Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mlodaMama23

Zamieszcza historie od: 17 czerwca 2015 - 8:16
Ostatnio: 1 lutego 2024 - 20:42
  • Historii na głównej: 46 z 75
  • Punktów za historie: 12811
  • Komentarzy: 1089
  • Punktów za komentarze: 5879
 

#91051

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Witam Państwa po znacznej nieobecności. Działo się wiele, co zasługuje na opisanie tutaj, ale historia z Canal+ przebiła wszystko.

Kiedy podpisywałam umowę na usługę tv, dostałam fajną ofertę, antenę w gratisie, wszystko działało bez zarzutu, no super.

Było super do czasu aż zachciało mi się podpisać umowę na Multiroom. Kilka razy dzwoniłam na infolinię, wiadomo, chciałam się dowiedzieć jakie będą koszty zarówno podczas trwania umowy, jak i opłaty na start. Na infolinii, od kilku różnych konsultantów dowiedziałam się że opłata podczas podpisania umowy będzie tylko za dodatkowy dekoder. Ok, więc biorę to. Pojechałam do salonu, i tam zaczęła się historia.
Dokumenty podpisane, a pani mi mówi że będzie kwota xxx do zapłaty (nie pamiętam już dokładnie ile to było, ale nikt o takiej opłacie mnie nie poinformował, a była znacznie wyższa niż ta, na którą byłam przygotowana).
Ja: Ale jak to xxx? Na infolinii nikt nie wspominał o takiej opłacie.
PS: Proszę pani, to jest opłata za umowę Multiroom! Musi pani ją zapłacić!
J: Ale dlaczego nikt ani na infolinii, ani Pani tutaj mnie nie poinformowała o takiej opłacie? Nawet na waszej stronie nie ma wzmianki że taka opłata jest pobierana. Ja w takim razie rezygnuję z tej umowy.

I tu, proszę państwa zaczął się cyrk. Pani zaczęła na mnie krzyczeć, wyrzucać mi, że ona przecież za mnie nie będzie płacić, że ona 2 dni temu pochowała matkę (WTF?!), ona nie ma siły i ja muszę to podpisać i koniec.
J: proszę pani, skoro pani nie czuje się na siłach żeby pracować i być profesjonalna, proszę sobie wziąć urlop, nie będzie się pani na mnie wyżywać, za to, że wy jako firma wprowadzacie klientów w błąd i zatajacie informacje. Nie muszę tego podpisać i nie podpisze.

W dużym skrócie, po takim odbijaniu piłeczki pani wykonała gdzieś telefon i okazało się, że wystarczy że podpisze oświadczenie że rezygnuje z tej usługi i po temacie. Oczywiście nie bez szkody dla mnie, bo przez 1 dzień miałam wyłączony dostęp do tv.

W domu z ciekawości zadzwoniłam jeszcze raz na infolinię, dopytać o tą usługę, żeby sprawdzić czy może tym razem ktoś się zająknie na temat opłaty za podpisanie umowy. Jak się możecie domyślać, sami z siebie nie wspomnieli nawet słowem. Dopiero jak zaczęłam dopytywać, konsultant wydusił że tak, taka opłata jeszcze dochodzi.

Dlaczego nie mówią tego wprost? Liczą, że jak już umowa będzie gotowa to klient zapłaci bo będzie postawiony pod ścianą? Że nie będzie się kłócić?

Z tą firmą na szczęście już nie mam nic wspólnego, ale mam jeszcze jedna historię która doprowadzała mnie do szału przez dobre 3 miesiące.

Canal Plus

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (77)

#88140

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O bezmyślności kierowców samochodów.

W mojej miejscowości jest główna droga, po jednej stronie mieści się skład budowlany i jakieś biura, które dysponują naprawdę sporym parkingiem, po drugiej, jest ciąg lokali usługowych takich jak fryzjer, sklep obuwniczy itp. Po stronie tych lokali, jest jedynie chodnik i ścieżka rowerowa, nie ma specjalnie miejsca na parkowanie, chyba że kierowca zastawi komuś wjazd na posesję. Przy tych lokalach, o tej porze roku rozstawiają się straganiki z warzywami i owocami.

Dwa dni temu sąsiadka była na zakupach i wraca z szokująca wiadomością, że dziewczynę zabierał LPR z centrum, że wypadek, że generalnie ciężko i nieciekawie.

Kiedy przyjechałam do pracy tam już wszyscy o tym mówili, więc pytam jak wyglądała sytuacja, bo w sumie mam już dwie różne wersje. A było to tak: kierowca zaparkował przy tych lokalach, żeby kupić truskawki, rowerzystka jechała prawidłowo dla siebie wyznaczoną ścieżką. Pasażer z znienacka otworzył drzwi, tak, że dziewczyna nie miała szans na jakąkolwiek reakcję. Uderzyła w drzwi, przeleciała przez nie, skończyła z ciężkimi urazami głowy. Dzisiaj się dowiedziałam, że zmarła.

Teraz pytanie, czy kierowcy naprawdę muszą być tak strasznie leniwi? Dlatego pisałam na początku o parkingu po drugiej stronie ulicy. Wystarczyło tam zaparkować i ruszyć 4 litery przez jezdnię, nic by się nie stało. Ale już pal sześć to parkowanie na chwilę na chodniku, ale serio, wiedząc że jest to miejscowość w której ludzie poruszają się rowerami, nawet nie zadać sobie trudu żeby spojrzeć czy nic nie jedzie, czy nikt nie idzie? Tylko chrzanić wszystko, ja muszę teraz wyjść i walnąć drzwiami na oścież? I ja wiem, zasada ograniczonego zaufania, ze trzeba uważać itp, ale w momencie kiedy ktoś ustawia mi przeszkodę nie dając mi czasu na reakcję, pokazuje że jest skończonym debilem.

Droga kierowcy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (168)
zarchiwizowany

#88124

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
O piekielności działu windykacji ZUS i komorników.

Mam znajomą, lat temu kilka miała firmę. Niestety, zaczęły się kłopoty finanoswe, i opłacanie składek ZUS poszło na bok. Wiem, mogła zawiesić działalność, dlaczego tego nie zrobiła, nie wiem. Dług rósł, ale póki co ze strony ZUS nie było żadnych działań. Bodajże po roku, znajoma postanowiła firmę zamknąć, co ważne, w trakcie jej działania podjęła zatrudnienie, dzięki któremu jej składki mogły zostać obniżone. Jej wina że nie zgłosiła wniosku w ustawowym terminie. Jednak ZUS, wiadomo, swoich pieniędzy nie odpuści, i dyrektor oddziału zajął jej pensję. Dziewczyna się z tym pogodziła, i dług się spłacał. W 2019 postanowiła jeszcze raz spróbować swoich sił w DG, otworzyła firmę, i po 2 tygodniach ją zawiesiła. Pech chciał, że otwarcie i zawieszenie było na przełomie dwóch miesięcy, więc składki (pełne) zostały naliczone za dwa pełne miesiące. Poprzedni dług spłaciła, w międzyczasie komornik zajął jej wynagrodzenie za coś innego. Spłaciła komornika, i ZUS znowu zajął jej pensję, za składki z tych dwóch miesięcy 2019r. Ale hola, stwierdziła, że skoro cały czas była zatrudniona, może da się coś zrobić z wysokością naliczonych składek.
Po konsultacjach z pracownikami ZUS, złożyła pismo do ZUS z prośbą o uporządkowanie składek, bo składanie druków korygujących zrobiłoby za duży bałagan w momencie kiedy firma jest zawieszona.
Jakie było jej zaskoczenie, kiedy 30.03.2021 zobaczyła na swoim koncie ZUS nadpłate na ponad 4 tysiące. Ucieszyła się, złożyła wniosek o zwrot nadpłaty i czekała, jednocześnie będąc przekonana, że ZUS wycofał wniosek egzekucyjny u pracodawcy. Logika wskazuje na to, że skoro na koncie występuje nadpłata, to zadłużenia nie ma. W tym samym dniu jej firma wypłacała nagrody roczne. Dostała połowę, myślała że ta nagroda poszła na spłate kolejnego zajęcia od komornika. Jej firma wysyła pieniądze na zajęcia egzekucyjne 15ego każdego miesiąca. Więc dzwoni po tym czasie do komornika, zapytać ile zostało do spłaty, licząc ile potrącono jej nagrody i wypłaty. Jakie było jej zaskoczenie, kiedy komornik powiedział że dostał jedynie potrącenie z wypłaty i tyle. I zaczyna się niekończąca się telekonfernecja. Dzwoni do pracy, tam dowiaduje się że nagroda poszła do ZUS. Ale jak to? Tu czeka na zwrot nadpłaty, a tu jej potrącili? Umówiła e-wizytę w ZUS. Wyłuszcza sprawę, że 30.03 złożyła wniosek o zwrot nadpłaty, a w tym samym dniu miała potrącenie na ZUS, 15.04 firma przekazała pieniądze, a ona 21.04 dostała tyle zwrotu ile widziała w momencie składania wniosku o zwrot. Pani poleciła złozyć kolejny wniosek o rozliczenie konta płatnika. Złozyła, czeka. Znajoma dawno temu otworzyła konto dziecku, do którego automatycznie zostało otwrate jej konto. Loguje się tam, i znowu zaskoczenie, bo w blokadach widzi zajęcie z urzędu skarbowego, ZUS i coś jeszcze. Telefon w dłoń i dzwoni do US, bo wie o co chodzi, ale wie też że tego zajęcia nie ma prawa być, bo tu chodziło o źle złożony PIT za 2015. Pan w urzędzie mówi że on nic nie ma na nią, ale wyśle do banku umorzenie (zajęcia dokonał I US, a znajoma rozliczała się w II US). Ok, załatwione. Znajoma musi złożyć wniosek do ZUS o zdjęcie zajęcia z konta, za egzekucję z 2016r. Po kolejnej e-wizycie pani szybko to załatwiła.
Co ważne, na to konto trafił zwrot nadpłaty z ZUS i z racji zajęć, zostało jej zablokowane wszystko. Dzwoni do banku, żeby poprosić o wstrzymanie z wysyłką pieniędzy, bo ona jest w trakcie wyjaśniania, i ściągania blokad. Miła pani w banku powiedziała że oni te pieniądze tylko blokują, ale nic z nimi nie mogą zrobić, bo zbieg egzekucyjny nie jest rozstrzygnięty. Znaczy to tyle, że jeśli na koncie jest więcej niż jeden komornik, to wszyscy muszą się dogadać między sobą, do którego mają być przekazywane pieniądze i oni dalej się rozliczają. Tutaj tego nie było, więc kasa jest zawieszona. Cycki już opadły, ale nie poddajemy się. Na koncie było zajęcie od komornika z miasta X,z miasta Y i miasta Z. Znajomoa dwzoni do komornika z miasta X, bo już kilka razy z nim rozmawiała i jest to facet z którym można się dogadać. Wyłuszcza mu sprawę, prosi żeby on jakoś z tamtymi komornikami się dogadał bo inaczej będzie czekać dość długo. Tutaj wyjaśnię, że komornik z miasta X dostawał pieniądze z wypłaty, była spłacona połowa, więc facet wiedział że pieniądze odzyska. Pan X stwierdził że zanim on wezwie tamtych komorników, zanim oni odpowiedzą, to będzie trwać nie wiadomo ile, i w sumie to on ściągnie zajęcie z konta, niech to się rozlicza. W końcu i tak dostanie kasę od pracodawcy więc jemu to lotto. I faktycznie, w momencie kiedy pan X zdjął zajęcie, dwa poprzednie zajęcia bank szybko rozliczył i odblokował pieniądze. Koniec? Nie koniecznie. Znajoma czeka na zwrot nadplaty podatku. Przezornie postanawia zadzwonić do US zapytać czy coś tam jest z zajęć, bo według jej wiedzy, wszystko zostało spłacone i nic nie powinno być. Ale jest. Zajęcie od dwóch komorników których dawno spłaciła i...ZUS! Oczywiście żeby tego się dowiedzieć musiała obdzwonić 3 pokoje. Szybko zadzwoniła do komorników, i poprosiła żeby jednak zdjęli jej egzekucję z US. Oni zdziwieni, bo przecież dawno umorzone. No popatrzcie, tak wam się zapomniało pozamykać sprawy od A do Z. Dzwoni następnie bezpośrednio do dzialu egzekucji US. Pan jej mówi że tu przecież nie ma zadnego komornika procz ZUSu. Ale, żeby było zabawniej, były dwa zajęcia z ZUS, jedno z 2016 r, i drugie z 2019r. ZUS wyprostował sprawę z 2019r, a o tej z 2016r chyba im się zapomniało, i sobie wisi. Znajoma już nie dzwoni, wysyła po prostu kolejny wniosek o zdjęcie zajęcia egzekucyjnego i czeka. W międzyczasie dostaje informację z ZUS, że to potrącenie z 30.03 zostalo rozliczone na jej koncie, i widnieje jako nadpłata. Kolejny wniosek o zwrot. Dziewczyna jest już ekspertem w dziedzinie egzekucji ZUS. Na plus dla nich, że rozliczyli składki na korzyść znajomej, bo w sumie mogli powiedzieć bujaj się. Ale cała zabawa z wnioskami, dzwonieniem i szukaniem gdzie oni jeszcze mogą siedzieć, przyprawia o migrenę.

ZUS komornik

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (70)

#87568

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Opiszę perypetie jakie przechodzi mąż z operatorem Otvarta.

Zacznijmy od tego, że około rok temu chciał przenieść numer do tej sieci. Ale ze względu na epidemię, czas przeniesienia miał być bardzo wydłużony (kwarantanna kopert itp), więc zrezygnował. W grudniu tego roku namówiłam go, żeby przeszedł z oferty na kartę u innego operatora do Otvartej. Mąż wypełniając formularz, podał wszystkie AKTUALNE dane, tj numer kontaktowy, adres e-mail, adres korespondencyjny i zamieszkania. Kurier umowę przywiózł pod prawidłowy adres, tj pod ten, pod którym mieszkamy, wydaje się wszystko w porządku. Teraz zaczyna się cyrk.

Otvarta, z nieznanych nikomu powodów, do umowy podłożyła stare dane, podane podczas pierwszej próby przeniesienia numeru. Czego efektem były niezgadzające się WSZYSTKIE dane. Łącznie z adresem korespondencyjnym. Mąż czekał na pierwszą fakturę aktywacyjną. Jednak na mailu nic nie miał, nie było też powiadomienia SMS o wystawieniu faktury. Co warto zaznaczyć, SMS o statusie przeniesienia były wysyłane na numer przenoszony, czyli ten, którego mąż używa.

Co jest tego skutkiem? Ano to, że mąż nie wiedząc nic o fakturze, jej nie zapłacił, myśląc, że aktywacja przyjdzie wraz z pierwszym rachunkiem za usługi. Kiedy nagle zostały zablokowane połączenia wychodzące, zaczęliśmy szukać. Faktury nigdzie nie ma, sms z powiadomieniem również nie. Logujemy się do portalu klienta na stronie, po zalogowaniu, widzimy wszystkie dane konta, a jakże nieaktualne, i zero faktury.

Telefon na infolinię, i okazuje się, że szanowny operator wysłał fakturę owszem, na stary adres podany przy pierwszej umowie, a numer do logowania, był podany w ich systemie również stary, którego nikt nie używa, i to na niego były wysyłane powiadomienia o płatności. Żeby zobaczyć fakturę na portalu, należało się zalogować tym starym numerem, przecież to takie logiczne, że chcąc uzyskać informacje nt numeru 123456789 należy się zalogować numerem 987654321, prawda?

Na tą chwilę są zablokowane połączenia w obie strony, kiedy mąż chciał przenieść numer do innego operatora, Otvarta skłamała, że mąż nie jest właścicielem swojego własnego numeru, który przeniósł do Otvartej i zablokowali możliwość przeniesienia. Mało tego, mimo że numer jest całkowicie wyłączony, Otvarta wystawiła fakturę za cały styczeń, mimo tego, że usługi nie są dostępne w żadną stronę. Jeśli mąż chciałby mieć dalej u nich umowę, wymagają kaucji 300 zł.

Nie, mąż nie chce mieć już nic z nimi wspólnego, na szczęście drugi operator zna sytuację i zaczął procedurę przenoszenia numeru. Moje pytanie, skoro na umowie jest adres przykładowy Kwiatowa 2, dlaczego kurier przywiózł umowę na ulicę Drzewną 19? Skąd kurier wiedział na jaki adres dostarczyć przesyłkę? Odpowiedź jest jedna, Otvarta ma niesamowity bajzel i niekompetentnych ludzi w dziale obsługi, na czym cierpią klienci.

Otvarta

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (131)

#86786

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O pracownikach canal+.

Mam jedną umowę na tv satelitarną od Canal+. Z racji posiadania dwóch telewizorów, zdecydowałam się na zakup usługi multiroom. Dzwoniąc na infolinię, nie raz i nie dwa, pytając o koszty całej imprezy, każdy konsultant mi powtarzał, że opłata aktywacyjna za dekoder wyniesie 49 zł, i będzie doliczone 15 zł do rachunku za abonament i dzierżawę dekodera. Upewnialam się czy na pewno, na stronie nic nie ma napisanego, o kosztach dowiadywalam się z for internetowych, aczkolwiek też nie wszystko, bo strona odsyłała albo do punktu, albo na infolinię. Kiedy już miałam komplet informacji, zapakowałam dekoder w plecak i udałam się do punktu w celu podpisania umowy. Pani przedstawiła mi te same informacje co na infolinii, pytając czy wiem o opłacie aktywacyjnej w kwocie 49 zł, i doliczeniu 15 zł do rachunku. Tak, wiem, na infolinii mnie o tym poinformowano. Okazało się że dekoder niepotrzebnie brałam, bo jego wymiana nie będzie konieczna, więc Pani drukuje aneks. I pierwszy zgrzyt, gdyż opłatę miałam uiścić na miejscu, a wcześniej była mowa o tym, że będzie ona doliczone do rachunku.

Cóż, jestem przygotowana, nie ma sprawy, chociaż dobrze by było wcześniej o tym informować. Drugi zgrzyt, który doprowadził do awantury, kiedy Pani poinformowała mnie że całkowita kwota do zapłaty na już, to 148 zł. Ale dlaczego? No jak to, przecież 99 zł to opłata za aktywację usługi multiroom.
Kiedy powiedziałam że w takim razie rezygnuje, bo nikt mnie on tym nie poinformował, nawet Pani nie zająknęła się o tej drugiej opłacie, zaczęło się. Pani stwierdziła że ona tego cofnąć nie może, bo to jest już w systemie, a ja przecież mowilam że znam wszystkie koszty. Tak, wiedziałam o opłacie aktywacyjnej za dekoder, nikt mi nie wspominał o tej drugiej opłacie. Pani przestała być miła, a zaczęła być coraz bardziej chamska.
-P: Ale co Pani myśli, że ja za Panią zapłacę? Ja mam dzieci na utrzymaniu.
-J: proszę Pani, nie wymagam od Pani żeby Pani za mnie płaciła, tylko mówię że rezygnuje, bo nie jestem przygotowana na zapłacenie 150 zł.
-P: przecież mówiła Pani że zna koszty.
-J: tak, mówiłam że infolinia poinformowała mnie o jednej opłacie, z resztą o tej samej o której powiedziała mi Pani. Pani mówiąc o dodatkowych kosztach nie wspomniała o 99 zł, które trzeba zapłacić.

Generalnie rozmowa toczyła się w tym tonie jeszcze przez 5 minut. Pani uparcie twierdziła że nie może nic z tym.zrobic a ja muszę zapłacić. Nie, nie muszę. Niech Pani gdzieś dzwoni pisze ja sprzętu nie biorę i rezygnuje.
Wielce obrażona zadzwoniła chyba na infolinię, gdzie poinstruowano o tym, aby spisać oświadczenie i oni tego nie wprowadza.

I wiecie, tu nie chodzi o te 99 zł. Ale o fakt, że po to dzwoniłam wielokrotnie żeby się wszystkiego dowiedzieć, a nie robić z siebie debila. Dla mnie to wygląda tak, że nie powiemy klientowi całej prawdy, ale jak już podpisze umowę, to powiemy że nic się nie da z tym zrobić i jeleń będzie musiał zapłacić. Do tego doszło tak aroganckie zachowanie tej kobiety, że mało mnie nie rozerwalo z nerwów. Miała do mnie pretensje, że pracownicy infolinii błędnie mnie poinformowali. No tak, bo ja jako klient mam wszystko wiedzieć. No nie, wiem tyle, ile mi powiedzą pracownicy.
Kiedy powiedziałam że złożę na nią skargę, odparła żeby składała bo ona 2 tygodnie temu pochowala mamę. Bardzo mi przykro, ale jak nie jest w stanie normalnie funkcjonować w pracy niech weźmie urlop. Bo ja, gdybym tak potraktowała klienta u siebie w pracy, to teraz grzałabym krzesełko w pośredniaku.

A najlepsze jest to, że jak dzwoniłam do innego punktu sprzedaży, sytuacja była identyczna. Mowa o koszcie dekodera, ale o aktywacji multiroom ani słowa.
No robię ludzi w uja, jak nic.

Canal+

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (136)

#84385

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Bareja wiecznie żywy.

Trzeba mi założyć licznik od gazu. Jednak żeby to zrobić, muszę przedstawić pozytywne zaświadczenie od gazownika i kominiarza. O ile od kominiarza mam, o tyle gazownik po sprawdzeniu szczelności stwierdził, że instalacja przecieka i trzeba ją naprawić.

Ale, żeby nie było tak pięknie, w miejscu, do którego trzeba się dostać, aby tę instalację naprawić/wymienić, są plomby założone przez gazownię w miejscu, gdzie kiedyś był licznik.

Oczywiście sami ich ściągnąć nie możemy, więc wystosowałam pismo do gazowni z prośbą o ściągnięcie tychże plomb. Pismo wysłałam 1.04., dzisiaj (9.04.) dostałam odpowiedź, a ta sprawiła, że ciśnienie mi skoczyło.

W skrócie: nie mogą ustosunkować się do mojej prośby, gdyż nie widnieję w systemie jako klient i proszą mnie o podanie dodatkowych danych, aby móc mnie zweryfikować. Czyli nie jesteś naszym klientem, to bujaj się. Tylko jak mogę być ich klientem, skoro bez opinii gazownika nie mogę złożyć wniosku o przyłączenie do sieci, a gazownik nie wypisze, dopóki nie naprawi instalacji, a do tego potrzebna jest gazownia, żeby ściągnęła plomby.

Zadzwoniłam tam, ale pani jakoś nie widziała związku przyczynowo-skutkowego. Pytam, czy mam załatwić lewe zaświadczenie, przyłączyć się i wysadzić pół budynku w powietrze? Ano nie. Więc czy pani może kogoś przysłać na ściągnięcie tych plomb, bo mi wszystko stoi bez tego gazu? Ano tak, jutro ktoś przyjedzie. Pani przeprasza, bo kolega, który odpisuje się pomylił.

Wisienka, czekaliśmy w sumie ze 3 tygodnie z tymi plombami na gazownię (wcześniej podczas dzwonienia odsyłali nas od numeru do numeru), a teraz zadzwonił pan i stwierdził, żebyśmy zerwali te plomby sami i je zostawili, jak przyjadą montować licznik.

Serio?

gazownia

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (118)

#83309

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w bloku. Jak to w bloku, mam sąsiadów.
Około 3 tygodnie po wprowadzce, przyszedł pan z administracji, bo sąsiad zgłosił zalanie piwnicy. Sprawdził, i wyszło że niby przez nas (mieszkam na parterze). Pogmerał przy odpływie, zbytnio się niczego nie dopatrzył, a problem zniknął samoistnie.

Następny problem wyszedł kiedy temperatura na zewnątrz spadła tak, że trzeba było mieć pozamykane okna, a kaloryfery jeszcze nie grzały. Zauważyłam w pokoju na suficie mokrą plamę. Pierwsze skojarzenie, dach przecieka, ale przecież mieszkamy na parterze, więc jak. Po oględzinach wyszło, że w łazience w rogu również jest mokro, a na środku sufitu kapie woda. Czyli problem albo od sąsiada z góry, albo ze strony spółdzielni. Sprawa zgłoszona i zaczęły się wycieczki ekspertów ze spółdzielni.

Po kilku ich wizytach, bieganiu po sąsiadach, wyszło że wina ewidentnie sąsiada nad nami, bo reszta mieszkań w pionie nie ma żadnych przecieków. W trakcie wyszło, że sąsiadka z drugiej klatki, która ma mieszkanie "przyklejone" do naszego, też ma mokre wykwity. U nas dodatkowo wyszło mokre na ścianie w przedpokoju, które rozrosło się na pół ściany. Właściciel mieszkania został poinformowany zaraz po tym, jak hydraulicy doszli przyczyn problemu. Myślicie że pofatygował się na miejsce żeby sprawdzić co się dzieje? A w życiu. Spółdzielnia nie mogła się z nim skontaktować, aby uzyskać zgodę na rozkucie jednej płytki, co było niezbędne do zdiagnozowania problemu. W końcu udało się, spółdzielnia napisała do pana właściciela pismo, w którym poinformowała gdzie i jakie wystąpiły usterki.

Pan po 3 tygodniach raczył się zjawić. Jego postawa, była poniżej krytyki. Trzymając pismo ze spółdzielni, w którym wytknięte były usterki, on twierdził że usterek nie ma. Co z tego że zalał dwa mieszkania plus piwnice (w piwnicy lało się ciurkiem). My swoje, a on swoje. Próbował zwalić winę na mieszkanie na 4 piętrze. Na pytanie dlaczego w takim razie tylko dwa mieszkania na parterze są zalane, a reszta nie, nie potrafił odpowiedzieć.

Właścicielka drugiego mieszkania to starsza kobieta, która już w histerię wpada, bo to trzecie zalanie w tym roku (wcześniejsze były winą rury), i mówimy, że tamta pani już zawału dostaje. "Niech dostaje", taka była odpowiedź pana właściciela. Generalnie on jest niewinny, a my chyba bierzemy szprycę i ładujemy sobie wodę w ściany. W końcu moje nerwy osiągnęły górną granicę, w mało kulturalnych słowach kazałam panu opuścić moje mieszkanie, zapewniając że jeszcze tego samego dnia dostarczę mojemu adwokatowi zdjęcia zniszczeń mieszkań i piwnicy, ekspertyzę ze spółdzielni oraz wyceny naprawy najdroższych firm w mieście, i będę go za to ścigać na drodze sądowej, bo takiego aktu debilizmu i ignorancji dawno nie widziałam.

Pan po około godzinie, napisał sms, z informacją że jeszcze w tym tygodniu usterki zostaną naprawione i dogadamy się w celu naprawienia szkody. Czyli jednak jakieś usterki były. Nie wiem co na niego podziałało, wizja procesów w sądzie i związanych z tym kosztów, czy może małżonka wpłynęła na jegomościa.

Ten pan ogólnie jest wrzodem na tyłku, teraz ma spokojnych lokatorów (on to mieszkanie wynajmuje), ale wcześniej miał studentów, którzy o 4 nad ranem urządzali dzikie wrzaski na klatce, karaoke na balkonie i ogólnie imprezy do białego rana średnio 2 razy w tygodniu. Policja non stop była na interwencjach, a sąsiedzi bali się cokolwiek odezwać. Pan nawet się nie zainteresował jakie barachło wpuścił do domu.

Cóż, niektórzy wynajmujący chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że obowiązki wynajmującego nie kończą się na podpisaniu umowy i przytulaniu co miesiąc przelewu, są też przykre obowiązki jak interesowanie się, czy jego lokal i najemcy nie są uciążliwi dla reszty mieszkańców.

EDIT: Pan właściciel mieszkania naprawę zniszczeń w moim mieszkaniu wycenił na 500 zł :)

sąsiad

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (159)

#83115

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam kiedyś o gościu, który wyłudził ode mnie 80 000 zł. Po długich bataliach sądowych zapadł wyrok skazujący, według mnie śmieszny, bo pół roku pozbawienia wolności, z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na okres 3 lat. Wyrok zapadł w październiku 2016 roku.

Od tamtego czasu, mój dłużnik nie wykonał ani jednego kroku, aby dług spłacić. Z adwokatem, doszłyśmy do wniosku że nie ma dobrej woli z jego strony, więc piszemy wniosek o zarządzenie wykonania kary.
Sąd nie przychylił się do wniosku, gdyż adwokat pana S. napisał, że pan S. nie miał możliwości spłaty i wezwał mnie do podania numeru konta. Numer konta podałam do wiadomości pana mecenasa i czekamy. Kiedy po kolejnych trzech miesiącach nic się nie zadziało, wniosek o zarządzenie wykonania kary poszedł ponownie. O dziwo, sąd wyznaczył termin posiedzenia.
Przed salą szok, pan S. zjawił się na posiedzenie, czyli wystraszył się.

Pierwsza piekielność, propozycja ugody. Pan S. zaproponował mi miesięczne spłaty w wysokości 500 (!) zł. Zapytałam, czy to żart, bo według szybkiego rachunku będzie spłacał to jakieś 13 lat, a zasiłku nie potrzebuję. Szybka narada z mecenas, że zdajemy sobie sprawę, że jeśli teraz go posadzimy, tracimy najmocniejszą kartę przetargową jaką mamy w ręku, bo później zostanie mi tylko nakaz zapłaty, a z tym wiadomo jak jest.
Druga piekielność. Pani mecenas skazanego wydaje mi się chciała działać na jego szkodę. Podniosła argument, że przez te dwa lata jej klient nie miał ze mną żadnego kontaktu. Sędzia zapytał, czy pokrzywdzona jest świadkiem koronnym, którego dane są utajnione, bo jeśli nie, to dane kontaktowe bez problemu można było uzyskać z akt sprawy. Druga sprawa, że nasi rodzice mieszkają blok w blok i jeśli nawet nie chciał kontaktu z moją mamą, bo podejrzewam, że naplułaby mu w twarz, jaki problem wrzucić do skrzynki notkę z numerem telefonu i prośbą o kontakt? Tu odezwał się pan S., który tłumaczył się, iż on wywnioskował, że ma 3 lata na spłatę wierzytelności i chciał odłożyć w 3 lata cały dług i mi go oddać. Tu sędzia zapytał "a gdzie pan ma napisane, że ma pan 3 lata? W wyroku w pierwszym punkcie jest całkowity nakaz naprawienia szkody, a w drugim punkcie, że ma pan okres próby 3 lat". Z drugiej strony skoro przez 2 lata skrzętnie odkładał na spłatę długu, to powinien mieć odłożoną niezłą sumkę. Jego mecenas tłumaczy, że jej klient, który nie jest prawnikiem, mógł nie zrozumieć wyroku itp. Sędzia na to, że do sądu nie jest daleko, wystarczyło przyjść do sekretariatu, któregokolwiek sędziego i ktoś na pewno by mu wytłumaczył wyrok. Nie ma tu miejsca na interpretację prawa. I pada pytanie: "Czy pokrzywdzona widzi możliwość ugody". Oczywiście, widzę. Pan S. musi mi wpłacić min 20% wymaganej kwoty, wtedy mogę poczekać ze spłatą całości jeszcze rok, który pozostał. OK, teoretycznie zgoda zapadła. Dostał w sumie 3 miesiące, bo jutro jest kolejne posiedzenie dotyczące ugody. Oczywiście, kontaktu przez ten czas brak, ale cóż czekamy.
I moim zdaniem piekielność nad piekielnościami. Zachowanie jego adwokata. Na poprzednim posiedzeniu pan mecenas był w Sądzie Najwyższym, więc wysłał zastępstwo. W piątek próbowałam się z nim skontaktować, aby dowiedzieć się, czy ta ugoda będzie, czy nie będzie. Cóż, upraszczając, pan mecenas potraktował mnie jak gówno. Miał do mnie pretensje, że dzwonię do niego i zadaję pytania na temat jego klienta. Zapytałam, co w tym dziwnego, skoro to on reprezentuje swojego klienta od początku tej sprawy, a z samym panem S. nie mam kontaktu żadnego, mimo że próbowałam różnymi środkami się z nim skontaktować. Pan mecenas stwierdził, że nie będzie ze mną dyskutował i rzucił słuchawką, uprzednio zapewniając, że ugodę podpiszemy przed sądem.
Dzisiaj dzwoniła do niego moja mecenas. Zjechał ją jak burą sukę, że ona prawa nie zna i jest za zielona na takie sprawy (sic!).

Może ja się nie znam, ale gdybym była adwokatem strony przegranej, to raczej nie wojowałabym ze stroną wygraną, która to może ugodę zawrzeć bądź się rozmyślić. I powiem jedno: gdyby ten pan był ostatnim adwokatem na świecie, a ja byłabym oskarżona o podwójne morderstwo z premedytacją, w życiu nie poszłabym do niego, aby mnie reprezentował. Takiego chamstwa i buractwa nawet siedząc w Biedronce na kasie nie uświadczyłam.

adwokaci sądy

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (159)

#82151

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Bank Credit Agricole.

Miałam tam konto. Konto było przez większość czasu puste. Jeden duży wpływ w listopadzie, jeden w kwietniu, przy czym gotówka była od razu pobierana w całości.

W kwietniu udałam się do owada na zakupy, kwota do 50 zł, zapłacone, niby ok. Na drugi dzień idę znowu do owada, i przy próbie płatności kartą (tą którą płaciłam poprzedniego dnia), następuje odmowa, oraz pokazuje się komunikat "Zatrzymaj kartę". Zrobiło mi się gorąco, bo komisariat blisko, a ja nie mam ochoty tłumaczyć się, że nie ukradłam swojej karty.

Na szczęście miałam portfel z dokumentami, więc mogłam udowodnić, że to moja karta. Pozostaje kwestia wyjaśnić co takiego się stało w ciągu nocy, że moja karta jest bezużyteczna. Pani na infolinii poinformowała mnie, że karta została ZASTRZEŻONA 11.02.2018. Ale dlaczego?

Rzekomo ja zastrzegałam. Bzdura. Nie miałam powodu żeby blokować kartę do pustego konta, tym bardziej, że cały czas spoczywa u mnie w portfelu, nie zniknęła mi nawet na chwilę, bo jej zwyczajnie nie używam. Tłumaczę, że wczoraj płaciłam tą kartą, a pani na infolinii uparcie twierdzi, że to niemożliwe. Żyłka mi zaczęła drgać.

Jeszcze tego samego dnia pojechałam do banku, wycofałam środki, konto zamknęłam. Zwróciłam uwagę na to co się u nich dzieje, i papa. Dwa dni później dostaję sms, że na moim zamkniętym koncie jest przekroczony dopuszczalny limit o 49,95. Noż kurka, przecież to niemożliwe żebym zapłaciła tą kartą, tak pani mówiła, więc jak?

Byłam ciekawa co mi bank na to powie, więc dzwonię zapytać skąd ten minus. Pani mówi że została dokonana płatność kartą w dniu 26.04 na kwotę taką i taką. Więc pytam, tą zastrzeżoną w lutym kartą dokonałam płatności? Przecież jedna pani na infolinii twierdziła, że to niemożliwe. I tu pani zniknęła na dobre 10 minut, aby wszystko dokładnie sprawdzić.

I wiecie co, jakoś mnie nie przekonuje tłumaczenie, że transakcja została rozliczona w trybie offline, bez komunikacji z bankiem. Karta po zastrzeżeniu powinna stać się bezużytecznym kawałkiem plastiku. A co jakbym faktycznie ją zgubiła, zastrzegła, a ktoś wyczyściłby mi konto płatnościami zbliżeniowymi? Reklamacja poszła, ciekawe co powiedzą.

Credit Agricole

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (169)
zarchiwizowany

#81413

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Całkiem niedawno stałam się posiadaczką owczarka niemieckiego. Pies można powiedzieć z odzysku, miał być na chwilę, został na dłużej. Zwierzę nie takie młode, bo 3 letnie (stary też nie jest, ale zwracam uwagę na fakt że nie jest to szczeniaczek), więc przeświadczona byłam że w domu to ni chu chu, nie narobi. Tym bardziej, że jego poprzednia właścicielka zarzekała się i klęła na wszystkie świętości że piesio w domu to NIGDY się nie załatwił, ani wcześniej ani teraz. Ok, do dzieła. Pies trochę zaniedbany, bo taki podwórkowy, więc ogarnęłam go, do weta na szczepienia i czip, kupiłam niezbędne akcesoria i cieszyłam się że mam z kim uczęszczać na spacery. Wraz z nabyciem piesia, stałam się członkiem grupy na fb która zrzesza "miłośników" tych psów. Dzisiaj stwierdzam że to nie są miłośnicy, lecz psychopatyczni fanatycy. Z moich obserwacji: pies może robić wszystko, i absolutnie nie wolno psa karcić. Pies rozwalił pół przedpokoju? "O jak cudownie, remoncik się szykuje hehe". Pies zerwał tapetę do połowy ściany? Pff, co tam. Pies gryzie buty/piloty/kapcie inne przedmioty człowieka? Słodki piesio, nic tylko się cieszyć. I tego typu sytuacje. Pies jak bóg, wyżej niż mąż/żona, wyżej niż dziecko, psu wolno wszystko. A nie daj Boże coś złego na psa powiedzieć, np. że jak pies jest ciężko chory i nie ma szans na leczenie to należy nie być egoistą, tylko ulżyć i wysłać na tamten świat. Raz się odważyłam. Lincz na mnie spadł. Ale do brzegu. Niestety, mojemu psu zaczęło od ok. dwóch tygodni odwalać. Potrzeby fizjologiczne załatwia w domu. I to żeby na płytki, czy linoleum w przedpokoju. Nie. On kasztani i co gorsza sika na wykładzinę. Wyobraźcie sobie że śpicie, a tu budzi was smród taki, że nos ukręca, i widzicie kupsko wielkości małego państwa. Raz, mówię zdarza się. Drugi raz, zacisnęłam zęby. Ale kolejne naście razy, nie zdzierżyłam. Pies wyprowadzany, spacery, stały dostęp do wyjścia, bo mieszkamy w domu, i karmiony tak, żeby nie przed samym spaniem. Ale nie, on sobie za cel postawił srać o 3 w nocy. Jak były temperatury plusowe, nie było problemu, ale widać teraz hrabia ma gdzieś marznięcie i, woli w domu. Miarka się przebrała jak dzisiaj syn przyniósł mi uwaloną kupą zabawkę. No tak się bawić nie będziemy. Napisałam na tej grupie post, który miał być niejako formą pożegnania, opisując całą sytuację. Posypała się na mnie fala krytyki. Że ja powinnam o 2 w nocy dymać z psem na spacer, argument że mam dziecko które chodzi spać o 23? Uśpij, i idź na spacer. Złośliwości że mam nie brać psa, bo mi wykładzinę zniszczy. No tak, faktycznie wykładzina za 800 zł, za chwilę będzie do wyrzucenia, w domu dziecko, które zaraz zacznie raczkować, drugie które zabawki ma na podłodze, i to wszystko na śmierdzącej wykładzinie bo piesek ma stres. Tak, stwierdzili, że pies ma stres, albo się wystraszył i boi się wychodzić na dwór. Generalnie postawa "rzuć wszystko, zajmij się psem". Moja odpowiedź, że moje życie nie kręci się tylko wokół psa, spotkała się z oburzeniem. No bo jak to. To jest coś innego niż cudowny owczarek? Żeby nie było, mąż ma znajomą behawiorystkę, ale to następna nawiedzona, która uważa że powinniśmy uczyć go jak szczeniaka, wiecie, gazeta i coraz bliżej wejścia. Jednak zdawać by się mogło, że duży pies, rozumie, że tam gdzie się śpi, to się nie paskudzi. No i jestem zła i niedobra, bo oddaję psa, zamiast bezgranicznie mu się poświęcić. Tak, oddaje, bo komfortowe warunki życia dla mnie i mojej rodziny, są dla mnie najważniejsze. Nie będę sobie tego poziomu obniżać, bo psu nie chce się wychodzić na dwór. Ale psychopatyczni fanatycy tego nie zrozumieją.

ludzie grupa fanatycy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (47)