Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 29 czerwca 2020 - 13:48
  • Historii na głównej: 99 z 108
  • Punktów za historie: 17222
  • Komentarzy: 550
  • Punktów za komentarze: 2187
 

#86782

(PW) ·
| Do ulubionych
Tato sprzedał auto.
Dzisiaj odbiera telefon - nowy właściciel chce "dopłaty" lub ZWROTU samochodu, bo sworzeń jest do wymiany.
Przed transakcją byli kilka godzin na stacji diagnostycznej wskazanej przez samego zainteresowanego.
Ojciec sprzedał mu ten samochód prawie 3 lata temu.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (118)

#86685

(PW) ·
| Do ulubionych
O kierowcach już tyle razy było... A co tam!
Jestem kierowcą zarówno auta jak i motocykla. Tego drugiego od prawie 10 lat. Zdaję sobie sprawę, że w obu grupach zawsze znajdą się idioci i nie ma co tutaj polemizować na ten temat.

Ładna dziś pogoda, więc wyciągnęłam moją "pińcetę" z garażu.
Po wypadku kilka lat temu (nie z mojej winy, zresztą opisywałam tutaj; pan wymusił mi pierwszeństwo w bardzo perfidny sposób, czego fizyczne skutki odczuwam po dziś dzień), jeżdżę jeszcze bardziej ostrożnie niż wcześniej. Wzorowym kierowcą nie jestem, ale też żadnego takiego nie znam. W każdym razie w miarę zachowuję dozwoloną prędkość, nie wyprzedzam "na trzeciego", nie nadużywam możliwości, nie siedzę nikomu "na zderzaku" itp. Zarówno autem jak i jednośladem.

Wjeżdżam dziś motocyklem do rodzinnego miasta, przeciwnym pasem jedzie traktor z przyczepą. Nagle zza traktora wyjeżdża samochód (przekracza podwójną ciągłą) i zaczyna jechać moim pasem, centralnie na "czołówę".
Wiecie co mnie uratowało? Zatoczka autobusowa przy przystanku, na którą momentalnie, odruchowo zjechałam.
Jakbym się zatrzymała nawet w miejscu, to pan ze srebrnego Peugeota i tak by we mnie wjechał. Auto, które jechało za mną, musiało się ratować ucieczką do rowu (pan jechał autem 4x4, więc dał radę wyjechać, ale mimo to podeszłam, żeby sprawdzić czy nic mu się nie stało).
Kamer niestety w tej dziurze nie ma, a i ja na kasku nie miałam, chociaż powinnam (dlatego też tutaj jestem piekielna).

Fajni ci kierowcy. Tacy "odpowiedzialni".

kierowcy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (95)

#86432

(PW) ·
| Do ulubionych
Przed chwilą dość długo rozmawiałam z przyjaciółką przez telefon i przy okazji przypomniała mi się parszywa historia z końca stycznia. Zmarł brat naszej wspólnej znajomej. Młody chłopak, ot tragedia.


Jako że za dzieciaka co roku jeździliśmy wspólnie na wszelkie obozy, miłe wspomnienia w głowie zostały; stwierdziłyśmy z przyjaciółką, że pożegnamy kolegę i potowarzyszymy mu w tej ostatniej drodze.

Pogrzeb jak wygląda, każdy wie. Ludzi mnóstwo, bo zmarły był powszechnie znany i lubiany w okolicy.
Wraz z przyjaciółką usiadłyśmy w przedostatniej ławce, na końcu kościoła. Za nami siedziały 3 lub 4 starsze kobiety; nie przyglądałam się im zbytnio, pochłonięta własnymi przemyśleniami. Ciszę rozdzierał szloch matki i sióstr kolegi, serce mi pękało, gdy to słyszałam - rodzice nie powinni chować swoich dzieci, wiadomo.

Rozpoczęło się nabożeństwo, a szlochy kobiety przybrały na sile. I wtem z zamyślenia wyrwał mnie cichy głos jednej ze staruszek, które za nami siedziały (nie wiem dokładnie której i oczywiście słów nie kierowała do nas, tylko zapewne do jednej ze swoich towarzyszek). Do dziś pamiętam te słowa i to, jak się zagotowałam w środku:

"No i na cholerę tak płacze? Prawie nie słychać, co ksiądz mówi, a ja stara i przygłucha! Trzy córki jeszcze ma, to po co tak płakać za starym bykiem?".

Przysięgam, że wzajemnie z przyjaciółką musiałyśmy się trzymać za ręce, żeby nie wywołać skandalu. Przyjaciółka tylko spojrzała na kobietę przez ramię jak na karalucha i zasugerowała, że kobieta powinna zamknąć jadaczkę. Nie sądzę, żeby to był ktoś z rodziny, ale mogę się mylić.

"Stary byk" w tym roku skończyłby 25 lat.

kościół pogrzeb

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (140)

#86066

(PW) ·
| Do ulubionych
Do tej pory sądziłam, że takie historie to tylko w Trudnych Sprawach czy tam innych pierdołach.

Wczoraj odwiedziłam mamę w moim rodzinnym mieście i spotkałam kuzynkę, która chyba wracała z jakichś zakupów. Dajmy jej na imię Kasia.
Przywitałam się jak zawsze, ale widzę, że Kaśka szybko ociera łzy; ogólnie wygląda nie najlepiej. Przyznam, że w pierwszym momencie aż mi serce stanęło, bo może komuś z naszej rodziny coś się stało, a ja nic nie wiem? Od razu zapytałam o co chodzi, bo widzę, że na pewno coś jest na rzeczy.
Długo się wykręcała, że nic, że to głupota, a ostatecznie wybuchnęła płaczem tak jak stała.

Zabrałam Kaśkę na herbatę do domu mojej mamy, zadzwoniłam do wujka, że jest ze mną (dziewczyna 19 lat, ale wiem że wujek by się martwił gdyby długo nie wróciła do domu; zwłaszcza, że mieszkają w nieciekawej okolicy). No i się dowiedziałam od niej powodu owej rozpaczy.

Spotykała się kilka miesięcy z pewnym chłopakiem, powiedzmy Krystianem. Osobiście go nie znam, widziałam ich tylko razem kilka razy na mieście czy tam w sklepie.
Może część z Was pomyśli, że "eee tam, gówniara 19-letnia to tylko pewnie siano w głowie, a w tym wieku związki nie są poważne".
No MOŻE i nie są, chociaż reguły nie ma (sama narzeczonego obecnego poznałam mając 15 lat, związaliśmy się ze sobą 4 lata później). Ale raczej każdy z nas miał chociaż raz złamane serce, przeżył okres "szczenięcej miłości" więc wie co i jak ;)

O co poszło? A o rodziców. Kasia to patologia, nieodpowiednia dla Krystiana.

Krystian pochodzi z domu dość bogatego. Ojciec prawnik i tłumacz pewnego języka, matka nie pracuje, bo nie musi. Starsza siostra na studiach również prawniczych.
Moja kuzynka Kasia pochodzi z przeciętnego domu, tak samo jak ja.
Ciocia (siostra mojej mamy) zmarła młodo, zostawiła wujka z siódemką dzieci. Zawsze chcieli mieć dużą rodzinę, stać ich było na to, oboje pracowali i żyło im się bardzo dobrze. Luksusów nie było, ale biedy też nie.

Moi kuzyni i kuzynki są różni. Część poszła dalej, ukończyła z powodzeniem studia i odnosi sukcesy, a część stwierdziła, że nie nadaje się do dalszej nauki i postawiła na pracę. Część nadal jeszcze chodzi do szkoły podstawowej, ale też bierze udział w przeróżnych zajęciach dodatkowych- taniec, gra na pianinie, kółko matematyczne itp. Wujek cały czas pracuje.

Czy to nie jest prawdziwy obraz patologii?

Kasia należy do tej drugiej "grupy"- woli pracować. Szkołę zawodową skończyła, zrobiła sobie mnóstwo kursów dodatkowych, obecnie pracuje jako kosmetyczka i szkoli się w pewnym innym niezwiązanym z tym kierunku, po którym chce otworzyć własne miniprzedsiębiorstwo. W przyszłym miesiącu przeprowadzi się do własnego mieszkania. Potrafi sama sobie radzić, zajmowała się młodszym rodzeństwem, ma swoje pasje, które chce rozwijać i hobby w postaci zbieraniu części starych samochodów/motocykli.
Myślę, że jak na 19-letnią osobę jest bardzo zaradna i myśli przyszłościowo, co też jest dobre. (Dla dociekliwych- gdy stała się pełnoletnia, dostała swoją część renty po mojej cioci. Kwota nie była zawrotna, bo podzielona na siedem. Zamiast wydać, postanowiła zainwestować w siebie i przyszłość; wujek do niczego jej się nie dokłada, bo przecież Kasia zarabia na siebie i swoje potrzeby).

Po wspólnym obiedzie u Krystiana, chłopak z nią zerwał jeszcze w ten sam dzień, przez SMS. Jako powód podał właśnie to, co powiedzieli mu rodzice - że Kaśka to patologia, bo nie ma mamy, bo ma dużo rodzeństwa i nie ma wykształcenia, a on takiej dziewczyny nie chce.
Spoko, jego prawo.
Ale zastanawia mnie jedno. Wiedział to wszystko od początku ich znajomości (chodzili razem do klasy kilka LAT). Dlaczego w ogóle to zaczynał? Co, nagle po obiedzie u rodziców go oświeciło? Plus to, że jego rodzice i mój wujek się znają chociażby z wywiadówek, na których wujka w większości chwalono za dokonania Kaśki.
A, sam Krystian również na studia się nie wybiera. Też chodził do zawodówki. Obecnie nie robi nic, a rodzice też nie wymagają od niego niczego.

Nienawidzę być wściekła i nic nie móc zrobić. I w sumie cieszę się, że to trwało krótko.

związki

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (194)

#85902

(PW) ·
| Do ulubionych
W miniony weekend zadzwonił do mnie wujek z pewnym pytaniem, na prośbę swojego brata - Marka (którego ostatni raz widziałam jakieś 15 lat temu; z wujkiem widuję się często).

Wuja zapytał, czy nie zgodziłabym się przewieźć syna Marka na motocyklu, coby młody miał frajdę. Nieco zdębiałam i odmówiłam, na co wujek tylko rzucił do słuchawki "dobra, jak chcesz, tobie też już nigdy nie pomogę jak będziesz potrzebowała"*.
Muszę przyznać, że nie znałam go od tej strony, bo zawsze był bardzo sympatycznym człowiekiem.
A teraz powody tego mojego "fatalnego" zachowania i odmowy.

1. Może trudno niektórym z Was w to uwierzyć, ale od świąt leży u mnie śnieg (mieszkam w górach). Nie jakoś dużo, ale jednak. Mój motocykl ani moje umiejętności, nie są przystosowane do takich warunków.
2. Syn Marka ma 2,5 roku. Zresztą, nawet jakby miał 15 czy 17 lat, to i tak bym się nie zgodziła, bo nawet taka głupia przejażdżka na motocyklu z pasażerem, to ogromna odpowiedzialność. No właśnie, ODPOWIEDZIALNOŚĆ - czyli coś, czego Marek najwyraźniej nie zna, bo chęć oddania swojego 2,5 rocznego dziecka, na przejażdżkę motocyklem z obcą osobą jest skrajnym idiotyzmem, o przepisach nie wspominając.

*RAZ w życiu poprosiłam wujka o pomoc. Spóźniłam się na autobus do szkoły, która była oddalona o ponad 30km. Akurat wujek w tej miejscowości do dziś pracuje, więc wtedy zabrał mnie ze sobą jadąc do pracy. Nie musiał z tego powodu robić dodatkowych kilometrów, bo wszystko było po drodze, a poza tym zapłaciłam mu za benzynę.

rodzina rodzice dzieci

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (199)
zarchiwizowany

#85657

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nadal utrzymuję dobre kontakty z kilkoma nauczycielami ze szkoły średniej.
Jedna z nauczycielek poprosiła mnie niedawno, bym wpadła do szkoły i poopowiadała trochę o swoim kierunku, bo akurat ma klasę nastawioną na tego typu studia. Zgodziłam się.
I teraz historia właściwa.

Pojechałam do miasta, w którym chodziłam do LO. Zaparkowałam pod szkołą, otworzyłam drzwi, przeszłam przez "bramki", które nie działały, ominęłam otwartą szatnię i poszłam do odpowiedniej sali.
Już chyba wiecie o co chodzi?

Ja, obca osoba, mogłam sobie bez problemu wejść do szkoły. Wejść i zrobić to, na co żywnie bym miała ochotę, bo wszystko elegancko otwarte, monitoringu niet, żadnego z korytarzy też nikt nie pilnował.

Pamiętam dobrze aferę, która miała miejsce kilka lat temu, jakoś dwa miesiące przed maturą mojego rocznika. Z szatni zaczęły znikać rzeczy na masową skalę, winnego nie było, więc dyrekcja postanowiła zainwestować w zabezpieczenia- drzwi frontowe można było otworzyć tylko za pomocą specjalnej karty, którą miał każdy uczeń, a następnie trzeba było jeszcze przejść przez bramki, które również uruchamiały się za pomocą karty. Pominę już fakt, że oczywiście za karty trzeba było zapłacić, co jak dla nas, czyli klasy maturalnej, było nieco niesprawiedliwe, ponieważ był to już ostatni miesiąc w szkole; zapłaciliśmy jednak dla świętego spokoju. Kradzieże ustały.

Powiem Wam, że jestem szczerze zaskoczona. Wiem, że nie jesteśmy drugimi Stanami, ale u nas przecież też zdarzają się szaleńcy. A nóż-widelec któremuś przyjdzie do głowy, żeby sobie wejść do szkoły i dać upust agresji? A może któryś z uczniów ma na pieńku z kimś i ta osoba przyjdzie, żeby go skrzywdzić? Dwa pobicia i kradzież już były.

Ps. Z ciekawości spytałam absolwentów, którzy również byli kilka razy w odwiedzinach, żeby poopowiadać. Taka sama sytuacja. Nauczycielki też zapytałam. Odpowiedziała, że uczniowie skarżyli się na "korki" do bramek, a dyrekcja stwierdziła, że to faktycznie nie ma sensu.
Tak, wiem, kiedyś nie potrzebna była ochrona w szkole. Jak chodziłam do podstawówki to też nie było kamer itp. Ale czasy się zmieniają. Po drugie nie rozumiem podejścia dyrekcji- moim zdaniem jak już się na coś decyduje i bierze pieniądze od uczniów/rodziców, to albo się przy tym zostaje, albo w ogóle tego się nie proponuje.

Ochrona szkoła

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (34)

#85502

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomej z czasów szkolnych zaginął pies. Mieszka w wiosce obok, ogólnie odległość taka, że człowiek nawet nie zauważa, kiedy z jednej miejscowości pojawia się w drugiej. Ogłoszenie dała dzisiaj o 11 rano na fb. W ogłoszeniu oczywiście wszystko opisane, zdjęcie psiaka wrzucone.
Mój P. zauważył również to ogłoszenie i napisał do znajomej, bowiem niemal identycznego psa widział wczoraj pod wieczór w naszej miejscowości, gdy wracał autem z pracy. Nic dziwnego, bo u nas masa psów niestety biega "samopas". Wczoraj jeszcze nie wiedzieliśmy o tym, że to (prawdopodobnie) pies znajomej, no bo skąd?

Pozwolę sobie na wklejenie odpowiedzi znajomej:
"Aha ale to nie mogłeś go zabrać? I zadzwonić? Nie wiem jakim podłym człowiekiem trzeba być przecież jego może już auto przejechało! Mogłeś chociaż zadzwonić!"

No i to tyle. Logiczne, nie?

PS. Ani ja, ani P. nie mamy nawet numeru do tej dziewczyny, numer kontaktowy podała dopiero w ogłoszeniu.

wieś zwierzęta ludzie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (107)

#85484

(PW) ·
| Do ulubionych
W sobotę odbyły się setne urodziny mojej drugiej prababci.
Był burmistrz, była jakaś telewizja; zawsze powtarzamy, że prababcia pewnie nas wszystkich przeżyje, kobieta w pełni sprawna, wszystko pamięta, aktywna, jedynie lekko głucha. Chciałabym w jej wieku być na takim "chodzie" i tak wyglądać. Mieszkałam między innymi z nią do ósmego roku życia, odwiedzam często.

Głównym bohaterem historii jest mój "wujek". Wujek jest synem mojej prababci, więc zapewne powinnam nazywać go jakoś inaczej - nie znam się, z góry przepraszam, ale dla mnie to od okresu dzieciństwa był wujek.

Podczas jednej z wizyt u rodziny, wujek zapowiedział, że szykuje dla prababci "imprezę-niespodziankę" z okazji setnych urodzin. Zaprosił wiele osób z rodziny (w tym mnie i P.) i bliskich sąsiadów/znajomych, wynajął salę. Pod żadnym pozorem prababci miałam o tym nie wspominać. Zapytałam, czy mogę się jakoś zaangażować - jakkolwiek - zrobić coś do jedzenia/przynieść coś do picia itp.
Nie, nie trzeba, bo on wszystko zapewnia. Okej, no to przyjedziemy.

Prezenty kupione, stroje dobrane. Mimo wszystko zrobiłam ciasto, sałatkę i roladki z tortilli - stwierdziłam, że przywiozę, przy tylu osobach raczej się nie zmarnuje, a jak nikt by nie chciał, to zabierzemy do domu.

I teraz nawet kur... nie wiecie jakim zbawieniem było zrobienie tego jedzenia. Impreza była ustalona na godzinę 18. Przyjechaliśmy o 19.00 (kilka dni wcześniej zawiadomiliśmy wujka i prababcię o tym, że będziemy później).
Wchodzimy, składamy życzenia itp.
I co widzimy? Jakieś 70 osób przy długim stole. A na stole paluszki, chipsy, oranżada i dwie 0,7 wujkowej "berbeluchy"; współczuję żołądkom ludzi, którzy to wypili.

Ja wiem, że na takie uroczystości nie przychodzi się po to, żeby się za przeproszeniem "nażreć i nachlać za cudze". Wiem. Ale kurczę, nigdy w życiu nie czułam się tak zażenowana! Sto razy się pytałam, czy się nie dołożyć, czy nie pomóc w organizacji. "Nie, nie trzeba". Wujek ma dość dobrze prosperującą firmę, co roku wycieczki na Bali czy Karaiby, nie ma żony, dzieci ani żadnej partnerki, chodzi w drogich ubraniach i jeździ drogim autem. Mieszka cały czas z prababcią, a ma już dużo ponad 60 lat. Nie pytajcie dlaczego nie wyprowadził się do miasta i nie kupił mieszkania, bo nie wiem. Widocznie wygodnie mu tak jak jest.

I taki człowiek na SETNE urodziny matki, częstuje gości paluszkami, chipsami, oranżadą i czymś, co nawet obok bimbru nie stało. Ot, spośród wszystkich dzieci prababci, trafił się "fenomen". Całe szczęście, że nie tylko ja wzięłam jakieś przekąski.

rodzina

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (161)

#85375

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam ochrzan za to, że pomogłam wyładować staruszce zakupy z koszyka na taśmę.
Pani tak na oko jakieś 90 lat, chudziutka, ledwo się trzyma na nogach, stoi za mną (nie ustąpiłam miejsca, bo miałam tylko jedną wodę, a ona cały koszyk; poza tym spieszyłam się do dentystki). Widzę, że ledwo co sięga do tego koszyka, więc proponuję pomoc, pani się zgadza. Wykładam jej zakupy na taśmę.
Za staruszką stała jeszcze jedna [K]obieta.
[K]- Co ty robisz?! Staruszkę będziesz okradać?! Zostaw to!
ja- Ale ja tylko poma...
[K]-ZŁODZIEJKA! OCHRONA!

Mój poziom zażenowania podskoczył do 200. Ochrona przyszła, sytuacja wyjaśniona, ale i tak się głupio czułam.
Pewnie skończę w kryminale :D

sklep

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (140)

#84874

(PW) ·
| Do ulubionych
Może i mało piekielne, jednak nienawidzę takiego zachowania, bo to zwykły brak kultury.

(S)ąsiadka, którą do tej pory miałam za miłą starszą panią, pożyczyła dziś rano stolnicę ode mnie. Zrobiła co miała zrobić i przed chwilą przyszła oddać.
Stolnica była cała w mące, miejscami mokra, z dużymi kawałkami lepiącego się ciasta; chyba każdy z nas wie jak "przyjemnie" zmyć takie coś.
J- Przepraszam panią, ale to nie jest moja stolnica.
S- No jak nie? Przecież pożyczyłaś mi rano, co ty mabmalkin, skleroza cię w tym wieku już dopadła?
J- Pożyczyłam pani czystą, suchą stolnicę. Ta z pewnością nie jest moja.

Sąsiadka chyba załapała. Wróciła się do domu i po około dwudziestu minutach wróciła, niosąc tę nieszczęsną stolnicę, wciskając mi ją w ręce z dużą siłą ze słowami, że przecież korona by mi z głowy nie spadła, gdybym sama ją umyła (no tak, bo podczas remontu jeszcze tego mi brakuje). Odwróciła się z wielkim fochem, mrucząc coś o "niewychowanej młodzieży".
Ech... A zawsze się staram mieć dobre relacje z ludźmi.

Sąsiedzi

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (198)