Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mlodaMama23

Zamieszcza historie od: 17 czerwca 2015 - 8:16
Ostatnio: 4 września 2020 - 11:52
  • Historii na głównej: 43 z 71
  • Punktów za historie: 10538
  • Komentarzy: 1061
  • Punktów za komentarze: 2475
 

#86786

(PW) ·
| Do ulubionych
O pracownikach canal+.

Mam jedną umowę na tv satelitarną od Canal+. Z racji posiadania dwóch telewizorów, zdecydowałam się na zakup usługi multiroom. Dzwoniąc na infolinię, nie raz i nie dwa, pytając o koszty całej imprezy, każdy konsultant mi powtarzał, że opłata aktywacyjna za dekoder wyniesie 49 zł, i będzie doliczone 15 zł do rachunku za abonament i dzierżawę dekodera. Upewnialam się czy na pewno, na stronie nic nie ma napisanego, o kosztach dowiadywalam się z for internetowych, aczkolwiek też nie wszystko, bo strona odsyłała albo do punktu, albo na infolinię. Kiedy już miałam komplet informacji, zapakowałam dekoder w plecak i udałam się do punktu w celu podpisania umowy. Pani przedstawiła mi te same informacje co na infolinii, pytając czy wiem o opłacie aktywacyjnej w kwocie 49 zł, i doliczeniu 15 zł do rachunku. Tak, wiem, na infolinii mnie o tym poinformowano. Okazało się że dekoder niepotrzebnie brałam, bo jego wymiana nie będzie konieczna, więc Pani drukuje aneks. I pierwszy zgrzyt, gdyż opłatę miałam uiścić na miejscu, a wcześniej była mowa o tym, że będzie ona doliczone do rachunku.

Cóż, jestem przygotowana, nie ma sprawy, chociaż dobrze by było wcześniej o tym informować. Drugi zgrzyt, który doprowadził do awantury, kiedy Pani poinformowała mnie że całkowita kwota do zapłaty na już, to 148 zł. Ale dlaczego? No jak to, przecież 99 zł to opłata za aktywację usługi multiroom.
Kiedy powiedziałam że w takim razie rezygnuje, bo nikt mnie on tym nie poinformował, nawet Pani nie zająknęła się o tej drugiej opłacie, zaczęło się. Pani stwierdziła że ona tego cofnąć nie może, bo to jest już w systemie, a ja przecież mowilam że znam wszystkie koszty. Tak, wiedziałam o opłacie aktywacyjnej za dekoder, nikt mi nie wspominał o tej drugiej opłacie. Pani przestała być miła, a zaczęła być coraz bardziej chamska.
-P: Ale co Pani myśli, że ja za Panią zapłacę? Ja mam dzieci na utrzymaniu.
-J: proszę Pani, nie wymagam od Pani żeby Pani za mnie płaciła, tylko mówię że rezygnuje, bo nie jestem przygotowana na zapłacenie 150 zł.
-P: przecież mówiła Pani że zna koszty.
-J: tak, mówiłam że infolinia poinformowała mnie o jednej opłacie, z resztą o tej samej o której powiedziała mi Pani. Pani mówiąc o dodatkowych kosztach nie wspomniała o 99 zł, które trzeba zapłacić.

Generalnie rozmowa toczyła się w tym tonie jeszcze przez 5 minut. Pani uparcie twierdziła że nie może nic z tym.zrobic a ja muszę zapłacić. Nie, nie muszę. Niech Pani gdzieś dzwoni pisze ja sprzętu nie biorę i rezygnuje.
Wielce obrażona zadzwoniła chyba na infolinię, gdzie poinstruowano o tym, aby spisać oświadczenie i oni tego nie wprowadza.

I wiecie, tu nie chodzi o te 99 zł. Ale o fakt, że po to dzwoniłam wielokrotnie żeby się wszystkiego dowiedzieć, a nie robić z siebie debila. Dla mnie to wygląda tak, że nie powiemy klientowi całej prawdy, ale jak już podpisze umowę, to powiemy że nic się nie da z tym zrobić i jeleń będzie musiał zapłacić. Do tego doszło tak aroganckie zachowanie tej kobiety, że mało mnie nie rozerwalo z nerwów. Miała do mnie pretensje, że pracownicy infolinii błędnie mnie poinformowali. No tak, bo ja jako klient mam wszystko wiedzieć. No nie, wiem tyle, ile mi powiedzą pracownicy.
Kiedy powiedziałam że złożę na nią skargę, odparła żeby składała bo ona 2 tygodnie temu pochowala mamę. Bardzo mi przykro, ale jak nie jest w stanie normalnie funkcjonować w pracy niech weźmie urlop. Bo ja, gdybym tak potraktowała klienta u siebie w pracy, to teraz grzałabym krzesełko w pośredniaku.

A najlepsze jest to, że jak dzwoniłam do innego punktu sprzedaży, sytuacja była identyczna. Mowa o koszcie dekodera, ale o aktywacji multiroom ani słowa.
No robię ludzi w uja, jak nic.

Canal+

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (130)

#84385

(PW) ·
| Do ulubionych
Bareja wiecznie żywy.

Trzeba mi założyć licznik od gazu. Jednak żeby to zrobić, muszę przedstawić pozytywne zaświadczenie od gazownika i kominiarza. O ile od kominiarza mam, o tyle gazownik po sprawdzeniu szczelności stwierdził, że instalacja przecieka i trzeba ją naprawić.

Ale, żeby nie było tak pięknie, w miejscu, do którego trzeba się dostać, aby tę instalację naprawić/wymienić, są plomby założone przez gazownię w miejscu, gdzie kiedyś był licznik.

Oczywiście sami ich ściągnąć nie możemy, więc wystosowałam pismo do gazowni z prośbą o ściągnięcie tychże plomb. Pismo wysłałam 1.04., dzisiaj (9.04.) dostałam odpowiedź, a ta sprawiła, że ciśnienie mi skoczyło.

W skrócie: nie mogą ustosunkować się do mojej prośby, gdyż nie widnieję w systemie jako klient i proszą mnie o podanie dodatkowych danych, aby móc mnie zweryfikować. Czyli nie jesteś naszym klientem, to bujaj się. Tylko jak mogę być ich klientem, skoro bez opinii gazownika nie mogę złożyć wniosku o przyłączenie do sieci, a gazownik nie wypisze, dopóki nie naprawi instalacji, a do tego potrzebna jest gazownia, żeby ściągnęła plomby.

Zadzwoniłam tam, ale pani jakoś nie widziała związku przyczynowo-skutkowego. Pytam, czy mam załatwić lewe zaświadczenie, przyłączyć się i wysadzić pół budynku w powietrze? Ano nie. Więc czy pani może kogoś przysłać na ściągnięcie tych plomb, bo mi wszystko stoi bez tego gazu? Ano tak, jutro ktoś przyjedzie. Pani przeprasza, bo kolega, który odpisuje się pomylił.

Wisienka, czekaliśmy w sumie ze 3 tygodnie z tymi plombami na gazownię (wcześniej podczas dzwonienia odsyłali nas od numeru do numeru), a teraz zadzwonił pan i stwierdził, żebyśmy zerwali te plomby sami i je zostawili, jak przyjadą montować licznik.

Serio?

gazownia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (114)

#83309

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w bloku. Jak to w bloku, mam sąsiadów.
Około 3 tygodnie po wprowadzce, przyszedł pan z administracji, bo sąsiad zgłosił zalanie piwnicy. Sprawdził, i wyszło że niby przez nas (mieszkam na parterze). Pogmerał przy odpływie, zbytnio się niczego nie dopatrzył, a problem zniknął samoistnie.

Następny problem wyszedł kiedy temperatura na zewnątrz spadła tak, że trzeba było mieć pozamykane okna, a kaloryfery jeszcze nie grzały. Zauważyłam w pokoju na suficie mokrą plamę. Pierwsze skojarzenie, dach przecieka, ale przecież mieszkamy na parterze, więc jak. Po oględzinach wyszło, że w łazience w rogu również jest mokro, a na środku sufitu kapie woda. Czyli problem albo od sąsiada z góry, albo ze strony spółdzielni. Sprawa zgłoszona i zaczęły się wycieczki ekspertów ze spółdzielni.

Po kilku ich wizytach, bieganiu po sąsiadach, wyszło że wina ewidentnie sąsiada nad nami, bo reszta mieszkań w pionie nie ma żadnych przecieków. W trakcie wyszło, że sąsiadka z drugiej klatki, która ma mieszkanie "przyklejone" do naszego, też ma mokre wykwity. U nas dodatkowo wyszło mokre na ścianie w przedpokoju, które rozrosło się na pół ściany. Właściciel mieszkania został poinformowany zaraz po tym, jak hydraulicy doszli przyczyn problemu. Myślicie że pofatygował się na miejsce żeby sprawdzić co się dzieje? A w życiu. Spółdzielnia nie mogła się z nim skontaktować, aby uzyskać zgodę na rozkucie jednej płytki, co było niezbędne do zdiagnozowania problemu. W końcu udało się, spółdzielnia napisała do pana właściciela pismo, w którym poinformowała gdzie i jakie wystąpiły usterki.

Pan po 3 tygodniach raczył się zjawić. Jego postawa, była poniżej krytyki. Trzymając pismo ze spółdzielni, w którym wytknięte były usterki, on twierdził że usterek nie ma. Co z tego że zalał dwa mieszkania plus piwnice (w piwnicy lało się ciurkiem). My swoje, a on swoje. Próbował zwalić winę na mieszkanie na 4 piętrze. Na pytanie dlaczego w takim razie tylko dwa mieszkania na parterze są zalane, a reszta nie, nie potrafił odpowiedzieć.

Właścicielka drugiego mieszkania to starsza kobieta, która już w histerię wpada, bo to trzecie zalanie w tym roku (wcześniejsze były winą rury), i mówimy, że tamta pani już zawału dostaje. "Niech dostaje", taka była odpowiedź pana właściciela. Generalnie on jest niewinny, a my chyba bierzemy szprycę i ładujemy sobie wodę w ściany. W końcu moje nerwy osiągnęły górną granicę, w mało kulturalnych słowach kazałam panu opuścić moje mieszkanie, zapewniając że jeszcze tego samego dnia dostarczę mojemu adwokatowi zdjęcia zniszczeń mieszkań i piwnicy, ekspertyzę ze spółdzielni oraz wyceny naprawy najdroższych firm w mieście, i będę go za to ścigać na drodze sądowej, bo takiego aktu debilizmu i ignorancji dawno nie widziałam.

Pan po około godzinie, napisał sms, z informacją że jeszcze w tym tygodniu usterki zostaną naprawione i dogadamy się w celu naprawienia szkody. Czyli jednak jakieś usterki były. Nie wiem co na niego podziałało, wizja procesów w sądzie i związanych z tym kosztów, czy może małżonka wpłynęła na jegomościa.

Ten pan ogólnie jest wrzodem na tyłku, teraz ma spokojnych lokatorów (on to mieszkanie wynajmuje), ale wcześniej miał studentów, którzy o 4 nad ranem urządzali dzikie wrzaski na klatce, karaoke na balkonie i ogólnie imprezy do białego rana średnio 2 razy w tygodniu. Policja non stop była na interwencjach, a sąsiedzi bali się cokolwiek odezwać. Pan nawet się nie zainteresował jakie barachło wpuścił do domu.

Cóż, niektórzy wynajmujący chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że obowiązki wynajmującego nie kończą się na podpisaniu umowy i przytulaniu co miesiąc przelewu, są też przykre obowiązki jak interesowanie się, czy jego lokal i najemcy nie są uciążliwi dla reszty mieszkańców.

EDIT: Pan właściciel mieszkania naprawę zniszczeń w moim mieszkaniu wycenił na 500 zł :)

sąsiad

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (155)

#83115

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam kiedyś o gościu, który wyłudził ode mnie 80 000 zł. Po długich bataliach sądowych zapadł wyrok skazujący, według mnie śmieszny, bo pół roku pozbawienia wolności, z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na okres 3 lat. Wyrok zapadł w październiku 2016 roku.

Od tamtego czasu, mój dłużnik nie wykonał ani jednego kroku, aby dług spłacić. Z adwokatem, doszłyśmy do wniosku że nie ma dobrej woli z jego strony, więc piszemy wniosek o zarządzenie wykonania kary.
Sąd nie przychylił się do wniosku, gdyż adwokat pana S. napisał, że pan S. nie miał możliwości spłaty i wezwał mnie do podania numeru konta. Numer konta podałam do wiadomości pana mecenasa i czekamy. Kiedy po kolejnych trzech miesiącach nic się nie zadziało, wniosek o zarządzenie wykonania kary poszedł ponownie. O dziwo, sąd wyznaczył termin posiedzenia.
Przed salą szok, pan S. zjawił się na posiedzenie, czyli wystraszył się.

Pierwsza piekielność, propozycja ugody. Pan S. zaproponował mi miesięczne spłaty w wysokości 500 (!) zł. Zapytałam, czy to żart, bo według szybkiego rachunku będzie spłacał to jakieś 13 lat, a zasiłku nie potrzebuję. Szybka narada z mecenas, że zdajemy sobie sprawę, że jeśli teraz go posadzimy, tracimy najmocniejszą kartę przetargową jaką mamy w ręku, bo później zostanie mi tylko nakaz zapłaty, a z tym wiadomo jak jest.
Druga piekielność. Pani mecenas skazanego wydaje mi się chciała działać na jego szkodę. Podniosła argument, że przez te dwa lata jej klient nie miał ze mną żadnego kontaktu. Sędzia zapytał, czy pokrzywdzona jest świadkiem koronnym, którego dane są utajnione, bo jeśli nie, to dane kontaktowe bez problemu można było uzyskać z akt sprawy. Druga sprawa, że nasi rodzice mieszkają blok w blok i jeśli nawet nie chciał kontaktu z moją mamą, bo podejrzewam, że naplułaby mu w twarz, jaki problem wrzucić do skrzynki notkę z numerem telefonu i prośbą o kontakt? Tu odezwał się pan S., który tłumaczył się, iż on wywnioskował, że ma 3 lata na spłatę wierzytelności i chciał odłożyć w 3 lata cały dług i mi go oddać. Tu sędzia zapytał "a gdzie pan ma napisane, że ma pan 3 lata? W wyroku w pierwszym punkcie jest całkowity nakaz naprawienia szkody, a w drugim punkcie, że ma pan okres próby 3 lat". Z drugiej strony skoro przez 2 lata skrzętnie odkładał na spłatę długu, to powinien mieć odłożoną niezłą sumkę. Jego mecenas tłumaczy, że jej klient, który nie jest prawnikiem, mógł nie zrozumieć wyroku itp. Sędzia na to, że do sądu nie jest daleko, wystarczyło przyjść do sekretariatu, któregokolwiek sędziego i ktoś na pewno by mu wytłumaczył wyrok. Nie ma tu miejsca na interpretację prawa. I pada pytanie: "Czy pokrzywdzona widzi możliwość ugody". Oczywiście, widzę. Pan S. musi mi wpłacić min 20% wymaganej kwoty, wtedy mogę poczekać ze spłatą całości jeszcze rok, który pozostał. OK, teoretycznie zgoda zapadła. Dostał w sumie 3 miesiące, bo jutro jest kolejne posiedzenie dotyczące ugody. Oczywiście, kontaktu przez ten czas brak, ale cóż czekamy.
I moim zdaniem piekielność nad piekielnościami. Zachowanie jego adwokata. Na poprzednim posiedzeniu pan mecenas był w Sądzie Najwyższym, więc wysłał zastępstwo. W piątek próbowałam się z nim skontaktować, aby dowiedzieć się, czy ta ugoda będzie, czy nie będzie. Cóż, upraszczając, pan mecenas potraktował mnie jak gówno. Miał do mnie pretensje, że dzwonię do niego i zadaję pytania na temat jego klienta. Zapytałam, co w tym dziwnego, skoro to on reprezentuje swojego klienta od początku tej sprawy, a z samym panem S. nie mam kontaktu żadnego, mimo że próbowałam różnymi środkami się z nim skontaktować. Pan mecenas stwierdził, że nie będzie ze mną dyskutował i rzucił słuchawką, uprzednio zapewniając, że ugodę podpiszemy przed sądem.
Dzisiaj dzwoniła do niego moja mecenas. Zjechał ją jak burą sukę, że ona prawa nie zna i jest za zielona na takie sprawy (sic!).

Może ja się nie znam, ale gdybym była adwokatem strony przegranej, to raczej nie wojowałabym ze stroną wygraną, która to może ugodę zawrzeć bądź się rozmyślić. I powiem jedno: gdyby ten pan był ostatnim adwokatem na świecie, a ja byłabym oskarżona o podwójne morderstwo z premedytacją, w życiu nie poszłabym do niego, aby mnie reprezentował. Takiego chamstwa i buractwa nawet siedząc w Biedronce na kasie nie uświadczyłam.

adwokaci sądy

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (157)
Bank Credit Agricole.

Miałam tam konto. Konto było przez większość czasu puste. Jeden duży wpływ w listopadzie, jeden w kwietniu, przy czym gotówka była od razu pobierana w całości.

W kwietniu udałam się do owada na zakupy, kwota do 50 zł, zapłacone, niby ok. Na drugi dzień idę znowu do owada, i przy próbie płatności kartą (tą którą płaciłam poprzedniego dnia), następuje odmowa, oraz pokazuje się komunikat "Zatrzymaj kartę". Zrobiło mi się gorąco, bo komisariat blisko, a ja nie mam ochoty tłumaczyć się, że nie ukradłam swojej karty.

Na szczęście miałam portfel z dokumentami, więc mogłam udowodnić, że to moja karta. Pozostaje kwestia wyjaśnić co takiego się stało w ciągu nocy, że moja karta jest bezużyteczna. Pani na infolinii poinformowała mnie, że karta została ZASTRZEŻONA 11.02.2018. Ale dlaczego?

Rzekomo ja zastrzegałam. Bzdura. Nie miałam powodu żeby blokować kartę do pustego konta, tym bardziej, że cały czas spoczywa u mnie w portfelu, nie zniknęła mi nawet na chwilę, bo jej zwyczajnie nie używam. Tłumaczę, że wczoraj płaciłam tą kartą, a pani na infolinii uparcie twierdzi, że to niemożliwe. Żyłka mi zaczęła drgać.

Jeszcze tego samego dnia pojechałam do banku, wycofałam środki, konto zamknęłam. Zwróciłam uwagę na to co się u nich dzieje, i papa. Dwa dni później dostaję sms, że na moim zamkniętym koncie jest przekroczony dopuszczalny limit o 49,95. Noż kurka, przecież to niemożliwe żebym zapłaciła tą kartą, tak pani mówiła, więc jak?

Byłam ciekawa co mi bank na to powie, więc dzwonię zapytać skąd ten minus. Pani mówi że została dokonana płatność kartą w dniu 26.04 na kwotę taką i taką. Więc pytam, tą zastrzeżoną w lutym kartą dokonałam płatności? Przecież jedna pani na infolinii twierdziła, że to niemożliwe. I tu pani zniknęła na dobre 10 minut, aby wszystko dokładnie sprawdzić.

I wiecie co, jakoś mnie nie przekonuje tłumaczenie, że transakcja została rozliczona w trybie offline, bez komunikacji z bankiem. Karta po zastrzeżeniu powinna stać się bezużytecznym kawałkiem plastiku. A co jakbym faktycznie ją zgubiła, zastrzegła, a ktoś wyczyściłby mi konto płatnościami zbliżeniowymi? Reklamacja poszła, ciekawe co powiedzą.

Credit Agricole

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (165)
zarchiwizowany
Całkiem niedawno stałam się posiadaczką owczarka niemieckiego. Pies można powiedzieć z odzysku, miał być na chwilę, został na dłużej. Zwierzę nie takie młode, bo 3 letnie (stary też nie jest, ale zwracam uwagę na fakt że nie jest to szczeniaczek), więc przeświadczona byłam że w domu to ni chu chu, nie narobi. Tym bardziej, że jego poprzednia właścicielka zarzekała się i klęła na wszystkie świętości że piesio w domu to NIGDY się nie załatwił, ani wcześniej ani teraz. Ok, do dzieła. Pies trochę zaniedbany, bo taki podwórkowy, więc ogarnęłam go, do weta na szczepienia i czip, kupiłam niezbędne akcesoria i cieszyłam się że mam z kim uczęszczać na spacery. Wraz z nabyciem piesia, stałam się członkiem grupy na fb która zrzesza "miłośników" tych psów. Dzisiaj stwierdzam że to nie są miłośnicy, lecz psychopatyczni fanatycy. Z moich obserwacji: pies może robić wszystko, i absolutnie nie wolno psa karcić. Pies rozwalił pół przedpokoju? "O jak cudownie, remoncik się szykuje hehe". Pies zerwał tapetę do połowy ściany? Pff, co tam. Pies gryzie buty/piloty/kapcie inne przedmioty człowieka? Słodki piesio, nic tylko się cieszyć. I tego typu sytuacje. Pies jak bóg, wyżej niż mąż/żona, wyżej niż dziecko, psu wolno wszystko. A nie daj Boże coś złego na psa powiedzieć, np. że jak pies jest ciężko chory i nie ma szans na leczenie to należy nie być egoistą, tylko ulżyć i wysłać na tamten świat. Raz się odważyłam. Lincz na mnie spadł. Ale do brzegu. Niestety, mojemu psu zaczęło od ok. dwóch tygodni odwalać. Potrzeby fizjologiczne załatwia w domu. I to żeby na płytki, czy linoleum w przedpokoju. Nie. On kasztani i co gorsza sika na wykładzinę. Wyobraźcie sobie że śpicie, a tu budzi was smród taki, że nos ukręca, i widzicie kupsko wielkości małego państwa. Raz, mówię zdarza się. Drugi raz, zacisnęłam zęby. Ale kolejne naście razy, nie zdzierżyłam. Pies wyprowadzany, spacery, stały dostęp do wyjścia, bo mieszkamy w domu, i karmiony tak, żeby nie przed samym spaniem. Ale nie, on sobie za cel postawił srać o 3 w nocy. Jak były temperatury plusowe, nie było problemu, ale widać teraz hrabia ma gdzieś marznięcie i, woli w domu. Miarka się przebrała jak dzisiaj syn przyniósł mi uwaloną kupą zabawkę. No tak się bawić nie będziemy. Napisałam na tej grupie post, który miał być niejako formą pożegnania, opisując całą sytuację. Posypała się na mnie fala krytyki. Że ja powinnam o 2 w nocy dymać z psem na spacer, argument że mam dziecko które chodzi spać o 23? Uśpij, i idź na spacer. Złośliwości że mam nie brać psa, bo mi wykładzinę zniszczy. No tak, faktycznie wykładzina za 800 zł, za chwilę będzie do wyrzucenia, w domu dziecko, które zaraz zacznie raczkować, drugie które zabawki ma na podłodze, i to wszystko na śmierdzącej wykładzinie bo piesek ma stres. Tak, stwierdzili, że pies ma stres, albo się wystraszył i boi się wychodzić na dwór. Generalnie postawa "rzuć wszystko, zajmij się psem". Moja odpowiedź, że moje życie nie kręci się tylko wokół psa, spotkała się z oburzeniem. No bo jak to. To jest coś innego niż cudowny owczarek? Żeby nie było, mąż ma znajomą behawiorystkę, ale to następna nawiedzona, która uważa że powinniśmy uczyć go jak szczeniaka, wiecie, gazeta i coraz bliżej wejścia. Jednak zdawać by się mogło, że duży pies, rozumie, że tam gdzie się śpi, to się nie paskudzi. No i jestem zła i niedobra, bo oddaję psa, zamiast bezgranicznie mu się poświęcić. Tak, oddaje, bo komfortowe warunki życia dla mnie i mojej rodziny, są dla mnie najważniejsze. Nie będę sobie tego poziomu obniżać, bo psu nie chce się wychodzić na dwór. Ale psychopatyczni fanatycy tego nie zrozumieją.

ludzie grupa fanatycy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (44)

#81332

(PW) ·
| Do ulubionych
Orange. Nie wiem, kto mianował ich siecią numer 1, chyba że są samozwańcami.

Mam u nich usługi stacjonarne, cudowne Love. Z racji miejsca zamieszkania, prędkość jaką jestem w stanie mieć, to max 20 Mb/s, i ani krzty więcej. Biorąc pod uwagę, że mam tv internetową, więc moje łącze demonem prędkości nie jest.

Ale do brzegu. Wiadomo, że Orange wycofywało jeden kanał telewizyjny, dzięki czemu można było rozwiązać umowę bez ponoszenia konsekwencji. Szczerze mówiąc zastanawiałam się nad tym dość intensywnie. Od decyzji odejścia od operatora odwiodła mnie wiadomość od pana, który robił mi przyłącze, że w mojej miejscowości ciągną światłowód, więc niedługo pewnie będziemy przepinać na światłowód. Pani na infolinii jeszcze w listopadzie/grudniu przekonywała, że w pierwszym kwartale bieżącego roku światłowód zostanie podłączony. Ok, czekam.

Niestety mój internet zaczął mocno szwankować. Mocno to znaczy, że wczytywanie Google trwało kilka minut. Tv nie używana, tylko komputer i telefon podłączony do sieci, a internet albo wolny, albo co chwilę go rozłącza. Zgłaszam pierwszą reklamację. Przyjechał technik, coś przepiął, śmiga. Nawet szybciej niż normalnie. Ale za kilka dni, znów to samo. Internet faluje, raz jest, raz nie ma. Wściec się idzie. Tym razem zmienili kable od nas z domu, do centralki i gdzieś jeszcze. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że na światłowód nie ma co liczyć przez najbliższe 3 lata. Podpięli tylko blokom na nowo wybudowanym osiedlu (ach ta siła pieniądza). Świetnie. Pan technik pojechał, internet wrócił "do normy", tzn zwalnia, rozłącza itp.

Dość, mąż zadzwonił, dopytać o tą możliwość rozwiązania umowy. Sorry, do 1.1.2018 był czas, teraz już po ptakach. Rozwiązać umowy z winy Orange się nie da, bo usługę świadczą, a to że praktycznie tego nie ma? Nieważne, oni naprawiają, więc usługa jest. Tylko tak ma to wyglądać, że co kilka dni ma ktoś do mnie przyjeżdżać i naprawiać? Szukamy adresu pod którym Orange nie może fizycznie świadczyć usługi, bo nie ma warunków. "Przeniosę" tam usługę, kiedy się okaże że się nie da, Orange będzie musiało rozwiązać cyrograf. Lokalny mały dostawca, świadczy usługę światłowodu do 300 mb/s, plus bogaty pakiet kanałów, za cenę niższą od tego co płacę teraz, a patrząc po opiniach, internet nie zawodzi, tak jak internet giganta.
Sieć nr 1, ha ha ha ha.

Orange internet

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (160)

#80886

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jaki Orange ma bajzel.

Zmieniliśmy adres zamieszkania, więc nasze Love musiało powędrować za nami. Zgłosiłam prośbę o przeniesienie internetu, konsultant oddzwonił, potwierdził adres, datę i godzinę oraz, co najważniejsze mój aktualny numer telefonu, pod którym będę dostępna dla pana montera. Co ważne, zarówno pan przyjmujący zlecenie na przeniesienie, jak i pan umawiający wklepywali mój aktualny numer, czyli ten, pod który oni sami do mnie dzwonili.

Pan monter umówiony był między 8-10 rano. Dochodzi 10, pana montera ani widu ani słychu, więc dzwonię dopytać, o co chodzi. Pani na infolinii obiecała pogonić sprawę. Krótko przed 11 dzwoni do mnie konsultant z Orange, mówiąc, iż monter był, ale w domu nikogo nie zastał, że dodzwonić się nie mógł i na kiedy następny termin umówić. We mnie zawrzało i zabulgotało, bo siedzę w domu, co rusz spoglądając na zegarek, gdyż ważne sprawy do ogarnięcia miałam.

Powiadomiłam, że w domu jestem nieprzerwanie, nikt nie dzwonił - ani na telefon, ani do furtki, więc pan monter ma się u mnie zjawić dziś, teraz, zaraz (ja wiem, roszczeniowa postawa, ale od ok. tygodnia korzystaliśmy z internetu na kartę, udostępnianego z telefonu, więc zrozumcie chęć posiadania czegoś lepszego, tym bardziej że mam tv internetową, więc bez łącza nie ma tv).

Coby ochłonąć, ubrałam berbecia i poszłam do sklepu. W drodze mijam znajome białe autko, czyli pan monter wrócił. Nawrót i pędzę, coby dopilnować, żeby zadzwonił chociaż. Cóż się okazało? Pan monter był, owszem, ale teraz mają takie zasady, że zanim wejdą na podwórko czy zadzwonią do drzwi, muszą najpierw zadzwonić na telefon.

To co, pan nie dzwonił? Ano dzwonił, ale ktoś mądry inaczej nie zaktualizował tam mojego numeru. Pan przepraszał i pokazywał, że on ma u siebie stary numer.

Więc ja pytam, po co po dziesięciokroć konsultanci potwierdzali mój numer jako ten, na który będzie się pan techniczny kontaktował? No po co?

orange

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (112)

#80799

(PW) ·
| Do ulubionych
Wycieczka do ZUS-u jak wygląda, każdy wie. Jak się ma szczęście to ludzi jest dużo. Ja dzisiaj szczęścia nie miałam i, gdy przybyłam do tego przybytku przede mną było 26 osób. Dziecię w nosidełku śpi, czekamy. Dużo ludzi chyba zrezygnowało, bo numerki leciały dość szybko. Ja miałam numerek 155, na ekranie wyświetlony 154, więc zaraz moja kolej. Ale nie, przychodzi Piekielna, patrzy na ekran i wywiązuje się taki dialog:

P: Teraz ja wchodzę, bo mam numerek 146.
J: Nie proszę pani, teraz wchodzę ja, gdyż jak pani zauważyła zaraz będzie 155, a pani ma 146. 155 mam ja, więc ja teraz wchodzę.
P: Ale ja musiałam załatwić coś na drugiej sali, teraz ja wchodzę, bo mam wcześniejszy numerek.
J: Ja też mam sprawę do innego okienka, ale skoro wzięłam numerek tutaj, to siedzę i czekam, a nie wykłócam się. Proszę sobie wziąć nowy numerek i czekać jak wszyscy.
I tu nastąpił koronny argument:
P: Ja jestem starsza, mnie się należy!

Nosz urwał nać.

J: Nie, nie należy się, są numerki jest kolejka, jak się nie pilnuje to trudno. Ja pół godziny siedzę z niemowlakiem i nie narzekam.

Akurat wskoczył mój numer, więc zbieram się do pokoju, a babsko pędzi (wygrała wyścig, bo z nosidełkiem wolniej się chodzi). Na szczęście pani w pokoju naprostowała babsko, które czerwone na twarzy wyszło, złorzecząc coś o puszczających się gówniarach.

I kurczę, mam już dość tego kultu "mnie się należy bo: jestem w ciąży, jestem z dzieckiem, jestem starszy, mam chorą córkę, cierpię na brak mózgu" itp. Kiedy się należy to się należy, ale wymuszanie różnych przysług bo tak, robi się irytujące i, wcale się nie dziwię że społeczeństwo staje się odporne i gruboskórne.

ZUS chamstwo

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (178)

#80033

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnej urzędniczce, przypomniała mi sytuację, jak z mamą składałyśmy wnioski o alimenty z MOPS.

Generalnie sprawa zawsze wyglądała tak że prócz wniosku, zawsze trzeba było mieć tonę papierów, kser itp. Wymagane było, aby dostarczyć zaświadczenie od komornika, że egzekucja jest nieskuteczna i za każdym razem odpis wyroku alimentacyjnego, coś w tym tonie.

Ja miałam sprawę u innego komornika, siostry u innego. I o ile ten drugi nie robił problemów, o tyle pierwszy stwierdził, że mają umowę z MOPS o tym, że mają sobie te wyroki wyciągać z archiwum, bo oni nie będą co rok wydawać, bo wyrok się nie zmienia, o ile rodzic nie podniósł/obniżył alimentów.

Uzbrojone w tą wiedzę oraz stos papierów idziemy na pewniaka składać wnioski. A tam zonk. Trafiłyśmy do wstrętnej starej baby, która stwierdziła że tak łatwo nie będzie. Oczywiście doczepiła się do braku wyroku od komornika. Tłumaczymy, że komornik powiedział że nie, że mają w archiwum te wyroki itp itd. Baba że nie, wyrok musi być, koniec kropka.

Cóż, idziemy do komornika, prosić o wydanie tego świstka. Pamiętam, że miałyśmy albo oryginał tego wyroku przy sobie, albo wydaną kopię z zeszłego roku. Cóż, komornik w zaparte, nie wydają i koniec. Wybłagałyśmy żeby nam chociaż przystawiły pieczątkę, że zgodne z oryginałem, bo nam prukwa nie przyjmie. Udało się, powrót, z modlitwą na ustach żeby jej ta pieczątka wystarczyła. Babsko pokręciło nosem, ale świstek przyjęła.

Ale ale, kolejny problem. Bo mama ma inne nazwisko, a ja mam inne, widziała wyrok rozwodowy więc pyta o co chodzi. Mama tłumaczy, że po rozwodzie wróciła do panieńskiego nazwiska, u mnie nie wiedziała że może, to zostałam z nazwiskiem po ojcu. Babsko więc mówi, że potrzebne zaświadczenie z USC o zmianie nazwiska. Oczy nam prawie wypadły z oczodołów, bo jak matuala składała te wnioski od przeszło 10-ciu lat, tak zaświadczenie nie było nigdy potrzebne. Chyba już nie miała się do czego doczepić, to szukała dziury w całym.

Straciłyśmy pół dnia na coś, co powinno zająć góra pół godziny. I to nie my jedne miałyśmy problemy akurat z tą urzędniczką. Dawała się we znaki wszystkim, którzy do niej trafili. Ot, taka upierdliwa się trafiła.

urzędniczka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (164)