, hallelujah. 

Ale... jeszcze wisienka na torcie. W rozmowie z hydraulikiem okazało się, że problemem był zatkany pion - czyli coś czym powinna się od początku zająć administracja. Panowie "hydraulicy" wtedy nawet do rury nie zajrzeli (a ja nie wiedziałam, że da się to tak sprawdzić, więc nie protestowałam), podumali dwie minuty, podpis zebrali (podpisałam, bo teoretycznie było lepiej) i poszli. Mój miły hydraulik porobił zdjęcia z zamiarem wysłania ich do administracji (i oby to zrobił). A mi zostało posprzątanie łazienki i modlenie się, żeby następne wynajmowane przeze mnie mieszkanie ogarniał jednak sam właściciel. 

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (130)

#87539

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia reksai o przeżyciach z alergiami przypomniała mi moją. Tak się składa, że mam dość podobny zestaw alergii - orzechy, mak, sezam, do tego parę innych. W większości przypadków na szczęście nie mam bardzo mocnych reakcji alergicznych (tzn. nie zaczynam się dusić, nie mam wstrząsu), ale tak czy inaczej cała rodzina jest wyczulona. To tak słowem wstępu.

Lata temu, za czasów podstawówki, miałam zwyczaj jeżdżenia co wakacje na wyjazd z dziadkami. Mieszkaliśmy u znajomego dziadków, ale nie prowadził on kuchni, więc obiady zwykle jadaliśmy w knajpach. A ponieważ do słodyczy mam niestety słabość, to po znalezieniu w menu naleśników z "czekodżemem" oznajmiłam od razu, że chcę właśnie to. No i ok, ale najpierw babcia poszła wypytać, co dokładnie w tym daniu jest, zaznaczając wyraźnie, że mam alergię, więc potrzebujemy informacji, czy w czekodżemie nie ma orzechów/maku/sezamu. Pani z obsługi była bardzo miła i chętnie wyjaśniła, że absolutnie, w potrawie nie ma orzechów, nic takiego. No to super, zamawiamy.

Żarcie przybywa, ja przeszczęśliwa zabieram się za naleśniki... No i już wiem, że gdzieś w kremie są orzechy. Reakcje mam natychmiastową, tzn. na początku nie bardzo silną, ale od razu wiem, że zjadłam coś uczulającego. Babcia z mordem w oczach idzie do obsługi zapytać, co w tym cholerstwie jest (rodzaj orzechów ma znaczenie, nie na wszystkie reaguję tak samo). A pani z rozbrajającą szczerością zapewnia, że przecież w tym nie ma orzechów, tylko Nutella...

Bardzo podziwiam opanowanie mojej babci, której udało się przetransportować mnie do domu bez urządzenia awantury. Przeżyłam, ale stres był. A wystarczyło sprawdzić, czy faktycznie w ich daniu nie ma alergenów... Zwłaszcza, że akurat w Nutelli orzechy są jednym z podstawowych składników, łatwo skojarzyć. Także serdecznie pozdrawiam panią z obsługi, mam nadzieję, że przy innych gościach bardziej się pilnowała, bo gdyby trafiła na osobę z mocniejszą alergią, to historia mogłaby mieć dużo gorsze zakończenie.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (117)

#86855

(PW) ·
| Do ulubionych
Natrafiłam ostatnio na kilka postów na fb dotyczących tej samej tematyki. Poczytałam, powzdychałam nad głupotą ludzką, a potem zaczęłam czytać komentarze... No i okazało się, że to, co jest dla mnie oczywiste, dla wielu osób podlega dyskusji. Otóż mnożą się artykuły odnośnie kota, który został nielegalnie zakupiony, jest w rękach prywatnych, według wyroku sądowego powinien zostać przekazany do zoo, ale jego właściciel robi z tego szopkę i opowiada, jaki to jest biedny, bo państwo chce zabrać mu zwierzątko domowe.

No i jeszcze mały szczegół: kotek jest dorosłą pumą.

Żyjemy w dobie internetu, z dostępem do książek, opinii ekspertów, z możliwością korzystania z własnej wiedzy na temat dużych kotów. Mimo tego wciąż podnoszą się głosy, że puma powinna zostać z właścicielem. Dziki kot, który co prawda wychowywał się z człowiekiem, ale wciąż jest pumą, wciąż ma instynkt, pazury i masę przewyższającą niejednego dorosłego człowieka.

Może nie wszyscy rozumieją różnicę między udomowieniem, a oswojeniem, więc wyjaśnię: udomowione zwierzęta żyją z człowiekiem od wieków czy wręcz tysiącleci, a więc są przyzwyczajone do traktowania go jako członka stada, ew. jako pewien dodatek, łatwo je przyzwyczajać do ludzi, można je szkolić i trzymać w domu. Zwierzęciem udomowionym jest na przykład pies - jeśli takiego odpowiednio wychować, to raczej nie będzie niebezpieczny dla człowieka. Są wyjątki, jasne, ale zwykle wypadki są winą człowieka (który np. wziął trudnego do ułożenia psa i olał szkolenie go). A co z pumą? Otóż puma, jak inne dzikie zwierzęta, może być oswojona – była wychowywana z człowiekiem, a więc jest do niego przyzwyczajona. To nie oznacza, że straciła naturalne instynkty albo że nagle potrzebuje tego człowieka do szczęścia. Co więcej, trzymanie takich zwierząt w domu jest po prostu ogromnym ryzykiem – ataki zwierząt udomowionych zdarzają się, ale są rzadkością, natomiast kupowanie dzikich kotów „na kanapę” stało się ostatnimi czasy plagą, która zaowocowała ogromną liczbą wypadków.

W Polsce nie jest to jeszcze aż takie popularne, zwłaszcza że prawnie nie można tego robić, ale w innych krajach wiele osób kupuje sobie urocze lwy czy tygryski do własnego ogrodu, z których spora część w pewnym momencie przypomina sobie o swojej naturze i zaczyna być zagrożeniem, czasem wręcz zabija ludzi, którym wydaje się, że to taka miła maskotka. Pierwszy lepszy przykład: w zeszłym roku w Czechach nielegalny hodowca lwów został zagryziony przez własne zwierzątko w jego zagrodzie. W jednym z postów na fb ktoś opisywał inny przypadek, kiedy lwica trzymana w domowej hodowli uciekła i zabiła niewinną dziewczynę. Co więcej – nikt nic nie zrobił i ten sam kot zaatakował ponownie dwa lata później...

Jest wiele argumentów w tej sprawie, ale jeśli chodzi o argument „bo oni tak żyją od lat i wszystko jest świetnie”, to jest on po prostu durny. Faceta mi nie szkoda, kupił nielegalnie zwierzę żeby na nim zarabiać, a teraz ucieka przed wyrokiem sądowym. Puma nie jest udomowiona, a więc raczej się nie przyzwyczaiła i prawdopodobnie lepiej by jej było na wolności, a skoro została pozbawiona takiej szansy, to w zoo czy rezerwacie, gdzie nie stanowiłaby też zagrożenia. Do człowieka przywiązują się psy czy konie, nie dzikie koty.

Są też kontrowersje dotyczące ogrodu zoologicznego, który miał przejąć pumę – nie chcę w to wchodzić, nie znam aż tak sytuacji. To samo tyczy się tego, czy kot ma dobre warunki – wiele źródeł wskazuje, że nie, bo prezentowany przez właściciela i jego fanów wybieg jest niezamieszkany od lat, odkąd kot został wpakowany do klatki i wywieziony, żeby nie znalazła go policja. Ale jeśli chodzi o sam fakt, że dziki kot mieszka u prywatnej osoby, która nie jest ekspertem i jeszcze upiera się, że puma nie jest dla nikogo zagrożeniem, jest dla mnie mega piekielny.

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (175)

#86792

(PW) ·
| Do ulubionych
Historii o sąsiadach było już mnóstwo, ale pożalę się jeszcze ja, może ktoś doradzi, co z tym można zrobić, bo wszystkim już puszczają nerwy.

Parę lat temu moi rodzice wybudowali sobie dom pod Krakowem. Z sąsiadami z jednej strony były problemy od początku (próbowali m.in. uniemożliwić budowę), ale w erze dbania o ekologię jestem w ciężkim szoku, że wciąż można odwalać takie rzeczy.

Otóż pan sąsiad jest bardzo biedny (zaledwie dwa samochody na podjeździe jego sporego domu) i nie stać go na opał, więc żeby ogrzać dom (zimą) i wodę (cały rok) pali czym popadnie. Oczywiście śmieciami (jakoś dziwnym trafem jego worki z recyclingiem są zawsze maleńkie, chociaż mają większą rodzinę od mojej, a śmieci zabiera się u nas od wszystkich równie często). Jak skończą się śmieci, to pan zwozi sobie rzeczy, które można spalić - na przykład stare palety czy meble ze sklejki, które potem rąbie na kawałki we własnym ogródku i wrzuca do pieca. Jeszcze zimą pół biedy, bo i tak nie otwiera się okien zbyt często, ale latem nie dało się wysiedzieć.

Oczywiście rozmowy guzik dają, a jak tata poszedł do sąsiada z wydrukiem ustawy to pan był bardzo zdziwiony, że w Małopolsce coś takiego obowiązuje, uważał że tylko Kraków ma takie przepisy. Za to córeczka pana zwyzywała moich rodziców od konfidentów (i nie tylko), bo w pewnym momencie po prostu zadzwonili na policję i zgłosili palenie śmieciami. Nie żeby to coś dało, policjanci tylko przyjechali, poklepali pana po plecach, powiedzieli kto go podkablował i pojechali. Moja mama próbowała ich też zgłaszać do jakiejś eko - interwencji oraz bezpośrednio do gminy, rezultatu zero. Nikt tego nie kontroluje.

Z ciekawostek mogę też dodać, że nad naszym ogrodem wiszą gałęzie wielkiego drzewa rosnącego u sąsiadów i z tym też nie da się nic zrobić, bo jest za wysoko, żeby dało się to uciąć. Z ich ogrodu co roku lecą to nas tony liści, których u nich nikt nie sprząta, bo po co, jak wiatr je zepchnie do nas. A parę dni temu na ich działce pojawiła się sadzonka dębu umiejscowiona jakieś 30 - 40 cm od płotu. Na razie drzewo jest malutkie, ale jak urośnie to będzie do połowy wystawać na naszą działkę.

No i co z takimi można zrobić bez naruszenia prawa? Problem smrodu trochę się zmniejszył, rodzice chyba ich nastraszyli, ale wczoraj do sąsiadów ktoś przywiózł ogromną ilość desek (było słychać jak tym rzucają) i wieczorem śmierdziało znowu, za to dzisiaj przyjechało coś, co zdaniem mojej mamy wygląda na podkłady kolejowe, sąsiad właśnie je z synem przenosi... Pokojowe metody nic nie dają, policja ma gdzieś, gmina nie reaguje, a wszyscy dookoła wdychają ten syf. Nikt się nie chce wdawać z nimi w wojnę, no ale ile można?

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (156)

#84711

(PW) ·
| Do ulubionych
Mijałam wczoraj młodego chłopaka, nastolatka, ćwiczącego sztuczki na rowerze (ew. starającego się popisać, interpretacja dowolna). Konkretnie jechał on na tylnym kole roweru, przednie unosząc jak najbardziej do góry. No i nawet fajnie, sport to zdrowie. Gdzie jest haczyk?

Za miejsce odpowiednie do takich ćwiczeń chłopak wybrał sobie mocno ruchliwą drogę wylotową z Krakowa w kierunku Warszawy. Samochody osobowe, tiry, busy i w tym wszystkim on. Oczywiście bez kasku...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#84173

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeśli szukacie ciekawych ludzi, serdecznie polecam komunikację miejską. Dzisiaj miałam okazję być świadkiem zabiegu obcinania paznokci wykonywanym przez starszego pana siedzącego w dość wypełnionym autobusie. Nie wyglądał on ani na bezdomnego, ani na skrępowanego sytuacją.

Serio, ludzie...?

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (101)

#83637

(PW) ·
| Do ulubionych
Szanujmy niepełnosprawnych? Jestem za. Ale szacunek działa w dwie strony.

Jechałam dzisiaj na zajęcia, pechowo w czasie największego ruchu. Autobus zatłoczony do granic możliwości, ale wsiadłam, stanęłam blisko drzwi i jadę.

Na następnym przystanku zrobiło się zamieszanie - wśród wsiadających znalazła się pani na wózku, krzycząca głośno, żeby się przesunąć, bo nie może wjechać. Ludzie ściskają się jeszcze bardziej i przesuwają w głąb autobusu, trochę miejsca udało się zrobić. Kierowca otworzył platformę ułatwiającą wjazd, pani wpakowała się do środka i jedzie jak najgłębiej (miejsce dla wózków było zajęte, ale najwidoczniej chciała znaleźć wygodniejsze miejsce niż środek tłumu, co jest zrozumiałe). No i w tym miejscu napotkała mnie, bo stałam mniej więcej z brzegu.

Konkretniej napotkała moją stopę, wjeżdżając w nią wózkiem. Żeby to jeszcze był przypadek, ale nie. Pani zatrzymała się na moim bucie i krzyczy dalej, żeby się przesunąć, a że akurat byłam pod ręką, to w moją stronę zaczęła wyrażać pretensje, że się nie ruszam. Wszędzie dookoła mnie ludzie, tłum jeszcze się przesuwa, więc miejsca powoli przybywa, ale akurat byłam na tyle otoczona, że naprawdę nie było jak się ruszyć. No ale jak to się nie przesuwam, na pewno chcę, żebyśmy tak stali do końca świata. Na informację, że od krzyczenia na ludzi nie przybywa miejsca, pani oznajmiła, że "jak mi przejedzie po nogach to dopiero będę krzyczeć". Teraz trochę żałuję, że jej czegoś nie odpowiedziałam, ale wiadomo, że najlepsze riposty przychodzą po czasie.

No i ja rozumiem frustrację, problemy z poruszaniem się, konieczność walczenia o swoje. Ale w sytuacji, w której wszyscy starają się pomóc, takie chamstwo uderza szczególnie, bo nie dość, że nie jest niczym umotywowane, to jeszcze ni chu chu nie zmienia praw fizyki.

Pozdrawiam wszystkich normalnych.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (159)

#83385

(PW) ·
| Do ulubionych
Osoby, które szukały kiedyś pracy jako służba informacyjna, pewnie prędzej czy później natknęły się na firmę z siedzibą w Poznaniu, ale działającą też w innych miastach. Zasada jest prosta: robisz u nich kurs członka służb informacyjnych lub przesyłasz im papierek z potwierdzeniem, że kurs już zaliczyłeś, następnie podpisujesz umowę i zaczynają do ciebie spływać zlecenia, na które możesz się zapisać. W teorii super, można sobie dorobić w dowolnym momencie, nie trzeba mieć z góry ustalonego grafiku, nic tylko brać i korzystać. W marcu filia krakowska rekrutowała nowych pracowników, a ponieważ wspomniany kurs już mam, zdecydowałam się na przyjść na spotkanie informacyjne i zorientować się chociaż, jak to dokładnie działa.

Do tego momentu super. Spotkanie całkiem fajne, warunki jasne, bomba. Ustaliłam z prowadzącym, że wystarczy do nich wysłać maila z potwierdzeniem ukończenia kursu i poprosić o umowę, następnie ją podpisać i odesłać, a oni wpiszą mnie na listę. Skan zrobiony, mail wysłany... I tyle. Żadnego kontaktu z ich strony. Telefon do biura rekrutacyjnego jest, ale nikt nie odbiera. Znudziła mi się ta zabawa i olałam, odwidziało im się i trudno.

Zdążyłam już o firmie zapomnieć, ale okazuje się, że jednak mój mail gdzieś im w systemie figurował, bo w sierpniu odezwali się z ofertą współpracy. Dokładnie mówiąc: dostałam maila z informacją o nadchodzącym zleceniu. Takie zmiany, taka stawka, taki strój obowiązkowy, zapraszamy. A jak ktoś nie ma podpisanej umowy, to proszę pisać na maila, wyślemy. No dobra, w sumie co mi szkodzi - napisałam. Liczyłam, że za drugim razem tą umowę dostanę. Jak łatwo zgadnąć - nope.

Telefon w biurze rekrutacyjnym nie odpowiada, telefon w biurze głównym informuje mnie, że muszę zadzwonić w godzinach pracy i że pracują do 16 (była 14). Aha.

Całe szczęście nie zależało mi jakoś bardzo na tej pracy, ale jak ktoś na poważnie jej potrzebuje, to polecam szukanie gdzie indziej. Chyba, że macie za niskie ciśnienie ;)

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (83)

#79674

(PW) ·
| Do ulubionych
Umówiłam się wczoraj na spotkanie w centrum miasta i w czasie podróży komunikacją miejską dotarło do mnie po raz kolejny, że ludzie nie myślą. Wiem, że to żadna nowość, ale jak ktoś jest dorosły i ma dzieci, to jednak można by oczekiwać chociaż minimalnych oznak posiadania mózgu. Prawda...?

Po tramwaju, którym jechałam, chodziła sobie spokojnie dziewczynka w wieku na oko dwóch lat. Nikomu nie przeszkadzała, po prostu chodziła po pojeździe, a w końcu stanęła sobie tuż nad schodami (tramwaj starszego typu), trzymając się poręczy po obu stronach i kiwając się na boki. Rodzice stali kawałek dalej, rzucali okiem, ale przede wszystkim zajmowali się rozmową. No i teraz wyobraźcie sobie, że tramwaj ostro zahamuje. Czy tylko dla mnie jest oczywiste, że dwulatka nie utrzyma się na nogach i poleci na głowę, w dodatku idealnie na schody?

Drugą taką sytuację miałam w drodze powrotnej, tym razem dzieciak w podobnym wieku stał na fotelu (pierwszym w rzędzie, więc z pustą przestrzenią przed nim). Był z mamą, która siedziała obok, ale daję głowę, że w razie hamowania nie zdążyłaby się odwrócić i złapać potomka. Po raz kolejny wystarczyłoby parę sekund, a dziecko w najlepszym razie nabiłoby sobie solidnego guza.

Ludzie, serio, myślenie nie boli...

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (110)

#78721

(PW) ·
| Do ulubionych
Wysypały się ostatnio historie o taksówkarzach, to dorzucę swoje doświadczenie.

Krótko, bo wiele go nie ma. Taksówkami nie jeżdżę wiele - parę lat temu mi się kilka razy zdarzyło po imprezach, a ostatnio tylko na dworzec i z powrotem. W sumie może kilkanaście kursów w życiu i na większość nie mogę narzekać.

No ale nie może być zbyt różowo.

Sytuacja pierwsza: wracałam z imprezy, ale w trzeźwym stanie, byłam jeszcze niepełnoletnia. Kierowca zażądał dwa razy więcej niż powinien - moja głupota, że nie spytałam na początku kursu, ile wyjdzie, a przy płaceniu nie bardzo miałam ochotę się kłócić, bo afera z postawnym facetem w ciemnej uliczce nie wydawała mi się kusząca. Zapłaciłam, paragonu oczywiście brak.

Sytuacja druga, już inna korporacja: jechałam z dworca (i podejrzewam, że miało to znaczenie), ale tym razem spytałam na wstępie, ile mnie mniej więcej ten kurs wyniesie. Pan "nie był pewien", ale "coś koło 40 zł". Po uprzejmej informacji, że zawsze płacę dwadzieścia kilka złotych i tym razem też tyle zapłacę, pan jednak zmieścił się w kwocie 25 zł. Da się. Dobrze, że tym razem miałam faceta obok (poznanego na Piekielnych tak swoją drogą ;) ) i trochę więcej rozumu.

Reszta taksówkarzy okazała się bardzo w porządku, ale jednak planuję wreszcie wypróbować Ubera.

taxi

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (214)