Top historii
Z cyklu: Nienawidzę, jak ktoś nie szanuje czyjejś pracy, jakakolwiek by ona nie była.
Niedziela, jedyny mój dzień odpoczynku i załatwiania spraw domowych. Zapasy lodówkowe na wykończeniu. Wypadałoby udać się do Świątyni Przybytku Wszelkiego, w tym wypadku - HiperSuperTurbomarket na warszawskim Bemowie.
Jeździ sobie Lightmanek wózeczkiem między półkami (tu mi z dzieciaka pozostało, popylam wózkiem jak Keanu autobusem w Speedzie), od czasu do czasu zastanawiając się czy lepszy będzie pasztet spod laski za 2,09 czy też belgijsko-holenderski za 2,08. Dojeżdżam do długiej jak kolejka w pośredniaku alejki z napojami. Od razu me uważne oko wyłapało dwójkę owocowych młodzieńców rasy "mój tatuś ma pieniądze, a ja robię co mi się podoba", w wieku ok. przedpełnoletnim. Nagle jeden do drugiego:
([D1]-Debil 1, [D2]-Debil 2)
[D1]: Patrz stary, co odpi*rdolę!
I jeb, szklaną butelką Frugo o podłogę. Nie trzeba być superinteligentnym, by domyślić się, że szkło rozbite na małe kawałeczki, a nektar bogów płynie po całej szerokości alejki. Lecę do nich i z gromkim pozdrowieniem:
[J]: Poj*bało was?!
[D2]: Spokojnie, zaraz pewnie przyjdzie ktoś i posprząta!
[J]: Sam to powinieneś teraz zlizać...
Po czym oddaliłem się z miejsca zdarzenia, lecz coś mnie tknęło, żeby jeszcze z dalszej perspektywy trochę poobserwować. Widzę jak podbiega młody [Ch]łopak z obsługi, w rękach dzierżąc mop i wiadro. I taka oto wywiązała się dyskusja:
[D1]: Spadło z półki, sprzątaj cieciu, od tego jesteś!
[D2]: Właśnie, buraku. Zapi*rdalaj na tym mopie, robolu!... Haha, patrz jak się słucha!
Widzę, że chłopak cały czerwony, no ale co ma zrobić. Toć "klient nasz pan" i za dużo powiedzieć nie może. Sprząta.
[D1]: Dobry pies, mój ojciec ma takich samych w firmie... hehehe
Debil 2 w tym momencie zaczął cmokać i pogwizdywać, rzeczywiście jak do zwierzęcia.
Tu już chłopak nie wytrzymał i (nieumyślnie przeszkadzając pędzącemu Lightmanowi, z pianą w pysku i lewym sierpowym) szybkim prostym zwalił dzieciaka z nóg, po czym wziął swoje wiaderko i odmaszerował.
Ale dzieciaki, jak to w tych czasach, pomimo swojej głupoty, to istoty niesamowicie sprytne i lecą do kierownika na skargę. Że ich pobili, że przecież sami zgłosili, że tam butelka się stłukła, że "zostali ofiarami". No aniołeczki, k*rwa. Co najgorsze, widzę, że kierownik rzeczywiście zaczyna im wierzyć. Chłopaka szkoda, bo widzę jak stoi ze zdjętą czapeczką w dłoniach, przerażeniem jak na skazaniu. Wiadomo, o robotę trudno, nawet w stolicy. Nie wytrzymuję, włączam się do dyskusji, sytuację wyjaśniam. Gówniarze zabrani przez ochronę do kanciapy czekają na przyjazd tatusiów.
Ja wracam. Bogatszy o zakupy, dobry uczynek i 0,7 Finlandii od chłopaka.
Niedziela, jedyny mój dzień odpoczynku i załatwiania spraw domowych. Zapasy lodówkowe na wykończeniu. Wypadałoby udać się do Świątyni Przybytku Wszelkiego, w tym wypadku - HiperSuperTurbomarket na warszawskim Bemowie.
Jeździ sobie Lightmanek wózeczkiem między półkami (tu mi z dzieciaka pozostało, popylam wózkiem jak Keanu autobusem w Speedzie), od czasu do czasu zastanawiając się czy lepszy będzie pasztet spod laski za 2,09 czy też belgijsko-holenderski za 2,08. Dojeżdżam do długiej jak kolejka w pośredniaku alejki z napojami. Od razu me uważne oko wyłapało dwójkę owocowych młodzieńców rasy "mój tatuś ma pieniądze, a ja robię co mi się podoba", w wieku ok. przedpełnoletnim. Nagle jeden do drugiego:
([D1]-Debil 1, [D2]-Debil 2)
[D1]: Patrz stary, co odpi*rdolę!
I jeb, szklaną butelką Frugo o podłogę. Nie trzeba być superinteligentnym, by domyślić się, że szkło rozbite na małe kawałeczki, a nektar bogów płynie po całej szerokości alejki. Lecę do nich i z gromkim pozdrowieniem:
[J]: Poj*bało was?!
[D2]: Spokojnie, zaraz pewnie przyjdzie ktoś i posprząta!
[J]: Sam to powinieneś teraz zlizać...
Po czym oddaliłem się z miejsca zdarzenia, lecz coś mnie tknęło, żeby jeszcze z dalszej perspektywy trochę poobserwować. Widzę jak podbiega młody [Ch]łopak z obsługi, w rękach dzierżąc mop i wiadro. I taka oto wywiązała się dyskusja:
[D1]: Spadło z półki, sprzątaj cieciu, od tego jesteś!
[D2]: Właśnie, buraku. Zapi*rdalaj na tym mopie, robolu!... Haha, patrz jak się słucha!
Widzę, że chłopak cały czerwony, no ale co ma zrobić. Toć "klient nasz pan" i za dużo powiedzieć nie może. Sprząta.
[D1]: Dobry pies, mój ojciec ma takich samych w firmie... hehehe
Debil 2 w tym momencie zaczął cmokać i pogwizdywać, rzeczywiście jak do zwierzęcia.
Tu już chłopak nie wytrzymał i (nieumyślnie przeszkadzając pędzącemu Lightmanowi, z pianą w pysku i lewym sierpowym) szybkim prostym zwalił dzieciaka z nóg, po czym wziął swoje wiaderko i odmaszerował.
Ale dzieciaki, jak to w tych czasach, pomimo swojej głupoty, to istoty niesamowicie sprytne i lecą do kierownika na skargę. Że ich pobili, że przecież sami zgłosili, że tam butelka się stłukła, że "zostali ofiarami". No aniołeczki, k*rwa. Co najgorsze, widzę, że kierownik rzeczywiście zaczyna im wierzyć. Chłopaka szkoda, bo widzę jak stoi ze zdjętą czapeczką w dłoniach, przerażeniem jak na skazaniu. Wiadomo, o robotę trudno, nawet w stolicy. Nie wytrzymuję, włączam się do dyskusji, sytuację wyjaśniam. Gówniarze zabrani przez ochronę do kanciapy czekają na przyjazd tatusiów.
Ja wracam. Bogatszy o zakupy, dobry uczynek i 0,7 Finlandii od chłopaka.
sklepy
Ocena:
1111
(Głosów:
1147)
Do klasy chodzi ze mną dziewczyna niedosłysząca, mająca aparat w uchu. Jest on malutki, ledwo widoczny, jeden z nowszej generacji tego sprzęcioru. Tak słowem wstępu.
Zmienił nam się nauczyciel od wf, na jego miejsce przyszła pani "idealna". Linia na bramkę mierzona była kątomierzem, a mierzenie boiska odbywało się linijką centymetrową. Siatkę do kosza mierzyliśmy miarką. Może coś jeszcze wrzucę, bo dużo było kwiatków. Pewnego razu tak się złożyło, że damska część miała wychowanie fizyczne z nami, aby poznać nową nauczycielkę. Gdy staliśmy w szeregu, zobaczyła z daleka, że coś mieni się w uchu dziewczyny. Nie podchodząc krzyknęła:
-Zdejmuj to świecidełko z uszu, blondyna.
-Ale ja nie mam biżuterii.
-Gó*no prawda. Zdejmuj to, albo ci pokażę.
-Gdy ja naprawdę...
I pani nie wytrzymała, podeszła i złapała ją za ucho, zrzucając na podłogę aparat, roztrzaskujący się o ziemię.
-To cie nauczy szacunku gówniaro.
Wtedy ja, z przypływem adrenaliny postanowiłem, że nie dam zaszczuć tej dziewczyny.
-To był jej aparat, ona teraz pani nie słyszy. Pokryje pani koszta kupna i poniesie konsekwencję.
Wytrzeszcz oczu u baby, a zaraz za mną wstawiła się reszta klasy. Odmówiliśmy dalszej lekcji, poszliśmy wraz z poszkodowaną prosto do dyrekcji.
Pani już nie widuję w tej szkole, a wuefistę mamy nowego.
Zmienił nam się nauczyciel od wf, na jego miejsce przyszła pani "idealna". Linia na bramkę mierzona była kątomierzem, a mierzenie boiska odbywało się linijką centymetrową. Siatkę do kosza mierzyliśmy miarką. Może coś jeszcze wrzucę, bo dużo było kwiatków. Pewnego razu tak się złożyło, że damska część miała wychowanie fizyczne z nami, aby poznać nową nauczycielkę. Gdy staliśmy w szeregu, zobaczyła z daleka, że coś mieni się w uchu dziewczyny. Nie podchodząc krzyknęła:
-Zdejmuj to świecidełko z uszu, blondyna.
-Ale ja nie mam biżuterii.
-Gó*no prawda. Zdejmuj to, albo ci pokażę.
-Gdy ja naprawdę...
I pani nie wytrzymała, podeszła i złapała ją za ucho, zrzucając na podłogę aparat, roztrzaskujący się o ziemię.
-To cie nauczy szacunku gówniaro.
Wtedy ja, z przypływem adrenaliny postanowiłem, że nie dam zaszczuć tej dziewczyny.
-To był jej aparat, ona teraz pani nie słyszy. Pokryje pani koszta kupna i poniesie konsekwencję.
Wytrzeszcz oczu u baby, a zaraz za mną wstawiła się reszta klasy. Odmówiliśmy dalszej lekcji, poszliśmy wraz z poszkodowaną prosto do dyrekcji.
Pani już nie widuję w tej szkole, a wuefistę mamy nowego.
Szkoła
Ocena:
1014
(Głosów:
1044)
Historia może mało piekielna, ale poprawiła mi humor na cały dzień. :)
Na początek powiem, że od pewnego czasu bawię się w rekonstrukcję historyczną (dziś drużyna wojów wczesnośredniowiecznych, wtedy jeszcze bractwo rycerskie).
Historyjka przydarzyła się w czasie jednego z wiosennych treningów (latem i wiosną - czasem też wczesną jesienią treningi mamy w parku - bo miło męczy się na świeżym powietrzu, ludzie podchodzą, robią zdjęcia, etc).
Do naszej bandy podeszło dwóch przedstawicieli kultury ABS. Gadka-szmatka, panowie zaciekawieni, postanowili przymierzyć sprzęt. Jeden z nich założył hełm kolegi na gołą głowę (gwoli wyjaśnienia - pod hełm zakłada się pikowaną czapę, która ma tłumić uderzenia, bez tego ani rusz). Zanim zdążyliśmy go powstrzymać, drugi huknął go w łeb leżącym obok styliskiem (broń treningowa). My w szoku - trzeba będzie gościa ratować! Ale karczek okazał się wyjątkowo twardy. Zdjął hełm, spojrzał na kolegę i ze szczerym, słowiańskim uśmiechem stwierdził:
- Chroni, k***a, se na mecz takie kupie...
Po czym panowie poszli...
Na początek powiem, że od pewnego czasu bawię się w rekonstrukcję historyczną (dziś drużyna wojów wczesnośredniowiecznych, wtedy jeszcze bractwo rycerskie).
Historyjka przydarzyła się w czasie jednego z wiosennych treningów (latem i wiosną - czasem też wczesną jesienią treningi mamy w parku - bo miło męczy się na świeżym powietrzu, ludzie podchodzą, robią zdjęcia, etc).
Do naszej bandy podeszło dwóch przedstawicieli kultury ABS. Gadka-szmatka, panowie zaciekawieni, postanowili przymierzyć sprzęt. Jeden z nich założył hełm kolegi na gołą głowę (gwoli wyjaśnienia - pod hełm zakłada się pikowaną czapę, która ma tłumić uderzenia, bez tego ani rusz). Zanim zdążyliśmy go powstrzymać, drugi huknął go w łeb leżącym obok styliskiem (broń treningowa). My w szoku - trzeba będzie gościa ratować! Ale karczek okazał się wyjątkowo twardy. Zdjął hełm, spojrzał na kolegę i ze szczerym, słowiańskim uśmiechem stwierdził:
- Chroni, k***a, se na mecz takie kupie...
Po czym panowie poszli...
Łódź
Ocena:
916
(Głosów:
948)
Przeczytałem historie o mundurkach i przypomniało mi się fajne zajście. Pewne gimnazjum miało zakładany monitoring. Sprzęt dobrej klasy drogi, a co dość istotne rejestrator miał kilka fajnych opcji. Otóż rejestrator zbiera i zapisuje obrazy z wszystkich kamer, ale jak wiadomo im więcej się płaci tym więcej opcji ma ten sprzęt.
I tak na korytarzu doszło do kradzieży i pobicia chłopaka z młodszej klasy. Fakt nagrało się, ale....
Po złożeniu skargi przez rodziców i zgłoszeniu sprawy na policję, przeglądamy monitoring i okazuje się, że takiego zajścia nie było. Że kamera w godz od tej do tej nic nie widziała. (Nasza firma miała tam ochroniarza, także pojechałem z inspektorem i ja projektujący kamery).
Ok, zajście się nie nagrało, ale jako że sprzęt z wyższej półki zapisywał na 7 dni wszystkie usunięte nagrania - taki kosz. Nie da się ich usunąć na siłę, musi minąć 7 dni - takie zabezpieczenie przez nieuczciwymi pracownikami.
I co widzimy? Jest nagranie jak chłopak jest okradany i bity. Usunięte przez login pani dyrektor.
Teraz wydało mi się jasne czemu pani dyrektor uparła się aby rejestrator i monitor były u niej w gabinecie, a nie na portierni gdzie jest ochroniarz. Polska szkoła bez przemocy, dbająca o opinie.
I tak na korytarzu doszło do kradzieży i pobicia chłopaka z młodszej klasy. Fakt nagrało się, ale....
Po złożeniu skargi przez rodziców i zgłoszeniu sprawy na policję, przeglądamy monitoring i okazuje się, że takiego zajścia nie było. Że kamera w godz od tej do tej nic nie widziała. (Nasza firma miała tam ochroniarza, także pojechałem z inspektorem i ja projektujący kamery).
Ok, zajście się nie nagrało, ale jako że sprzęt z wyższej półki zapisywał na 7 dni wszystkie usunięte nagrania - taki kosz. Nie da się ich usunąć na siłę, musi minąć 7 dni - takie zabezpieczenie przez nieuczciwymi pracownikami.
I co widzimy? Jest nagranie jak chłopak jest okradany i bity. Usunięte przez login pani dyrektor.
Teraz wydało mi się jasne czemu pani dyrektor uparła się aby rejestrator i monitor były u niej w gabinecie, a nie na portierni gdzie jest ochroniarz. Polska szkoła bez przemocy, dbająca o opinie.
polska szkoła bez przemocy dbająca o opinie
Ocena:
1194
(Głosów:
1220)
Rano urządziłam jedną z największych awantur rodzinnych, jakie pamiętam. Gdyby nie to, że chwilowo nie mam zdrowia do miejskich biegów przełajowych z tasakiem i rzucania skalpelami do ruchomego celu, oglądalibyście mnie pewnie w telewizji jako najgroźniejszą morderczynię miesiąca.
Mój ślubny dostał w poniedziałek polecenie służbowe wyjazdu, spakował się i powiedział, że wróci tuż przed Wielkim Czwartkiem, jednocześnie zostawiając przygotowania do świąt na mojej głowie. Ponieważ ostatnio nie jest ze mną najlepiej, zobowiązał rodzinę do pomagania mi w sprzątaniu i gotowaniu. Spodziewałam się duetu Teściowa&Teściowa, ale zamiast nich we wtorek powitałam w drzwiach kuzynkę męża, nosicielkę dobrej nowiny "przyjechałam ci pomóc, ciesz się a bądź zaszczycona". Cieszyć się nie miałam z czego, ponieważ jej pomoc w najbardziej optymistycznej wersji mogła oznaczać tylko patrzenie, jak gotuję całą świąteczną wyżerkę z moich zakupów i zabranie 75% w ramach "podziękowania za jej ciężką pracę". Ale uznałam, że okna może pomyć...
Kuzynka spędziła u mnie czas od wtorku do wczorajszego ranka, kiedy to pożegnałam ją z hukiem zatrzaskiwanych drzwi. Ale nie uprzedzajmy faktów. W mojej naturze leży odrobina pedanterii (i zamiłowanie do ładnych i funkcjonalnych przedmiotów użytku codziennego), dbam o to, żeby mieszkanie nie zarosło brudem, więc zostały tylko standardowe prace przedświąteczne, które zostawia się na początek wiosny, jak przesadzenie kwiatów, dokładnie umycie balkonu, okien, trzepanie dywanów, itd.
Kuzynka uparła się, że przemyje całą zastawę stołową, wypoleruje sztućce, przejrzy regały z książkami, pomoże mi uporządkować szafę, umyje kryształy, zrobi porządek w sekretarzyku, uporządkuje toaletkę i zrobi sto innych rzeczy, które konieczne nie były, a częścią z nich wolałabym zająć się sama. Mnie najchętniej zamknęłaby w kuchni. Zaczęłam czuć się nieswojo, kiedy zaproponowała przejrzenie mojej biżuterii i zaniesienie jej do wyczyszczenia u złotnika. Kiedy złapałam ją na dokładnym oglądaniu zawartości szafy kuchennej i wypytywaniu o to, jak długo mam lodówkę i ile kosztowała zmywarka, stwierdziłam, że zachowuje się co najmniej dziwnie. Wszystko to okraszone coraz mniej subtelnymi pytaniami o to, jak bardzo źle się czuję i jakie są rokowania.
A potem przyszedł piątek.
O świcie kuzyneczka ruszyła na poranny jogging. Kwadrans po jej wyjściu zajrzała przyjaciółka z piętra, zapytać, czy mogę jej pożyczyć spódnicę. Mogłabym, gdybym mogła ją znaleźć. No to może inną. Też nie ma - diabeł ogonem nakrył, ale byłam już zła na siebie (w końcu porządki, więc powinnam mieć wszystko na miejscu) i zaczęłyśmy przetrząsać całe mieszkanie. Przeglądałam po raz piąty zawartość kosza z rzeczami do prania, kiedy przyjaciółka wyszła z pokoju z obiema spódnicami w ręce. Gdzie były? "Tam, w tych spakowanych ubraniach". Jakich spakowanych ubraniach? "W torbie. Zrzuciłam ją z fotela i wypadły".
W "spakowanych ubraniach" znalazło się jeszcze kilka innych rzeczy, na przykład cenna jak cholera szczotka do włosów po prababci. Przypadkiem do kosmetyczki się nie zaplątała, ponieważ sama trzymam ją w kuferku i ostatnio nie wyjmuję, bo nie mam czego czesać. Wyzwolona ze wszelkich skrupułów przejrzałam zawartość torebki kuzyneczki. W moje ręce wpadła długa lista przedmiotów znajdujących się w mieszkaniu wraz z ich wyceną - "sukienka jedwabna, zielona, 150 zł" - na której była większość moich najlepszych ubrań, prawie cała biżuteria, książki, ba, nawet meble.
Kiedy kuzynka wróciła z biegów, powitałyśmy ją spakowanymi rzeczami i ofertą pięciu sekund na wytłumaczenie, jakim prawem spisuje moje ruchomości. Czy się zmieszała? Zawstydziła? Skąd. Urządziła scenę pod tytułem "ty wywłoko, kto ci pozwolił grzebać w mojej torbie". A kto jej pozwolił kraść moje rzeczy? "Przecież tobie i tak nie będą potrzebne, a Michał [mój mąż] w tym chodzić nie będzie!" I to przecież NATURALNE i OCZYWISTE, że przyjechała rozejrzeć się, co jej przypadnie w udziale, kiedy już umrę, zanim ją te wszystkie sępy uprzedzą.
Po takim dictum mogła zobaczyć, jak wszystkie jej rzeczy uczą się latać z dziesiątego piętra. Potem mało delikatnie wypchnęłam ją za drzwi i zadzwoniłam do teściowej z raportem. A dziś rano pojechałam urządzić happening "chora nie znaczy niegroźna".
Zdaje się, że to będą wesołe święta.
Mój ślubny dostał w poniedziałek polecenie służbowe wyjazdu, spakował się i powiedział, że wróci tuż przed Wielkim Czwartkiem, jednocześnie zostawiając przygotowania do świąt na mojej głowie. Ponieważ ostatnio nie jest ze mną najlepiej, zobowiązał rodzinę do pomagania mi w sprzątaniu i gotowaniu. Spodziewałam się duetu Teściowa&Teściowa, ale zamiast nich we wtorek powitałam w drzwiach kuzynkę męża, nosicielkę dobrej nowiny "przyjechałam ci pomóc, ciesz się a bądź zaszczycona". Cieszyć się nie miałam z czego, ponieważ jej pomoc w najbardziej optymistycznej wersji mogła oznaczać tylko patrzenie, jak gotuję całą świąteczną wyżerkę z moich zakupów i zabranie 75% w ramach "podziękowania za jej ciężką pracę". Ale uznałam, że okna może pomyć...
Kuzynka spędziła u mnie czas od wtorku do wczorajszego ranka, kiedy to pożegnałam ją z hukiem zatrzaskiwanych drzwi. Ale nie uprzedzajmy faktów. W mojej naturze leży odrobina pedanterii (i zamiłowanie do ładnych i funkcjonalnych przedmiotów użytku codziennego), dbam o to, żeby mieszkanie nie zarosło brudem, więc zostały tylko standardowe prace przedświąteczne, które zostawia się na początek wiosny, jak przesadzenie kwiatów, dokładnie umycie balkonu, okien, trzepanie dywanów, itd.
Kuzynka uparła się, że przemyje całą zastawę stołową, wypoleruje sztućce, przejrzy regały z książkami, pomoże mi uporządkować szafę, umyje kryształy, zrobi porządek w sekretarzyku, uporządkuje toaletkę i zrobi sto innych rzeczy, które konieczne nie były, a częścią z nich wolałabym zająć się sama. Mnie najchętniej zamknęłaby w kuchni. Zaczęłam czuć się nieswojo, kiedy zaproponowała przejrzenie mojej biżuterii i zaniesienie jej do wyczyszczenia u złotnika. Kiedy złapałam ją na dokładnym oglądaniu zawartości szafy kuchennej i wypytywaniu o to, jak długo mam lodówkę i ile kosztowała zmywarka, stwierdziłam, że zachowuje się co najmniej dziwnie. Wszystko to okraszone coraz mniej subtelnymi pytaniami o to, jak bardzo źle się czuję i jakie są rokowania.
A potem przyszedł piątek.
O świcie kuzyneczka ruszyła na poranny jogging. Kwadrans po jej wyjściu zajrzała przyjaciółka z piętra, zapytać, czy mogę jej pożyczyć spódnicę. Mogłabym, gdybym mogła ją znaleźć. No to może inną. Też nie ma - diabeł ogonem nakrył, ale byłam już zła na siebie (w końcu porządki, więc powinnam mieć wszystko na miejscu) i zaczęłyśmy przetrząsać całe mieszkanie. Przeglądałam po raz piąty zawartość kosza z rzeczami do prania, kiedy przyjaciółka wyszła z pokoju z obiema spódnicami w ręce. Gdzie były? "Tam, w tych spakowanych ubraniach". Jakich spakowanych ubraniach? "W torbie. Zrzuciłam ją z fotela i wypadły".
W "spakowanych ubraniach" znalazło się jeszcze kilka innych rzeczy, na przykład cenna jak cholera szczotka do włosów po prababci. Przypadkiem do kosmetyczki się nie zaplątała, ponieważ sama trzymam ją w kuferku i ostatnio nie wyjmuję, bo nie mam czego czesać. Wyzwolona ze wszelkich skrupułów przejrzałam zawartość torebki kuzyneczki. W moje ręce wpadła długa lista przedmiotów znajdujących się w mieszkaniu wraz z ich wyceną - "sukienka jedwabna, zielona, 150 zł" - na której była większość moich najlepszych ubrań, prawie cała biżuteria, książki, ba, nawet meble.
Kiedy kuzynka wróciła z biegów, powitałyśmy ją spakowanymi rzeczami i ofertą pięciu sekund na wytłumaczenie, jakim prawem spisuje moje ruchomości. Czy się zmieszała? Zawstydziła? Skąd. Urządziła scenę pod tytułem "ty wywłoko, kto ci pozwolił grzebać w mojej torbie". A kto jej pozwolił kraść moje rzeczy? "Przecież tobie i tak nie będą potrzebne, a Michał [mój mąż] w tym chodzić nie będzie!" I to przecież NATURALNE i OCZYWISTE, że przyjechała rozejrzeć się, co jej przypadnie w udziale, kiedy już umrę, zanim ją te wszystkie sępy uprzedzą.
Po takim dictum mogła zobaczyć, jak wszystkie jej rzeczy uczą się latać z dziesiątego piętra. Potem mało delikatnie wypchnęłam ją za drzwi i zadzwoniłam do teściowej z raportem. A dziś rano pojechałam urządzić happening "chora nie znaczy niegroźna".
Zdaje się, że to będą wesołe święta.
rodzina nabyta
Ocena:
1568
(Głosów:
1606)
Poczta. Chcę kupić znaczek na kartkę którą zamierzałam wysłać do Chin.
- Poproszę znaczek ekonomiczny, do Azji.
- Dokąd?
- Do Azji.
- Ale dokąd?
- (dla świętego spokoju) Do Chin.
(stuk, stuk w klawiaturkę)
- Ale, proszę pani, ja tutaj nie mam Chin! Ja nie wiem, jaki mam pani dać znaczek.
- Proszę dać mi po prostu znaczek do Azji!
- Nie mam Chin w Azji!
Upieram się, że z tego co pamiętam, dziś rano jeszcze były. Proszę panią o ponowne sprawdzenie, a sama ukradkiem z ciekawości zaglądam w monitor. Oczom nie wierzę. Ujawnia się we mnie sadystka i napawam się jeszcze chwilę cierpieniami umęczonej pani po drugiej stronie szybki, po czym wybawiam ją z opresji:
- Wie pani, może by się znalazły, gdyby była pani uprzejma poszukać Chin przez "Ch" a nie "H".
- Poproszę znaczek ekonomiczny, do Azji.
- Dokąd?
- Do Azji.
- Ale dokąd?
- (dla świętego spokoju) Do Chin.
(stuk, stuk w klawiaturkę)
- Ale, proszę pani, ja tutaj nie mam Chin! Ja nie wiem, jaki mam pani dać znaczek.
- Proszę dać mi po prostu znaczek do Azji!
- Nie mam Chin w Azji!
Upieram się, że z tego co pamiętam, dziś rano jeszcze były. Proszę panią o ponowne sprawdzenie, a sama ukradkiem z ciekawości zaglądam w monitor. Oczom nie wierzę. Ujawnia się we mnie sadystka i napawam się jeszcze chwilę cierpieniami umęczonej pani po drugiej stronie szybki, po czym wybawiam ją z opresji:
- Wie pani, może by się znalazły, gdyby była pani uprzejma poszukać Chin przez "Ch" a nie "H".
poczta
Ocena:
943
(Głosów:
963)
Niedawno w trakcie zakupów w lokalnym supermarkecie byłem świadkiem takiego oto wydarzenia:
Starszy pan, żaden menel, po prostu „zwykły emeryt”, urządził sobie degustację dżemów prosto ze słoika. Stał przy regale, odkręcał kolejne słoiki, wsadzał do środka palec, oblizywał go, następnie zabierał się za kolejny słoik, poprzedni z grymasem na twarzy odstawiając z powrotem na półkę.
W sklepie musi być sprawny monitoring, ponieważ przy amatorze dżemów dość szybko zjawiła się ochrona. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrych kilka – kilkanaście słoików padło jego ofiarą.
Od tego momentu oprócz daty przydatności sprawdzam również stan każdego opakowania, tak na wszelki wypadek.
Starszy pan, żaden menel, po prostu „zwykły emeryt”, urządził sobie degustację dżemów prosto ze słoika. Stał przy regale, odkręcał kolejne słoiki, wsadzał do środka palec, oblizywał go, następnie zabierał się za kolejny słoik, poprzedni z grymasem na twarzy odstawiając z powrotem na półkę.
W sklepie musi być sprawny monitoring, ponieważ przy amatorze dżemów dość szybko zjawiła się ochrona. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrych kilka – kilkanaście słoików padło jego ofiarą.
Od tego momentu oprócz daty przydatności sprawdzam również stan każdego opakowania, tak na wszelki wypadek.
osiedlowy
Ocena:
521
(Głosów:
539)
Parę lat temu robiłem kurs na prawo jazdy w Katowicach.
Kiedy już miałem jazdy dostałem sympatycznego instruktora, który też pracował w Straży Miejskiej.
I tak któregoś pięknego dnia gdzieś tak w połowie kursu miałem bardzo piekielno-straszną jazdę.
Gdzieś na peryferiach Katowic uliczka mało uczęszczana. Przejście dla pieszych. Z daleka widzę, że przy nim stoi dziecko. Około 10-11 lat. Więc zwalniam i się zatrzymuję żeby mógł spokojnie przejść. Kiedy chłopaczek już wychodzi za moje auto, w lusterku widzę pędzącą taksówkę. I co się okazuje? Zaczyna mnie wyprzedzać na przejściu dla pieszych. Chłopiec tego nie wiedział i oczywiście został potrącony. Na szczęście nie śmiertelnie. A taksi zamiast się zatrzymać to pruło dalej.
Na to mój instruktor kazał mi wysiąść z auta dał apteczkę i moje rzeczy i kazał zostać z chłopcem i pomóc a sam pognał za sprawcą.
Chłopiec leżał na ziemi, płakał strasznie i mówił że nie może ruszać nogą. Faktycznie była złamana i to solidnie. Oczywiście zadzwoniłem po pogotowie i starałem się jakoś tego chłopaczka pocieszać i uspokajać. Kiedy powiedział, że mu zimno dałem mu nawet moją kurtkę. To było w styczniu. Później wpadłem na pomysł żeby jakoś powiadomić jego rodziców. Więc zacząłem szukać mu w plecaku legitymacji czy telefonu. Na to jakaś babulka, która przechodziła zaczęła mnie wyzywać od morderców i złodziei, bo najpierw potrąciłem, a teraz okradam.
Na szczęście przyjechała policja i oni się tym zajęli. Niestety na karetkę trzeba było dłużej czekać.
Miałem akurat przy sobie małego misia przytulankę dla mojej dziewczyny, więc dałem chłopaczkowi żeby go trochę pocieszyć.
Kiedy pogotowie go zabrało, policja spisała moje zeznania, przyjechał też mój instruktor. Jak się okazało sprawcę złapano.
Jakim trzeba być człowiekiem żeby nie dość, że wyprzedzać eLkę, to potrącić dziecko i uciec. Od tego czasu miałem nie raz koszmary z tego powodu. Później spotkałem się z tym chłopcem jak była sprawa w sądzie. Byłem tam świadkiem.
Wkurza mnie to, że jakoś ten kierowca nie dostał surowej kary tylko zabrali mu prawko na rok i odszkodowanie jakieś miał zapłacić.
Chory kraj.
Jednego nie zapomnę. Ten chłopiec chciał mi oddać tego misia. A ja mu powiedziałem żeby sobie go zachował jako pamiątkę ode mnie. Jego mina i mina rodziców była dla mnie największym podziękowaniem.
Kiedy już miałem jazdy dostałem sympatycznego instruktora, który też pracował w Straży Miejskiej.
I tak któregoś pięknego dnia gdzieś tak w połowie kursu miałem bardzo piekielno-straszną jazdę.
Gdzieś na peryferiach Katowic uliczka mało uczęszczana. Przejście dla pieszych. Z daleka widzę, że przy nim stoi dziecko. Około 10-11 lat. Więc zwalniam i się zatrzymuję żeby mógł spokojnie przejść. Kiedy chłopaczek już wychodzi za moje auto, w lusterku widzę pędzącą taksówkę. I co się okazuje? Zaczyna mnie wyprzedzać na przejściu dla pieszych. Chłopiec tego nie wiedział i oczywiście został potrącony. Na szczęście nie śmiertelnie. A taksi zamiast się zatrzymać to pruło dalej.
Na to mój instruktor kazał mi wysiąść z auta dał apteczkę i moje rzeczy i kazał zostać z chłopcem i pomóc a sam pognał za sprawcą.
Chłopiec leżał na ziemi, płakał strasznie i mówił że nie może ruszać nogą. Faktycznie była złamana i to solidnie. Oczywiście zadzwoniłem po pogotowie i starałem się jakoś tego chłopaczka pocieszać i uspokajać. Kiedy powiedział, że mu zimno dałem mu nawet moją kurtkę. To było w styczniu. Później wpadłem na pomysł żeby jakoś powiadomić jego rodziców. Więc zacząłem szukać mu w plecaku legitymacji czy telefonu. Na to jakaś babulka, która przechodziła zaczęła mnie wyzywać od morderców i złodziei, bo najpierw potrąciłem, a teraz okradam.
Na szczęście przyjechała policja i oni się tym zajęli. Niestety na karetkę trzeba było dłużej czekać.
Miałem akurat przy sobie małego misia przytulankę dla mojej dziewczyny, więc dałem chłopaczkowi żeby go trochę pocieszyć.
Kiedy pogotowie go zabrało, policja spisała moje zeznania, przyjechał też mój instruktor. Jak się okazało sprawcę złapano.
Jakim trzeba być człowiekiem żeby nie dość, że wyprzedzać eLkę, to potrącić dziecko i uciec. Od tego czasu miałem nie raz koszmary z tego powodu. Później spotkałem się z tym chłopcem jak była sprawa w sądzie. Byłem tam świadkiem.
Wkurza mnie to, że jakoś ten kierowca nie dostał surowej kary tylko zabrali mu prawko na rok i odszkodowanie jakieś miał zapłacić.
Chory kraj.
Jednego nie zapomnę. Ten chłopiec chciał mi oddać tego misia. A ja mu powiedziałem żeby sobie go zachował jako pamiątkę ode mnie. Jego mina i mina rodziców była dla mnie największym podziękowaniem.
nauka jazdy
Ocena:
727
(Głosów:
755)
Jak już kiedyś pisałam, pracuję w urzędzie skarbowym. Opiszę wam sprawę, która mną kiedyś bardzo wstrząsnęła i nadal jak o niej myślę, to wywołuje emocje.
Między innymi do moich obowiązków należy rozpracowywanie donosów i anonimów. Jest to chyba najgorsze g...o jakie muszę robić. Kiedyś otrzymałam donos, w którym jakiś facet „uprzejmie” informował, iż płaci swojej byłej żonie alimenty, a ona tych dochodów nie wykazuje w zeznaniu. Niby prosta sprawa, a jednak.
Wezwałam owa kobitkę do okazania dokumentów i złożenia wyjaśnień.
Pani zgłosiła się do urzędu razem ze swoją siostrą. Miała ok. 50-55 lat, była osoba niewidomą, z pokrytą bliznami, z peruką na głowie i z trudem się poruszającą. Od progu stwierdziła, że pewno znowu jej były coś wyskrobał. Oczywiście w takich sytuacjach nie możemy informować strony, że został złożony donos, przeważnie mówimy, że to rutynowa kontrola. Po krótkiej rozmowie Pani wyjaśniła, że jej były mąż siedzi w więzieniu z wyrokiem 2 lat, za trwałe jej okaleczenie i ciągle pisze jakieś donosy na nią. Mąż w ramach urozmaicenia sobie życia więziennego pisał już donosy do Urzędu Miasta, Policji, Prokuratury, Spółdzielni Mieszkaniowej i Urzędu Skarbowego.
Opowiedziała mi, że mąż znalazł sobie jakąś inną kobietę i postanowił się jej pozbyć. Zaplanował sobie – według niego – zbrodnie doskonałą, a ponieważ pracował kiedyś jako policjant był przekonany, że mu się upiecze.
Pewnego dnia jak kąpała się, to do wanny jej były wsypał środek do czyszczenia rur Kreta i usiłował utopić. Kobieta miała poparzone 80% ciała, wypalone włosy (razem ze skórą), w 90% gałki oczne (w jednym oku widziała w ok. 10%, drugiego nie miała wcale), musiała nosić specjalistyczną odzież, bo blizny ciężko się goiły i potwornie bolały. Przed tym zdarzeniem była pełnosprawną, bardzo aktywną kobietą, teraz była wrakiem człowieka stale wymagającym opieki drugiej osoby. A były tłumaczył najpierw, że wcale nie było go w domu, ale jak sąsiedzi potwierdzili, że to nieprawda, to stwierdził, że butelka ze środkiem stała na brzegu wanny i ona sama go sobie wrzuciła do wody.
Niestety musiałam Pani wymierzyć podatek – takie są procedury i nie da się tego przeskoczyć – ale od razu pomogłam napisać jej podanie o umorzenie podatku z uwagi na jej stan zdrowia.
Pomimo tego, że sprawa działa się kilka lat temu, nadal we mnie wywołuje bardzo duże emocje. Przede wszystkim uważam, że 2 lata więzienia za coś takiego jest po prostu śmieszne, facet ma zakaz zbliżania się do żony, ale co z tego jak i tak donosami ja gnębi. Pewno w czasie odsiadki wypasie się na więziennym wikcie i wyjdzie, aby nadal zatruwać życie swojej byłej żonie.
Między innymi do moich obowiązków należy rozpracowywanie donosów i anonimów. Jest to chyba najgorsze g...o jakie muszę robić. Kiedyś otrzymałam donos, w którym jakiś facet „uprzejmie” informował, iż płaci swojej byłej żonie alimenty, a ona tych dochodów nie wykazuje w zeznaniu. Niby prosta sprawa, a jednak.
Wezwałam owa kobitkę do okazania dokumentów i złożenia wyjaśnień.
Pani zgłosiła się do urzędu razem ze swoją siostrą. Miała ok. 50-55 lat, była osoba niewidomą, z pokrytą bliznami, z peruką na głowie i z trudem się poruszającą. Od progu stwierdziła, że pewno znowu jej były coś wyskrobał. Oczywiście w takich sytuacjach nie możemy informować strony, że został złożony donos, przeważnie mówimy, że to rutynowa kontrola. Po krótkiej rozmowie Pani wyjaśniła, że jej były mąż siedzi w więzieniu z wyrokiem 2 lat, za trwałe jej okaleczenie i ciągle pisze jakieś donosy na nią. Mąż w ramach urozmaicenia sobie życia więziennego pisał już donosy do Urzędu Miasta, Policji, Prokuratury, Spółdzielni Mieszkaniowej i Urzędu Skarbowego.
Opowiedziała mi, że mąż znalazł sobie jakąś inną kobietę i postanowił się jej pozbyć. Zaplanował sobie – według niego – zbrodnie doskonałą, a ponieważ pracował kiedyś jako policjant był przekonany, że mu się upiecze.
Pewnego dnia jak kąpała się, to do wanny jej były wsypał środek do czyszczenia rur Kreta i usiłował utopić. Kobieta miała poparzone 80% ciała, wypalone włosy (razem ze skórą), w 90% gałki oczne (w jednym oku widziała w ok. 10%, drugiego nie miała wcale), musiała nosić specjalistyczną odzież, bo blizny ciężko się goiły i potwornie bolały. Przed tym zdarzeniem była pełnosprawną, bardzo aktywną kobietą, teraz była wrakiem człowieka stale wymagającym opieki drugiej osoby. A były tłumaczył najpierw, że wcale nie było go w domu, ale jak sąsiedzi potwierdzili, że to nieprawda, to stwierdził, że butelka ze środkiem stała na brzegu wanny i ona sama go sobie wrzuciła do wody.
Niestety musiałam Pani wymierzyć podatek – takie są procedury i nie da się tego przeskoczyć – ale od razu pomogłam napisać jej podanie o umorzenie podatku z uwagi na jej stan zdrowia.
Pomimo tego, że sprawa działa się kilka lat temu, nadal we mnie wywołuje bardzo duże emocje. Przede wszystkim uważam, że 2 lata więzienia za coś takiego jest po prostu śmieszne, facet ma zakaz zbliżania się do żony, ale co z tego jak i tak donosami ja gnębi. Pewno w czasie odsiadki wypasie się na więziennym wikcie i wyjdzie, aby nadal zatruwać życie swojej byłej żonie.
urząd
Ocena:
944
(Głosów:
972)
Zatrudniałam pracownika przez Urząd Pracy (śmieszna nazwa dla urzędu, który nikomu jeszcze chyba pracy nie załatwił...).
Zadzwoniła pani obsługująca bezrobotnych interesantów, żeby donieść jej kod PKD EKD i inne tam, a że byłam w okolicy, to powiedziałam, że podejdę do niej.
Wchodzę do pokoju, dzień dobry, ja w sprawie... i słyszę:
- Proszę poczekać.
Siadam więc przy biurku, a [P]Pani jedna z drugą zaczynają dialog, że Hania ma kwiaty i jej usychają, że wnuczka Zosi coś tam, coś tam...
Krew mnie [J] zalewa, mówię:
[J] Przepraszam, ale czekam....
[P] I dobrze, przecież mówię, że poczekać!
[J] Ale pani jest w pracy!
Zignorowała mnie i dalej plecie trzy po trzy. Gotuje się we mnie, biorę kartkę, długopis, piszę jej te pitolone kody i wstaje, a ona:
[P] O proszę! Bezrobotna, a jak się jej spieszy!
[J] Słucham???
[P] No co, czasu nie mamy? Do domciu się spieszy?
[J] Jest pani w pracy i szacunek do petenta się należy!
[P] A pani jest bezrobotna i może sobie poczekać.
[J] Akurat się pani myli, jestem pracodawcą, do którego SAMA pani zadzwoniła o te pitolone kody, więc przyłażę tu, tracę mój cenny czas, żeby pani w pracy sobie gadała o Hani i jej kwiatkach?
[P] Ojej przepraszam, nie wiedziałam...
[J] Aha, czyli do pracodawcy szacunek się należy, a dla bezrobotnego już nie?
Oczywiście trzasnęłam drzwiami najmocniej jak potrafiłam i skierowałam się wprost do gabinetu Dyrektora, gdzie złożyłam oficjalną skargę.
Dziś ta pani widząc mnie rumieni się jak buraczek i chyli głowę ze wstydu.
Zadzwoniła pani obsługująca bezrobotnych interesantów, żeby donieść jej kod PKD EKD i inne tam, a że byłam w okolicy, to powiedziałam, że podejdę do niej.
Wchodzę do pokoju, dzień dobry, ja w sprawie... i słyszę:
- Proszę poczekać.
Siadam więc przy biurku, a [P]Pani jedna z drugą zaczynają dialog, że Hania ma kwiaty i jej usychają, że wnuczka Zosi coś tam, coś tam...
Krew mnie [J] zalewa, mówię:
[J] Przepraszam, ale czekam....
[P] I dobrze, przecież mówię, że poczekać!
[J] Ale pani jest w pracy!
Zignorowała mnie i dalej plecie trzy po trzy. Gotuje się we mnie, biorę kartkę, długopis, piszę jej te pitolone kody i wstaje, a ona:
[P] O proszę! Bezrobotna, a jak się jej spieszy!
[J] Słucham???
[P] No co, czasu nie mamy? Do domciu się spieszy?
[J] Jest pani w pracy i szacunek do petenta się należy!
[P] A pani jest bezrobotna i może sobie poczekać.
[J] Akurat się pani myli, jestem pracodawcą, do którego SAMA pani zadzwoniła o te pitolone kody, więc przyłażę tu, tracę mój cenny czas, żeby pani w pracy sobie gadała o Hani i jej kwiatkach?
[P] Ojej przepraszam, nie wiedziałam...
[J] Aha, czyli do pracodawcy szacunek się należy, a dla bezrobotnego już nie?
Oczywiście trzasnęłam drzwiami najmocniej jak potrafiłam i skierowałam się wprost do gabinetu Dyrektora, gdzie złożyłam oficjalną skargę.
Dziś ta pani widząc mnie rumieni się jak buraczek i chyli głowę ze wstydu.
Urząd Pracy
Ocena:
1533
(Głosów:
1565)
