Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

myscha

Zamieszcza historie od: 12 czerwca 2011 - 14:35
Ostatnio: 27 maja 2024 - 9:15
  • Historii na głównej: 38 z 63
  • Punktów za historie: 22966
  • Komentarzy: 187
  • Punktów za komentarze: 2086
 
zarchiwizowany

#20869

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dawno temu, kiedy jeszcze młoda i głupia byłam, ze wszystkich liceów w Warszawie musiałam wybrać akurat to jedno. Cechą charakterystyczną tej szkoły było to, że prowadzona była przez zakonnice.
Najgorszą sławą cieszyła się moja wychowawczyni. Potrafiłla z jadowitym uśmiechem, w ramach miłości bliźniego oczywiście, poruszyć najczulszą strunę wrażliwości uczennic, gdzie stwierdzenie, że bezmózgowie się rysuje komuś na twarzy było tylko drobiazgiem. Bałyśmy się jej okrutnie, bo zasada w szkole była taka, że nauczyciel ma zawsze rację, a jak nie ma to patrz punkt pierwszy.
Pewnego dnia nie było jakiejś nauczycielki, więc wiadomo zastępstwo, na tablicy zastępstw opisane, że lekcja będzie w sali takiej i takiej. Po dzwonku zwlekłyśmy się piętro niżej, poszłyśmy pod odpowiednią salę, ale tam zajęte. Wyszedł do nas nauczyciel PO (panowie w tej szkole też uczyli, ale byli na tyle starzy i brzydcy, że teraz nawet, po ponad dwudziestu latach nie zawiesiłabym na żadnym oka, oczywiście gdyby wyglądali nadal tak jak wtedy), kazał zrobić w tył zwrot i odmaszerować. Wróciłyśmy niespiesznie do naszej sali, a tu drzwi zamknięte.
Któraś próbowała szarpać za klamkę, na co z klasy wyszła nasza wychowawczyni i stwierdziła, że nas nie wpuści. Udało nam sie ustalić, że w klasie siedzi około pięciu uczennic, którym najzwyczajniej nie chciało się schodzić na planowaną lekcję, zostały z lenistwa, nie z nadgorliwości w klasie, po dzwonku przyszła wychowawczyni, zamknęła drzwi i rozpoczęła lekcję polskiego. Reszcie wpisała nieobecność.
Reszta grzecznie usiadła na korytarzu, co zobaczyła przechodząca inna siostra.
- Co wy dziewczęta robicie tutaj? Nie powinnyście być na lekcji?
- Powinnyśmy, ale siostra nie wpuszcza nas do klasy.
Wyjaśniłyśmy wszystko. Zakonnica poszła do klasy. Długo trwało, zanim tamta otworzyła jej drzwi. Chwilę porozmawiały, wychowawczyni wróciła do klasy znowu zamykając drzwi, nasza "wybawicielka" wróciła i mówi:
- Dziewczęta, rozmawiałam z siostrą, dzisiaj już was nie wpuści na lekcję, ale przeprosicie ją i będzie w porządku.

Taak, przeprosimy za to, że zamknęła nam drzwi przed nosem.

szkoła

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (263)

#19348

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niewielka parafia gdzieś na wschodzie. Mały kościół, ale obok kościoła ołtarz polowy, źródełko cudownej wody, ławeczki na powietrzu. Nie było żadnego nabożeństwa, ani nic podobnego, zwykły dzień.
Na jednej z ławeczek przed źródełkiem siedział proboszcz i jacyś ludzie i rozmawiali. Normalnie, nie ściszając głosu, słychać było o czym, ale treść ich rozmowy nie jest tutaj ważna. Nie dotyczyła bynajmniej teologii, ani ważnych życiowych problemów.
Bliżej źródełka usiadło dwóch staruszków. Zaczęłam mimowolnie przysłuchiwać się rozmowie starszych panów i jakoś tak ciepło mi się zrobiło. Rozmawiali o swoich kolegach, którzy już nie żyli, wspominali, widać było, że w tym miejscu jakoś wyciszają się, uspokajają. I nawet na mnie ta rozmowa wpłynęła bardzo pozytywnie.
Do momentu, aż ksiądz przerwał swoja rozmowę, wstał i wydarł się:
- Tu jest miejsce modlitwy, jak chcecie porozmawiać, to wynocha gdzieś indziej, tu ma być cisza!

księża

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 502 (578)
zarchiwizowany

#17288

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Razem z mężem prowadzimy małą firmę poligraficzną.
Wiadomo, że zadowoleni z usług klienci przekazują kontakt swoim znajomym, i w ten sposób mieliśmy właśnie fazę na wietnamskie knajpki. Pracowało się z nimi bardzo dobrze, więc gdy pewnego dnia nasz stały klient, zwany potocznie Malutkim, powiedział, że jego kolega też by chciał ulotki, nie mieliśmy nic przeciwko.
Kolega przyjechał na umówione spotkanie, pojechaliśmy za nim do jego lokalu. I tu zdziwienie: dotychczasowe bary były niewielkie, bez specjalnego wystroju, a tutaj widzimy dwupiętrowy lokal, elegancki jak mało co, bar z alkoholem, po prostu inna klasa. Właściciel, przedstawiający się jako Tomek, mówiący naprawdę ładnie po polsku.
Do zrobienia też bardzo dużo: oprócz standardowych ulotek i kart menu, do wykonania kasetony podświetlane, banery, wyklejenie szyb. Knajpkę podobno niedawno przejął od kuzyna, więc musi zaprowadzić własne porządki.
Jakoś nie spodobało mi się tam, szczególnie, gdy przy stoliku obok usiadła jakaś grupka mężczyzn. Zamówili coca-colę, nie zachowywali się ani zbyt głośno, ani wulgarnie, ale jakoś zwracali uwagę na siebie. Zawołali Tomka, o coś wypytywali, on grzecznie im odpowiadał.
Już zaczęłam się zastanawiać nad warunkami zlecenia, czyli ile wziąć zaliczki, jakie mniej więcej będą koszty (ogromne). Warto wspomnieć, że od poleconych klientów zaliczki braliśmy niewielkie, a przy drobnych zamówieniach nie braliśmy wcale.
W pewnym momencie panowie wstają, robi się ich jakby więcej, trzech zatrzymuje się przy naszym stoliku, reszta podchodzi do pracowników przy barze.
(P)an - Czy ... (tu pada wietnamskie nazwisko Tomka)?
(T)omek - Tak
(P) legitymując się - Policja ... (tu padła nazwa policji, nie pamiętam, ale coś wspólnego z granicami miała) Dokumenty proszę, jesteś aresztowany. Państwo poczekają - to do nas.
Siedzimy, rozglądam się. Pracownicy (wietnamscy, jedna Polka) stoją przed barem, są legitymowani, miny nietęgie.
Policjant podchodzi do nas.
(P) - A państwo to tutaj po co?
- No, poligrafia, ulotki, te rzeczy...
- Czy rozpoczęliście już realizację zamówienia?
- Nie, dopiero pierwszy raz spotkaliśmy się, aby omówić, jeszcze nic nie zrobiliśmy...
- To dobrze, on za szybko z więzienia nie wyjdzie.
Spisali nasze dane - wypuścili z lokalu.

Jakiś czas dochodziło do mnie, co się właściwie stało. Gdyby spotkanie doszło do skutku kilka dni wcześniej, tak jak miało zresztą być, to nie byłoby za ciekawie. Gdybyśmy nie wzięli zaliczki, bylibyśmy stratni całą robotę, gdybyśmy wzięli, nie wiadomo kto zgłosiłby się po jej odbiór - wolę nie wiedzieć za co Tomek został aresztowany.
Malutki, gdy dowiedział się po kilku dniach co się stało zrobił się jakiś zielony, blady, zaczęła go boleć głowa i uciekł na zaplecze. Nigdy więcej nie rozmawiał z nami o tym człowieku.

Restauracja wietnamska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (228)
zarchiwizowany

#16879

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Przyjaciel nasz (mój i mojego męża) ogłosił pewnego dnia, że zapozna nas ze swoją nową wybranką serca. Spotykał się z nią juz od pewnego czasu, ale w końcu nadeszła ta chwila, że można ją pokazać innym.
Umówiliśmy się u nas w domu, ja jako wzorowa gospodyni przygotowałam poczęstunek (wiadomym jest, że od nas nikt głodny nie wychodzi), czekamy na gości.
Przychodzą, zapoznajemy się z Edytką. Przypominam, nie wiemy o sobie prawie nic. Nie znamy swojego poczucia humoru, przewrażliwień, upodobań, nic.
Siadamy do stołu. Wjeżdża na stół pizza własnej roboty, wszyscy się zajadają, Edytka coś dłubie w talerzu. Rozpaprała pizzę, ale objętościowo jej nie ubyło.
- Czy nie smakuje ci? Może wolisz coś innego?
- Nie, nie właściwie to ja nie jestem głodna. Przed przyjściem Arek mi powiedział "najedz się dziewczyno, tam chleba i wody nie dostaniesz", więc zjadłam.

Prawie się zakrztusiłam, bo jak znam mojego przyjaciela, NIGDY nie powiedziałby czegoś takiego. Szczególnie, że nie miało to żadnego uzasadnienia. Powiedziane było to tak, żeby on nie usłyszał, więc nie zareagował, a ja też skarżyć nie zamierzałam. Domyśliłam się, że to miał być taki dowcip, mierny, lecz niech tam. Ale trzeba przyznać, że jak na prezentację i dobre wrażenie na początek, to trafiła idealnie.
Od pewnego czasu już nie są ze sobą. W przeciwnym razie, mam wrażenie, że doprowadziłaby do tego, że facet przestałby mieć przyjaciół.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (77)

#15017

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz działa się, gdy mieszkałam w Warszawie. Z mężem wynajmowaliśmy niewielkie mieszkanie, którego okna wychodziły na dość ruchliwą ulicę, której uwieńczeniem były tory tramwajowe. Jakoś można było się przyzwyczaić, szczególnie, że w nocy tramwaje nie jeździły.
Pewnej letniej nocy, upał spory, więc okna otwarte, tramwaje przestały już jeździć, można iść spać. Ze snu wyrwało mnie nagle rytmiczne, głośne uderzanie jakby czymś metalowym. Leżałam jeszcze chwilę, próbując uświadomić sobie gdzie jestem i co słyszę, co się dzieje. A, już wiem, torowisko miało być remontowane, nocami, i teraz właśnie rozładowują nowe szyny, które przyjechały wielką ciężarówką. Przyzwyczaiłam się już do rytmicznego "łup", kiedy usłyszałam (i chyba wszyscy inni obudzeni sąsiedzi w rejonie kilku sąsiednich ulic):
- A co ja się będę k...a, p...ł!
W tym momencie wywrotka ciężarówki przechyliła się i cały pozostały ładunek szyn wyleciał na ulicę.
Przynajmniej raz, a dobrze.

tramwaje warszawskie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 615 (669)
zarchiwizowany

#14221

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w domu jednorodzinnym. Mieszkańcy takich domów kojarzą się raczej z osobami majętnymi, dlatego czasem zdarza się, że ktoś dzwoni do furtki z prośbą o wsparcie. Czasem proszą o jedzenie, czasem o pieniądze, albo o opłacenie rachunków, czasem o ubrania.

Raz przyszło dwóch chłopaków, ok. 16-17 lat. Z okna wychyliła się moja babcia (miała swój pokój na parterze z dobrym widokiem na furtkę), zorientowała się, o co chodzi, wyciągnęła 10 złotych i podała mi, abym im dała. Jej pieniądze, jej wola. Chłopcy gorąco podziękowali i zaoferowali swoją pomoc - może przy koszeniu trawnika, porządkowaniu podwórka itp. Oni już to robili u innych i byli bardzo chwaleni i w ogóle... Akurat nic nie było do roboty, ale nie powiem, ujęła mnie ta chęć.
Zaczęli przychodzić coraz częściej, jakoś o tej pracy już nie wspominali, ale parę złotych dostawali. Zawsze mieli jakąś listę potrzeb - to na buty, to na podręczniki. Później przychodził jeden - brat ciężko chory w szpitalu, na leki potrzeba. Aż któregoś razu doszłam do wniosku, że znalazłaby się jakaś praca. Zaproponowałam malowanie ogrodzenia. Oczywiście, bardzo chętnie. Umówiliśmy się na konkretny dzień, kupiłam farbę, wszystko przygotowane, tylko brakuje młodego człowieka. Nie ma go tydzień, dwa, trzy... Płot pomalowaliśmy sami, on dostał od nas ksywkę "artysty malarza".

Jeszcze niedawno napisałabym, że tyle go było. Ale nie, z miesiąc temu znowu przyszedł. Koniecznie chciał się ze mną widzieć, akurat mnie nie było. Rozmawiał z nim mój mąż. Artysta odszedł z niczym.
Od momentu niedoszłego malowania minęły jakieś trzy lata.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (186)
zarchiwizowany

#13439

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jechałam kiedyś z moim mężem samochodem. Okres przed Bożym Narodzeniem, jakieś ostatnie zakupy, chcemy gdzieś jeszcze podjechać do sklepu.
Pech chciał, że mąż wjechał w ulicę, gdzie był zakaz, wycofać się nie ma jak, trudno zamykamy oczy i jedziemy. Okazuje się, że takich delikwentów było dużo więcej i specjalnie dla nich stała na poboczu straż miejska. Zatrzymują, będzie mandat, punkty, proszą o dokumenty, mąż podaje. Strażnik idzie pokontemplować dokumenty, wraca po dłuższym czasie ze złymi wiadomościami. Prawo jazdy utraciło ważność (badania lekarskie). Ups. Rzadko ogląda się swoje dokumenty i nie pamięta się o takich rzeczach.
Co robimy? - pyta się retorycznie strażnik.
Mąż chciał dać jakieś pieniądze, strażnik katgegorycznie odmówił.
- Teraz powinniśmy wezwać policję, zabrano by panu prawo jazdy... itd., ale to dużo czasu i kłopot niepotrzebny.
Wyglądało jakby dopraszali się o łapównkę, ale jednak nie.
- Gdybyśmy pana puścili, ale pan nie może prowadzić pojazdu, gdyby coś się stało.
Wtedy ja zaproponowałam, że przesiądę się na miejsce kierowcy i dalej ja poprowadzę samochód.
- Ale pani też ma okulary.
- Ale ja mam ważne prawo jazdy.
- Dobrze, niech się pani przesiądzie.
Usiadłam za kierownicą.
- To co, teraz pani wypisujemy mandat? Nam wszystko jedno komu.
Zgodziłam się, jest wina, niech będzie i kara. Pan wziął bloczek, popatrzył, machnął ręką i nas puścił. Tak przed Bożym Narodzeniem - jak zaznaczył.

straż miejska

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (178)

#12661

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia z dawnych czasów, którą uraczył mnie właśnie mój tata.

Pewnemu panu w sklepie bardzo spodobał się garnitur. Jak na niego szyty, materiał idealny, zdecydowany był, żeby kupić. Następnego dnia miał wyjechać, garnitur potrzebny, ale miał przy sobie za mało pieniędzy. Garnitur kosztował dajmy na to 2400 zł, on miał tylko 1900. Kierowniczka sklepu okazała mu zaufanie, sprzedała garnitur za 1900, wierząc, że pan przyniesie resztę po powrocie z wyjazdu.
I nie pomyliła się. Wdzięczny klient oddał resztę pieniędzy, przyniósł kwiaty, dziękował, w pas się kłaniał. Ale jak wiadomo, nadgorliwość gorsza od faszyzmu, pan wystosował do "centrali" list z podziękowaniami, gdzie dokładnie opisał całą sytuację, podając szczegóły i sumy pieniędzy.
Dyrekcja zainteresowała się tym, co sprzedała kierowniczka i okazało się, że garniturów za 2400 to oni w ogóle nie mają, a ten zakupiony powinien kosztować 1600 zł.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 977 (1043)
zarchiwizowany

#13076

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Razem z mężem prowadzimy niedużą firmę poligraficzą. Czasem zdarza nam się otrzymać zlecenie od jakiejś drukarni na drobne prace introligatorskie.

Kiedyś trafiła do nas taka praca. Wszystko w porządku, zleceniodawca zadowolony. Po jakimś czasie przychodzi z kolejną, następną - fajnie nowy stały klient - cenna sprawa. Płatność gotówką przy odbiorze, czasem odbierając nawet część pracy płacili z góry za tą jeszcze nie wykonaną.
Raz pilna praca. Cały dzień stania przy maszynie, terminy, klient stoi i czeka aż ostatnie arkusze zejdą. Pakuje do samochodu, wystawiam fakturę - o, szefowa nie dała pieniędzy. Klient stały, dam na przelew. Kwota nie taka aż wielka, właściwie żadnych materiałów, tylko robocizna.
Mija termin płacenia, jeszcze kilka dni - nic. Próbuję dzwonić - nikt nie odbiera. Wysyłam maila - brak odpowiedzi. Wybierać mi się do nich nie chciało, myślę - wrócicie. Macie blisko, robota zrobiona dobrze, prędzej czy później - wrócicie.
Pewnego dnia telefon. Czy można przynieść pracę. Pani przedstawia się inną nazwą firmy, mówi, że dostała do nas namiar przez pewną drukarnię. Przynosi pracę identyczną z tą, którą wykonywałam wcześniej - jakby kontynuacja nakładu. Oczywiście przyjęłam pracę, płatność oczywiście gotówką, miła atmosfera, rozmowa. Pytam się klientki, czy przypadkiem nie dostała namiaru do nas z drukarni A... Takiego gwałtownego zaprzeczenia w życiu nie słyszałam. No i wszystko jasne. Nie chciała jednak powiedzieć skąd o nas wie.
Pieniądze udało się jakoś odzyskać, ale tamta drukarnia już bezpośrednio nic nam nie zleca. Warto było - dla kilkuset złotych?

drukarnia

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (176)
zarchiwizowany

#12993

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Żeby odpocząć od codzienności, wyjechaliśmy (ja, mój mąż i kolega) do pięknej górskiej miejscowości. Okres był sprzyjający wyjazdom, bo akurat jakiś dłuższy weekend.
Wybraliśmy się do pizzerii. Gdy przyszliśmy, nie było dużo ludzi, ale sprawność obsługi pozostawiała sporo do życzenia, czekaliśmy dość długo na zamówienia, w międzyczasie w lokalu zaczęło robić się coraz ciaśniej.
Zjedliśmy, co nam przyniesiono, próbujemy ściągnąć kelnerkę wzrokiem, gestem. Wszystko na nic. Biega kobiecina jak w ukropie, klientów pełno, stoliki wszystkie pozajmowane, ludzie stoją w drzwiach czekając na miejsce. My siedzimy nad pustymi talerzami, wzrok czekających wypala na nas dziurę, kelnerka z rachunkiem nie zjawia się. Kolega wpadł na pomysł, że wstaniemy od stolika, ustąpimy czekającym, a zapłacimy przy kasie. Idziemy do kasy, obok przechodzi obsługująca nas kelnerka. Kolega jest osobą o dosyć charakterystycznej urodzie i sposobie zachowania, więc rzuca się w oczy, trudno pomylić więc go z kim innym, albo nie zwrócić na niego uwagi.
(K)olega: Przepraszam panią...
(KE)lnerka: Nie teraz, nie teraz.
(K): Ale ja chciałem...
(KE): Mówiłam, że nie teraz.
Odszedł z głupią miną. Trzeba gdzieś się na kobietę zaczaić i szybko powiedzieć jej, że rachunek chcemy. Przy kasie nikogo jakoś nie było, więc stanęliśmy na drodze pomiędzy kuchnią a salą, tamtędy pani przechodziła często. Zachowywaliśmy się tak, żeby zwrócić jej uwagę, ale pani była twardą sztuką i się nie dawała. Może myślała, że jesteśmy nowymi klientami, ale jak już pisałam, kolega był łatwy do zapamiętania. Po 45 minutach prób uregulowania rachunku poddaliśmy się. Nie mieliśmy żadnych szans.

pizzeria

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (225)