Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 14 stycznia 2026 - 16:46
  • Historii na głównej: 66 z 70
  • Punktów za historie: 9202
  • Komentarzy: 1133
  • Punktów za komentarze: 9609
 

#90054

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz w dyskusji pod historią #90043, ale wyszedłby za długi, więc...

Na wstępie - wiem, że sytuacje życiowe i finansowe różnych osób są różne, często niezbyt dobre, i czasem ktoś ma wybór między złym a kiepskim.

Ale też pamiętam "boom" na kredyty frankowe i zupełny brak zastanowienia u osób, które je brały (pewnie nie wszystkich, ale znacznej części na pewno). I mam taki przykład w rodzinie.

Dwie moje kuzynki z mężami w jednym czasie kupowały mieszkanie. Obie pary mniej więcej w tym samym wieku, obie mieszkały w tym samym mieście, ich sytuacja finansowa była (o ile mi wiadomo) podobna, kuzynki nawet pracowały w tym samym zawodzie, choć w różnych firmach.

Obie pary miały zdolność kredytową w złotówkach, ale wiadomo - dużo mniejszą, niemal o połowę mniejszą, niż we frankach, no i na gorszych warunkach (wyższy procent, prowizja itd.).

Kuzynka nr 1 - nazwijmy ją Basia - zdecydowała z mężem, że biorą kredyt w złotówkach. Oszczędności i kredyt wystarczały na zakup mieszkania - niewielkiego, ale jak stwierdzili, na tamten moment dla nich wystarczającego, które pomału sobie odnawiali/urządzali.

Kuzynka nr 2 - dajmy na to, że Ewa - wzięła z mężem kredyt we frankach. Pod korek, ile się dało. Kupili spore mieszkanie, od razu je też urządzili, projektant wnętrz zaprojektował wystrój, kupili sprzęty i materiały z wyższej półki.

I pamiętam wkrótce po tym spotkanie w rodzinnym gronie, na grillu, to chyba był jakiś długi weekend majowy, gdzie Ewa z mężem krytykowali i wyśmiewali decyzję Basi i jej męża. Że są frajerami, że jak bank daje, to trzeba brać, no chyba, że jest się głupim, po kilku głębszych to nawet tam kilka grubszych słów poleciało.

Basia z mężem coś tam wspomnieli, że jednak ze złotówkami czują się bezpieczniej, ale dało się wyczuć, że reszta rodziny raczej myśli tak jak druga kuzynka. Nawet matka Basi coś mówiła, że "oj, wzięlibyście te franki, to mielibyście większe mieszkanie, nie tę waszą klitkę".

A co było dalej, nietrudno się domyślić.

Basi z mężem udało się spłacić kredyt wcześniej, teraz oszczędzają i rozglądają się pomału za czymś większym, ale mieszkanie już mają swoje - bez hipoteki.

Ewę i męża kurs franka dobił. W pewnym momencie mimo iluś lat spłaty mieli do zapłacenia dużo więcej, niż na początku. Sprzedali mieszkanie, cała kwota poszła praktycznie na spłatę kredytu, zostali z niczym - dosłownie. Początkowo Ewa razem z dziećmi (w międzyczasie dorobili się dwójki) przeprowadziła się do swoich rodziców, bo była na urlopie, a jej mąż tułał się po kolegach i chyba też wynajmował jakiś pokój i został w mieście (bo praca), od jakiegoś czasu, jak Ewa wróciła do pracy, wynajmują mieszkanie, ale dużo mniejsze, niż było to ich.

I nawet by mi szkoda było Ewy i męża, bo to jednak chore, że tyle pieniędzy wydali, i nic z tego nie mają, gdyby nie ta sytuacja sprzed lat, gdy tak kozaczyli i "jechali" po Basi i jej mężu, wyzywając ich od frajerów, i byli tacy pewni siebie. Teraz oczywiście są w pierwszym rzędzie krzyczących, że "te banki to oszusty".

A druga sytuacja - tym razem z mojego doświadczenia. Niedawno (niecałe dwa lata temu) brałam kredyt. Na samochód - a raczej część samochodu, powiedzmy 1/3, resztę miałam oszczędności. Była pandemia, stopy procentowe zerowe - ja się uparłam na stałe oprocentowanie, choć było wyższe, niż przy kredycie ze zmienną stopą, no i rata oczywiście też była wyższa. Ale nie trzeba być ekonomistą (ja nie jestem), żeby zakładać, że jak jest oprocentowanie zmienne, to ono się zmieni - co z samej nazwy wynika, a skoro jest teraz tak niskie, to się zmieni na niekorzyść, bo przecież poniżej zera nie spadnie.

Reakcje sporej części znajomych/rodziny? Na przykład kuzyna, który też w czasie pandemii wziął kredyt - w złotówkach - na maksa na mieszkanie? Że się sfrajerzyłam, że co będę bankowi przepłacać, i że na taką kwotę to najlepiej chwilówkę wziąć, a nie w banku zwykłym kredyt. Kto teraz przepłaca, gdy raty wzrosły - łatwo się domyślić. Oczywiście kuzyn dołączył do grona krzyczących "banki to oszusty".

A odnosząc się do dyskusji jeszcze pod pierwotną historią, odnośnie do obwiniania ofiar. Według mnie, co innego paść ofiarą oszusta, a co innego paść ofiarą własnej głupoty...

banki kredyt frank

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (192)

#85929

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś pod jakąś niedawną historią o relacjach rodzice - dziecko napisał, że jak się słyszy o biednych, samotnych, opuszczonych staruszkach, to zawsze zastanawia się nad tym, jak to wygląda "z drugiej strony".
Uważam, że w większości przypadków mamy relacje z innymi takie, jakie sobie zbudowaliśmy. I zawsze dwie strony biorą udział w tym budowaniu.
Przykład z dalszej rodziny. Byli sobie Ciocia i Wujek (C i W, upraszczając, to naprawdę dalsza rodzina, ale nie ma sensu wdawać się szczegółowo w koligacje rodzinne). Nie osądzam, ale nie zaliczyłabym C i W do najlepszych rodziców.

Najstarszą córkę przez kilka pierwszych lat wychowywała jej babcia - matka C, C jej nawet nie odwiedzała, wzięła dziewczynkę do siebie jak miała jakieś 5 czy 6 lat. Gdy córka dorosła, była wielka kłótnia (podobno o to, że córka z mężem pożyczyli C i W jakąś sumę pieniędzy, choć im się też nie przelewało, i po roku czy dwóch, jak C i W wymieniali sobie samochód na nowszy, a oni budowali dom, zażądali spłaty. C i W podobno byli oburzeni, że "ale jak to, mają oddać?!"), po kłótni całkowite zerwanie kontaktu, po jakichś 10 latach kontakty wznowiono - na zasadzie odwiedziny na pół godziny raz na rok czy dwa lata.

Średnia córka na etapie liceum wyjechała z domu, zamieszkała w internacie. Utrzymywała się - z tego co wiem - głównie z jakichś stypendiów naukowych, na studiach łączyła pracę z nauką. Podejście C i W: oni nie będą płacić za jakieś fanaberie, zwłaszcza dla dziewczyny (fanaberie = nauka).

Syn został u C i W (duży dom, praktycznie dało się zrobić oddzielne wejście/mieszkanie). Jego żona nie miała prawa wstępu do części domu C i W. Wnuczka również bez pozwolenia nie mogła nawet wejść do kuchni C i W, żeby napić się wody. Z tego co wiem, syn z żoną pokrywali całość opłat za energię, gaz, opał na zimę - bo C i W uważali, że skoro oni już dom wybudowali, a syn i żona "przyszli na gotowe", to niech przynajmniej płacą.

Jednak przyszła starość, a starość - zwłaszcza u C i W - nie radość. C zachorowała przewlekle, W też. Wymagają opieki.

Cała rodzina dalsza hur dur na dzieci C i W, że jak to rodzicami się nie zajmą.
Pomysły są najróżniejsze.
Że najstarsza córka powinna ich wziąć do siebie, przecież w domu mieszka!
Że średnia powinna przyjechać z tej "stolycy" i się chorymi matką, ojcem zająć.
Że żona syna powinna zrezygnować z pracy i się opiekować obojgiem, przecież "w jednym domu mieszkają".

Na moją, luźną dość sugestię, że C i W pobierają emerytury, wydatków nie mają oprócz żywności i leków żadnych, więc reszta zapewne wystarczyłaby na opłacenie opiekunki, hur dur, że jak to, obcy ludzie mieliby się opiekować, a trójkę dzieci mają!

Mają, ale mają też z nimi takie relacje, jakie całe życie budowali - czyli praktycznie żadne.

rodzina opieka starość

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (245)

#89938

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci w przestrzeni publicznej... było o tym już sporo historii, ale dodam kolejną.

Umówiłam się na kawę z dawno niewidzianą znajomą, nazwijmy ją Magda.

Magda wyjechała do innego miasta, kontakt miałyśmy sporadyczny, głównie przez messenger, ale akurat na weekend miała przyjechać do rodzinnego miasta, do którego ja też się wybierałam, zaproponowała kawę, pomyślałam - czemu nie.

Magda ma córkę, 3-letnią. Zapytała, czy mam coś przeciwko, że będzie z nią. Nie miałam nic przeciwko, umówiłyśmy się na wczesne popołudnie, w lokalu, który miał nawet mały kącik zabaw dla dzieci, (stolik, kredki, kilka maskotek itp.), więc czemu nie.

Córka Magdy okazała się, hmmm... jak to mówią, "żywym srebrem", choć pewnie ktoś mniej wrażliwy mógłby ja nazwać wręcz "niewychowanym bachorem".

Kącikiem zabaw zainteresowała się na jakieś 5 minut. Po pomazaniu kilku kartek papieru zaczęła rozrzucać kredki, rzucać maskotkami. Podbiegała do Magdy, próbując wdrapać się jej na kolana, po czym odbiegała - między stolikami. Podbiegła do wystawy, gdzie za szybą były różne słodkości i zaczęła w nią uderzać pięścią, krzycząc na cały głos "chcę to, chcę, chcę, CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ!".

Na ogół nie wtrącam się do cudzych dzieci, ale wszystko ma granice i wstyd mi było, bo Magda kompletnie nie reagowała na to, co robiła mała, więc zasugerowałam jej, żeby zwróciła jej uwagę, bo no przecież to może przeszkadzać innym i jest na tyle duża, że nie powinna się tak zachowywać.

Magda odparła, że ona nie chce, by córka ulegała "społecznym stereotypom", a normy i zakazy niszczą "naturalną kreatywność" dziecka i że dla niej najważniejsze, by córka była "po prostu sobą", "wyrażała emocje" i "zachowywała się tak, jak jej każe jej wewnętrzne ja".

Moja uwaga, że jest jeszcze coś takiego jak wychowanie i że ignorowanie dziecka i jego potrzeb wg mnie wcale nie wpływa budująco na psychikę spotkała się z kolejną tyradą, jak to tzw. "dobre wychowanie" przyczyniło się do depresji (?!) i ogólnie stworzenia nieszczęśliwych, niezgodnych ze swoim "wewnętrznym ja" ludzi.

W tej sytuacji moje "wewnętrzne ja" nakazało mi wypić resztę kawy jednym haustem i zakończyć spotkanie pod zmyślonym naprędce pretekstem...

dzieci kawiarnia wychowanie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (139)

#89833

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wchodzę sobie na popularny portal plotkarski.

Czytam sobie newsa o urodzinach amerykańskiej gwiazdki znanej z tego, że jest znana. No i jeszcze z filmu, w którym walorów artystycznych raczej próżno szukać. Ale mniejsza z tym.

Otóż urodziny te odbywały się, jak donosi portal, na pokładzie "imprezowego odrzutowca".

I właśnie w takich momentach dochodzi do mnie absurdalność wszystkich tych eko-działań.

Ty, zwykły człowieku, segreguj śmieci, pij przez papierową słomkę, kup samochód na prąd i płać miliony monet za jego ładowanie, a najlepiej to jedź zbiorkomem tudzież hulajnogą, kup eko-piec i płać miliony monet za "ekologiczne ogrzewanie" i tak dalej, i tak dalej. Wszystko eko, wszystko daje po kieszeni, i wszystko to w kontekście klimatu świata jest za przeproszeniem g***o warte.

Bo taki jeden przelot imprezowym odrzutowcem wygeneruje więcej szkodliwych substancji niż przeciętny człowiek przez pół swojego życia, dojeżdżając do swojej przeciętnej pracy przeciętnym samochodem na nieprzeciętnie drogą benzynę.

A teraz jak na popularnych memach: "change my mind".

klimat środowisko ekologia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (211)

#89583

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wiele się słyszy o piekielnych wynajmujących, o ich oczekiwaniach, żądaniach, kaucjach... I niewątpliwie, wiele jest piekielnych wynajmujących, którzy chcą się jak najbardziej dorobić jak najmniejszym kosztem - stąd patologie typu "apartament 5 m kw." albo ubikacja w kuchni itp. Ale to będzie historia z drugiej strony.

Mam kuzynkę (pokrewieństwo dalekie, ale relacja dość bliska).

Cała akcja zaczyna się ok. 10 lat temu.

Ciocia kuzynki, osoba samotna i już starsza, miała mieszkanie. Kuzynka jej pomagała - robiła zakupy, wpadała pogadać, załatwiała jakieś sprawy w urzędach czy typu umowa na telefon itp. Z czasem jednak ciocia zaczęła być coraz mniej samodzielna, z kolei kuzynce trudno byłoby godzić własne życie prywatne i pracę z dojazdami częstszymi niż np. raz czy dwa razy w tygodniu i tym bardziej stałą opieką nad ciocią.

Zatem ustaliły, że ciocia przepisze mieszkanie na kuzynkę, kuzynka je wynajmie, a za kasę z wynajmu plus cioci emerytura zostanie opłacony pobyt cioci w prywatnym ośrodku opieki. Jak ustaliły, tak zrobiły.

Przed wynajmem kuzynka odnowiła mieszkanie - odmalowała, wymieniła kilka sprzętów, w tym lodówkę, łóżko z nowym materacem, meble w salonie, usunęła rzeczy cioci.

Najemcy nr 1:
Sympatyczna para, na oko normalni ludzie, zresztą, co więcej da się stwierdzić po kilkunastominutowym spotkaniu?

Umowa podpisana, kontakt z kuzynką sporadyczny, ale ciągły (dzwonili raz w miesiącu, jak puszczali przelew, przy okazji zawsze była chwila rozmowy, typu jak im się mieszka, czy jest ok, czy nic się nie dzieje itd.).

Po ok. półtora roku dali znać, że zmieniają pracę na taką w innym mieście i się muszą wyprowadzić. No ok, bywa. Umówili się na termin oddania mieszkania i kluczy, ale 3 dni przed terminem kuzynka dostała od nich smsa, że musieli wcześniej pilnie wyjechać i że klucze są u sąsiadki. Niezbyt jej to się spodobało, nie była na tyle blisko z tą sąsiadką, żeby jej klucze dawać, no i zrobili to bez wcześniejszego uzgodnienia, no ale co miała zrobić?

Przyjechała do mieszkania, wzięła klucze i przeżyła szok. Podłogi zdrapane, meble też. Materac na łóżku przesikany praktycznie na wylot, na sofie też siko-podobne plamy.

Okazało się - wiadomość od sąsiadki - że para miała kota i małego psa.

Kaucja w wysokości jakichś 150 zł (wtedy takie symboliczne kaucje były brane, kuzynka nie widziała potrzeby większej) oczywiście nie wystarczyła na pokrycie szkód.

I tak kuzynka, która oczywiście doprowadziła mieszkanie do porządku, kupiła nowy materac, wyczyściła sofę, sama miłośniczka zwierząt i posiadaczka kota, stwierdziła: przy następnych najemcach zero zwierząt.

Najemcy nr 2:
Małżeństwo z dwójką dzieci (gdy się wprowadzali, kobieta była w ciąży).

Kuzynce to nie przeszkadzało, myślała wręcz, że rodzina to będą solidni najemcy. Początkowo wszystko było ok, ale po kilku miesiącach pojawiły się problemy z płatnościami. Najpierw dzień czy dwa zwłoki - bo zapomnieliśmy, bo mężowi się wypłata spóźnia, potem zwłoka tydzień czy dwa, i płatność dopiero, jak kuzynka się upomniała.

No dla kuzynki sytuacja niekomfortowa, raz że samo upominanie się o pieniądze nie jest miłe, dwa bo pieniądze z wynajmu szły na opłacenie ośrodka cioci, a kuzynka nie bardzo była w stanie z własnych oszczędności pokrywać taki wydatek.

W końcu kuzynka stwierdziła, że wypowie umowę, tak też zrobiła. Czynszu za ostatni miesiąc nie zobaczyła, a mieszkanie... Materac znów do wymiany, w ścianach dziury - chyba po jakichś obrazkach/ozdobach, ale na tyle głębokie, że nie dało się ich zamalować, trzeba było szpachlować, ściany i stół w kuchni porysowany przez dzieci, lustro w łazience pęknięte, w kuchni naderwane w zawiasach drzwiczki szafek, w piekarniku syf.

Kaucja - tym razem kuzynka wzięła ją w wysokości jednego czynszu - oczywiście szkód nie pokryła.

I tak kuzynka - która z ulgą przyjęła fakt wyprowadzki się najemców nr 2, bo zaczęła się obawiać, że nie będą chcieli się wyprowadzić i co im zrobi - postanowiła: zero dzieci.

Najemcy nr 3:
Trzy studentki. Tu bezproblemowo - studentki mieszkały przez 5 lat z hakiem, potem jeszcze przez chwilę jedna z nich ze swoim chłopakiem, też bezproblemowo. Ale się wyprowadziły i kuzynka jest na etapie szukania najemców nr 4.

Wymogi? Nauczona doświadczeniem:
Zero zwierząt. Zero dzieci. Tylko najem okazjonalny. Kaucja w wysokości podwójnego czynszu.

A mogłoby być inaczej, gdyby najemcy szanowali cudzą własność.

wynajem najemcy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (164)

#89556

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O dostępności, a raczej braku opieki psychiatrycznej w Polsce.

Sytuacja ze stycznia.

Córka kuzynki, lat 12, chciała popełnić samobójstwo. To znaczy - nie wiadomo, czy na pewno chciała, czy może chciała zwrócić na siebie uwagę, ale sytuacja wyglądała tak, że jej starsza siostra znalazła list pożegnalny, a jak przeszukali pokój, to również zgromadzone trochę tabletek - zwykłe przeciwbólowe, u kuzynki nikt niczego "mocniejszego" nie zażywa, w ilości, która pewnie by najwyżej wywołała jakieś zatrucie - no ale sam fakt, że gromadziła tabletki i ten list ich mega zaniepokoił.

Co zatem robić?

Psychiatra - w trybie pilnym, na NFZ, po podejrzeniu próby samobójczej dziecka - czas oczekiwania na wizytę: 2 lata.
Psychiatra prywatny, w trybie pilnym, po błagalnych prośbach o jak najszybszą wizytę i obdzwonieniu wszystkich w mieście i okolicy - termin na czerwiec.

Nieco wcześniej udało się umówić wizytę u psychologa, z tego co pamiętam, jakoś na marzec - oczywiście też prywatnie, ale psycholog ich "odesłał" do psychiatry - że w pierwszej kolejności trzeba zdiagnozować, czy nie ma jakichś zaburzeń.

Na szczęście kuzynka, jej mąż i starsza siostra pogadali z dziewczynką, okazało się, że coś tam w szkole było, wygląda na to, że sytuacja już jest w miarę ok - ale gdyby dziecko naprawdę chciało sobie zrobić krzywdę, to przez niemal pół roku rodzina pozostawiona byłaby sama sobie. A gdyby nie było pieniędzy na wizytę (200 zł za jedną), to 2 lata. To jest absurd!

Dodam, że kuzynka z rodziną mieszka w jednym z miast wojewódzkich w Polsce. Nie chcę sobie wyobrażać, jak wygląda dostępność opieki psychiatrycznej na terenach wiejskich czy w miasteczkach.

psychiatria kryzys polska

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (183)

#89495

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przyznam się: lubię wchodzić na pewien popularny portal plotkarski i czytać, co tam ciekawego w świecie "gwiazd" (moje życie wydaje mi się po takiej lekturze tak rozkosznie normalne... ;) ).

Od pewnego czasu królują tam newsy o szybkim ślubie i jeszcze szybszym rozstaniu pewnej pary, których obecnie łączy - a może raczej dzieli? - dziecko.

Przypomina mi to sytuację sprzed kilku lat wśród znajomych.

Była sobie - nazwijmy ją - Kasia. Kasia spotkała Jasia i wybuchła wielka miłość. No, może nie taka jednak wielka, ale ona była bardzo nim zauroczona, zakochana, tryb "mój misio taki wspaniały" załączył jej się w 100%, on z kolei też się "starał" - jakieś romantyczne gesty, randki-niespodzianki, kwiaty bez okazji, spontaniczne wyjazdy na weekend itd.

Wszystko było pięknie, ale on okazał się jednak bardzo "spontaniczny". Na tyle, że ciężko było im coś zaplanować. Umawiali się na 18, on przyjeżdżał o 21, mieli wyjechać gdzieś na weekend, on o tym "zapominał" itd. Kasi na nim zależało, więc przymykała oko na wszystkie tego typu rzeczy, jednocześnie sama zawsze starała się dopasować do niego (np. miała od tygodnia czy dwóch umówione wyjście na miasto ze znajomymi, ale "misio napisał, że zabiera mnie do kina").

Ale z biegiem czasu jednak te ich różne charaktery, różne tryby życia zaczęły się rozjeżdżać coraz mocniej. Stwierdzili - zgodnie - że jednak to nie jest to, czego oboje chcą od związku. W międzyczasie okazało się, że Kasia jest w ciąży. No wiadomo, że wolałaby inną sytuację, ale ogólnie - znów razem, zgodnie - doszli do wniosku, że bez sensu być ze sobą "ze względu na dziecko", i że ze związkiem koniec, ale będą się wspierać i dogadywać jako odpowiedzialni rodzice.

Brzmi zbyt pięknie?

No właśnie.

Kasia na szczęście ciążę znosiła dobrze, ale co do wsparcia, stało się jak było do przewidzenia, Jaś o badaniu usg nie pamiętał, o tym zapomniał, tym się nie zajmie (łóżeczko, wózek, fotelik), bo jest jeszcze czas. W rezultacie Kasia o pomoc prosiła czy to brata, czy matkę, czy kogoś ze znajomych czasem.

Dziecko się urodziło. Jaś w pierwszej chwili euforia, wielki bukiet kwiatów, jeszcze większy miś. Euforia szybko minęła, jak się okazało, że zanim będzie mógł zagrać w gałę z synkiem, to minie dobrych parę lat, a na razie to takie niemowlę głównie je, śpi (wtedy nie przeszkadzać) lub płacze (wtedy trzeba próbować je uśpić lub nakarmić).

Jakoś po pierwszych dwóch tygodniach, kiedy odwiedzał Kasię i dziecko, częstotliwość odwiedzin zaczęła spadać, spadać... Ale od czasu do czasu przypominał sobie, że może pobyłby przez chwilę ojcem. Problem w tym, że przypominał sobie to tak, jak kiedyś w związku - wszystko na spontanie. "Jestem w okolicy, może wpadnę?" - i nic to, że jest 22 i dziecko śpi. "Przyjechałbym na chwilę w sobotę o 15" - pisane w piątek, gdy Kasia już zaplanowała weekend u rodziców, itp. Z kolei na umawianych wcześniej wizytach się często nie pojawiał, lub pojawiał się o 20, choć miał być o 17.

Kasia znosiła takie zachowanie, gdy była z nim w związku, ale jako matka zaczęła stawiać granice.

Jaś zaczął zarzucać Kasi, że ogranicza jego kontakty z dzieckiem, że nastawia je przeciwko niemu. Obecnie sąd, trwa wojna o kontakty, alimenty.

I tyle zostało z "pięknej miłości" i "odpowiedzialnej postawy"...

zwiazki milosc dziecko rozstanie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (159)

#89478

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Rowerzysta to chyba stan umysłu... a przynajmniej w niektórych przypadkach.

Piątek, godziny popołudniowe, kiedy większość osób wychodzi z pracy, wyjeżdża z miasta na weekend.

Miejsce akcji: jedna z głównych arterii miasta - trzy pasy w jedną stronę, zawsze zatłoczona, a w piątkowe popołudnie jeszcze bardziej; do tej głównej drogi dochodzi droga podporządkowana, ot taka osiedlowa uliczka. Wzdłuż głównej drogi biegnie chodnik + ścieżka rowerowa (chodnik jest po prostu podzielony białym paskiem, jest część dla pieszych i część dla rowerzystów). W chodniku/ścieżce jest oczywiście "przerwa" na tę osiedlową drogę, jest na niej wymalowane przejście dla pieszych i śluza rowerowa, świateł brak. Ale to przejście dla pieszych nie jest w żaden sposób "cofnięte", leci tak jak chodnik - czyli auto, które chce się włączyć do ruchu i czeka w tej uliczce, musi stać częściowo (tylną częścią pojazdu) na przejściu. Wypada to akurat na śluzę dla rowerów i czasem, jak auto większe, na część przejścia.

I idę sobie jako piesza chodnikiem, nieśpiesznie, widzę, że stoi jakiś nieszczęśnik w aucie w tej uliczce osiedlowej i czeka aż jakiś uprzejmy ktoś go wpuści na główną. Czeka sobie i czeka, no cóż - o tej porze i przy tym ruchu to zwykle tam trzeba odstać swoje. Ale w tej historii chodzi o to, że auto tam stało dobre 10 minut (a przynajmniej tyle czasu było w moim polu widzenia).

Z naprzeciwka jechał mistrz szos. I ów mistrz centralnie, na pełnej prędkości, wjechał w to stojące auto.

Nie widział? Nieee... otóż "bo on ma pierwszeństwo!". Bo po to jest śluza dla rowerów, że on ma prawo tędy jechać. Bo tego auta nie powinno tam być! - tak wrzeszczał pan rowerzysta.

Nie wiem, co jego zdaniem miał zrobić kierujący pojazdem, wbić się na chama na główną pod samochody bez zatrzymywania się, wyjąć piłę i przepołowić auto czy może się zdematerializować?

Nie wiem też, jakim idiotą trzeba być, żeby widząc jakąś przeszkodę na drodze (cokolwiek, w tym wypadku auto, ale mógłby to być równie dobrze wózek z dzieckiem czy pies czy niewidomy) i wjechać w nią centralnie "bo mi się należy".

rower samochód droga

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (131)

#89469

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno przeczytana historia "weselna" przypomniała mi sytuację mojej koleżanki, nazwijmy ją Kasia, która była przeszczęśliwa, że jej ślub wypadł w pandemii. Dlaczego?

Otóż kwestia piekielnego wypada/nie wypada, szukania kompromisu między tym, co się chce a tym, żeby nie skłócić weselem połowy rodziny.

Kasia ma trzy ciotki (siostry jej mamy), nazwijmy je ciotki A, B i C. Wszystkie mieszkają w rodzinnej miejscowości Kasi.

Z ciotkami A i B zarówno Kasia, jak i jej mama mają normalny kontakt, nie jakiś super bliski, ale jak to w rodzinie - jakieś wizyty na imieniny, przy okazji świąt, od czasu do czasu na jakąś kawę, ogólnie jakieś relacje są.

Z ciotką C nie są pokłócone ani nic, ale jakoś tak wychodzi, że ona w tych spotkaniach raczej nie uczestniczy, nie ma jakichś bieżących kontaktów.

Ciotka A ma czwórkę dzieci, dorosłych, mężatych/żonatych, z dziećmi w wieku kilka - kilkanaście lat - Kasia ma z nimi normalny kontakt, jak to z kuzynami, była na ich weselach, czasem coś piszą/zadzwonią do siebie, żadna bliska przyjaźń, ale relacje są.

Ciotka B ma piątkę dorosłych dzieci, też mężatych/żonatych, dzieciatych. Ale z tymi kuzynami Kasi kontakt urwał się kilka lat temu, wyjechali na studia do innych miast, nawet na święta nie ma kontaktu typu sms z życzeniami.

Ciotka C ma czwórkę dorosłych dzieci, dorosłych, mężatych/żonatych, dzieciatych, ich dzieci są już niektóre też dorosłe - ci kuzyni są starsi sporo od Kasi, Kasia nie ma praktycznie z nimi żadnego kontaktu, wie że istnieją.

No i przy planowaniu wesela (miało być tradycyjne, ale nie jakieś na 500 osób) problem, kogo zaprosić:

Ciotkę A i B na pewno, co z ciotką C? Też wypada, bo przecież nie są skłócone, mieszkają blisko, pominięcie jej to byłaby obraza...

Kuzynów A - na pewno, ale co z kuzynami B? A kuzyni B to 5 osób + 5 mężów/żon + dzieci, w sumie jakieś 18 ludzi. A jak zaprosić i kuzynów A, i B, to co z C? A kuzyni C to znów ok. 15 osób. Co sprowadza się do zaproszenia na ślub około 35 osób, których Kasia w sumie słabo zna, ale... magiczne słowo: wypada.

Ale przyszła pandemia, Kasia brała ślub w czasie, kiedy był limit chyba 75 osób, co dało jej pretekst zlimitowania liczby gości.

Ale gdyby nie to, to w sumie nie wiem jakie było dobre wyjście z tej sytuacji...

ślub wesele goście

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (154)

#89230

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielne urzędy, a raczej - organizacja pracy.

Jest sobie pewien urząd, a dokładniej - starostwo. Starostwo załatwia sprawy z całego powiatu - i trochę tego jest.

Komunikacja publiczna między wioskami a miastem powiatowym leży i kwiczy, więc dla osób bez własnego samochodu to skomplikowana wyprawa - co tak nawiasem mówiąc też jest piekielnością.

W starostwie za obsługę różnego rodzaju spraw odpowiadają różne pokoje, powiedzmy pokój A, B, C i D. W każdym z nich - kilkoro pracowników, przykładowo w pokoju A, w którym finalnie załatwiałam swoją sprawę, było 5 stanowisk.

Ale żeby się dostać do któregoś z tych pokojów trzeba mieć numerek - co mogłoby samo w sobie być niegłupie, gdyby nie organizacja wydawania numerków.

Otóż numerki wydaje 1 pani. Słownie: jedna. Dla całego urzędu, wszystkich spraw, wszystkich pokoi/stanowisk. Co więcej, ta jedna pani nie tylko wydaje numerki, ale też ma obowiązek wstępnie przejrzeć wnioski i dokumenty każdego (!) petenta, zanim mu numerek wyda. Czyli de facto jedna - podkreślam jedna (!) - pani obsługuje cały urząd, a na piętrze siedzi sobie w tych pokojach kilkanaście, a może nawet ponad 20 osób i czeka, aż przyjdą do nich petenci.

Ponadto wydawanie numerków zaczyna się rano. Urząd pracuje od 7:00. Jak przekazał mi miły pan ochroniarz, gdy przybyłam parę minut po 7 i zobaczyłam dziki tłum, "paaaani, niektórzy to od 5 rano tu stoją!".

Po ponad 3 godzinach czekania (od 7:00 do ok. 10:30), co i tak należy chyba uznać za szybką obsługę w wykonaniu tej jednej pani, otrzymałam przepustkę wymarzoną, numerek wyśniony na godz. 13:30. Ale podobno powinnam się cieszyć, że w ogóle dostałam, bo numerki na dany dzień skończyły się dwie osoby po mnie. I nie, nie ma możliwości, żeby się zapisać na drugi dzień. Trzeba przyjść rano. I historia się powtarza.

A wracając do komunikacji publicznej, o której wspomniałam - dotarcie z większości okolicznych wiosek nawet na godz. 7:00 jest nie lada wyzwaniem, a wcześniej - nierealne.

I tak to się kręci

urząd

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (149)