Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 9 marca 2020 - 22:59
  • Historii na głównej: 96 z 105
  • Punktów za historie: 16878
  • Komentarzy: 545
  • Punktów za komentarze: 2173
 

#86066

(PW) ·
| Do ulubionych
Do tej pory sądziłam, że takie historie to tylko w Trudnych Sprawach czy tam innych pierdołach.

Wczoraj odwiedziłam mamę w moim rodzinnym mieście i spotkałam kuzynkę, która chyba wracała z jakichś zakupów. Dajmy jej na imię Kasia.
Przywitałam się jak zawsze, ale widzę, że Kaśka szybko ociera łzy; ogólnie wygląda nie najlepiej. Przyznam, że w pierwszym momencie aż mi serce stanęło, bo może komuś z naszej rodziny coś się stało, a ja nic nie wiem? Od razu zapytałam o co chodzi, bo widzę, że na pewno coś jest na rzeczy.
Długo się wykręcała, że nic, że to głupota, a ostatecznie wybuchnęła płaczem tak jak stała.

Zabrałam Kaśkę na herbatę do domu mojej mamy, zadzwoniłam do wujka, że jest ze mną (dziewczyna 19 lat, ale wiem że wujek by się martwił gdyby długo nie wróciła do domu; zwłaszcza, że mieszkają w nieciekawej okolicy). No i się dowiedziałam od niej powodu owej rozpaczy.

Spotykała się kilka miesięcy z pewnym chłopakiem, powiedzmy Krystianem. Osobiście go nie znam, widziałam ich tylko razem kilka razy na mieście czy tam w sklepie.
Może część z Was pomyśli, że "eee tam, gówniara 19-letnia to tylko pewnie siano w głowie, a w tym wieku związki nie są poważne".
No MOŻE i nie są, chociaż reguły nie ma (sama narzeczonego obecnego poznałam mając 15 lat, związaliśmy się ze sobą 4 lata później). Ale raczej każdy z nas miał chociaż raz złamane serce, przeżył okres "szczenięcej miłości" więc wie co i jak ;)

O co poszło? A o rodziców. Kasia to patologia, nieodpowiednia dla Krystiana.

Krystian pochodzi z domu dość bogatego. Ojciec prawnik i tłumacz pewnego języka, matka nie pracuje, bo nie musi. Starsza siostra na studiach również prawniczych.
Moja kuzynka Kasia pochodzi z przeciętnego domu, tak samo jak ja.
Ciocia (siostra mojej mamy) zmarła młodo, zostawiła wujka z siódemką dzieci. Zawsze chcieli mieć dużą rodzinę, stać ich było na to, oboje pracowali i żyło im się bardzo dobrze. Luksusów nie było, ale biedy też nie.

Moi kuzyni i kuzynki są różni. Część poszła dalej, ukończyła z powodzeniem studia i odnosi sukcesy, a część stwierdziła, że nie nadaje się do dalszej nauki i postawiła na pracę. Część nadal jeszcze chodzi do szkoły podstawowej, ale też bierze udział w przeróżnych zajęciach dodatkowych- taniec, gra na pianinie, kółko matematyczne itp. Wujek cały czas pracuje.

Czy to nie jest prawdziwy obraz patologii?

Kasia należy do tej drugiej "grupy"- woli pracować. Szkołę zawodową skończyła, zrobiła sobie mnóstwo kursów dodatkowych, obecnie pracuje jako kosmetyczka i szkoli się w pewnym innym niezwiązanym z tym kierunku, po którym chce otworzyć własne miniprzedsiębiorstwo. W przyszłym miesiącu przeprowadzi się do własnego mieszkania. Potrafi sama sobie radzić, zajmowała się młodszym rodzeństwem, ma swoje pasje, które chce rozwijać i hobby w postaci zbieraniu części starych samochodów/motocykli.
Myślę, że jak na 19-letnią osobę jest bardzo zaradna i myśli przyszłościowo, co też jest dobre. (Dla dociekliwych- gdy stała się pełnoletnia, dostała swoją część renty po mojej cioci. Kwota nie była zawrotna, bo podzielona na siedem. Zamiast wydać, postanowiła zainwestować w siebie i przyszłość; wujek do niczego jej się nie dokłada, bo przecież Kasia zarabia na siebie i swoje potrzeby).

Po wspólnym obiedzie u Krystiana, chłopak z nią zerwał jeszcze w ten sam dzień, przez SMS. Jako powód podał właśnie to, co powiedzieli mu rodzice - że Kaśka to patologia, bo nie ma mamy, bo ma dużo rodzeństwa i nie ma wykształcenia, a on takiej dziewczyny nie chce.
Spoko, jego prawo.
Ale zastanawia mnie jedno. Wiedział to wszystko od początku ich znajomości (chodzili razem do klasy kilka LAT). Dlaczego w ogóle to zaczynał? Co, nagle po obiedzie u rodziców go oświeciło? Plus to, że jego rodzice i mój wujek się znają chociażby z wywiadówek, na których wujka w większości chwalono za dokonania Kaśki.
A, sam Krystian również na studia się nie wybiera. Też chodził do zawodówki. Obecnie nie robi nic, a rodzice też nie wymagają od niego niczego.

Nienawidzę być wściekła i nic nie móc zrobić. I w sumie cieszę się, że to trwało krótko.

związki

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (192)

#85902

(PW) ·
| Do ulubionych
W miniony weekend zadzwonił do mnie wujek z pewnym pytaniem, na prośbę swojego brata - Marka (którego ostatni raz widziałam jakieś 15 lat temu; z wujkiem widuję się często).

Wuja zapytał, czy nie zgodziłabym się przewieźć syna Marka na motocyklu, coby młody miał frajdę. Nieco zdębiałam i odmówiłam, na co wujek tylko rzucił do słuchawki "dobra, jak chcesz, tobie też już nigdy nie pomogę jak będziesz potrzebowała"*.
Muszę przyznać, że nie znałam go od tej strony, bo zawsze był bardzo sympatycznym człowiekiem.
A teraz powody tego mojego "fatalnego" zachowania i odmowy.

1. Może trudno niektórym z Was w to uwierzyć, ale od świąt leży u mnie śnieg (mieszkam w górach). Nie jakoś dużo, ale jednak. Mój motocykl ani moje umiejętności, nie są przystosowane do takich warunków.
2. Syn Marka ma 2,5 roku. Zresztą, nawet jakby miał 15 czy 17 lat, to i tak bym się nie zgodziła, bo nawet taka głupia przejażdżka na motocyklu z pasażerem, to ogromna odpowiedzialność. No właśnie, ODPOWIEDZIALNOŚĆ - czyli coś, czego Marek najwyraźniej nie zna, bo chęć oddania swojego 2,5 rocznego dziecka, na przejażdżkę motocyklem z obcą osobą jest skrajnym idiotyzmem, o przepisach nie wspominając.

*RAZ w życiu poprosiłam wujka o pomoc. Spóźniłam się na autobus do szkoły, która była oddalona o ponad 30km. Akurat wujek w tej miejscowości do dziś pracuje, więc wtedy zabrał mnie ze sobą jadąc do pracy. Nie musiał z tego powodu robić dodatkowych kilometrów, bo wszystko było po drodze, a poza tym zapłaciłam mu za benzynę.

rodzina rodzice dzieci

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (195)
zarchiwizowany

#85657

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nadal utrzymuję dobre kontakty z kilkoma nauczycielami ze szkoły średniej.
Jedna z nauczycielek poprosiła mnie niedawno, bym wpadła do szkoły i poopowiadała trochę o swoim kierunku, bo akurat ma klasę nastawioną na tego typu studia. Zgodziłam się.
I teraz historia właściwa.

Pojechałam do miasta, w którym chodziłam do LO. Zaparkowałam pod szkołą, otworzyłam drzwi, przeszłam przez "bramki", które nie działały, ominęłam otwartą szatnię i poszłam do odpowiedniej sali.
Już chyba wiecie o co chodzi?

Ja, obca osoba, mogłam sobie bez problemu wejść do szkoły. Wejść i zrobić to, na co żywnie bym miała ochotę, bo wszystko elegancko otwarte, monitoringu niet, żadnego z korytarzy też nikt nie pilnował.

Pamiętam dobrze aferę, która miała miejsce kilka lat temu, jakoś dwa miesiące przed maturą mojego rocznika. Z szatni zaczęły znikać rzeczy na masową skalę, winnego nie było, więc dyrekcja postanowiła zainwestować w zabezpieczenia- drzwi frontowe można było otworzyć tylko za pomocą specjalnej karty, którą miał każdy uczeń, a następnie trzeba było jeszcze przejść przez bramki, które również uruchamiały się za pomocą karty. Pominę już fakt, że oczywiście za karty trzeba było zapłacić, co jak dla nas, czyli klasy maturalnej, było nieco niesprawiedliwe, ponieważ był to już ostatni miesiąc w szkole; zapłaciliśmy jednak dla świętego spokoju. Kradzieże ustały.

Powiem Wam, że jestem szczerze zaskoczona. Wiem, że nie jesteśmy drugimi Stanami, ale u nas przecież też zdarzają się szaleńcy. A nóż-widelec któremuś przyjdzie do głowy, żeby sobie wejść do szkoły i dać upust agresji? A może któryś z uczniów ma na pieńku z kimś i ta osoba przyjdzie, żeby go skrzywdzić? Dwa pobicia i kradzież już były.

Ps. Z ciekawości spytałam absolwentów, którzy również byli kilka razy w odwiedzinach, żeby poopowiadać. Taka sama sytuacja. Nauczycielki też zapytałam. Odpowiedziała, że uczniowie skarżyli się na "korki" do bramek, a dyrekcja stwierdziła, że to faktycznie nie ma sensu.
Tak, wiem, kiedyś nie potrzebna była ochrona w szkole. Jak chodziłam do podstawówki to też nie było kamer itp. Ale czasy się zmieniają. Po drugie nie rozumiem podejścia dyrekcji- moim zdaniem jak już się na coś decyduje i bierze pieniądze od uczniów/rodziców, to albo się przy tym zostaje, albo w ogóle tego się nie proponuje.

Ochrona szkoła

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (33)

#85502

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomej z czasów szkolnych zaginął pies. Mieszka w wiosce obok, ogólnie odległość taka, że człowiek nawet nie zauważa, kiedy z jednej miejscowości pojawia się w drugiej. Ogłoszenie dała dzisiaj o 11 rano na fb. W ogłoszeniu oczywiście wszystko opisane, zdjęcie psiaka wrzucone.
Mój P. zauważył również to ogłoszenie i napisał do znajomej, bowiem niemal identycznego psa widział wczoraj pod wieczór w naszej miejscowości, gdy wracał autem z pracy. Nic dziwnego, bo u nas masa psów niestety biega "samopas". Wczoraj jeszcze nie wiedzieliśmy o tym, że to (prawdopodobnie) pies znajomej, no bo skąd?

Pozwolę sobie na wklejenie odpowiedzi znajomej:
"Aha ale to nie mogłeś go zabrać? I zadzwonić? Nie wiem jakim podłym człowiekiem trzeba być przecież jego może już auto przejechało! Mogłeś chociaż zadzwonić!"

No i to tyle. Logiczne, nie?

PS. Ani ja, ani P. nie mamy nawet numeru do tej dziewczyny, numer kontaktowy podała dopiero w ogłoszeniu.

wieś zwierzęta ludzie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (107)

#85484

(PW) ·
| Do ulubionych
W sobotę odbyły się setne urodziny mojej drugiej prababci.
Był burmistrz, była jakaś telewizja; zawsze powtarzamy, że prababcia pewnie nas wszystkich przeżyje, kobieta w pełni sprawna, wszystko pamięta, aktywna, jedynie lekko głucha. Chciałabym w jej wieku być na takim "chodzie" i tak wyglądać. Mieszkałam między innymi z nią do ósmego roku życia, odwiedzam często.

Głównym bohaterem historii jest mój "wujek". Wujek jest synem mojej prababci, więc zapewne powinnam nazywać go jakoś inaczej - nie znam się, z góry przepraszam, ale dla mnie to od okresu dzieciństwa był wujek.

Podczas jednej z wizyt u rodziny, wujek zapowiedział, że szykuje dla prababci "imprezę-niespodziankę" z okazji setnych urodzin. Zaprosił wiele osób z rodziny (w tym mnie i P.) i bliskich sąsiadów/znajomych, wynajął salę. Pod żadnym pozorem prababci miałam o tym nie wspominać. Zapytałam, czy mogę się jakoś zaangażować - jakkolwiek - zrobić coś do jedzenia/przynieść coś do picia itp.
Nie, nie trzeba, bo on wszystko zapewnia. Okej, no to przyjedziemy.

Prezenty kupione, stroje dobrane. Mimo wszystko zrobiłam ciasto, sałatkę i roladki z tortilli - stwierdziłam, że przywiozę, przy tylu osobach raczej się nie zmarnuje, a jak nikt by nie chciał, to zabierzemy do domu.

I teraz nawet kur... nie wiecie jakim zbawieniem było zrobienie tego jedzenia. Impreza była ustalona na godzinę 18. Przyjechaliśmy o 19.00 (kilka dni wcześniej zawiadomiliśmy wujka i prababcię o tym, że będziemy później).
Wchodzimy, składamy życzenia itp.
I co widzimy? Jakieś 70 osób przy długim stole. A na stole paluszki, chipsy, oranżada i dwie 0,7 wujkowej "berbeluchy"; współczuję żołądkom ludzi, którzy to wypili.

Ja wiem, że na takie uroczystości nie przychodzi się po to, żeby się za przeproszeniem "nażreć i nachlać za cudze". Wiem. Ale kurczę, nigdy w życiu nie czułam się tak zażenowana! Sto razy się pytałam, czy się nie dołożyć, czy nie pomóc w organizacji. "Nie, nie trzeba". Wujek ma dość dobrze prosperującą firmę, co roku wycieczki na Bali czy Karaiby, nie ma żony, dzieci ani żadnej partnerki, chodzi w drogich ubraniach i jeździ drogim autem. Mieszka cały czas z prababcią, a ma już dużo ponad 60 lat. Nie pytajcie dlaczego nie wyprowadził się do miasta i nie kupił mieszkania, bo nie wiem. Widocznie wygodnie mu tak jak jest.

I taki człowiek na SETNE urodziny matki, częstuje gości paluszkami, chipsami, oranżadą i czymś, co nawet obok bimbru nie stało. Ot, spośród wszystkich dzieci prababci, trafił się "fenomen". Całe szczęście, że nie tylko ja wzięłam jakieś przekąski.

rodzina

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (159)

#85375

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam ochrzan za to, że pomogłam wyładować staruszce zakupy z koszyka na taśmę.
Pani tak na oko jakieś 90 lat, chudziutka, ledwo się trzyma na nogach, stoi za mną (nie ustąpiłam miejsca, bo miałam tylko jedną wodę, a ona cały koszyk; poza tym spieszyłam się do dentystki). Widzę, że ledwo co sięga do tego koszyka, więc proponuję pomoc, pani się zgadza. Wykładam jej zakupy na taśmę.
Za staruszką stała jeszcze jedna [K]obieta.
[K]- Co ty robisz?! Staruszkę będziesz okradać?! Zostaw to!
ja- Ale ja tylko poma...
[K]-ZŁODZIEJKA! OCHRONA!

Mój poziom zażenowania podskoczył do 200. Ochrona przyszła, sytuacja wyjaśniona, ale i tak się głupio czułam.
Pewnie skończę w kryminale :D

sklep

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (140)

#84874

(PW) ·
| Do ulubionych
Może i mało piekielne, jednak nienawidzę takiego zachowania, bo to zwykły brak kultury.

(S)ąsiadka, którą do tej pory miałam za miłą starszą panią, pożyczyła dziś rano stolnicę ode mnie. Zrobiła co miała zrobić i przed chwilą przyszła oddać.
Stolnica była cała w mące, miejscami mokra, z dużymi kawałkami lepiącego się ciasta; chyba każdy z nas wie jak "przyjemnie" zmyć takie coś.
J- Przepraszam panią, ale to nie jest moja stolnica.
S- No jak nie? Przecież pożyczyłaś mi rano, co ty mabmalkin, skleroza cię w tym wieku już dopadła?
J- Pożyczyłam pani czystą, suchą stolnicę. Ta z pewnością nie jest moja.

Sąsiadka chyba załapała. Wróciła się do domu i po około dwudziestu minutach wróciła, niosąc tę nieszczęsną stolnicę, wciskając mi ją w ręce z dużą siłą ze słowami, że przecież korona by mi z głowy nie spadła, gdybym sama ją umyła (no tak, bo podczas remontu jeszcze tego mi brakuje). Odwróciła się z wielkim fochem, mrucząc coś o "niewychowanej młodzieży".
Ech... A zawsze się staram mieć dobre relacje z ludźmi.

Sąsiedzi

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (196)

#83983

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie warto być życzliwym człowiekiem.

Mieszkam na pograniczu Parku Krajobrazowego Gór Sowich. W wiosce X.
Niedaleko naszego domu jest jeden budynek "socjalny" i jeszcze jeden dom.
Żeby bardziej zobrazować Wam położenie - budynek, dom i nasz dom są "na górze". Cała reszta wsi rozciąga się na dole. Zatem mieszkam na tak zwanych obrzeżach.
Przyznam, że w trakcie zimy jest tragedia z wyjechaniem pod górę. Auto 4x4 nic nie da w starciu z oblodzoną górką, nachyloną pod sporym kątem i nawet najbardziej doświadczony kierowca musi zachować ogromną ostrożność. Sypanie piasku niewiele daje, bo od nowego roku temperatury są non stop na minusie (wczoraj w nocy było -21).

No ale - jakoś do domu dostać się trzeba. Niektórzy chodzą pieszo, bo nie mają aut. I tak wracam od mamy, autem, z innego miasta i widzę - stara kobietka, zgarbiona z jakimś kijem w ręku idzie powolutku pod górę. Zatrzymuję się i oferuję pomoc - podwiozę pod same drzwi. Kobieta zalewa mnie podziękowaniami i z chęcią przystaje na propozycję, po drodze opowiada o wnukach za granicą itp.
Odwiozłam, o sprawie zapomniałam (było to w tamtym tygodniu).

Wróciłam wczoraj z miasta, w którym studiuję, po drodze idę do jedynego sklepu we wsi. I czuję na sobie dziwne spojrzenia lokalnej społeczności (gdyby spojrzenie mogło palić...). Zrobiłam zakupy, poszłam na zaplecze do kuzynki mojego narzeczonego (sklep jest jej) i pytam się czy może wie o co chodzi.
Wie. Ale oczywiście nie uwierzyła w niczyje słowa.
Otóż - podobno SIŁĄ wciągnęłam starą, bezbronną kobiecinę do auta, a później usiłowałam okraść. W ostatniej chwili wyskoczyła z auta!

Wiadomo jak jest w małej wsi - otwierasz lodówkę, a z drugiego końca ktoś krzyczy "smacznego". Jestem skłonna uwierzyć, że niestety dużo osób uwierzyło starszej pani.

Czekam na jakąś policję czy coś...

Życzliwość starsi ludzie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (170)

#83710

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby nie "wspaniałomyślność" mojej uczelni, normalnie nie wiedziałabym, co mam zrobić z czasem!

Postaram się to wyjaśnić najprościej jak się da.

Pewna pani magister (jest w trakcie robienia doktoratu) ma zajęcia z dwoma grupami - A i B.
Grupa A (czyli moja) - zajęcia od 1. do 8. tygodnia w poniedziałki na 8.00.
Grupa B - wtorki, powiedzmy na 10.00.

Tygodnie minęły, więc jest zmiana (A we wtorki na później, B w poniedziałki na rano).

W tamtym tygodniu podczas wtorkowych zajęć, pani magister powiedziała, że MOŻE wyjątkowo zamieni nam zajęcia z grupą B, bo planuje spotkanie (nieobowiązkowe) z jakimś profesorem, na które moglibyśmy przyjść, ale jeszcze tego nie wie.

W tym momencie pewien student, który od października na jej zajęciach był drugi raz, głośno powiedział (nie w żartach), że jakby spotkanie się odbyło, to on bardzo prosi o sprawdzenie obecności, bo on na pewno będzie!

Przez weekend informacji niet, zatem przyszliśmy wczoraj (poniedziałek) na zajęcia zgodne z planem, na popołudnie.

Gdzieś w okolicach godziny 15.00 na grupowym mailu pojawia się wiadomość od pani magister, że "wszyscy z grupy A mają nieobecność, BO ONA NA NAS DZISIAJ CZEKAŁA OD ÓSMEJ!".

Przed chwilą (godzina 00:23) dostaliśmy kolejnego grupowego maila, że pani magister udało się załatwić spotkanie z panem profesorem DZISIAJ (tj. wtorek), że będzie ono obowiązkowe i traktowane jak zajęcia.

Piekielności?

- Nieinformowanie nas o poniedziałkowych zajęciach i wpisanie nieobecności.
- Narzucanie nam nadprogramowego, obowiązkowego spotkania (skoro zajęcia "były" w poniedziałek, to dlaczego mają być też we wtorek?).
- W czasie, w którym odbędzie się spotkanie mamy inny wykład (nieobowiązkowy, ale sporo osób chodzi, bo będzie z niego egzamin).
- W tym samym czasie niektóre osoby mają konsultacje, dodatkowe zajęcia językowe lub - jak w moim przypadku - pływalnię w ramach WF, za którą zapłaciłam dość dużo pieniędzy, a żadnych zajęć opuścić nie mogę.

Czy pani magister konsultowała to z kimkolwiek z nas, chociażby ze starostą? Nie. Narzuciła to z góry.

Chyba będzie jutro bardzo rozczarowana frekwencją, o ile taka w ogóle się pojawi. Czyli DRUGA nieobecność.

Oczywiście nie zamierzamy tak tego zostawić.

studia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (134)

#83845

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie co? Nie rozumiem kobiet. A przecież sama jestem kobietą, więc chyba powinnam rozumieć.
W drugim dniu świąt umówiłam się na spotkanie ze znajomym z czasów liceum. Nazwijmy go Kamilem.
Kamil od zawsze był spokojnym, inteligentnym chłopakiem, niczym nie wyróżniającym się od przeciętnych ludzi.

W drugiej liceum poznał Kasię (o ile pamiętam, to na dworcu autobusowym; biegł za autobusem, bo dziewczynie podczas wsiadania wypadły jakieś dokumenty). Kasia pochodziła z rodziny patologicznej. Nie, nie ubogiej, nie biednej - patologicznej. Ojciec regularnie wykorzystywał ją i matkę jako worki treningowe, mamuśka nie stroniła od używek. Ale wszelkie instytucje (nie mam pojęcia jakie konkretnie, bo wszystko co wiem opowiedział mi Kamil) zbywały problem. Czasem w domu była pani z opieki społecznej, ale wówczas rodzice Kasi zgrywali jakże przykładną rodzinkę.

Kasia piła od 12-13 roku życia. Paliła. Brała narkotyki. Zdarzały się drobne kradzieże. Miała jakieś konflikty z prawem, ale mimo to nigdy nie była w żadnym ośrodku wychowawczym.
Kamila poznała tuż przed 18 urodzinami. Zakochali się w sobie.
Kamil dopiero po jakimś czasie dowiedział się o jej trybie życia, o rodzinie. Postanowił ją z tego wyciągnąć.
Nie będę Wam przedłużać więcej, zatem napiszę najkrócej jak się da.

-Kamil pomógł znaleźć Kasi pracę, chodził razem z nią na terapię (by dodać jej otuchy).
-Pomógł jej odciąć się od rodziców.
-Pokazał jak wygląda życie osoby w jej wieku.
-Jego rodzina traktowała ją jak "swoją".
-Dzięki niemu Kasia już nie była staczającą się nastolatką, a dorosłą, (zdawało się) mądrą kobietą.
-Oświadczył się jej, chciał założyć z nią rodzinę.

No ale gdyby było tak pięknie, to bym tego nie opisywała. Podczas spotkania, kolega opowiedział mi co się stało. A mianowicie - mniej więcej w lipcu 2017 roku, firma w której był pracownikiem musiała "zawinąć manatki". Zarabiał nawet dobrze. Znalazł nową pracę, z niższą pensją (studiował jednocześnie). I Kasia zaczęła narzekać. Że już do kina tak często nie chodzą, że dłużej nie ma go w domu (sama pracowała za najniższą krajową od 7.00 do 13.00), że ona już nie czuje się kobietą, bo nie ma za co kupić butów ulubionej marki.

Poznała Tomka. Nie wiem gdzie i kiedy. Była jednocześnie z Kamilem. Któregoś razu wróciła do mieszkania ze "śliwą" pod okiem. Kamilowi powiedziała, że wywróciła się na chodniku (była zima, ale twierdzi, że nie do końca uwierzył).

Kilka dni później Kamil wziął przepustkę w pracy. Poszedł do marketu żeby kupić coś do lodówki (bo i to dla Kasi było zbyt dużym wyzwaniem). Kogo zobaczył w kolejce do kas? Swoją "narzeczoną", w objęciach Tomka.
Awantury w domu przytaczać nie będę. W każdym razie, Kamil dowiedział się, że "ona ma nareszcie prawdziwego faceta, a nie jakąś miękką faję, co zarabia marne trzy tysiaki. No i Tomek może nie ma szkoły, ale potrafi ją obronić!"

kobiety wtf

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (235)