Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

luska

Zamieszcza historie od: 8 lutego 2014 - 14:13
Ostatnio: 1 listopada 2022 - 19:40
O sobie:

Zawód...najbardziej znienawidzony przez prawie wszystkich, totalny nierób z pretensjami, czyli nauczyciel
Dlaczego ten?...bo w czwartej klasie obiecałam sobie, że kim jak kim, ale nauczycielem to na pewno nie zostanę.
Zboczenie zawodowe...niestety gadulstwo w mowie i piśmie.
Największy pierwszy sukces...gdy przedszkolak po wydukaniu 6 liter ze zdumieniem powiedział: "plose paniii, a tu pise ''to tata''?!!
Z zamiłowania...choreograf
Wiek...18 + VAT...młoda jestem:) tylko ten vat po kościach łupie i nieco przytłacza
Pasja...książki; inteligentne książki; "Kod da Vinci" jest przewidywalny jak zachód słońca nad równikiem;
Co mnie wk*a?...Ministerstwo Edukacji
czasem rodzice, którzy traktują mnie jak darmową nianię z pensją prezesa kopalni.

  • Historii na głównej: 22 z 28
  • Punktów za historie: 7688
  • Komentarzy: 224
  • Punktów za komentarze: 1464
 

#66173

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przypominało mi się w związku z historią SarnaMC.

Mój brat, prawie 20 lat temu, jako świeżo upieczony kierowca, zarobił mandat a ojciec, jako właściciel auta, stracił wysokie zniżki w OC. Brat miał pecha, bo trafił na cwanego faceta i z poszkodowanego stał się sprawcą.
Żeby nie było dopytywań: brat jechał z rodzicami, kierowca drugiego samochodu z żoną.

Stłuczka, a w zasadzie to mocne otarcie aut, miało miejsce zimą, na zakręcie mocno zaśnieżonej, mało uczęszczanej ulicy, na której samochody wyjeździły 3 głębokie i zmrożone koleiny. Służby drogowe oczywiście tradycyjnie były zaskoczone intensywnością opadów, stąd katastrofalne warunki drogowe.

Aby dwa samochody mogły się minąć, oba musiały powoli "wyskoczyć" z "wspólnej" koleiny. Brat to zrobił, bardziej w bok już nie mógł zjechać, bo akurat w tym miejscu jego zewnętrzne koło zachodziło na pobocze i groziło to zsunięciem się samochodu do rowu. Oznaczało to, że samochód z przeciwka, jadąc środkową koleiną, był dość znacznie poza osią środkową jezdni.

Niestety drugi kierowca postanowił jechać wspólną koleiną i w efekcie oba samochody mocno się otarły.

Sprawca wcale się nie wypierał, że to nie jego wina. Prosił, aby nie wzywać policji, bo straci wysokie zniżki. Jutro przywozi pieniądze za naprawę. Możliwe też, że facet był na podwójnym gazie, bo słynął z niewylewania za kołnierz, choć alkoholu ojciec od niego nie wyczuł.

I to był błąd mojego ojca. Zgodził się na taką wersję. Facet to znajomy z gatunku "wiem kto to jest i gdzie mieszka", a nie znajomy na zasadzie "wpadnij w sobotę na grilla".

Kiedy dwa dni po stłuczce faceta nie było, ojciec wybrał się do niego. Sprawca przepraszał, jeszcze nie wybrał pieniędzy z wypłaty, jutro pożyczy i odda.

Tyle, że cztery dni po zdarzeniu brat dostał mandat jako sprawca kolizji. Nie pomogły zeznania rodziców, bo kierowca też miał świadka. Policja zaś była na miejscu zdarzenia (dwa dni po!), pomierzyła i wyszło, że to brat zjechał na przeciwny pas.

Pytaliśmy znajomego, który mieszka w tym miejscu. Potwierdził wizytę policji tyle, że wtedy po koleinach nie było już śladu. Nie dość, że rozmiękły, to jeszcze zdążyły pługi przejść tędy dwa razy.

Sprawca to dobry kolega ówczesnego komendanta posterunku, niejedną butelkę razem spacyfikowali, więc sobie poradzili z problemem.

Jednego nas ta sytuacja nauczyła, albo wzywamy policję bezapelacyjnie, albo sprawca pisze oświadczenie na miejscu.

Osobiście miałam przypadek z innym rozwiązaniem sprawy. Sprawca na wieść, kto jest moim mechanikiem, wyprosił jazdę do niego i sam się dogadał z fachowcem co do pokrycia kosztów naprawy mojego auta.

ulica

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (311)
zarchiwizowany

#65734

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W nawiązaniu do historii 6572, bo na komentarz trochę za długo.

Kilkanaście lat temu miałam podobny przypadek tyle, że mój był bez happy endu.
Uwielbiam bernardyny ze względu na ich "straszne" gabaryty i głos oraz za gołębie serce i opanowanie. Miałam już jednego, a kiedy padł mi ze starości mieszaniec owczarka z ... czymś, postanowiłam kupić do towarzystwa drugiego "BigBena".

Po długich poszukiwaniach (ze względu na moją fanaberię, miał to być bernardyn o umaszczeniu płaszczowym), znalazłam w hodowli psiaka, może nie do końca właściwie umaszczonego, ale za to oryginalnie. Był cały rudy z białym podbrzuszem i czubkiem ogona oraz czarną szczęką. Oryginał jednym słowem.

Psy budziły zachwyt, bo duże, łagodne, chętne do zabawy, uwielbiające dzieci, koty, kurczaki i jeże. Gdy ten młodszy miał około pół roku, dostałam propozycję jego kupna od pana, który często przejeżdżał koło mnie. Pan zajmował się skupem bydła w okolicy i z tego względu jego częste przejazdy pod moim domem oswoiły psiaki, bo wreszcie ktoś obcy miał ochotę się zatrzymać i czas, aby pobawić się z nimi.

I oto pewnego dnia ten młodszy zniknął bez śladu, a starszy zaczął chować się po wszelkich zakamarkach.
Najpierw zaczęliśmy poszukiwania po okolicy, bo to był akurat czas rui u suk i być może młody, głupi popędził przed siebie i zgubił drogę. Ktoś wtedy przekazał informację, że rzeczywiście rano, feralnego dnia widział oba moje pieski na równoległej, lokalnej drodze oraz przy nich samochód pana od skupu. Można się było tylko domyślić, że pewnie udało mu się psa zwabić na platformę, a często próbował robić to koło mojego domu i tyle go widzieliśmy.

Od tamtego momentu pan już nigdy nie przejechał szosą koło mnie, a ponieważ mieliśmy na niego namiary, poszło zgłoszenie do policji. I tyle... pan policjant wziął dane z książeczki, zdjęcie, spisał moje podejrzenia.
Potem dopiero okazało się dlaczego nikt niczego nie ruszył. Tak się złożyło, że syn dalszej sąsiadki mieszkał w tej samej miejscowości, w której znajdowała się ubojnia i gdzie mieszkał jeden ze skupujących.
Informacja się rozeszła i to od tego syna otrzymałam wiadomość, że chyba widział opisywanego przeze mnie psa (przypominam, że był dość oryginalny) na podwórku sąsiada- policjanta z komendy powiatowej.

Informacja przekazana na posterunek i dalej nic.
No to książeczka w rękę i jedziemy do faceta. Tylko jak wejść na podwórko policjanta i nie być oskarżonym o napad? Drzwi domu tworzyła mi kobieta, zapytałam o tego syna sąsiadki, niby szukając jego domu, a przy okazji zlustrowałam podwórko. Jedyne co udało mi się ustalić to, że w stodole stojącej na końcu dużej posesji szczekają co najmniej trzy psy.

Nie było możliwości podejścia tam niezauważenie i sprawdzenia, a na "chama" skończyłoby się to dla mnie rozprawą sądową. Tylko policja może robić rewizję i to z nakazem sądowym. Bez nakazu też pewnie, ale ja nie policja.

Psa nie odzyskaliśmy. Pewnie gdyby nie zgłoszenie na policję, to udałoby się bernardyna zobaczyć na podwórku, zrobić zdjęcie, zadzwonić po świadków, policję. Może coś by się dało w ten sposób zwojować. A tak, policjant- paser, ostrzeżony przez kolegę, spodziewał się wizyty i zamknął psa w budynku stojącym najdalej od bramy, przy okazji zamknął razem jeszcze ze dwa lub więcej kundli, żeby dziwnym nie było, że część biega luzem, a przy okazji mogły również zagłuszyć szczekanie mojego.

Nikogo za rękę nie złapaliśmy, świadkowie też byli mało wiarygodni, bo psa nie znali osobiście, zdjęcia można pomylić, a zadzierać z sąsiadem i na dodatek policjantem?


*dla wyjaśnienia: psiaki zwiały, bo brat nad ranem wyjeżdżał do pracy, otworzył bramę i nie zauważył w ciemności, że psy wybiegły poza posesję, a one akurat poczuły zew natury i pobiegły na sąsiednią ulicę do suki.
Ja wiem, że to nasza wina, iż pies zwiał z podwórka, bo przecież okazja czyni złodzieja, ale żeby policjant wiedząc, nawet po fakcie, że kupił kradzionego psa, nie zareagował odpowiednio? tego kompletnie nie rozumiem.

policja

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (262)

#65248

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnia wywiadówka...

Mamusia-kwoka zgłasza, że jej dziecko jest po wizycie w Poradni i tamże panie, po specjalistycznym badaniu, orzekły zaległości w wiadomościach (nieutrwalone zasady ortografii i gramatyki).

Uczeń to taki mały leniuszek. Jego plusem jest fakt wykorzystywania każdej, niekoniecznie wolnej chwili poza lekcjami na sport (komputer, niestety, byłby najgorszą opcją).

Problem w jego przypadku polega na tym, że trzeba utrwalać i wkuwać zasady. Nauczyciel może wytłumaczyć, tak jak np. tabliczkę mnożenia, ale wkuć trzeba. Utrwalać też trzeba. No nie da się inaczej.

Mamusia twierdzi, że to wina nauczyciela. Ona nawet JEST GOTOWA KUPIĆ zeszyt. Żeby nauczyciel miał gdzie z nim ćwiczyć.

Tylko, że co to da? Sam uczeń musiałby chcieć pisać dyktanda. Nie tylko w szkole. W domu też. Wkuwać zasady. Mamusia jednak uparcie, że ona TYLKO kupi zeszyt.

Jakoś nie dotarła do mamusi informacja polonisty, że jej syn od początku roku został zaproszony na dodatkowe zajęcia wyrównawcze i na nich się nie pojawia. Wszak to zajęcia nieobowiązkowe. W jaki sposób nauczyciel ma coś z uczniem ćwiczyć? Przyjechać do niego do domu? Nie wolno.

Po co ten zeszyt, jeśli uczeń nie chce w nim pisać, zaś mamusia przypilnować w domu przez pół godziny? I przede wszystkim chłopak nie ma zamiaru uczestniczyć w zajęciach dodatkowych?

szkoła

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 405 (493)

#64908

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Coś z mojego podwórka, czyli potyczki z uczniem...

Uczę plastyki - taki lekki i przyjemny przedmiot. Mam własny system oceniania, który kładzie nacisk na prace praktyczne uczniów jako podstawę oceny. Prawie dwie dekady zbierania doświadczeń pedagogicznych nauczyło mnie, że należy określić krótki termin składania gotowych prac (naprawdę nie pamiętam po 4 miesiącach co uczeń oddał lub nie we wrześniu) i przechowywać je do końca roku szkolnego w swojej szafce (a, bo pani, ja na pewno oddałem).

Kilka lat temu przychodzi do mnie gimnazjalista. Chce mieć wyższą ocenę na koniec roku.
Uczeń plastycznie dobry, ale nie uzdolniony. Typowy rzemieślnik, bez błysku.
Ocena to dobry, tak wynika z cząstkowych. Moglibyśmy się dogadać na piątkę - jakiś bardzo szybko opracowany referat plus dwie dodatkowe prace plastyczne.

Ale nie! On nie ma czasu, bo trzeba papiery do średniej zawieźć, a i przecież klasyfikacja już za dwa dni.
A tak w zasadzie to on nie chce piątki tylko celujący!

O oceno ty moja wybitna, że jak?!?
Zero udziałów w konkursach plastycznych, nawet na etapie szkolnym.
Zero udziału w przygotowaniu dekoracji, gazetek, kroniki... ogólnie zero czegokolwiek dodatkowego.

I jak dla mnie, najgorszy dla sympatyka celujących, lekceważący stosunek do przedmiotu przejawiający się jedynkami za prace plastyczne.

Tutaj muszę uzupełnić, że NIGDY nie postawię jedynki za przyniesioną w terminie pracę plastyczną (chyba, że złapię na oszustwie i podkładaniu czyjejś pracy za swoją). Nieważne w jakim jest stanie, najwyżej będzie dwója.

A mój delikwent ma ponad połowę jedynek, czyli tyle nieoddanych prac.

Ma szczęście, że chcę mu podnieść na pięć, po uprzednim jednak zapracowaniu na to.

Uczeń rzucił jednak argumentem nie do podważenia o takiej sile, że mnie rzuciło na kolana ze śmiechu ;)

Pani musi mu postawić celujący, bo on idzie do renomowanego liceum plastycznego w mieście wojewódzkim i przez panią to on będzie miał mniej punktów za świadectwo. I tak w ogóle to tam przyjmują tylko z szóstkami z plastyki!

Wredna s**a byłam, nie podniosłam. Wstydu mi przynajmniej nie przyniósł.

PS. Przeze mnie ;) wybrał liceum z profilem artystycznym w miasteczku powiatowym; po roku szkoła z niego zrezygnowała.

gimnazjum

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 401 (567)
zarchiwizowany

#64834

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
*

Mignęła mi dziś przed oczami notka prasowa o decyzji rządu (ach te wybory lada moment ;)), że przeznaczą pieniądze na odstrzał 300 tys. dzików.

Wiadomo, kto dokona odstrzału- koła łowieckie w skład których wchodzą elity lokalne (głównie). Daj im Boże zdrowie, jak dla mnie to może się sam naczelny łowczy RP osobiście pofatygować, jeszcze mu kawusi zrobię i dopłacę za fatygę.

Ciekawi mnie bardziej sposób spożytkowania funduszy i cała akcja strzelnicza, bo mi się przypomniała historia sprzed kilkunastu lat w związku z którą do dziś sobie pluję w brodę, bo poziom adrenaliny tak mi wyprostował zwoje mózgowe, że nie skojarzyłam faktów i nie okazałam się bardziej piekielna od piekielnych myśliwych.

Nim przejdę do sedna, muszę podać parę informacji.
1. Kilkadziesiąt lat temu panowała moda na lisa w postaci np. kołnierza. Jak dla mnie, niestety się skończyła (mam w nosie wszystkich obrońców zwierząt, "filoekoskórowców", bo nikt nigdy z nich nie spotkał się osobiście z problemem zachwiania równowagi ekosystemu w związku z niekontrolowanym przyrostem jednego gatunku; fajnie się siedzi w mieszkanku w mieście i płacze nad biednym liskiem :/).

2. Lisy niestety oznaczają wściekliznę (miałam okazję przeżyć tzw. kwarantannę w związku z wściekłym lisem na podwórku), czyli są niebezpieczne. Jednocześnie wścieklizna była naturalnym powodem selekcji tych zwierząt, bo bardzo dużo padało.
Pojawił się rządowy program ich leczenia przy pomocy zrzutów specjalnych tabletek (akcja jest powtarzana co kilka lat i wtedy obowiązuje na danym obszarze zakaz wchodzenia do kompleksów leśnych). Efekt jest taki, że lisy, nie mając w naturze wroga (człowiek już ich wszak nie chce), zaczęły się rozmnażać w sposób hurtowy. Nagle zabrakło dla nich pożywienia, obok mnie zniknęły stada bażantów i kuropatw. Zabrakło zajęcy i czajek. W ten sposób lisy stały się u nas plagą, nie dość, że budującą sobie gniazda pod budynkami gospodarczymi i śmierdzącą (można w lesie podejść do nory lisa i sobie sprawdzić organoleptycznie) to jeszcze pożerającą ptactwo domowe i koty.

3. Ponieważ mieszkam w pobliżu małego miasteczka powiatowego, znam przynajmniej z widzenia większość lokalnej elity (no może poza sędzią i prokuratorem). Owi komendanci, lekarze, adwokaci, dyrektorzy i biznesmeni są zrzeszeni w kole łowieckim, które ma swój rewir w mojej miejscowości. Wnoszą oni z tego tytułu jakieś opłaty do kasy gminy. Może coś się w tej chwili zmieniło, ale mogą się poruszać tylko po terenie należącym do samorządu a nie po prywatnych.

Cała piekielna historia i awantura rozegrała się w jesieni. Oto na końcu mojej działki zatrzymały się dwa samochody a po pewnym czasie pieszo dołączyło do nich kilka osób, wychodzących z pobliskiego lasku. Ponieważ nagle zmaterializowały się pod gospodarczym budynkiem dokarmiane regularnie i nieco oswojone kuropatwy a pies zwinął się w kącie, przyjechali myśliwi.

Panowie, plus dwie panie, napoczęli kanapki z wkładką. Czy była też bezbarwna rozweselająca, nie wiem, ale piwo w puszkach w ilościach ogromnych na pewno.

CAŁE! bez wyjątku, ululane towarzystwo postanowiło się nieco rozerwać. Zaczęli zrywać z mojej działki kalafiory (żeby komuś się nie zapytało niepotrzebnie, jak tam wleźli- mówimy o działce rolnej, nieogrodzonej, a nie działce budowlanej).
Kalafiorów posadziłam sobie 10 szt. a te patafiany zawiane potraktowały to jako cel strzelniczy. Jeden mutant rzucał do góry a reszta strzelała.
Nim do nich dobiegłam, warzywa im się skończyły i zrobili sobie kolejne zawody, tym razem w strzelaniu do pustych puszek po piwie napełnionych żwirkiem z pobocza. Gdyby jeszcze strzelali w stronę drogi. Zrobili to w stronę pastwiska.
Jeśli ktoś choć trochę się orientuje w fizyce czy chemii to wie, że aluminium jest bardzo łatwym do rozdzierania materiałem. O ile śrut (nie wiem czym strzelali ale metal był nieziemsko porozrywany) jest mały i krowa nie ma szans go zjeść, to już ostre, pozawijane kawałki aluminium, wielkości 1-2 cm, jak najbardziej.

No to im zrobiłam awanturę, wyzwisk nie pamiętam, bo adrenalina buzowała. Zaczęły się ich groźby. W końcu znany mi z widzenia , chyba najmniej pijany weterynarz, raczył nieco zgasić moczymordy i zaczęły się wyjaśnienia. I tak zaczęliśmy się przerzucać argumentami.

Po pierwsze: oni płacą gminie, więc mogą wejść gdzie chcą; za te ich składki (?) wójt remontuje mi np drogę;

hm... staliśmy na tzw. dziurze, która tylko gdzie nie gdzie miała asfalt; remontowana była kilka lat wcześniej z jakichś tam pieniędzy województwa i gminy; Panowie nie skomentowali. Panie były tak ubzdryngolone, że podpierały samochód, chichocząc jak siusiumajtki.

Po drugie: jedyny wyjątek gdy nie wolno im wejść na prywatną działkę, to gdybym miała 100 h kalafiora;

hm... czyli, że straty poniesione z tytułu łażenia po uprawie małej są procentowo dużo mniejsze a zrywanie kalafiora i robienie sobie z niego lotek strzelniczych mieści się w ramach szeroko pojętego polowania na zwierzynę? Panowie nie skomentowali.

To zaczęłam ja.
Po pierwsze: strzelanie do puszek nad pastwiskiem!
Komentarz panów: jak padnie krowa to wójt zapłaci odszkodowanie!

hm... jak udowodnię, że to po ich puszce? nikt nie robi sekcji zwłok zwierzęcia; badany jest tylko mózg pod kątem choroby BSE; Panowie nie odpowiedzieli.

Po drugie: czemu zamiast płacić wójtowi, nie strzelają do lisów?
Komentarz: bo nikt nie płaci za zabitego lisa, a śrut kosztuje 70 zł i im się nie opłaca.

hm... w takim razie czy ten śrut, którym strzelali do moich niedoszłych mrożonek i zapiekanek kalafiorowych oraz do śmieci podlegających recyklingowi to jakiś bezpłatny w promocji dostali i dlatego im nie szkoda tracić?
Panowie nie skomentowali.

To im życzyłam aby w tempie szybkim wyp*lali z mojego pola i nigdy, przenigdy nie ważyli się zbliżyć do jego granicy w przyszłości.
I tu się uaktywnił, mocno popychany wiatrem halnym, przewodniczący rady miasta.
Tego właśnie do dziś żałuję, że nie wykorzystałam.
Wręczył swoją komórkę i kazał zadzwonić do wójta, żeby ten potwierdził ich prawo do pobytu na mojej działce.
Telefon oddałam z informacją, że przecież nie znam numeru ale po powrocie do domu skontaktuję się z włodarzem.

Gdyby wtedy moje szare komórki nie rwały się do rękoczynów i nie planowały jak kopnąć jednego z drugim w rodowe klejnoty, to wystarczyło zadzwonić na 997 i powiedzieć, że dwie grupy kompletnie pijanych osób jeżdżą samochodami. Ciekawe jaką minę mieliby panowie policjanci m.in. na widok swojego komendanta i zastępcy burmistrza?
Mądry Polak po szkodzie :/

A tak w akompaniamencie wzajemnych złorzeczeń i wyzwisk rozeszliśmy się w przeciwne strony.

Nie wiem, czy myśliwi rzeczywiście nie mają prawa wchodzić na teren prywatnych gospodarstw, ale od tamtej pory NIGDY! żaden myśliwy nie wszedł na teren mojego. Podobną awanturę urządził im mój sąsiad i nasze dwie działki traktowane są przez koło łowieckie jak zadżumione.

*zgodnie z sugestiami, bo się coraz piekielniej na piekielnych robiło, usuwam :)

koło łowieckie

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (395)

#63636

przez (PW) ·
| Do ulubionych
http://piekielni.pl/28266 przypomniała mi troszkę podobną sytuację, tyle, że rozegrała się pomiędzy dorosłymi.

Do pokoju nauczycielskiego wpadła "burza z piorunami". Przyznam, że jak już zdążyłam poznać mojego kolegę - oazę życzliwości, ostoję pomocy koleżeńskiej i fundament pozytywnego nastawienia do świata (a w szczególności do homo sapiens), to w tym momencie zwątpiłam w swoją ocenę.

Był... no po prostu to była furia. Powód? Dwie nasze wspólne koleżanki i ich "kradzież" własności intelektualnej, jakbyśmy to tak nowocześnie ujęli.

Kolega był pasjonatem historii lokalnej, a bardziej tradycji, zwyczajów i obrzędów. Osobiście dreptał po domach, szukał lokalnych Matuzalemów, spisywał, dokumentował, przebijał się przez stosy jęków i żali babć i dziadków na synowe, zięciów, "dochtorów", łamanie w kościach i "aaa... panie kiedyś to inaczy bywało".

Zebrał grupkę uczniów, ich też zachęcił do szukania i opisywania, potem zaplanował inscenizację jednego z zanikających, bardzo nietypowych obyczajów (bardziej zawodu) połączoną z gawędami wiekowych lokalesów, ogniskiem i takimi innymi atrakcjami. Wymagało to od niego mnóstwa czasu, energii, ogarnięcia logistycznego, zaangażowania lokalnej społeczności (tutaj akurat oporu nie napotkał, bo zabytkowi staruszkowie dopisali wręcz koncertowo i nad wyraz żwawo), rodziców i dzieci.

Mniej więcej pół roku później zgłosiły się do niego owe koleżanki. Urząd wojewody ogłosił konkurs o tematyce związanej z lokalną społecznością, jej historią, itp.
Kobiety wymyśliły, że zgłoszą do konkursu pomysł tegoż kolegi. On miał udostępnić zebrane materiały i całą dokumentację pisaną i fotografowaną, one- opracować to pod względem stylistyczno-rzeczowo-ortograficzno-składniowo-merytorycznym, czyli w skrócie, wg wymagań konkursowych.

Kolega przystał na pomysł chętnie (patrz: drugi akapit).
Miał być umieszczony pod spodem jako współautor opracowania ("papiórów" nie znosił wręcz organicznie) i był tym faktem zachwycony. Właśnie kończył kolejny stopień stażu i taka gratka w postaci:
"po pierwsze primo"- pracy na rzecz lokalnej społeczności;
"po drugie primo"- angażowania i inspirowania uczniów do działań dodatkowych;
"po trzecie primo"- współpracy koleżeńskiej;
"po czwarte primo"- publikacji własnych opracowań;
"po piąte primo"- ewentualnie zdobycia nagrody choćby na etapie powiatowym;
byłaby miłym kwiatuszkiem w jego dossier i z pewnością wywołałaby uśmiech aprobaty na szacownym obliczu grona komisji egzaminacyjnej.

Praca poszła i słuch o niej zaginął. Kolega zajęty swoim kończącym się awansem nie dopytywał o jej losy wychodząc z założenia, że najwidoczniej przepadła w morzu konkurencji.

Przypadek sprawił, że jeden z rodziców zaangażowanych w projekt, przeczytał w wojewódzkim tygodniku listę nagrodzonych w owym wojewódzkim konkursie prac oraz listę szkół i zaangażowanych w to nauczycieli.
Porozmawiał o tym fakcie z moim kolegą a ten, mocno zaskoczony, zaczął drążyć.

Okazało się, że praca wygrała etap gminny i powiatowy, zaś w wojewódzkim, czyli w finale, zajęła drugie miejsce. Tyle, że wśród nazwisk nie było nawet inicjałów kolegi.

Rozpętała się kosmiczna awantura, której byłam świadkiem. Koleżanki szły w zaparte, że one nazwisko podały ale najwidoczniej na którymś etapie ktoś pominął.

Kolega nie podarował, bo włożył w ten projekt mnóstwo czasu i nieco finansów, a najbardziej zależało mu na dołączeniu tego do swojej teczki awansu, skoro aż tak wysoko praca się uplasowała.

Zadzwonił do miejscowego domu kultury z awanturą i od razu wykrył sprawcę błędu. Pani odpowiedzialna za ten etap konkursu wyraźnie potwierdziła, iż miała podane tylko nazwiska owych koleżanek. Na pewno nie było tam jego danych. Pani bardzo dobrze znała i owe koleżanki, i autora pracy. Nie mogła się pomylić.

Nie pomogło "chodzenie w zaparte" przez koleżanki, bo powinny od razu wyjaśnić ewentualną pomyłkę pani z lokalnej instytucji, gdyż doskonale wiedziały, że wygrały etap powiatowy, a następnie pojechały po nagrodę (dyplom dla nich i nagrody dla uczniów biorących udział w projekcie) do stolicy województwa.
Po prostu świadomie podały siebie jako jedynych autorów.

Kolega sprawę zgłosił do organizatora, został dopisany jako współautor.

praca

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 866 (914)

#61711

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Z góry zaznaczam, że moim celem nie jest odstraszanie od pomocy potrzebującym, ale czasem prawda może być inna niż nam się wydaje.

Mieszkam 26 km od 15-tysięcznego miasta powiatowego. Jeszcze kilka lat temu w mojej miejscowości mieszkała z synem prawie 80-letnia kobieta. Syn pracował, a ona pobierała emeryturę.
Sytuacja przydarzyła się we wspomnianym mieście.
W jednym z bloków mieszkała kobieta w średnim wieku, pochodząca z mojej miejscowości. Po usłyszeniu dzwonka otworzyła drzwi i w progu ujrzała znaną jej bardzo dobrze staruszkę, która mocno zaskoczona zrobiła w tył zwrot.

Cóż, zdarza się, może babcia pomyliła bloki.
Nie zwróciłaby na to żadnej uwagi, gdyby nie wieczorne Polaków rozmowy na ławeczce pod blokiem.
Jedna z sąsiadek zapytała, czy była u niej starsza, bardzo biedna kobieta. Od słowa do słowa, po ustaleniu godziny wizyty, szczegółów wyglądu, ową biedną staruszką okazała się być ta znajoma.

Według sąsiadki, kobiecina w swojej opowieści pochowała męża (jedyna prawda) i dzieci (bzdura). Mieszkała sama (bzdura), nie miała żadnych środków utrzymania (bzdura), sąsiedzi pomóc nie chcieli (no, to akurat była prawda, bo nikt nie miał prawa wejść na jej podwórko), jest głodna (bzdura), itp. Prosiła tylko o jakiś chleb, może słoik ogórków, kapustę, stary sweter.
Myślę, że w tej sytuacji wiele osób postąpiłoby identycznie z pełnym przekonaniem o prawdziwości historii. Ktoś babcię nakarmił, załadował jej kanapki. Któraś z sąsiadek dała jakieś ziemniaki, wędlinę, ubrania. Ktoś jakieś pieniądze. I tak babcia chodziła od mieszkania do mieszkania, aż trafiła na znajomą i zwiała. Po usłyszeniu prawdy sąsiadom odechciało się pomagać.

Od razu wyjaśniam, babcia nie była chora psychicznie (niestety, bo łatwiej byłoby takiego człowieka zrozumieć).

Syn nie był pijakiem, a pieniądze oddawał mamusi.
I nie, nie wyrzucała otrzymanych rzeczy i produktów do kosza. Ona wszystko zabierała ze sobą do domu. Ładowała do siatek, wieszała na kierownicy roweru i PEDAŁOWAŁA 26 km do domu. Pedałowała, bo bilet na autobus kosztuje, a żaden kierowca nie chciał jej wieźć za darmo.
To była typowa kutwa, sknera inaczej mówiąc, która zbierała pieniądze dla samego ich posiadania (coś jak postać wujka Sknerusa z kreskówki Disneya). Takimi żebrami nie dość, że się najadła za darmo, to jeszcze dostała ubrania, produkty spożywcze (nikt, nigdy nie widział u niej nawet kawałka zagonka marchewki czy kapusty) i pieniądze. I nie wydała ani grosza, no może poza okresowymi naprawami roweru, ale bez tego nie dało się dotrzeć tak daleko. Tak na marginesie, do pobliskiego miasteczka (8 km) babcia chodziła pieszo, obładowana wyżebranymi na targowisku siatami też tak wracała.

Jakie było jej największe nieszczęście? Konieczność wydania pieniędzy. Myślała, że jak inkasenta do domu nie wpuści, to za prąd nie będzie musiała płacić. Wystarczył wysięgnik z elektrykami pod słupem energetycznym, by babcia otworzyła bramę i drzwi domu.
Historia brzmi trochę jak s-f, ale taka babcia naprawdę żyła, miałam okazję ją poznać i widzieć w akcji.

babcia żebraczka

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 371 (451)

#58017

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak w białych rękawiczkach i "legalnie" można obłowić się unijną kasą, a my się dziwimy, że np kilometr autostrady kosztuje 2 mld euro, buduje się 5 lat i rozwala po 1 miesiącu.

Szkoły w gminie w której pracuję przystąpiły do projektu opartego na funduszach unijnych, a związanego z wyrównywaniem szans. Rzecz z założenia świetna - bezpłatne zajęcia z angielskiego, matematyki, taneczne, teatralne, logopedyczne, doradztwo zawodowe dla gimnazjów i masę innych. Do tego góra bezpłatnych pomocy, od podręczników, klocków, kart pracy i wskaźników począwszy, poprzez kostiumy, rekwizyty, programy multimedialne, kamerę, nagłośnienie, płyty CD, itp., itd. aż do laptopa włącznie.
Wartość tych pomocy na szkołę to 80 tys. zł. Żyć nie umierać, nieprawdaż? Wiedzą to nauczyciele z małych szkół. Źrenice nam błysnęły, kolega przyrodnik oczyma wyobraźni przy pomocy dyrektora już wygospodarował pod szkołą kawałek terenu na rozmieszczenie m.in. stacji pogodowej, koleżanki zaczęły wojnę o to w której klasie zawiśnie tablica multimedialna, ja z konserwatorem zaczęłam snuć plany, w którym miejscu umocować haki do kurtyny i oświetlenia sceny oraz jak rozmieścić liny do umocowania wiszących mikrofonów. Dobrze, że nikt się z pracami przygotowawczymi nie wyrwał.

Projekt przez gminę został napisany i do jego realizacji została, w drodze przetargu, wyznaczona zewnętrzna firma.
Całość ruszyła z dwumiesięcznym opóźnieniem. Rzecz do nadrobienia, bo aż tak strasznie dużo godzin nie było.
A teraz clou tego projektu!

Stopniowo zaczęły do szkół napływać "pomoce". Jakość tych pomocy? Zdecydowana większość pochodziła ze sklepów typu "Absolutnie wszystko po 5,50!" made in China. Podam kilka przykładów.

Jak wygląda wskaźnik - chyba wszyscy wiedzą drewniany lub plastikowy pręt o grubości min. pół centymetra i długości średnio 1 metra. Co dostaliśmy? Obstawiam, że nikt nie zgadnie.
Patyk do szaszłyków tylko bez ostrego końca.

Stacja pogody - deszczomierz, wiatromierz, termometr, barometr - każda z tych pozycji to oddzielna budka na słupku do wkopania w ziemię na podwórku.
Kolega ujrzał coś co się nazywa "all-in-one" albo inaczej mówiąc 3 w 1, czyli wewnętrzną domową stację pogody: na kawałku drewna z haczykiem do zawieszenia na ścianie umieszczony termometr, barometr i zegarek.

Komplet kostiumów do zajęć z angielskiego. W skład wchodziły: biały czepek, biały fartuszek, czerwony fartuszek, pióropusz Indianina z wyleniałymi piórami, opaska z uszami zająca, kapelusz czarownicy i burozielony podkoszulek z naszytym z przodu kwadratem futrzanego materiału. Podkoszulek zdecydowanie na faceta o wymiarach 120 kg żywej wagi z tendencją do znacznego utycia.

Płyty z muzyką taneczną - foxtrot, quickstep, samba, salsa, cha cha i wszystkie walce F. Chopina. O ile maluchy z podstawówki czaczę zatańczą, to salsa i samba ze względu na swój charakter jest niewskazana, a foxtrot i quickstep - cóż poziom trudności tych tańców wykracza poza salony nawet przeciętnego liceum (proszę nie mylić z dziećmi ze szkół tańca, bo to nie to samo). A walce Chopina? Jeśli mnie pamięć i słuch nie myli, a jestem choreografem i muzykiem, to są utwory do słuchania, a nie tańczenia.

Ostatnia dostawa - szczerze, nie wiemy co to jest. Być może część kostiumów teatralnych. Ogólnie wygląda to jakby ktoś uciął pas elastycznego materiału o szerokości pół metra i długości 2 metrów i zszył końce. Ostatecznie może to być fragment togi rzymskiej, bo przypomina gigantyczny damski komin - taką wersję szalika. Tylko dlaczego niektóre z nich są podarte?
Czekamy na stroje i buty do tańca, kostiumy teatralne, kurtynę, oświetlenie i inne takie, i już się boimy.

A na koniec deserek. Ceny tychże pomocy. Dostaliśmy protokół z ich wykazem.
Komplet wspomnianych kostiumów do angielskiego - 419 zł (naszym skromnym zdaniem - cena zawyżona co najmniej 10-krotnie).
Kalkulatorki - 50 zł sztuka - w sklepie z chińszczyzną identyczne kosztują 7-9 zł.
Tablice interaktywne. Tutaj jakość, przydatność i wartość edukacyjna jest bez zarzutu. Wydawnictwo WSiP. Dwa lata temu sama sobie zakupiłam takie z muzyki, więc wiem o czym piszę. Kosztowało mnie to około 140 zł.
Zdaniem firmy jedna taka płyta kosztuje 1250 zł.
Książeczka ze scenariuszami przedstawień i płytą z muzyką - 120 zł. Akurat mamy w szkole już jedną z tego samego wydawnictwa i tej samej serii tylko inną część - kosztowała niecałe 30 zł.
Pacynki paluszkowe (wygląda to jak obcięty palec z rękawiczki z doszytymi np uszami kota, czapką kucharską, policyjną i wyszytą buźką) sztuk 30. Wartość jednej naszym zdaniem to max. 50 groszy. Zdaniem firmy - komplet 350 zł.

Reszty nie pamiętam, bo jest tego dużo ale i tak niemiecki piorun mnie trafił na miejscu. Gorzej, że to jeszcze nie całość. Ciekawe ile, zdaniem firmy realizującej projekt, kosztowało będzie nagłośnienie, oświetlenie, stroje taneczne, kamera, aparat, laptop itp.

Podsumowując. Firma zakupiła w większości chiński szajs lub rzeczy zalegające w magazynach za psie pieniądze, w kosztorysie podała ceny minimum czterokrotnie wyższe i różnicę wzięła do własnej kieszeni. Nikt niczego nie udowodni, bo na wszystko są rachunki. Ktoś z hurtowni dostał w łapę odsyp za zawyżenie faktury, pozbył się badziewia, które i tak poszłoby na wysypisko a nam część tych pomocy rozleci się po jednokrotnym użyciu. A są i takie, że od razu wyrzucimy na śmietnik.
Można się dorobić "legalnie"? Można. Szkoda, że kosztem i tak niedofinansowanych szkół z terenów wiejskich i małomiasteczkowych.

szkoła

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 930 (980)