Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#22582

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponownie Pani Z.

Przyszedł taki czas, że Pani Z. zmarła matka. Piekielna zbytnio nie rozpaczała, pogrzeb odprawiła. Jakieś dwa tygodnie później przyszła do mojej ciotki na pogaduchy. Nie żeby się wypłakać - raczej omówić kto na ostatnim pożegnaniu był, w co był ubrany, z kim dyskutował...

Potem rozmowa zeszła już na typowo wioskowe tematy i nagle Pani Z. cała sztywnieje, czerwienieje, łapie się za głowę i zaczyna jęczeć:
-(Z) o Boże, Boże, o mój Jezu kochany, o mój Boże!!

Ciotka zdziwiona, myśli jednak - Z. uczuciowa specjalnie nie jest, ale może żałoba z opóźnieniem ją dopadła. Mówi więc łagodnie:
-(C) No mnie też przykro, ale jej już dobrze tam, już cierpień nie ma, trzeba to jakoś przeżyć...
-(Z) Mój Boże, Boże, to nie to przecie, o Boże!

Ciotka zaczyna się niepokoić...
-(C) No to co się stało, mówże może ci pomóc mogę jakoś...
-(Z) Jezus Mario co myśmy narobili!! Jak mogliśmy nie zauważyć!! O Boże!!!

W tym momencie ciotka już mocno wystraszona, nie wie o co chodzi, zimna ryba Z. popada w coraz większą histerię, nigdy nawet łezki nie uroniła przy ludziach, a tu takie zawodzenie. Cóż, cioteczka zawołała syna, żeby coś pomógł, może po karetkę zadzwonił. W międzyczasie zaczyna Z. potrząsać mocno i mówić głośno:

-(C) POWIEDZ WRESZCIE CO SIĘ STAŁO!!!
-(Z) O JEZU PRZECIEŻ MY MAMĘ ZE ZŁOTYMI ZĘBAMI POCHOWALI!!!! TAK NIEDOPATRZEĆ!!! MÓJ TY JEZU!! TYLE PIENIĘDZY!!!

Ciotka na to wkurzyła się niemiłosiernie, bo omal zawału nie dostała ze zmartwienia, a tu taka rewelacja, więc jej na to odrzekła:
-(C) To idź se ją wykop, jeszcze świeża, albo głośniej wrzeszcz, to się zawsze jakiś chętny znajdzie...

Z. się na to zapowietrzyła, zjadła obiadek (bo na darmo przecie nie przyszła) po czym się obraziła i przez dobre dwa miesiące ciocia miała ją z głowy...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1008 (Głosów: 1026)

#21193

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem prośbę o opisanie nietypowych sposobów udzielania pomocy. To opisuję.

Wezwanie do wsi, na granicy rejonów. Daleko, droga kiepska, oględnie mówiąc. Wzywający dodzwonił się do sąsiedniej stacji Pogotowia, która potrafiła nam przekazać tylko tyle, że jedziemy do starszego pana z bólem w klatce piersiowej...
Wezwanie powszechne, może być poważne, ale możemy się natknąć na zgagę albo bóle kręgosłupa...
Do tego, Dyspozytor wysyła nas w kodzie drugim.
Wyjaśniam: kod pierwszy to bezwzględnie sygnały, bo dramat. Kod trzeci w zasadzie nie powinien dotyczyć zespołu ratunkowego, bo to wizyta dla lekarza POZ (akurat...).
Kod drugi to zmora dla zespołu. Bo oznacza: jeżeli kierownik ma ochotę, to lećcie na gwizdkach, a jak nie, to na spokojnie.
W wolnym tłumaczeniu: nie udało mi się zebrać porządnie wywiadu, więc zrzucam odpowiedzialność na was. Miłego wyjazdu, chłopcy :)

Ponieważ miejsce zdarzenia było naprawdę daleko, no i miałem jakieś złe przeczucia, poleciłem jazdę na szybko. Czyli błyskoteka, wyjce i cała naprzód.
Przypominam: wezwanie do bólu w klatce piersiowej, najpewniej zawał...
Wpadamy na podwórko, potem do chałupy.

Widoku, jaki się nam ukazał, nie zapomnę nigdy:
na podłodze pokoju leży facecik, wyjący z bólu jak potępieniec. Na brzuchu ślady bieżnika opon, jakieś duże, tak na oko. Więc pytam:
- Co dolega, co boli?
- Uuuuuuu... wszystko, panie wszystko!!!
- A od kiedy tak jest?
- A od kiedy mnie traktor przejechał!!!
Ból w klatce, nieprawdaż....
Sytuacja była poważna, choć groteskowa.

Nasz Dziadunio kierował pojazdem rolniczym. Nawalony jak szpak. A że ciągnik nie zapewnia dawki adrenaliny podobnej do prowadzenia Ferrari, usnął sobie słodko na siedzeniu...
I wypadł prosto pod to wielkie kolisko z tyłu ciągnika.
Rodzina była oczywiście również zanietrzeźwiona tak solidnie, że zorientowali się w sytuacji dopiero, kiedy traktor zatoczył na polu wielkie koło i wracając do domu walnął w ścianę stodoły.
Wtedy rozpoczęto poszukiwania pechowego operatora.
I tu zaczyna się piekielnie skuteczna pomoc medyczna ze strony rodziny...

Znaleźli. Wydłubali wbitego w pole dziadka ŁOPATAMI...
Trzymając za połamane i zwichnięte kończyny donieśli do domu.
A tam, najpierw wezwali karetkę, podając jedyny powód wezwania, jaki pamiętali. Bo jak sąsiad tak wzywał, to przyjechali, więc działa.
I - jako, że dochtór miał przyjechać - trza było dziadka wyszykować...

Kiedy weszliśmy, jedna osoba próbowała oskrobać mu oblicze brzytwą, na sucho, druga polewała powstałe rany wodą kolońską "Czar pegeeru", zaś dwie kolejne w pocie czoła prostowały powykręcane nogi celem upchnięcia ich w nogawkach świątecznych (do szpitala w końcu jedzie, do miasta) portek...
Byli tak zapamiętali w dziele przerabiania biedaka na modela, że musieliśmy siłą odsunąć ich od ledwo żywego z bólu człowieka, żeby unieruchomić pogruchotane kończyny i podać środki przeciwbólowe...
Udało nam się pozbierać pechowego traktorzystę.

Niestety, historia bez happy endu. Na skutek wielomiejscowych złamań miednicy i kończyn, starszy pan zmarł w szpitalu, na stole operacyjnym...
Do dziś nie wiem, na ile przyczyniła się do tego fachowa i pełna oddania pomoc, jaką otrzymał od najbliższych...
Na moją wyobraźnię działa zwłaszcza obrazek podważania dziadka łopatami, celem wydobycia z dziury w glinie...

służba_zdrowia

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1884 (Głosów: 1918)

#73952

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam w piekarni drożdżówki na śniadanie. Wydawało mi się, że z rodzynkami, do czasu kiedy natrafiłam na spory odłamek szkła boleśnie wbity w język.

Telefon do piekarni, żeby zasygnalizować problem z produktem. Pan z którym rozmawiałam z rozbrajającą szczerością oznajmił mi, że rano pękł im szklany element piekarnika. Smacznego drodzy klienci!

gastronomia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 330 (Głosów: 336)

#74652

(PW) ·
| Do ulubionych
Powoli, lecz konsekwentnie przelewam na papier (a może klawiaturę?) kolejne piekielne historie jakie przydarzyły mi się w przeszłości.

Jeszcze kiedy mieszkałem w bloku, miałem niezbyt ciekawych sąsiadów.

Starsi ludzie z piętra niżej, którym przeszkadzało nawet moje kichnięcie o 3 w nocy, a jak broń Boże przed 8 rano spuszczałem wodę w łazience, to naparzali miotłą w sufit (a moją podłogę) dobre kilkanaście minut. Tak dla ścisłości - instalacja nie wydawała głośnych dźwięków ani przy odprowadzaniu wody, ani przy jej dolewaniu do zbiornika.

Swego czasu przestałem chodzić po mieszkaniu w kapciach, żeby przypadkiem po piętnastu minutach nie usłyszeć domofonu, po którego drugiej stronie stała para policjantów. Jednak nawet bezgłośne popierniczanie w skarpetkach po wygłuszonych panelach zakłócało spokój państwa starszych.

W czasach wcześniejszych po prostu przychodzili i napieprzali ile się dało w drzwi, póki nie otworzyłem, żeby zostać od nich odepchniętym przez wrzaski sąsiadki, że jakim prawem ja o 16 wieczorem czajnik włączam. Od czasu kiedy zaczęli wzywać policję było jeszcze gorzej. Wszystko skończyło się pewnej nocy, kiedy byłem poza miastem.

Wróciłem do domu bardzo późno, coś koło północy. Zaciekawił mnie radiowóz stojący przed "moją" klatką. Gdy wszedłem do środka usłyszałem zniekształcony przez echo głos [S]ąsiadki:

[S] - No musi tam być gówniarz, przed chwilą muzykę puszczał i łaził w butach!

*pukanie do drzwi*

[P]olicjant: - Spokojnie, teraz jest cisza, możliwe, że się pani przesłyszało.
[S] - Nic mi się nie przesłyszało! Muzyka dudniła, łaził tak głośno, że pewnie całą klatkę pobudził! Ciągle tak po nocach robi!

W tym momencie dotarłem na swoje piętro i ukazałem się policjantom i sąsiadce.

-Dobry wieczór - powiedziałem najmilszym tonem, jakim się dało. - Co państwa sprowadza o tak później porze?

Sąsiadka zamarła, policjanci, którzy notabene byli już u mnie kilka razy, spoglądali to na mnie, to na nią, aż w końcu jeden z nich powiedział:

[P] - Pani twierdzi, że zakłóca pan spokój głośną muzyką.
[J] - A, to prawda, przed chwilą słuchałem muzyki, przez dobre 100 kilometrów trasy.
[P] - Czyli pan dopiero wrócił, tak?
[J] - Owszem.
[P] - Proszę otworzyć mieszkanie, żebyśmy mieli pewność, że tam nic nie hałasuje.

Otworzyłem drzwi. Wszystkich przywitał skryty w mroku przedpokój, z którego nie dochodził absolutnie żaden dźwięk.

Sąsiadka dostała mandat za nieuzasadnione wezwanie. Odmówiłem złożenia skargi na nią, chociaż mi to zaproponowano. Od tego czasu sąsiadka zgubiła chyba telefon i miotłę, bo do czasu przeprowadzki miałem spokój :)

sąsiedzi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (Głosów: 333)

#74118

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia nie tyle piekielna, co absurdalna.

Do końca wakacji mieszkam z kumplem w akademiku. Kiedy wprowadzaliśmy się do pokoju zauważyliśmy, że jedno z okien się nie domyka. Zgłosiliśmy to do administracji ale nikt nie zareagował. Kilka dni później zgłosiliśmy to znowu i tego samego dnia, kiedy wieczorem wróciłem z pracy, okno było zamknięte. Sukces? No nie koniecznie, bo kiedy je otworzyłem, to znowu się nie domykało. Więc znowu zgłosiłem problem. Kiedy tym razem wróciłem wieczorem do pokoju okno było naprawione.
Ale w jaki sposób?
Otóż pan konserwator okno zamknął, ale przy okazji wykręcił z niego klamkę. Poczułem się jak w filmie Barei.

akademik

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (Głosów: 333)

#71879

(PW) ·
| Do ulubionych
Uważam, że piekielni mają nie tylko "bawić", ale mogą też uczyć to rozpocznę tak:
Ludzie niepełnosprawni potrzebują pomocy, czasami wystarczy pomoc przy wsiadaniu np. do autobusu. Jeśli chcesz pomóc, najpierw spytaj jak możesz pomóc, bo dobre chęci to nie wszystko, czasami nieumiejętna pomoc bywa gorsza niż jej brak.

Wiele autobusów jest autobusami niskopodłogowymi z rampą ułatwiającą wjazd wózkiem. Szczecin, przystanek gdzie wsiadłem to końcowy przy piekarni. Przy koszarach, na przystanku, czeka pani z niepełnosprawnym na wózku. Kierowca ostrożnie i bardzo precyzyjnie podjechał jak najbliżej krawężnika, a autobus dodatkowo przechylił, by krawędź drzwi była na wysokości krawężnika (pneumatyczne zawieszenie Solarisów na to pozwala). I tu rozpoczyna się scena, której nie rozumiem do tej pory.

Pani z wózkiem podjeżdża do drzwi i nie wsiada, tylko naciska przycisk sygnalizujący wsiadanie osoby niepełnosprawnej. Podszedłem z pytaniem, czy mogę pomóc, ale nie, pani chce koniecznie, by kierowca wysiadł i rozłożył rampę. Nieco zdziwiony, podłoga autobusu na wysokości chodnika z przerwą maksymalnie 3-4 cm, jeszcze raz sugeruję, że pomogę wjechać do autobusu. Nie, kierowca ma koniecznie otworzyć rampę. Rampa w tym autobusie to nic innego jak kawał blachy, który ma zawias na krawędzi drzwi i trzeba ją podnieść w autobusie, a następnie położyć na chodniku. Kierowca podszedł, odchylił rampę, ale okazało się, że autobus jest odrobinę niżej niż chodnik. Rampa więc zamiast leżeć na chodniku, sterczy do góry. Kierowca wsiadł , podniósł autobus i zadowolona pani wepchnęła wózek. By nieco zaoszczędzić czasu, nie czekając na kierowcę sam złożyłem rampę. Przez kolejny przystanek nasłuchałem się monologu o leniwym kierowcy, który wysługuje się pasażerami. Dwa przystanki dalej (przy Wernyhory) cyrk się powtarza, tyle że przy wysiadaniu.

Ja wiem, że osoby opiekujące się niepełnosprawnym są czasami po ludzku zmęczone, nie zawsze człowiek wstanie prawą nogą, ale dalej się zastanawiam, co ona chciała osiągnąć. Udało jej się niewątpliwie zirytować kilkunastu pasażerów, kierowca nie dał znać po sobie, ale też pewnie z kawy mógł zrezygnować. Po co? Nie wiem.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 433 (Głosów: 441)

#24343

(PW) ·
| Do ulubionych
Stoję sobie wczoraj wieczorem na przystanku, marznę i wyklinam w duchu kierowców. Ogólnie typowo... ale... zza rogu wychodzi Pan Żul. Wyrzuca pustą butelczynę do kosza, wychodzi na środek jezdni, następnie oddaje mocz, i zadowolony chce zejść ze "sceny", jednakże "ulica podstępnie atakuje" i Pan Żul leży.

Wszystko byłoby ok, jednak nie bardzo wychodzi mu podniesienie się, a właściwie nawet nie zarejestrowałam żadnych takowych prób z jego strony. Ulica jak to ulica, raczej nie służy do leżakowania i czasem jednak jeżdżą po niej auta, więc zauważając dalszy brak reakcji PŻ, razem z jakimś facetem podchodzimy do niego, bo może zasłabł, czy coś...

Facet próbuje podnieść PŻ, ale ten się gwałtownie opiera. Przekonujemy PŻ, że leżenie na ulicy to nie jest dobry pomysł i kiedy Facet mówi: "niech pan idzie z nami"... PŻ podnosi głowę i pyta: "a wódkę macie?"
My odpowiadamy, że nie, na to PŻ łaskawie podnosi głowę i odpowiada:
- To spier****.
Dalsze próby perswazji i podnoszenia spełzły na niczym, więc wróciliśmy na przystanek i obserwowaliśmy sytuację.

Po jakichś 5 minutach zrobił się spory korek, bo droga była jednokierunkowa. Ludzie w autach wk***, trąbią, itp. PŻ nadal leży.
Najmniej cierpliwości okazał pan ze srebrnej toyoty, który dojechał ostatni. Kiedy zobaczył co się dzieje, wybiegł z auta, wziął PŻ za ubranie, podniósł na wysokość swojej klatki piersiowej, postawił na poboczu i zasadził PŻ solidnego kopa, ze słowami:
- Mi tu k*** żona rodzi, a ten ***uj będzie drogę blokował!

Gratulacje dla świeżo upieczonego taty, stąd te kwiaty na tyłach toyoty. ;p

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1405 (Głosów: 1431)

#39622

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja może sprzed roku. Ostrzegam - mięcho latało w ilościach hurtowych.

Wybrałem się do małego marketu po większe zakupy. Towary wybrane, idę więc do kasy. Czekam więc na moment zwany "pożegnanie z forsą", kiedy zauważam że kolejka przesuwa się dość wolno. Co widzę? Przy kasie siedzi chłopaczek, uwija się jak w ukropie, ale widać, że pracuje od niedawna, bo niezbyt składnie mu to idzie. Przede mną stoi facet z żoną. Coraz bardziej się niecierpliwi i coraz głośniej zaczyna tę niecierpliwość okazywać. Im bardziej żona go ucisza, tym gość bardziej się nakręca. Przychodzi jego kolej. I się zaczyna:

[Facet z kolejki]: Co k..a kaleko? Nie umiesz tego szybciej robić? Tu ludzie czekają!
[Kasjer]: Przepraszam, dopiero się uczę.
[FZK]: A co mnie to k..a obchodzi?! Masz ruchy jak pedał! Wiesz ciotuniu jak na takich jak ty mówią w kryminale? Cwel. A wiesz co z takimi robią? (Tu opis zbiorowego gwałtu na współwięźniu).
[K]: Proszę przestać mnie obrażać, bo będę zmuszony wezwać ochronę.
[FZK]: K...a! Jeszcze frajer! Chodź ciotuniu przed ten burdel, pogadamy jak faceci. K..a, no... za...bię go, no... Ochroną będzie mnie straszył!

Faktycznie, zbliża się ochroniarz, kiedy z kolejki pod drugą kasą rozlega się głos drugiego, całkiem niepozornego faceta:

[Facet2]: Te, te, obrotniak! Weź się od...dol od małolata, co? A gdzieś ty siedział, że taki obcykany jesteś? No pytam się, na razie grzecznie: gdzie siedziałeś?
[FZK]: Pan do mnie to mówi?
[F2]: Nie, k...a, obok ciebie. Pytam się cieciu pi...ny, gdzie siedziałeś? Chcesz wyjść, to chodź, ale k...a ze mną, a do małolata hamuj. Zbieraj te manaty i chodź, będę czekał przed wejściem. Pogadamy sobie kto gdzie siedział.
[FZK] (panika w oczach): Sądząc po pana języku, to na pewno pan właśnie więzienie opuścił, ja do pana nic nie mam, ja nie chcę kłopotów.
[F2]: Kłopoty to już masz szmato.
[FZK] (do ochroniarza): Ja rezygnuję z zakupów, proszę nas wyprowadzić, nasz samochód stoi...
[F2]: Idź, idź. Ale ja cię kojarzę. Ty jesteś z X (nazwa dzielnicy), to wiesz, oglądaj się tam za siebie, bo różnie bywa.

Facet płaci za to, co kasjer zdążył skasować (grzecznie pytając o cenę) i w obstawie ochroniarza opuszcza sklep. Chłopaczek na kasie oczy jak pięciozłotówki, wtedy zauważam, że facet z drugiej kolejki rozmawia z jakąś kobietą. Jego wypowiedź:

[F2]: Proszę pani, ja nie byłem święty, kraju że tak powiem trochę zwiedziłem. I z całym szacuneczkiem do pani, ale w...wia mnie, jak chłopaczyna chce sobie uczciwie dorobić, a taki cieć fika i zgrywa wielkiego garusa. Ta... siedział. Na kiblu chyba proszę pani. Nie... ja już się w takie rzeczy nie bawię, mnie wystarczy, że tak powiem przygód. Ale kiedyś trafi na takiego, co mu tak pysk skuje, że nie będzie wiedział gdzie góra, a gdzie dół.

W uzupełnieniu dodam, że facet naprawdę nie wyglądał na gościa z "bogatą" przeszłością. Dobrze ubrany, ogolony, fryzura normalna.

Dawne miasto wojewódzkie

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3456 (Głosów: 3520)

#53757

(PW) ·
| Do ulubionych
Historię opowiedziała mi koleżanka, która pracuje w niewielkiej firmie produkcyjnej w niezbyt dużej miejscowości. W firmie jest ok. 10 osób, warunki dobre, szefostwo bardzo w porządku, między pracownikami zgoda. Nie ma za to szczegółowo rozdzielonych zakresów obowiązków, każdy zajmuje się tym, co właśnie jest do wykonania.

Aby dotrzeć do budynku, należy przejść dość wąskim chodnikiem od furtki, przy której stoją pojemniki na odpady.

Pewnego dnia na teren wkracza raźno młody mężczyzna. Akurat od strony pojemników wracała kobieta z pustym koszem na śmieci. Niezbyt młoda, niezbyt atrakcyjna, na ubranie założony miała fartuch ochronny. Mężczyzna przepchnął się obok niej nie mówiąc nawet "przepraszam", trzasnął jej drzwiami wejściowymi przed nosem i prawie wbiegł do budynku.
Kobieta spotkała go przed biurem.

K: - Dzień dobry, pan w jakiej sprawie?
M: - Sprzątaczce nie będę się tłumaczył.
K: - Nie jestem sprzątaczką, ale może będę mogła pomóc.
M: - Nie będziesz mogła. Chcę się widzieć z szefem, z panem Aleksandrem P.
K: - To musisz poczekać. Szef będzie za 10 minut.
M: - Od kiedy jesteśmy na "ty"?
K: - Wydawało mi się, że od przed chwili. Jeżeli pan nie życzy sobie takiego traktowania, to proszę mnie też tak nie traktować.

Kobieta wpuściła gbura do biura. Właściwie jedyne miejsce, gdzie mógł poczekać i być "na oku". Poburczał sobie coś, ale usiadł. Kobieta zajęła miejsce za biurkiem i zaczęła pakować jakieś druki, instrukcje obsługi, zszywać, układać, ogólnie robota mało rozwijająca, ale potrzebna.
Facet znów coś komentował na temat niskich kwalifikacji kobiety, że musi papiery przebierać i śmieci wynosić. W tym czasie przyjechał szef.
S: - O, zajęłaś się instrukcjami? Dużo zostało? Zaraz ci pomogę.
K: - Wszyscy zajęci, więc wzięłam. Ten pan na ciebie czeka.
S: - Dzień dobry panu, pan w jakiej sprawie?
M: - Czy moglibyśmy gdzieś w osobnym miejscu?
Szef i mężczyzna wyszli do drugiego pokoju, Po chwili szef wychodzi, woła panią "od instrukcji"
S: - Czy możesz przyjść do nas. Pan pyta o możliwość zatrudnienia.
I do faceta:
S: - To jest moja żona. Doskonały fachowiec, inżynier, firmę zna jak własną kieszeń. Proszę z nią porozmawiać o pracy dla pana.

K: - Myślę, że ten pan nie ma pojęcia o pracy i traktowaniu współpracowników. Niezależnie od kwalifikacji, dziękujemy panu.

Historia obiegła firmę w mgnieniu oka. Sam szef opowiadał ją jak przyszedł na produkcję nosić paczki.

mała firma

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2909 (Głosów: 2963)

#62504

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika glazurnika :) #2

Przez dość długi czas zajmowałem się układaniem glazury. Klientów miałem baaardzo dużo, zlecenia od „paru płytek na balkonie” do wykończenia „pod klucz” domów, więc na tyle zleceń trafiło się kilka czarnych owiec.

Pan „iniemamterazkasy”.

Standard: telefon, spotkanie, pomiary, umowa, robota, odbiór, zapłata. Napisałem zapłata?

Pan nie ma dziś pieniędzy, umówmy się na jutro, jutro też nie ma pieniędzy, umówmy się na „po wypłacie”. Oj, jakoś tak wyszło, że nie mam pieniążków, zapłaci, jak będę miał, telefony, spotkania, odwołane spotkania, czas leci a kasy ani widać ani słychać.

No cóż, prezentów nie będę nikomu robił... Podjechałem na budowę (bez umawiania) a tu jedna ekipa montuje wkład kominowy, druga meble w kuchni, trzecia składa szafę do zabudowy, więc chyba z kasą u pana nie jest tak krucho.

Telefon do „inwestora”, że jestem na budowie i albo za 30 minut będzie kasa , albo płytki będzie zbierał z podłogi...

Cud się stał!! Pan ma pieniądze i zaraz będzie!! Ok., czekam, poszedłem do samochodu po młotek i gadam z chłopakami od kominków.

Przyjechał samochód, wysiada z niego pan „iniemamterazkasy” i z nim trzech facetów. Okazuje się, że jednak nie ma pieniędzy, a ci trzej panowie zostali zabrani, żeby mnie wyrzucić z budowy i nauczyć, że mam grzecznie czekać na zapłatę.
Napisałem, że wziąłem z samochodu młotek? Właściwie to młot, taki do wyburzeń, waży 5 kg i ma metrową rączkę.
Robi wrażenie. Przyszli popatrzeć chłopaki od kominków, przyszli chłopaki od mebli, panowie jednak stwierdzili, że zaczekają w samochodzie.
Pan „iniemamterazkasy” wyjmuje portfel i grzecznie reguluje należność, podpisuje protokół odbioru, nawet "do widzenia" powiedział :)

epilog:
Ekipa od kominków żąda zapłaty z góry (w trakcie właściwie), ekipa od mebli już nie zgadza się na przelew...

No cóż, problemy z płatnościami trafiały się dosyć często, zwykle opóźnienie nie przekraczało paru dni, ale próba zastraszenia na szczęście trafiła mi się tylko raz.

glazurnik amator

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1185 (Głosów: 1207)