Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#78914

~papaya77 ·
| Do ulubionych
Od 2 lat pracuję jako położna. Ot, skończyłam studia, ale że zdecydowałam się powrócić z wielkiego miasta do swojego jakże przyjemnego małego miasteczka, zatrudniłam się więc w pobliskim szpitalu.

Praca jak to praca. Uwielbiam te maluchy, więc jestem usatysfakcjonowana. Cieszę się też, że mogę pomóc mamom w tych pierwszych chwilach z dzieciaczkiem, że mogę być oparciem podczas porodu i przed nim. Niestety, moje koleżanki z pracy maja troszkę inne podejście. Może jest to spowodowane monotonnością w pracy, w końcu pracują w tym zawodzie kilkanaście lat, ale to nie usprawiedliwia ich zachowania!!

Sytuacja 1:
Na porodówkę trafia 27-letnia pierworódka. Kobieta widać, że wystraszona, w końcu nie wie przez co będzie musiała przejść. Przy skurczach krzyczy wniebogłosy. Nic nie mówię, pozwalam się wywrzeszczeć, widocznie jej to pomaga, a ja od tego tu jestem, żeby pomóc i myśleć o jej komforcie, a nie o swoim. Ale widzę, że moja 50-letnia koleżanka po fachu już się robi purpurowa i wnet jak nie ryknie:
- Czy Ty się k... dzisiaj zamkniesz czy nie??! Drze tego ryja, jakby ją rozrywali!!

Kobieta pochlipuje wiec cichutko, ale przy skurczach znowu decybele w górę.
Koleżanka:
- Hehe, trzeba było k... 9 m-cy wstecz myśleć, to byś się tera nie darła jak opętana...

Mało tego, kobieta jakoś sobie poradziła i po 55 min na świat przyszło maleństwo. No więc dalej zajmujemy się mamą, szycie itd.
Kobieta widać zmarnowana, a koleżanka po wszystkim:
- No to k... zbieraj dupę i na sale, nie bedzim Cię przecież nieśli nie?

Sytuacja 2:
Na KTG trafia młodziutka pierworódka, słabe tętno dziecka, kobieta przestraszona płacze, a moja druga koleżanka po fachu z takim tekstem:
- I czego Pani ryczy? Tera to niech Pani się modli, żeby dziecko żyło! Trzeba było przyjechać szybciej to by się coś jeszcze może dało zrobić , a teraz to nie wiem!! Pani wina, niczyja inna!!

Takich sytuacji jest mnóstwo!! Wiele kobiet po prostu ucieka rodzić do sąsiedniej miejscowości, bo tutaj się boją! Nie rozumiem kompletnie tych starszych położnych, gdzie ich powołanie, chęć pomocy itd. Przecież wiedzą przez co te kobiety rodzące muszą przejść, więc nie wiem skąd w nich tyle jadu.

Nie wstawiam tu całego dialogu, ale ja tych sytuacji nie przemilczam. Zwracam uwagę, tylko pomyślcie sami: ja, 28-letnia pracownica z 2-letnim stażem a one 50+ ze stażem kilkunastoletnim. Zgłaszałam też sprawę do ordynatora, to usłyszałam, że "one tak się droczą, przecież to nie na serio". Złożyłam już podanie do szpitala w sąsiedniej miejscowości... Nie dam rady tak pracować!

słuzba_zdrowia położne poród

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 316 (320)

#78037

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczorajsza sytuacja skłoniła mnie do założenia konta na piekielnych.

Tło: promocja w jednym z marketów "nie dla idiotów": kup smartfon, a folię ochronną z montażem dostaniesz gratis - brzmi nieźle, więc kupujesz smartfon, idziesz do punktu, żeby ową folię założyli, po czym orientujesz się, że założyli ją, nie ściągając folii fabrycznej...

Nie wiem czy się śmiać, czy płakać nad ludzką głupotą.

market nie dla idiotów

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (160)

#70701

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem technikiem dentystycznym z wieloletnim doświadczeniem, ale dziś dopiero dowiedziałam się jaka jestem zdolna.

Parę lat temu, gdy zaczynałam robić korony pełnoceramiczne, w ramach praktyk zrobiłam jedną dla siebie, żeby wygląd górnej piątki poprawić. Znajomy dentysta mi zamontował i tak naprawdę zapomniałam o tym.

Dziś byłam na pierwszej wizycie u nowej dentystki. Trochę z premedytacją nie mówiłam nic na temat swojego zawodu, żeby nie wchodzić w dyskusje zawodowe (śpieszyłam się).
Pani doktor fachowo zaczęła od przeglądu.
Pomoc notuje i wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że dentystka znalazła mi ubytek w... koronie.
Przerwałam przegląd i mówię:
-Pani doktor to jest korona.
-Niemożliwe! Przecież nie ma rantu (taki metalowy pasek z tyłu korony).
-Nie ma, bo to korona pełnoceramiczna.
-Jest pani pewna?
-Tak, sama ją robiłam.

Pani doktor jeszcze raz obejrzała, pocmokała i chciała lecieć dalej, ale ja zrezygnowałam z leczenia.

Żeby wszystko było jasne, zawsze staram się robić zęby jak najbardziej naturalne, żeby nie wyglądały jak kafle ale nie spodziewałam się, że są tak idealne, że dentysta się nie pozna. Chyba powinnam zostawić jej wizytówkę.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 631 (639)

#71045

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez rok wynajmowaliśmy z mężem i szwagrem dom. Umowę co prawda mieliśmy na papierze, ale wiadomo jak to jest "po znajomości" i "no my nie będziemy tego nigdzie zgłaszać bo to koszty". Można więc przyjąć, że umowa spisana była, ale żadna ze stron nigdy jej nie podpisała.

Po wyprowadzce, która była dość spontaniczną decyzją - ot, trafiła się okazja - ustaliliśmy z właścicielami, że rozliczymy się za rachunki w następujący sposób:
- zostawiamy w piwnicy tonę opału (ok. 400zł)
- gdy przyjdą rachunki, to właściciele się z nami skontaktują żebyśmy zapłacili im "resztę" czyli to co ewentualnie wyszło ponad koszty opału.

Po wyprowadzce relacje z wynajmującymi się pogorszyły. Nie pozwolili nam odebrać zaległej korespondencji, zaczęły się dziwne plotki, że zostawiliśmy dom w opłakanym stanie (wyremontowaliśmy 2 pokoje, które średnio nadawały się do użytku - pozrywana tapeta, uszkodzona wykładzina). Ostatecznie, po kilku próbach odzyskania listów właścicielka stwierdziła, że nie możemy jej udowodnić, że tam mieszkaliśmy, bo nie mamy nawet umowy i mamy przestać ją nachodzić.

No niezbyt miło z ich strony, ale co mi tam. Stwierdziliśmy, że sprawa zamknięta i skupiliśmy się na urządzaniu nowego mieszkania.

Pod koniec stycznia dzwoni telefon, jakaś baba drze się do mnie, że mam jej oddać pieniądze za rachunki (350zł). Dopiero po chwili zastanowienia dotarło do mnie, że to właścicielka naszego byłego lokum. Przypomniałam jej o tym jak umawialiśmy się z rozliczeniem i dodałam, że tak właściwie to ona "wisi" mi jeszcze 50zł. Baba w krzyk, że ona się z nikim na nic nie umawiała i jesteśmy złodziejami.

Moja odpowiedź może nie była zbyt miła, aczkolwiek powtórzyłam jej wcześniejsze słowa:
- Ależ proszę pani, my podobno tam nigdy nie mieszkaliśmy!

Do tej pory cisza...

w-wa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 472 (478)

#70558

(PW) ·
| Do ulubionych
Co bardzo istotne dla tej historii, prowadzę jedną z największych stron pomocowych po polskiej stronie pewnego społecznościowego portalu ;)

Działamy bardzo prosto - mamy tłumy ludzi, którzy chcą pomóc, wrzucamy apel o wsparcie finansowe na leczenie/potrzeby czysto socjalne.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie [k]oleżanka.
K: - Hej, mam sprawę, pilnie potrzebna pomoc, pani schorowana, opiekuje się psychicznie chorą córką, córka dorosła, z domu nie wychodzi dla bezpieczeństwa siebie i innych, mają niskie renty, zadłużone... kobita puszki po śmietnikach zbiera, bo na chleb nie mają.
Ja: - Jasne, umów mnie z nią, zobaczę papierki i zadziałamy.

Umówiłam się z panią, powiedzmy, Zosią na drugi dzień. W mieszkaniu widać, że się nie przelewa, ale czysto, wszystko ok. Szybki rzut oka na papiery (jeśli potrzebujący nie należy do żadnej fundacji, zerkam na papiery, diagnozy, orzeczenia itp, żeby wiedzieć czy ktoś tu czasem nie kręci), wszystko ok, wszystko się zgadza. Szybko ustaliłyśmy listę potrzebnych rzeczy.

I poszło w eter, setki wiadomości, pytanie o konto do wpłat dla Pani Zosi, ogólnie odzew naprawdę rewelacyjny.

Zaczęły przychodzić paczki. Nie zawsze, ale często dostaję informację co w takowych paczkach się znajduje. I tak też było w przypadku pokaźnej paczki ok 40 kg wypełnionej mięsem, wędlinami, nabiałem, naprawdę wszystko przydatne, szczególnie kiedy ktoś nie ma co jeść..
Co usłyszałam, kiedy zapytałam czy przyda się to co, do pani Zosi przyszło?
- Wie pani, ale to wszystko z takiej dolnej półki....

Nieco mnie to zdziwiło, ale pomyślałam sobie, że może pani Zosia wykombinowała, że jak powie mi, że to taka "dolna półka", to wycisnę dla niej więcej...

Następna paczka, też kilkudziesięciokilogramowa, informacja dla mnie, że sama spożywka.
Pani Zosia: ale wie pani, to wszystko to było z Biedronki!

Przy kolejnych paczkach dowiedziałam się też, że ktoś przysłał jej rzeczy UŻYWANE!
A także:
- zmechacone
- niewyprasowane
- za małe
- za duże

A na końcu, kiedy napływ paczek dobiegł końca (a musicie wiedzieć, że taki boom jest zwykle przez pierwszy tydzień), stwierdziła, że w gruncie rzeczy to ona żadnej pomocy nie dostała, a mówiłam, że tyle ludzi pytało o adres....


Rzecz istotna - jedna niewdzięczna Pani Zosia nie określa wszystkich potrzebujących, zazwyczaj to naprawdę wspaniali ludzie, którzy z różnych przyczyn potrzebują pomocy.

pomoc internet

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 472 (478)

#80614

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno szukałam pracy.

Wymagań nie miałam jakichś wielkich, chciałam tylko, aby praca była od poniedziałku do piątku (w weekendy studiuję), nie w gastronomii i nie na nocki. Praca i tak byłaby pracą dodatkową (mam pracę zdalną, która jest nieźle płatna i nie zajmuje mi wielu godzin), więc na spokojnie sobie szukałam. Trafiłam na takie świetne oferty:

1. "Praca dla studentów zaocznych, elastyczny grafik, możliwość pogodzenia pracy z nauką."
Na rozmowie okazało się, że praca jest od poniedziałku do soboty po 8 h dziennie, czasami też w niedziele. To kiedy ja mam iść na te studia? Co ciekawe, takich ofert miałam mnóstwo, niby dla studentów, ale chcą na pełen etat 7 dni w tygodniu. Po co marnować czas, skoro taki student i tak się nie zatrudni?

2. Praca dorywcza, w moim zawodzie, na stanowisku stażysty - asystenta.
Poszukują pracownika z dyplomem uczelni wyższej (najlepiej magister), statusem studenta, doświadczeniem minimum 2 lata, własnym komputerem, programem komputerowym i z orzeczeniem o niepełnosprawności. I frytki do tego. Dodam, że w tej branży osoby po studiach raczej nie bawią się w żadne staże (bo mają je już za sobą), tylko zakładają własną działalność. Oferowane wynagrodzenie to oczywiście najniższa krajowa (za pełen etat). Nic, tylko brać!

3. Praca dla studentki na stanowisku recepcjonistki w salonie urody.
Ogłoszenie zwyczajne, praca 8-16, wynagrodzenie odpowiednie, jak za taką robotę, nic podejrzanego. Po telefonie okazało się, że to praca w godzinach 10-22, w salonie masażu, na stanowisku masażystki. Do obowiązków należy wykonywanie masażu manualnego intymnych części ciała (dokładnie tymi słowami mi to przedstawiono). No cóż, przynajmniej płacili przyzwoicie, ale jakoś nie skorzystałam.

4. Praca fizyczna przy produkcji, wynagrodzenie 18,50 zł brutto.
Stawka całkiem fajna, przed świętami przyda się dorobić, więc lecę na spotkanie rekrutacyjne. Babeczka zachwala pracę, że taka fajna, lekka, cudowna, normalnie robota życia, stawka też taka świetna, w dodatku teraz będą ją zmieniać... no i ogólnie praca super mega fajna, tak mi opowiada w kółko o tym, dlaczego od razu pokocham tę robotę. Tak mnie zaciekawiła informacja o zmianie stawki, więc pytam o szczegóły - jaka to zmiana? No do końca miesiąca będzie 18,50, a potem 10 zł na rękę. Był 25, do końca miesiąca zostało ledwie kilka dni roboczych, to bym sobie dorobiła...

5. Praca w centrum miasta, mi to pasuje, bo nie będę musiała dojeżdżać.
W ogłoszeniu podkreślone, że praca w centrum, dogodny dojazd tramwajem i autobusem. Na rozmowie okazało się, że w centrum mieści się główna siedziba firmy, natomiast miejsce pracy będzie 30 km za miastem. Osoba prowadząca rozmowę powiedziała wprost, że nakłamali w ogłoszeniu, bo nikt nie chciał dojeżdżać tak daleko.

6. Na rozmowie o pracę dowiedziałam się, że stawka podana w ogłoszeniu była zawyżona o 3 zł, bo nikt nie chciał przyjść za taką kwotę, jaką oferowali.
Super.

7. Na rozmowie: "No wie pani co, bo my już mamy kogoś na to stanowisko, ale ta osoba pracuje u nas już od miesiąca, a pracownicy uciekają nam tak średnio po dwóch miesiącach. Jak tamta osoba złoży wymówienie, to zadzwonimy do pani”.
Dzięki, nie musicie dzwonić.

8. Praca biurowa, w moim zawodzie, godziny 6-14, fajna stawka.
Na rozmowie okazało się, że po pierwsze moje niedoszłe stanowisko jest już obstawione (od dwóch lat), po drugie oni nie chcą nikogo na to stanowisko, tylko na kuchnię, po trzecie praca jest od 3-4 rano, a po czwarte stawka jest znacznie niższa. Po co więc szukali kogoś z mojej branży na zupełnie inne stanowisko? Wystarczyło dać ogłoszenie, że szukają kucharki, a nie osoby do pracy biurowej. Niestety niedoszła szefowa nie umiała mi tego wytłumaczyć, nie odpowiedziała też na pytanie, dlaczego zaprasza mnie na rozmowę o 6 rano, skoro w moim CV widać, że nie jestem po szkole gastronomicznej i nie pracowałam w zakładzie żywienia zbiorowego (przynajmniej nie na kuchni, tylko w biurze).

Byłam na kilkunastu rozmowach o pracę i z każdą kolejną byłam coraz bardziej załamana. Finalnie znalazłam sobie fajną pracę w moim zawodzie, ale co się nachodziłam, to moje. Przynajmniej teraz mogę się pośmiać z propozycji pracy na stanowisku masażystki okolic intymnych.

praca

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (157)

#71889

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Mam ostatnio sporo historii do opisania z kursów/frachtów, jednak dzisiaj coś innego. Zapraszam.

W jednej z poprzednich historii wspominałem, że od czasu do czasu dorabiam jako kurier. W związku z tym oprócz obowiązków kuriera mam także różnego rodzaju korzyści np. sporo tańsze paczki. Właśnie o tym będzie historia.

Moja żona ma znajomą, która zajmuję się rękodziełem. Robi biżuterie, obrusy i inne oraz sprzedaje to na allegro. W sumie nie bardzo się tym interesowałem. Znajoma, powiedzmy Ola, wpadła do nas przed świętami Bożego Narodzenia w tak zwane "odwiedki". Ja akurat pracowałem w kurierce. Wróciłem w stroju do domu i od słowa do słowa dogadaliśmy się, że ona chętnie będzie wysyłać paczki na moim "koncie", bo nie ma u siebie w aukcjach opcji wysyłki kurierem.

Do pewnego momentu nasza współpraca układała się wzorowo. A wszystko padło jakieś 1,5 miesiąca temu.

Musiałem nadać paczkę do klienta i w oddziale firmy kurierskiej spotkałem Olę. Podałem paczkę, dostałem podpis i zaproponowałem, że Olę odwiozę, na co chętnie przystała. Już w samochodzie zaczęła pytać, dlaczego nie zapłaciłem za paczkę na miejscu. Tu jej wytłumaczyłem, że płace przelewem po przyjściu zestawienia rozliczeniowego. Pewnie już się domyślacie co po tym spotkaniu się zaczęło się dziać.

Po około 1,5 tygodnia dostaje zestawienie i widnieje do zapłaty około 500zł. Przeglądam zestawienie i tylko jedna pozycja jest moja, reszta należy do Oli. Biorę telefon, dzwonię do niej i pytam o co chodzi. W odpowiedzi usłyszałem: "Stać cię, będziesz mi płacił za paczki! Nie mam czasu, na razie". Próbowałem jeszcze kilka razy się dodzwonić, ale dokumentnie mnie olała. W sprawę zaangażowałem żonę. Olka także wypięła się na jej tłumaczenia i powiedziała, że kasy nie odda. Żona zgłosiła sprawę wyżej. Czyli do mamy Olki. Tutaj mamy happy end. Pieniądze odzyskałem. Dodatkowo zastrzegłem w oddziale, że więcej paczek od Olki mają nie brać, obciążających moje konto. Z tego co wiem próbowała wysyłać, jednak nie przeszło.

Znajomość zweryfikowana i zerwana.

PS. Aleksandra ma 29 lat.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 464 (470)

#73924

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod koniec kwietnia moja kuzynka skończyła liceum i razem ze znajomymi postanowili uczcić to tzw. plenerowym "piwem". Nie udali się jednak w ustronne miejsce, ani do żadnego pubu, a kręcili się z alkoholem po rynku, gdzie jak wiadomo pić się nie powinno.

W pewnym momencie rozchichotaną grupkę przyuważył policjant na służbie - prywatnie mój sąsiad i kolega ojca wspomnianej kuzynki. Podszedł do nich, pogroził palcem i powiedział, żeby poszli do pubu, albo do domu, bo w miejscach publicznych pić nie wolno i mogą dostać srogi mandat. Puścił ich tylko ze względu na to, że znał moją kuzynkę.

Gawiedź zaśmiała się, udawała, że salutuje i oddaliła się parę kroków, a policjant wsiadł do radiowozu i razem z kolegą zaczęli krążyć po okolicznych uliczkach. Nie minęło parę minut, a ponownie dostrzegli grupkę młodzieży, która nie dość, że pije praktycznie na środku jezdni to jeszcze zachowuje się głośno i rzuca puszki i butelki na chodnik. Tego już policjanci nie mogli zignorować, więc przystąpili do wykonywania czynności i wlepili całej grupie mandaty.

Parę dni później mój ojciec spotkał sąsiada i ten pożalił mu się, że rodzice mojej kuzynki nie chcą z nim rozmawiać, a ona sama jak go widzi to mamrocze pod nosem wyzwiska typu JP100%, j*bać psy itp. Zarówno ona, jak i jej rodzice, a także znajomi uważają, że policjant zachował się jak służbista, bo nie mógł odpuścić szczeniakom jednego piwa.

Wiem, że kuzynka nie przyznała się, że urządzili na rynku regularną libację, a także pominęła to, że policjant z dobrego serca początkowo tylko zwrócił im uwagę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 462 (468)

#77089

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem hodowcą kóz :) Wiem, że te zwierzęta często wzbudzają zainteresowanie i wiele osób po prostu, kiedy je widzi, chce podejść bliżej i je pogłaskać. Czasami na to pozwalam, a czasami nie. Sytuacje z rodzaju "mój pies nie gryzie" zdarzają się niestety dosyć często, ale zazwyczaj w odpowiednim momencie udaje mi się zawrócić delikwentów z ich psem/psami. Nie zawsze jednak moje prośby skutkują...

Dla jasności dodam krótki opis miejsc, w których wydarzyła się historia. Łąką z trzech stron otoczona jest przez pola, a z jednej strony granicę wyznacza polna droga. Droga niezbyt często używana przez pieszych, ale chodzą nią zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, bo widoki bardzo ładne, a do tego niedaleko agroturystyk. Wiosną i latem korzystamy z pastucha, bo kozy pasą się tylko w dolnej części łąki, z daleka od drogi. Jesienią puszczam je luzem po całości i robię za pastuszka :)

To było jakoś pod koniec ostatniego października. Pogoda ładna, kozy pasą się leniwie, a ja chodzę za nimi. Dodam, że wtedy z nimi był kozioł o jakże wdzięcznym imieniu Ojciec Wszystkich Dzieci ;) Zazwyczaj jest on wypasany w okolicach domu, ale październik to czas rujek, więc na łąkę wychodzi z przyszłymi matkami.

Stoję w gumowcach, przeglądam Facebooka i sprawdzam, czy kozy nie mają głupich pomysłów typu "chodźmy do sąsiada". Kątem oka zauważam gdzieś daleko na drodze ludzi z psem. Z odległości nie widziałam, czy był uwiązany, czy po prostu blisko się ich trzymał, ale spędziłam kozy trochę niżej. Para z psem też mnie zauważyła, wołają psa i idą dalej. Kiedy byli na mojej wysokości, zamiast dalej iść prosto, to postanowili pooglądać kozy z bliska. Tylko, że pies średnich rozmiarów był jednak bez smyczy.

- Przepraszam - wołam do nich. - Możecie uwiązać psa?
- On nie gryzie! - odkrzykuje mi babka. Pies zaczyna kręcić podekscytowane kółka, bo złapał zapach kóz.
- Nie chodzi tylko o gryzienie, ale kozy mogą się spłoszyć.
- On nic nie robi! - babka się oburzyła, a facet jej przytakuje.

Wysyłam Ojca Wszystkich Dzieci jeszcze niżej, kozy podążają za nim, a ja idę w kierunku pary. Jestem jakieś pięć metrów od nich.

- Zapnijcie psa na smycz!
- No ale on nie jest groźny! Maksiu jest bardzo grzeczny, chcemy zobaczyć kózki z bliska.
- A ch*** mnie to... - zaczynam już poddenerwowana, ale przerywa mi Maksiu, który prawie mnie przewraca, kiedy rzuca się na kozy. A ja się rzucam za nim, para próbuje go przywołać, ale jakoś nieszczególnie robi to na nim wrażenie.

Maksiu jednak szybko się zatrzymał (a raczej został zatrzymany) i nie dane było mu zatopić ząbków w świeżej kozinie. Spotkał się z po prostu z rogami. I wbrew moim oczekiwaniom, to nie kozioł rzucił się na ratunek swoim żonom, ale Luśka. No tak, Luśka. Kupiłam ją jako roczną kozę, która pałała szczególną nienawiścią do psów. Trochę mi zeszło nauczenie jej, żeby nie rzucała się na każdego psa, którego ma w zasięgu wzroku. Dodam, że kiedy ją kupiłam, zupełnie, o tym problemie nie wiedziałam, bo poprzedni właściciel nie raczył mnie o tym poinformować. Dowiedziałam się w najgorszy możliwy sposób - Luśka zauważyła naszego Pimpka wielkości spasionego kota i rzuciła się do ataku, dosyć mocno go turbując. Ale po trzech latach u nas teoretycznie agresji w stosunku do psów już nie pokazywała.

W chwili ataku przez Maksia obudziła się w niej jednak nutka nienawiści i po prostu zaczęła go okładać. A wkurzona koza ze sporymi rogami potrafi być niebezpieczna. Pies po pierwszym uderzeniu padł w szoku i nawet nie za bardzo się bronił. Zanim zdążyłam odciągnąć Luśkę, to skomlał, jakby go oskórowali.

Parka dopadła do psa, który dalej leżał na ziemi i oczywiście zaczęli się wydzierać, bo jak wiadomo - to oczywiście moja wina. Stado się w tym ogólnym harmidrze trochę rozbiegło, zrobiło się zamieszanie. Ojciec Wszystkich Dzieci poczuł się chyba w końcu do roli obrońcy i jeszcze sprzedał bęcka w bok pochylonemu nad psem facetowi. Facet odskoczył od Maksia (chyba go lekko zamroczyło), przerażony pies odzyskał siłę w nogach i po prostu uciekł, a ja się dowiedziałam od biegnącej za psem pary, że jestem co najmniej szalona, co Luśka skomentowała krótkim "meee". A wystarczyło trzymać psa na smyczy...

na wsi

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 460 (466)

#72439

(PW) ·
| Do ulubionych
Co się odwlecze to nie uciecze. Czyli jak być piekielnym dla samego siebie.

Bohatera nazwijmy Paweł. Jak wiedzą niektórzy, są sprytne, nielegalne sposoby na obniżenie rachunków za media. Ale to nie dla Pawła. On zrobi to legalnie. Tak więc konsekwentnie przez 10 lat gdy nadchodzi czas odczytu, Pawła nie ma w domu. Pracownik zostawia karteczkę. Zatem Paweł sam dzwoni do firmy i podaje stan licznika. W ten oto sposób płaci za zużycie 2-3 jednostek na rok. Znikome opłaty. Wszystko działa dopóki nie nadchodzi czas wymiany liczydła. Stan spisany i udokumentowany zdjęciem przez montera wynosi 1478 jednostek. Tak więc Paweł musi zapłacić fakturę, ponad 15 tys. za zużycie, policzone po obecnej cenie - po kilkakrotnych podwyżkach w przeciągu tych 10 lat.

Ku przestrodze.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 460 (466)