Profil użytkownika
myscha ♀
| Zamieszcza historie od: | 12 czerwca 2011 - 14:35 |
| Ostatnio: | 2 stycznia 2026 - 15:04 |
- Historii na głównej: 43 z 69
- Punktów za historie: 23736
- Komentarzy: 207
- Punktów za komentarze: 2249
ZUS. Drobiazg, ale mnie wkurzający.
Prowadzę punkt ksero, przychodzą ludzie skanować/kserować dokumenty. Dużo dokumentów. Pojedyncze kartki idą w podajnik, 3 minuty i gotowe. ZUS drukuje swoje rzeczy na papierze o 5 mm dłuższym niż standardowe A4. Wszystko - cała korespondencję, dokumenty, pity. Ten papier muszą specjalnie zamawiać, bo w ogólnej sprzedaży takiego formatu nie ma.
Nie wchodzi w podajnik, każdą kartkę trzeba kserować osobno z szyby
Prowadzę punkt ksero, przychodzą ludzie skanować/kserować dokumenty. Dużo dokumentów. Pojedyncze kartki idą w podajnik, 3 minuty i gotowe. ZUS drukuje swoje rzeczy na papierze o 5 mm dłuższym niż standardowe A4. Wszystko - cała korespondencję, dokumenty, pity. Ten papier muszą specjalnie zamawiać, bo w ogólnej sprzedaży takiego formatu nie ma.
Nie wchodzi w podajnik, każdą kartkę trzeba kserować osobno z szyby
ZUS
Ocena:
127
(141)
W życiu każdego człowieka przychodzi ten moment, że ten umiera. I nawet, tak jak było w przypadku mojego teścia, człowiek w latach zaawansowanych i ciężko chory pozostawia po sobie żal i niedowierzanie, że to już.
Gdy zadzwoniła zapłakana teściowa, że odszedł w domu, na jej rękach, pojechaliśmy z mężem wesprzeć ją i pomóc ogarnąć potrzebne procedury. Dlatego byłam naocznym świadkiem tego, co się wydarzyło.
Należy najpierw wezwać lekarza do stwierdzenia zgonu i wydania dokumentów. Miał przyjechać w ciągu 2 godzin, po trzech zaczęliśmy się już niecierpliwić, po czterech teściowa wzięła kolejne proszki na uspokojenie, aż wreszcie pojawił się prawie po pięciu.
Otworzyła drzwi, nie było wątpliwości, że to lekarz, bo ubrany był w uniform z takim napisem, ale może naiwnie myślała, że powie coś w rodzaju "dzień dobry, przyjechałem do stwierdzenia zgonu, czy mogę wejść?", i stała przez kilka sekund nic nie mówiąc, trochę otumaniona proszkami, za to usłyszała "to tutaj miałem wezwanie? Bo stoi pani jakby nie chciała mnie wpuścić" Potem mało delikatnie wyprosił ją z pokoju, gdzie leżał zmarły. Usiadł, żeby wypełnić dokumenty, przy czym raźno opowiedział, że po drodze na klatce schodowej widział sąsiadkę "taka z długimi włosami, wie pani która? Bo ona chyba ma schizofrenię, bo się dziwnie zachowywała" zwrócił się do mnie. Gdy mu odpowiedziałam, że nie mieszkam tutaj i sąsiedzi mnie nie interesują, wrócił z pytaniem do teściowej. Nie uzyskał odpowiedzi, machnął ręką, dokończył procedury. Nie spytał nawet o godzinę zgonu, wpisał losową, stwierdził, że ma najtrudniejszą pracę, bo on pierwszy musi składać kondolencje (raczej spotkać się z rodziną, która nie do końca zachowuje się racjonalnie), nie patrząc na człowieka podał rękę, jęknął jakieś "moje kondolencje" i poszedł.
Następnym etapem (pomijam odebranie ciała, bo to przebiegło bez piekielności) było wyrobienie aktu zgonu. Mój mąż pojechał do urzędu, żeby na mamę wszystkiego nie zwalać, no i dowiedział się, że nic nie załatwi, bo lekarz zamiast daty urodzenia wpisał datę zgonu - rok urodzenia się zgadzał, tylko dzień nie. teraz trzeba go znaleźć, żeby skreślił, dopisał prawidłową i podpisał z pieczątką. Lekarza nie było dostępnego, więc czekanie kilka godzin, aż go złapią i poprawi. Na szczęście obiecali przywieźć kartę zgonu do domu. Nastąpiło to koło 22.
Teraz z kompletem dokumentów przenosimy się do zakładu pogrzebowego, gdzie sympatyczny i profesjonalny pan mówi: właściwie to nie powinienem przyjąć tej karty zgonu, cmentarz na pewno ją odrzuci, bo lekarz nie zaznaczył jednej kratki, czy była to choroba zakaźna. Oddam państwu te dokumenty, ale nie interesuje mnie co państwo i kiedy z nimi zrobicie.
- Dobrze - mówię - niech pan teraz nie patrzy.
- Ale niech pani weźmie niebieski długopis
Gdy zadzwoniła zapłakana teściowa, że odszedł w domu, na jej rękach, pojechaliśmy z mężem wesprzeć ją i pomóc ogarnąć potrzebne procedury. Dlatego byłam naocznym świadkiem tego, co się wydarzyło.
Należy najpierw wezwać lekarza do stwierdzenia zgonu i wydania dokumentów. Miał przyjechać w ciągu 2 godzin, po trzech zaczęliśmy się już niecierpliwić, po czterech teściowa wzięła kolejne proszki na uspokojenie, aż wreszcie pojawił się prawie po pięciu.
Otworzyła drzwi, nie było wątpliwości, że to lekarz, bo ubrany był w uniform z takim napisem, ale może naiwnie myślała, że powie coś w rodzaju "dzień dobry, przyjechałem do stwierdzenia zgonu, czy mogę wejść?", i stała przez kilka sekund nic nie mówiąc, trochę otumaniona proszkami, za to usłyszała "to tutaj miałem wezwanie? Bo stoi pani jakby nie chciała mnie wpuścić" Potem mało delikatnie wyprosił ją z pokoju, gdzie leżał zmarły. Usiadł, żeby wypełnić dokumenty, przy czym raźno opowiedział, że po drodze na klatce schodowej widział sąsiadkę "taka z długimi włosami, wie pani która? Bo ona chyba ma schizofrenię, bo się dziwnie zachowywała" zwrócił się do mnie. Gdy mu odpowiedziałam, że nie mieszkam tutaj i sąsiedzi mnie nie interesują, wrócił z pytaniem do teściowej. Nie uzyskał odpowiedzi, machnął ręką, dokończył procedury. Nie spytał nawet o godzinę zgonu, wpisał losową, stwierdził, że ma najtrudniejszą pracę, bo on pierwszy musi składać kondolencje (raczej spotkać się z rodziną, która nie do końca zachowuje się racjonalnie), nie patrząc na człowieka podał rękę, jęknął jakieś "moje kondolencje" i poszedł.
Następnym etapem (pomijam odebranie ciała, bo to przebiegło bez piekielności) było wyrobienie aktu zgonu. Mój mąż pojechał do urzędu, żeby na mamę wszystkiego nie zwalać, no i dowiedział się, że nic nie załatwi, bo lekarz zamiast daty urodzenia wpisał datę zgonu - rok urodzenia się zgadzał, tylko dzień nie. teraz trzeba go znaleźć, żeby skreślił, dopisał prawidłową i podpisał z pieczątką. Lekarza nie było dostępnego, więc czekanie kilka godzin, aż go złapią i poprawi. Na szczęście obiecali przywieźć kartę zgonu do domu. Nastąpiło to koło 22.
Teraz z kompletem dokumentów przenosimy się do zakładu pogrzebowego, gdzie sympatyczny i profesjonalny pan mówi: właściwie to nie powinienem przyjąć tej karty zgonu, cmentarz na pewno ją odrzuci, bo lekarz nie zaznaczył jednej kratki, czy była to choroba zakaźna. Oddam państwu te dokumenty, ale nie interesuje mnie co państwo i kiedy z nimi zrobicie.
- Dobrze - mówię - niech pan teraz nie patrzy.
- Ale niech pani weźmie niebieski długopis
słuzba_zdrowia
Ocena:
174
(186)
poczekalnia
Skomentuj
(5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Mam w rodzinie taką Beatkę. Beatka wyszła za mąż dosyć wcześnie, jakoś tak w wieku 20 lat. Z miłości, nie dlatego, że "musiała". jej mąż niewiele starszy, jeszcze nie skończone studia, więc sytuacja materialna taka sobie, zamieszkali u rodziców Beatki w domu jednorodzinnym. Wiadomo, że w takich warunkach wszystko dzieje się na oczach starszych, wszystkie kłótnie, zgody, wspólna kuchnia, prace w domu i na ogrodzie, a charakterek rodziców nie ułatwiał harmonijnego pożycia. Czas mijał, ich sytuacja materialna się ustabilizowała, ale mimo wszystko zostali tam dalej, bo teraz to "rodzice by się obrazili". Łatwo nie jest, ale ich sprawa.
Mam również kolegę z dawnych czasów. Kiedy był w związku i planował się żenić, kupił mieszkanie (swoje, nie wspólne), związek się rozpadł, jakoś sobie potem życia nie ułożył, więc mieszkanie wynajął i przeprowadził się do mamy. Wracając z pracy nie wracał do pustego domu, miał z kim porozmawiać, zjeść, mama staruszka też miała opiekę, obydwoje zadowoleni. Tak mijały lata, raczej bez widoków na zmianę.
Jakieś spotkanie u Beatki:
- a ten twój kolega to dalej sam?
- z tego co wiem, to tak
- i z mamą mieszka?
- no tak
- wiesz, w tym wieku ciągle mieszkać z mamą - wtedy był tak koło 50, Beatka też niewiele młodsza
- oj tak - zawtórował tata Beatki - stary kawaler z mamusią, przecież ma gdzie mieszkać, a tak do końca jej życia...
Żadnych analogii nie zauważyli, to co innego, Beatka jest mężatką z dorosłymi dziećmi, tak można mieszkać z rodzicami
Mam również kolegę z dawnych czasów. Kiedy był w związku i planował się żenić, kupił mieszkanie (swoje, nie wspólne), związek się rozpadł, jakoś sobie potem życia nie ułożył, więc mieszkanie wynajął i przeprowadził się do mamy. Wracając z pracy nie wracał do pustego domu, miał z kim porozmawiać, zjeść, mama staruszka też miała opiekę, obydwoje zadowoleni. Tak mijały lata, raczej bez widoków na zmianę.
Jakieś spotkanie u Beatki:
- a ten twój kolega to dalej sam?
- z tego co wiem, to tak
- i z mamą mieszka?
- no tak
- wiesz, w tym wieku ciągle mieszkać z mamą - wtedy był tak koło 50, Beatka też niewiele młodsza
- oj tak - zawtórował tata Beatki - stary kawaler z mamusią, przecież ma gdzie mieszkać, a tak do końca jej życia...
Żadnych analogii nie zauważyli, to co innego, Beatka jest mężatką z dorosłymi dziećmi, tak można mieszkać z rodzicami
Ocena:
36
(64)
Historia o nadużyciach przy naprawie telefonów już zniknęła, ale mnie zainspirowała do opisu od strony klienta.
Mój tata, człowiek w zaawansowanym wieku, niedowidzący, i z niepełnosprawną dłonią (każdy z tych elementów widoczny) wybrał się do punktu usługowego po baterię do pilota i poprosił od razu o wymianę, co panu zajęło jakieś 15 sekund. Bateria kosztowała jakieś 10 złotych, a za wymianę zażyczył sobie około 90 zł. Przy czym o cenie poinformował po wykonaniu usługi, wcześniej nie sugerował, że będzie to sporo kosztowało, albo, że nie jest chętny do wymiany. Tata oznajmił, że na taka kwotę przygotowany nie był, na co pan poświęcił kolejne 15 sekund, baterię wyjął i sprzedał osobno za wspomniane 10 zł.
Koniec historii, ale zadziwienie zostało.
Mój tata, człowiek w zaawansowanym wieku, niedowidzący, i z niepełnosprawną dłonią (każdy z tych elementów widoczny) wybrał się do punktu usługowego po baterię do pilota i poprosił od razu o wymianę, co panu zajęło jakieś 15 sekund. Bateria kosztowała jakieś 10 złotych, a za wymianę zażyczył sobie około 90 zł. Przy czym o cenie poinformował po wykonaniu usługi, wcześniej nie sugerował, że będzie to sporo kosztowało, albo, że nie jest chętny do wymiany. Tata oznajmił, że na taka kwotę przygotowany nie był, na co pan poświęcił kolejne 15 sekund, baterię wyjął i sprzedał osobno za wspomniane 10 zł.
Koniec historii, ale zadziwienie zostało.
uslugi
Ocena:
182
(190)
Dawno temu z mężem postanowiliśmy otworzyć swoją firmę. Byliśmy tam jedynymi pracownikami i jakoś przez ponad 20 lat pozwalało nam to, jeżeli nie dostatnio, to stabilnie żyć. Ogromnym atutem tej działalności był jej adres - taki sam jak naszego domu. Wystarczyło tylko przejść przez podwórko, żeby znaleźć się w pracy.
W ostatnim czasie mocno zachwiała się ta stabilność, więc postanowiliśmy, że mąż pójdzie do pracy na etat, a ja zostanę w firmie, biorąc na siebie wszystkie obowiązki, które dotąd były rozłożone na dwie osoby. Raz pracy jest więcej, raz mniej, ale w wyznaczonych godzinach muszę być na stanowisku. Praca jest zarówno fizyczna, jak i umysłowa.
Pewnego dnia musiałam w pilnej sprawie pojechać do teściów, wykrawając czas z dnia pracy. Wychodząc powiedziałam, że się spieszę, bo wracam do pracy. Mój teść się szczerze roześmiał:
- Jak to, przecież ty nic nie robisz, tylko siedzisz w domu
W ostatnim czasie mocno zachwiała się ta stabilność, więc postanowiliśmy, że mąż pójdzie do pracy na etat, a ja zostanę w firmie, biorąc na siebie wszystkie obowiązki, które dotąd były rozłożone na dwie osoby. Raz pracy jest więcej, raz mniej, ale w wyznaczonych godzinach muszę być na stanowisku. Praca jest zarówno fizyczna, jak i umysłowa.
Pewnego dnia musiałam w pilnej sprawie pojechać do teściów, wykrawając czas z dnia pracy. Wychodząc powiedziałam, że się spieszę, bo wracam do pracy. Mój teść się szczerze roześmiał:
- Jak to, przecież ty nic nie robisz, tylko siedzisz w domu
rodzina praca zdalna
Ocena:
166
(180)
Prowadzę punkt usługowy, gdzie można również coś skserować/wydrukować w pojedynczych egzemplarzach.
Ktoś wysyła do wydrukowania CV. Graficznie ładnie przygotowane, z szablonu, przyjemnie wziąć do ręki. Do treści zazwyczaj nie zaglądam, ale mam zwyczaj "rzucenia okiem", czy nie posypał się font, czy w miejscu polskich znaków nie wyrosły jakieś krzaczki, czy technicznie wyszło prawidłowo itp. Wyrobione oko wyłapuje takie rzeczy momentalnie i najczęściej da się coś z tym zrobić, albo zgłosić klientowi, zanim przyjedzie po odbiór.
Tym razem rzeczywiście znikają ogonki. Ale nie ma pustych miejsc, albo wspomnianych już krzaczków, tylko zamiast "ą" jest "a", ale nie wszędzie. Czasem trafia się prawidłowe, a czasem zamiast "ą" jest "e". Tego program nie zmienił. Zaczynam czytać. Literówki, brak odstępów, zmiana rodzaju żeńskiego na męski, również w losowych miejscach. Słabo mi.
Zgłaszam klientce, przepraszając za przeczytanie, z sugestią, że może lepiej poprawić.
- Nie - mówi pani - niech tak zostanie.
Starała się o stanowisko asystentki i jej atutem miała być dbałość o szczegóły.
Ktoś wysyła do wydrukowania CV. Graficznie ładnie przygotowane, z szablonu, przyjemnie wziąć do ręki. Do treści zazwyczaj nie zaglądam, ale mam zwyczaj "rzucenia okiem", czy nie posypał się font, czy w miejscu polskich znaków nie wyrosły jakieś krzaczki, czy technicznie wyszło prawidłowo itp. Wyrobione oko wyłapuje takie rzeczy momentalnie i najczęściej da się coś z tym zrobić, albo zgłosić klientowi, zanim przyjedzie po odbiór.
Tym razem rzeczywiście znikają ogonki. Ale nie ma pustych miejsc, albo wspomnianych już krzaczków, tylko zamiast "ą" jest "a", ale nie wszędzie. Czasem trafia się prawidłowe, a czasem zamiast "ą" jest "e". Tego program nie zmienił. Zaczynam czytać. Literówki, brak odstępów, zmiana rodzaju żeńskiego na męski, również w losowych miejscach. Słabo mi.
Zgłaszam klientce, przepraszając za przeczytanie, z sugestią, że może lepiej poprawić.
- Nie - mówi pani - niech tak zostanie.
Starała się o stanowisko asystentki i jej atutem miała być dbałość o szczegóły.
usługi cv
Ocena:
156
(162)
Kilka lat temu w Internecie wybuchła dyskusja, a właściwie potok zażaleń na jedną z aptek w moim miasteczku. Głównym zarzutem były potwornie zawyżone ceny leków.
Apteka należała do sieci, która raczej szczyciła się niskimi cenami i świadczyła usługę internetowego zamawiania leków z odbiorem w aptece. A pomimo podanej w zamówieniu ceny, apteka przy płatności domagała się dużo wyższej. Szły skargi, apteka podobno była karana za te praktyki, ale niewiele się zmieniało.
Jedyny sposób - nie korzystać.
I omijałam tę aptekę, bo przecież tyle innych wokół, ale tak wypadło, że potrzebny lek mogłam zamówić tylko przez Internet, więc poszłam na całość - z dostawą i płatnością w aptece. I nastawieniem, że sprawdzę, czy coś się zmieniło i będę walczyć do ostatniego grosza, nawet jak trzeba będzie zadzwonić na infolinię sieci.
No i nastąpiło moje zdziwienie, bo kwota do zapłaty nie różniła się od tej podanej na zamówieniu. I już zmieniłabym złe zdanie, gdyby nie klientka obsługiwana przy sąsiednim okienku. Ona nie miała zamówienia do odbioru, tylko chciała po prostu kupić bandaż. Samoprzylepny. Cena wyniosła jakieś 18,70. Ponieważ farmaceutka wymachiwała tym bandażem, to miałam okazję obejrzeć zarówno opakowanie jak i produkt, a w domu sprawdziłam cenę na stronie sieciówki. 6 złotych.
Chyba tylko nawrócili się w zamówieniach, bo własne ceny mają trzykrotnie wyższe. A na półkach z lekami samoobsługowymi nie ma nigdzie wystawionych cen.
Apteka należała do sieci, która raczej szczyciła się niskimi cenami i świadczyła usługę internetowego zamawiania leków z odbiorem w aptece. A pomimo podanej w zamówieniu ceny, apteka przy płatności domagała się dużo wyższej. Szły skargi, apteka podobno była karana za te praktyki, ale niewiele się zmieniało.
Jedyny sposób - nie korzystać.
I omijałam tę aptekę, bo przecież tyle innych wokół, ale tak wypadło, że potrzebny lek mogłam zamówić tylko przez Internet, więc poszłam na całość - z dostawą i płatnością w aptece. I nastawieniem, że sprawdzę, czy coś się zmieniło i będę walczyć do ostatniego grosza, nawet jak trzeba będzie zadzwonić na infolinię sieci.
No i nastąpiło moje zdziwienie, bo kwota do zapłaty nie różniła się od tej podanej na zamówieniu. I już zmieniłabym złe zdanie, gdyby nie klientka obsługiwana przy sąsiednim okienku. Ona nie miała zamówienia do odbioru, tylko chciała po prostu kupić bandaż. Samoprzylepny. Cena wyniosła jakieś 18,70. Ponieważ farmaceutka wymachiwała tym bandażem, to miałam okazję obejrzeć zarówno opakowanie jak i produkt, a w domu sprawdziłam cenę na stronie sieciówki. 6 złotych.
Chyba tylko nawrócili się w zamówieniach, bo własne ceny mają trzykrotnie wyższe. A na półkach z lekami samoobsługowymi nie ma nigdzie wystawionych cen.
Ocena:
102
(124)
W pewnym hipermarkecie mają naprawdę dobrą białą kiełbasę. Według składu nie zawiera ona konserwantów, i co sprawdziłam sama, za długo nie może leżeć w stanie pierwotnym, bo przestaje się nadawać do jedzenia.
Przed świętami sklep zawalony był kiełbasą w cenie ok. 24 zł/kg.
Po świętach cena spadła do 12 zł, ale wiadomo, ludzie po świętach już nie tak chętnie kupują, więc została. W sobotę leci z głośników komunikat, że biała kiełbasa w cenie 5 zł/kg. Akurat staliśmy z mężem przy kasie, widzimy reakcję ludzi, jakieś uśmiechy pod nosem.
Odezwałam się, że tyle po świętach, to nawet taka cena by mnie nie skusiła, mąż zaczął się śmiać, że jeszcze kilka dni i zrobią darmową degustację przy wyjściu ze sklepu, a kasjer z miną męczennika powiedział całkiem poważnie:
- wam to nic nie grozi, ale u nas na stołówce to na pewno będzie kiełbaska
Przed świętami sklep zawalony był kiełbasą w cenie ok. 24 zł/kg.
Po świętach cena spadła do 12 zł, ale wiadomo, ludzie po świętach już nie tak chętnie kupują, więc została. W sobotę leci z głośników komunikat, że biała kiełbasa w cenie 5 zł/kg. Akurat staliśmy z mężem przy kasie, widzimy reakcję ludzi, jakieś uśmiechy pod nosem.
Odezwałam się, że tyle po świętach, to nawet taka cena by mnie nie skusiła, mąż zaczął się śmiać, że jeszcze kilka dni i zrobią darmową degustację przy wyjściu ze sklepu, a kasjer z miną męczennika powiedział całkiem poważnie:
- wam to nic nie grozi, ale u nas na stołówce to na pewno będzie kiełbaska
sklepy
Ocena:
120
(138)
Tak przy okazji lekcji WF.
W rodzinie był taki dzieciak, któremu na WF nie bardzo się udawało. Słabszy, wolniejszy.
Okazało się, że jest to choroba genetyczna powodująca osłabienie stawów, przez co niemożliwe było wykonywanie niektórych ćwiczeń typu pompki, podciąganie, wybijanie się do skoku i kilka innych. Czasem choroba powodowała ból utrudniający nawet chodzenie, ale było sporo dni, kiedy funkcjonowanie było dobre.
Oczywiście odpowiednie zaświadczenie lekarskie i przy dogadaniu z nauczycielem, chłopak robił te ćwiczenia, na które czuł się na siłach. I o dziwo, zaczął chętniej chodzić na WF, starał się i wszyscy byli zadowoleni.
Tak minęła podstawówka i gimnazjum, nastała szkoła średnia. Musiał się znaleźć nauczyciel, który stwierdził, że z dzieciaków uczyni mężczyzn i lekcje prowadził tak, że nawet zdrowi uczniowie narzekali na jego metody.
Oczywiście nie było mowy o zwolnieniu z niektórych ćwiczeń, bo to takie fanaberie, uważał, że ktoś np. ze zwichniętą nogą może biegać itp. Chłopak besztany za niewłaściwe wykonywanie ćwiczeń, przeforsowany, obolały, z trudem wytrzymywał w ławce kolejne zajęcia w szkole, zdarzało się, że następnego dnia nie mógł przyjść do szkoły, bo stawy odmawiały współpracy. A WF sporo godzin było w tygodniu.
Zostało tylko jedno rozwiązanie - całkowite zwolnienie z zajęć, tego nauczyciel nie mógł zakwestionować.
Tylko nikt na tym dobrze nie wyszedł.
W rodzinie był taki dzieciak, któremu na WF nie bardzo się udawało. Słabszy, wolniejszy.
Okazało się, że jest to choroba genetyczna powodująca osłabienie stawów, przez co niemożliwe było wykonywanie niektórych ćwiczeń typu pompki, podciąganie, wybijanie się do skoku i kilka innych. Czasem choroba powodowała ból utrudniający nawet chodzenie, ale było sporo dni, kiedy funkcjonowanie było dobre.
Oczywiście odpowiednie zaświadczenie lekarskie i przy dogadaniu z nauczycielem, chłopak robił te ćwiczenia, na które czuł się na siłach. I o dziwo, zaczął chętniej chodzić na WF, starał się i wszyscy byli zadowoleni.
Tak minęła podstawówka i gimnazjum, nastała szkoła średnia. Musiał się znaleźć nauczyciel, który stwierdził, że z dzieciaków uczyni mężczyzn i lekcje prowadził tak, że nawet zdrowi uczniowie narzekali na jego metody.
Oczywiście nie było mowy o zwolnieniu z niektórych ćwiczeń, bo to takie fanaberie, uważał, że ktoś np. ze zwichniętą nogą może biegać itp. Chłopak besztany za niewłaściwe wykonywanie ćwiczeń, przeforsowany, obolały, z trudem wytrzymywał w ławce kolejne zajęcia w szkole, zdarzało się, że następnego dnia nie mógł przyjść do szkoły, bo stawy odmawiały współpracy. A WF sporo godzin było w tygodniu.
Zostało tylko jedno rozwiązanie - całkowite zwolnienie z zajęć, tego nauczyciel nie mógł zakwestionować.
Tylko nikt na tym dobrze nie wyszedł.
Ocena:
125
(127)
Żebyście nie mówili, że nie można doprosić się diagnozy dysleksji i innych dys-.
Syn mojej przyjaciółki jest osobą bardzo inteligentną i bardzo szybko przyswajającą wiedzę, szczególnie w zakresie języków - zarówno obcych, jak i język polski z całą gramatyką i ortografią nie stanowi dla niego wyzwania. W podstawówce z sukcesami brał udział w różnych konkursach. Jednocześnie problemem jego jest, że nie lubi zmian i tłumów ludzi. Przy czym te tłumy, to już może być rozwrzeszczana klasa.
Po skończeniu podstawówki, przyszedł czas na gimnazjum, czyli wszystko nowe - szkoła, koledzy w klasie, nauczyciele, nowe przedmioty - a przede wszystkim - język rosyjski. Na ogarnięcie i przyzwyczajenie się do nowych warunków chłopak potrzebował trochę czasu, a los chciał, że w połowie września trafił do szpitala, co kosztowało go chyba koło 3 tygodni nieobecności.
Wychowawczyni była bardzo wyrozumiała, inni nauczyciele dali czas na uzupełnienie zaległości, tylko dziwił się, że pani od rosyjskiego jakoś krzywo na niego patrzy, ciągle próbuje go pytać, udowadniać, że nic nie umie. Chłopak jeszcze bardziej zamknął się w sobie, na lekcje rosyjskiego chodził jak za karę, zaczął się bać, unikać.
Rodzicom nic nie powiedział, bo po co się mają denerwować, ocenami też się nie chwalił i dopiero wyszło, że półrocza nie miał zaliczonego. Poprawka. Nauczycielka z satysfakcją dała mu zakres materiału.
Wtedy też okazało się, to już powiedzieli koledzy, z którymi zdążył nawiązać dobre stosunki, że kiedy nie było go w szkole, bo leżał w szpitalu, nauczycielka wskazując puste miejsce stwierdziła:
- A to ten chłopiec, on ma dysleksję, on sobie nie poradzi
i jak widać, próbowała mu to udowodnić.
Chłopak zawziął się, materiału się nauczył, zaliczył. jednak przedmiot nie stał się jego ulubionym, ciągły stres na widok nauczycielki, znowu specjalne odpytywania, udowadnianie nieistniejącego. W końcu pod koniec drugiej klasy kobieta stwierdziła
- Ty jednak nie masz dysleksji, ty jesteś po prostu leniwy.
Jak widać nie jest potrzebny psycholog, żeby komuś udowodnić dysfunkcję
Syn mojej przyjaciółki jest osobą bardzo inteligentną i bardzo szybko przyswajającą wiedzę, szczególnie w zakresie języków - zarówno obcych, jak i język polski z całą gramatyką i ortografią nie stanowi dla niego wyzwania. W podstawówce z sukcesami brał udział w różnych konkursach. Jednocześnie problemem jego jest, że nie lubi zmian i tłumów ludzi. Przy czym te tłumy, to już może być rozwrzeszczana klasa.
Po skończeniu podstawówki, przyszedł czas na gimnazjum, czyli wszystko nowe - szkoła, koledzy w klasie, nauczyciele, nowe przedmioty - a przede wszystkim - język rosyjski. Na ogarnięcie i przyzwyczajenie się do nowych warunków chłopak potrzebował trochę czasu, a los chciał, że w połowie września trafił do szpitala, co kosztowało go chyba koło 3 tygodni nieobecności.
Wychowawczyni była bardzo wyrozumiała, inni nauczyciele dali czas na uzupełnienie zaległości, tylko dziwił się, że pani od rosyjskiego jakoś krzywo na niego patrzy, ciągle próbuje go pytać, udowadniać, że nic nie umie. Chłopak jeszcze bardziej zamknął się w sobie, na lekcje rosyjskiego chodził jak za karę, zaczął się bać, unikać.
Rodzicom nic nie powiedział, bo po co się mają denerwować, ocenami też się nie chwalił i dopiero wyszło, że półrocza nie miał zaliczonego. Poprawka. Nauczycielka z satysfakcją dała mu zakres materiału.
Wtedy też okazało się, to już powiedzieli koledzy, z którymi zdążył nawiązać dobre stosunki, że kiedy nie było go w szkole, bo leżał w szpitalu, nauczycielka wskazując puste miejsce stwierdziła:
- A to ten chłopiec, on ma dysleksję, on sobie nie poradzi
i jak widać, próbowała mu to udowodnić.
Chłopak zawziął się, materiału się nauczył, zaliczył. jednak przedmiot nie stał się jego ulubionym, ciągły stres na widok nauczycielki, znowu specjalne odpytywania, udowadnianie nieistniejącego. W końcu pod koniec drugiej klasy kobieta stwierdziła
- Ty jednak nie masz dysleksji, ty jesteś po prostu leniwy.
Jak widać nie jest potrzebny psycholog, żeby komuś udowodnić dysfunkcję
szkoła
Ocena:
159
(173)