Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 12 grudnia 2025 - 17:22
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 102 z 112
  • Punktów za historie: 16487
  • Komentarzy: 1481
  • Punktów za komentarze: 9587
 

#92386

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Chciałam się dzisiaj z Wami podzielić moją opinią o.. opiniach

Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach spora część handlu przeniosła się do internetu. Duży wybór, łatwość znalezienia tego, czego się szuka, wiele form płatności i dostawy, ochrona klienta itp..

Nie wiem, jak Wy, ale ja robię zakupy w zasadzie już tylko w internecie, poza podstawową spożywką.

Ale każdy medal ma dwie strony. Kupując w internecie kupujesz czasem przysłowiowego kota w worku. Nie widzisz towaru, nie możesz pomacać, obejrzeć, przymierzyć itp.

Wyeliminowaniu tej niepewności, choć w pewnym stopniu, mają służyć opinie internautów o zakupionym produkcie. Wiadomo, że nie jest to żadna pewność ale przynajmniej jakiś ogląd.

Kupuję zarówno na Allegro jak i na różnych platformach, także chińskich. I wszędzie, ale to wszędzie spotykam się z opiniami o produkcie (nie o sprzedającym ale właśnie o produkcie) typu:

- przedmiot dobrze zapakowany, ale nie wiem, czy jest OK, bo nie rozpakowałem

- wygląda dobrze zgodnie z opisem ale nie wiem czy działa bo nie wypróbowałem

- na pierwszy rzut oka działa dobrze ale nie wiem, co ze wszystkimi funkcjami bo tylko sprawdziłem czy działa

- przedmiot wygląda dobrze, pasuje na oko ale jeszcze nie przymierzałam

- jest super! Śliczne! Co prawda nie wiem, czy rozmiar OK, ale jest śliczne!


Ludzie! Po co? Po co piszecie opinie, które nie wnoszą kompletnie NIC? Może już lepiej nic nie pisać, niż pisać o NICZYM?

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (100)

#92380

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mamy wrzesień. Niby jeszcze do zimy i Świąt daleko, ale jednak, nie wiedzieć czemu, historia właśnie bożonarodzeniowa mi się przypomniała.

Otóż, jak niektórzy z Was wiedzą, mam szczęście (lub nieszczęście) pracować w korpo. Korpo, jak to korpo, rządzi się swoimi prawami, a nade wszystko liczy się wizerunek. Zatem, w ramach wizerunku korpo wymyśla mniej lub bardziej sensowne "akcje społeczne". Akcje te mają dwa cele - budowę wizerunku oraz integrację pracowników. W zasadzie oba pojęcia powinnam umieścić w nawiasie ale nie robię tego, bo znam Was i wiem, że właściwe intencje odczytacie.

Razu pewnego, lat temu dobre parę, korpo postanowiło ufundować prezenty bożonarodzeniowe dla domu dziecka (innymi słowy - sierocińca). Idea chwalebna. Ale chyba użyłam złego słowa. "Ufundować" oznaczałoby, że firma płaci ze swoich zysków, ale tak nie było. Firma połączyła "wizerunek" z "integracją", pobrała od domu dziecka listę wychowanków wraz z listą pożądanych przez nich prezentów i pracownikom swoim nakazała wybór - każdy z wychowanków miał dostać wskazane na liście prezenty od konkretnego pracownika. Wyglądało to mniej więcej tak:

Wojtuś lat 4 - pluszowy królik, koszulka ze Spidermanem.
Krzysio lat 8 - piórnik z Pokemonem, długopis wielokolorowy.
Ania lat 15 - bluza czarna z Astusko rozm M, czarne spinka do włosów z koronkowym motywem.
Grzesiek lat 16 - konsola do gier, adidasy rozmiar 42
itp.

Wiecie już, o co chodzi.

Chodziło o to, że im dziecko młodsze, tym tańsze i łatwiejsze do kupienia prezenty.

No i oczywiście - wybór dzieci do kupienia prezentów zaczynał się od góry. Zarząd i najwyżsi rangą dyrektorzy wybrali sobie najmłodsze dzieci, które miały najtańsze marzenia. Im niżej - tym starsze dzieci i droższe, trudniejsze do zakupienia prezenty. Daliśmy radę. Każde dziecko dostało to, co chciało. Integracja, kurna, zaliczona.

Zbiórka prezentów dla dzieci z domu dziecka w szkole, do której uczęszczał swego czasu mój, dorosły już, syn:
Zbiórka ogólna: potrzebne: zabawki, ubrania, kosmetyki itp itd. Słowem - wszystko. Rodzice przynosili, co mogli. Niektórzy rzeczy droższe, markowe, niektórzy tańsze. A niektórzy... brudne zabawki z oberwanymi uszami/ogonami, 20-letnie pluszaki z wyłażącą sierścią, częściowo zużyte kosmetyki, które "nie podpasowały. Moim osobistym hitem była mamusia, która z wielkodusznym uśmiechem przyniosła rozerwaną paczkę podpasek bez jednej bo "sobie wypróbowała te nowe i jej nie pasowały". Jak mi nie uwierzycie, to nie będę miała pretensji, bo sama własnym oczom wtedy nie wierzyłam.

Nawiasem mówiąc podczas tej zbiórki ogólnej miałam dylemat - chciałam kupić nastolatkom żele pod prysznic i strasznie długo się zastanawiałam czy wziąć tańsze, a więcej czy takie trochę bardziej luksusowe a mniej...

Ostatecznie wzięłam luksusowe a mniej. Bo przecież dziewczyny z domu dziecka też mają się prawo poczuć trochę bardziej luksusowo, nie?

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (147)

#92325

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam dziś historię użytkownika DonDiego https://piekielni.pl/92315 i mam własną, świeżutką, z dzisiaj:

Mój mąż, przed przejściem na emeryturę, ze względów zawodowych bardzo dużo podróżował po Polsce. Miał sprawdzone, wypróbowane knajpki przydrożne, z pysznym jedzeniem w przystępnej cenie, gdzie zawsze jadał podróżując daną trasą. Między innymi knajpkę X. Taki typowy grill - karkówka, szaszłyki, kiełbasa. Buda była uboga i zgrzebna ale jedzenie świeżutkie, przepyszne, znakomicie przyprawione i w dobrej cenie.

Minęło kilka lat, mąż przeszedł na emeryturę, ale adresy w pamięci pozostały. No i traf chciał, że wracając z wakacji mieliśmy przejeżdżać koło tej właśnie knajpki. Mąż, oczywiście, z radością zarządził obiad w tamtym miejscu ciesząc się na dawne smaki.

Pojechaliśmy.

Uboga knajpka rozrosła się do rozmiarów sporego, piętrowego knajpiszcza. Zamówiliśmy karkówkę i szaszłyczek. Dostaliśmy. Mięso było przesuszone, gumowate i łykowate, zabrakło chrupiących frytek - knajpka z nich zrezygnowała, zastąpiły je przypiekane bułki, twarde jak nieszczęście, aż sobie dziąsła pokaleczyłam. Karkówka i szaszłyk były identycznie przyprawione i miały ten sam smak. Za porcję suchej, przepieczonej, podeszwowatej karkówki z twardą bułką oraz równie wysuszony i przepieczony, gumowaty szaszłyk z twardą bułką (obie potrawy z ogórkiem kiszonym) szklankę kompotu oraz piwo zapłaciliśmy łącznie 200 zł.

No cóż, chętnie bym tyle zapłaciła, ale za smaczne jedzenie.
Po posiłku mąż stwierdził ze smutkiem, że "poszli w komercję zamiast w jakość" i skreśliliśmy miejsce z listy tych, które jeszcze odwiedzimy.

Jak widać, właściciel się dorobił i przestał dbać o jakość, nastawiając się na ludzi przejeżdżających tamtędy jeden raz.

gastronomia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (133)

#92030

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piszę w zasadzie chyba tylko po to, żeby się wyżalić.

Co jest piekielne? Według mnie prawodawstwo a konkretnie sławetna Ustawa o ochronie lokatorów.

Moim zdaniem to klasyczne wylanie dziecka z kąpielą. Celem ochrony praw jednych – lokatorów - pozbawia się praw innych – właścicieli.

W zeszłym roku dostałam pozew sądowy. Pozywała mnie spółdzielnia mieszkaniowa, w zasobach której miał mieszkanie własnościowe mój ojciec. Spółdzielnia żądała ode mnie objęcia spadku po ojcu (w skład którego wchodziło wyżej wspomniane mieszkanie) oraz uregulowania zadłużenia czynszowego.

Jako, że z ojcem nie miałam żadnego kontaktu od przeszło 20 lat zaś z otrzymanego pisma wynikało, że zmarł on w 2012 roku uznałam, że zanim podejmę jakiekolwiek kroki muszę się przyjrzeć tej sprawie.

Pierwsze, co zrobiłam to popędziłam do tej spółdzielni i spotkałam się z panem z działu windykacji. Okazało się, że ojciec zmarł te 12 lat temu ale nikogo nie obchodzili żadni spadkobiercy, dopóki czynsz był płacony regularnie. Jednak około roku wcześniej czynsz przestał wpływać do spółdzielni, zrobiły się zaległości i tak oto spółdzielnia wyruszyła na łowy tj. poszukiwanie spadkobierców. Trochę im to zajęło, bo przeprowadzałam się kilkukrotnie ale voila! Jestem. Jedyna córka, wyłączna spadkobierczyni.

Fajnie jest odziedziczyć mieszkanie w Warszawie, nie? Też tak przez chwilę myślałam, ale już mi przeszło.

Wracając do spółdzielni – skoro ojciec zmarł w 2012 a jednak czynsz był potem przez około 11 lat płacony ergo – ktoś go płacił. Spółdzielnia dysponowała spisem lokatorów „z natury” (lokatorzy raz na jakiś czas wypełniają kwitki podając ile osób dany lokal zamieszkuje wraz z ich nazwiskami). Według najświeższego kwitka moje mieszkanie zamieszkuje starsza siostra ojca (rocznik 1940!) wraz ze swoją córką, ojca siostrzenicą. Co się stało, że przestały płacić? Nie wiem. Gdyby nie to, mogłabym nigdy się nie dowiedzieć o śmieci ojca i moim spadku.

Skracając – wynajęłam adwokata, zleciłam sporządzenie rejestru spadku, spadek przyjęłam, jestem właścicielką mieszkania.

I wiecie co? Nie chcę być wulgarna, ale już naprawdę mi się ulewa. Wiecie co sobie mogę z moim mieszkaniem zrobić? Płacić czynsz mogę za nie i nic więcej. Nie wolno mi wejść do środka, bo zakłóciłabym „mir domowy” moich dzikich lokatorów. Policja umywa ręce i wtrącać się nie będzie. Facet ze spółdzielni chciał być pomocny i podpowiadał, żeby wypatrzyć, kiedy nikogo nie będzie w domu i wejść ze ślusarzem i policją pod pozorem jakiejś awarii. Kuriozum goni kuriozum.

Nie wolno mi wejść do własnego mieszkania, w którym gnieżdżą się dwie obce baby (jeśli tylko dwie bo pewności nie mam) bez żadnej umowy ze mną, bezprawnie, wpuścić mnie nie wpuszczą, dogadać się nie chcą, bo wiedzą, ze im g… zrobię, kluczy nie mam, bo i skąd, pomóc mi nikt nie pomoże.
Wolno mi tylko pokryć ich zadłużenie w spółdzielni i nadal płacić czynsz.

Eksmisja zgodna z literą prawa to około 2-3 lata samej sprawy sądowej, potem egzekucja komornicza, co z uwagi na wiek starszej z kobiet jest niewykonalne (przynajmniej według opinii mojego prawnika). Poza tym, sprawa sądowa to kolejne koszty dla mnie, a przecież czynsz też trzeba płacić co miesiąc. Z której strony by nie patrzył – ze wszystkich stron mnie czekają wyłącznie koszty a dzikie lokatorki śmieją mi się w twarz.

Sprawiedliwe?

Mam już telefon do flipera. Stracę na tym sporo ale nie widzę innego wyjścia. Nie będę sponsorować dwóch nienawistnych mi babsk przez licho wie ile czasu i jeszcze spłacać ich długów. I tak to nasze państwo chroni prawa jednych, zabierać prawa innym.

Sorry za chaotyczność wypowiedzi ale mnie trafia!

dziki lokator

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (203)

#90852

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzień z życia likwidatora szkód. (Pisownia zgłoszeń oryginalna)

- Po drugie robot przestał się wypróżniać przy każdym odkurzaniu (Ustawia się ale nie wypróżnia)

- Nie jestem zadowolona ponieważ zglaszajac szkode kilkakrotnie i nie została szkoda naprawiona

- Dzień dobry państwu chczial bym wedziecz kedy kujer bendzie bo serwis nie otpowiada na tel kujer mial bycz pientek ale go nie bylo a dzisz nikt na telefon nie otpowiada serwisu

- Dzień dobry chciała bym sglosic telewizor z przypadków ukadzono matrycę proszę o kontakt 
dzień,dobry,chcialam,sie,zapytac,kiedy,moge,oczekiwac,na,telefon,bo.mam pożyczony,a,nie,wiem,ile,czasu,jeszcze,trzeba,czekac,

-Ja Jolanta Piekielna podczas mycia naczyń, talerz który został umyty był mokry przez co był śliski niechcąco uderzyłam o rant suszarki odkładając go na suszarkę do naczyń która znajduje się nad zalewem a kuchenka indukcyjna znajduje się na prawo od zlewu wyślizgnął mi się niechcący owy talerz i talerz spadł na rant od szkła kuchenki indukcyjnej doprowadzają do uszkodzenia kuchenki indukcyjnej.

- Witam dziękuję za odesłanie zepsutego sprzętu i informuje że ta sprawa trawią do zacznij praw konsumentów dziękuję

- u mnie nie pracuje przycisk żywienia w laptope

- Uprzejmie prosimy o dokładny opis uszkodzenia
- Opis urządzenia mają państwo w polisie!

- nie zgadzam sie w faktem mega nieszczęśliwego wypadku zatopienia telefonu w muszli klozetowej gdyż to było moje nagłe i nie umyślne spowodowanie szkody gdyż to było nagłe zajście iść do toalety z powodu nagłej biegunki którą w tedy miałem nie chciałem się w to zagłębiać przez infolinie bo nie każdemu chyba dobrze by się mówiło gdyż zaraz mieli by narobić w spodnie i zrobiłem wszystko co w mojej mocy by ten telefon uratować czyli w momencie opuszczania spodni telefon wypadł mi nagle z tylnej kieszeni wyszczuwając się z niej i na skutek wpadając do muszli kolejowej nagła ma reakcja była szybkie wyjęcie telefonu po czym usiadłem i wypuszczałem demona z mej dupci i wycierałem ten oto tenefon papierem toaletowym od wody po czym gdyż dobrze go wytarłem ekran zaczął przeskakiwać pewnie od wody która tam mogła się dostać i szybko ten telefon wyłączyłem już suchy z myślą taką iż telefon wyschnie po czym demon z mej dupci wyszedł telefon był już wyłączony i odłożony dalej wytarłem się i dzień później do wasz zadzwoniłem bo to były godziny wieczorne moim zdaniem nieszczęśliwy wypadek mógł być lecz dla mnie to był bardzo nagły nieprzewidziany proces i chciał bym o ponowne rozpaczanie tego wniosku

Po takich wpisach, zapominam jak się poprawnie pisze

szkoda likwidacja

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (168)

#90875

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam tu kiedyś o naszym piekielnym IT w piekielnej korporacji.
Jak ktoś jest ciekawy to tu:

https://piekielni.pl/89176

A niedługo potem mieliśmy okazję się przekonać, że w parafrazie starego porzekadła "szanuj informatyka swego, możesz mieć gorszego" wiele jest prawdy.

Nasza korpo, surfując na fali oszczędnościowego outsourcowania usług, postanowiła rozpirzyć nasz holenderski, nadworny dział IT na cztery wiatry. Zwolniła w sumie dobrych informatyków, którzy projektowali i utrzymywali systemy, na których pracowaliśmy i podpisała umowę z hinduskim IT supportem, stacjonującym gdzieś w dalekich Indiach. Połowę tańszym, niż nasze, europejskie.

No i się zaczęło. Pomijam już zwyczajny kłopot w dogadaniu się z nimi. Posługiwaliśmy się, oczywiście, wszyscy językiem angielskim, niemniej jednak ich hinduski angielski miał taki akcent, że dogadywaliśmy się trochę jak po japońsku.

Nasza kochana korpo niestety z jakichś sobie tylko znanych względów nie zadbała o to, aby odchodzący w Holandii informatycy pozostawili instrukcje do systemów. Mogło być też tak, że holenderscy informatycy, którzy systemy tworzyli, specjalnie coś w nich umieszczali tak, żeby tylko oni umieli usterkę usunąć. Tego nie wiem, nie znam się na tym i nie chcę rzucać podejrzeń. Fakt jest taki, że z chwilą przejęcia IT supportu przez hinduskich kolegów, systemy zaczęły się walić na maksa, wciąż coś nie działało jak trzeba. Nie powiem, Hindusi się starali i robili, co mogli. Niewiele jednak mogli bez dokumentacji. I chyba niewiele z naszych systemów rozumieli.

Generalnie dłużej wisieliśmy na infolinii supportu IT niż efektywnie pracowaliśmy.

Clou tej historii stanowi zdarzenie, którego głównym bohaterem był nasz szef - dyrektor zarządzający na Polskę.

Pewnego ranka okazało się, że nasz szef nie ma dostępu do internetu. My wszyscy mieliśmy, wiec nie była to na pewno kwestia serwera czy dostawców zewnętrznych. Coś z komputerem szefa. Szef posprawdzał dokładnie ustawienia wifi w swoim laptopie, dla pewności podpiął też kabelek, zastosował troubleshooting, zrobił kilka innych rzeczy, na których się znał ale nic. Skoro wyczerpał swoją wiedzę, zadzwonił na nasz hinduski IT support, odczekał melodyjkę, połączył się z doradcą, wyłuszczył problem językiem prostym i zrozumiałym, po czym otrzymał profesjonalną poradę:

"If you want to have a connection, please, connect you connection to the connection"

Czy kogoś to zdziwi, że polski oddział przestał istnieć w przeciągu dwóch lat od rozpirzenia holenderskiego IT?

biuro it

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (162)

#90831

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Bareja wiecznie żywy czyli:

Nie wie lewica, co czyni prawica....

Odcinek 1

Moi rodzice od dwóch lat mają wątpliwe szczęście zamieszkiwać w strefie płatnego parkowania na warszawskiej Ochocie. Dla ścisłości - rodzice mieszkają tam od lat ponad 30 ale od dwóch lat wprowadzono w ich okolicy wspomnianą strefę. Kij z tym , że uliczka wewnątrzosiedlowa, na której od tych 30 lat problemów z parkowaniem nie było żadnych. Kasa zgadzać się musi, więc strefa jest.

A skoro jest strefa, to rodzice musieli załatwić sobie abonament Mieszkańca (zwany też abonamentem rejonowym), który pozwala parkować na niewielkim obszarze w pobliżu miejsca zameldowania i kosztuje 30 zł rocznie. W zeszłym roku sprawa przeszła tak, jak przejść powinna - pojechali do najbliższego Punktu Obsługi Pasażerów ZTM (akurat CH Blue City), gdzie takie rzeczy się załatwia, okazali dowody tożsamości i kwit dostali.

W tym roku jednak już tak lekko nie było.

W czwartek udali się do wspomnianego przybytku, uzbrojeni w dowody tożsamości i ... zonk! Konieczne jest przedstawienie rocznych formularzy PIT, potwierdzających opłacanie podatków w danej dzielnicy. Dziwne to, skoro tam są oboje zameldowani to niby gdzie mieliby odprowadzać podatki? Ale OK. Rodzice wrócili do domu, PIT-y oba swoje wzięli i pojechali nazad. Po odstaniu swojego ponownie w kolejce dowiedzieli się, że tymi PIT-ami to sobie mogą najwyżej wychodek wytapetować, bo konieczne jest przedstawienie dokumentu o niezaleganiu z podatkami z Urzędu Skarbowego (??? - niby, że jak zalegasz z podatkami to sobie pod chałupą nie zaparkujesz?).

Jak już kiedyś wspomniałam, moi Rodzice są dość wiekowi, bo Tata ma 81 lat, Mama - 77. Stanie w kilometrowych kolejkach i ganianie komunikacją miejską po mieście nie jest ich najukochańszą rozrywką. Siły już nie te a Tata nie lubi prowadzić samochodu po Warszawie (w sumie, kto lubi?). Zmęczeni ale zbrojni w wiedzę udali się do domu.

Odcinek 2

W piątek Rodzice pojechali do siedziby swojego US, na Lindleya. Po zwyczajowym odstaniu, co ich, w odpowiedniej kolejce, w międzyczasie wypełniając stosowny wniosek (konieczny, aby dostać stosowny druczek) dostali się przed oblicze Pani Urzędniczki, gdzie dowiedzieli się, że wypełnili zły wniosek ale na szczęście od razu dostali od Pani właściwy do wypełnienia.

Wypełnili i powstał kolejny problem. US papierków darmo nie wydaje, więc konieczne jest zapłacenie zawrotnej kwoty 5 zł za tę odpowiedzialną czynność. W siedzibie US kasy nie ma, więc pieniędzy nie przyjmą, trzeba szukać urzędu pocztowego, haracz opłacić i z potwierdzeniem wpłaty wrócić (nawisem mówiąc - kiedyś funkcjonowały tzw. "znaczki skarbowe", które można było nabyć w kiosku na terenie US lub na portierni, znieśli to czy jak?).

Poczty w okolicy ani widu ani słychu ale na szczęście życzliwa portierka podpowiedziała rodzicom, że opłatę można również wnieść w Żabce. Rodzice wyruszyli na poszukiwanie płaziego sklepu. Gdzieś taki znaleźli, na szczęście tego jest pod dostatkiem i - odstawszy swoje w kolejce młodzieży kupującej hot-dogi, uiścili stosowną opłatę, powiększoną o 2 zł "opłaty przekazowej".

Z kwitkiem potwierdzającym dokonanie opłaty skarbowej rodzice wrócili do US, stanęli ponownie w kolejce - już do innej Pani Urzędniczki, gdyż ta, która wcześniej ich obsługiwała, udała się prawdopodobnie na przerwę. Po odstaniu swojego rodzice dowiedzieli się, że... wypełnili zły wniosek!

Jak moi Rodzice są łagodni, cisi i gołębiego serca, tak w Tacie jednak coś pękło i stanowczo zażądał rozmowy z poprzednią panią, która ten a nie inny wniosek im do wypełnienia dała.

Kazano im czekać, ponieważ tamta pani jest na przerwie. Poczekali. Przyszła "tamta" pani i nagle magicznie się okazało, że wniosek jest dobry. Rodzice otrzymali upragniony papierek, świadczący o tym, że wobec Ojczyzny są w jak najdoskonalszym porządku i - wykończeni - pojechali do domu.

Odcinek 3

Finał urzędniczej epopei nastąpił dzisiaj, w poniedziałek. Rodzice ponownie udali się do Punktu Obsługi Pasażerów ZTM (CH Blue City), gdzie znów karnie stanęli w sporym ogonku, przypominającym prawie czasy słusznie minione. Po odstaniu swojego dostali się do okienka, w którym urzędował ktoś inny, niż w czwartek. Miły, młody człowiek wziął ich dowody osobiste, całkowicie ignorując pracowicie podtykane mu pod nos "Zaświadczenie Bez Którego Załatwienie Sprawy Jest Niemożliwe" i wystawił odpowiedni kwit, uprawniający do parkowania mieszkańców w Strefie Płatnego Parkowania, pobierając stosowną opłatę za abonament. Tata, pomny wysiłków minionych dwóch dni, koniecznie usiłował go zainteresować zdobytym z takim trudem Zaświadczeniem, na co młodzieniec ze zdumieniem spytał "ale po co pan mi to przyniósł"?

No właśnie. Po co?

urzędy

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (254)

#90789

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Te darmowe leki dla seniorów 65+ i dla dzieci do 18... Fajne nie? Ale, proszę, niech mi ktoś powie jakie to leki?
Mam rodziców, oboje mocno 65+ bo mama 74, tata 81 - oboje co miesiąc pojawiają się w aptece z wachlarzykiem recept i mamie przyszło do głowy spytać o te "darmowe leki". No to spytała.

Pani magister popatrzyła, pomyślała i orzekła, że z wachlarzyka należy się JEDEN lek ... darmowy? No nie, nie darmowy ... ryczałtowy, na 30%.

Z moich dalszych doświadczeń wynika, że może być tak, że jakiś lek, nazwijmy go "Lekix" jest w Polsce zarejestrowany na "chorobę A", "chorobę B" i "chorobę C". I - jeśli pacjent cierpi na "chorobę A" dostanie go za darmo, to już pacjent, cierpiący na "chorobę B" lub - nie daj Boże - na "chorobę C" już nawet na ryczałt go nie dostanie, tylko będzie płacił 100%

Czy komuś z Was, czy Waszych rodzin należy się darmowy lek z racji wieku? Jaki lek, na co?

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (122)

#90338

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak to się czasem w życiu prawie każdego człowieka zdarza, tak i mnie - razu pewnego - w czasach zamierzchłych, zdarzyło się skończyć lat 18.

Wiadomo, rocznica to doniosła i odpowiednio uczczona być musi.

Było to lat temu (Jezu, naprawdę?!) 30, zatem i okoliczności przyrody były zupełnie inne, niż obecnie.

Nie było wtedy tzw. „domówek” tylko tzw. „imprezy” – urządzane w domu w zasadzie przy doniosłych okazjach – taką też i moja „18-nastka” była.

Rodzice po raz pierwszy oddalili się z domu na całą noc beze mnie (na nocleg u babci) oddając we władanie nasze 65- metrowe mieszkanie świeżo „dorosłej” córce oraz jej gościom.

Oczywiście wtedy nie było mowy o alkoholu* na takiej imprezie, inne czasy były. Jedynym alkoholem, na jaki dostałam pozwolenie – wynikające wyłącznie z doniosłości okazji – był szampan „Sowieckoje Igristoje”, wówczas chyba jedyny dostępny. Nie wiem, może i tak, nie miałam wtedy najmniejszego pojęcia o alkoholu.

Moja mama miała komplet cudownych kieliszków do szampana. Pamiętam je do dziś. Były piękne – wysokie i smukłe. Wąska, wysoka nóżka rozszerzała się płynnie w szmaragdowo barwione dno kieliszka, które z kolei płynnie przechodziło w przezroczyste, lekko zwężająco się zwieńczenie.

Po wielkich bojach z samą sobą mama zgodziła się pożyczyć mi to cudo na moją imprezę, abyśmy mogli z przyjaciółmi wypić to „Igristoje” z pięknych naczynek o północy na cześć mojego symbolicznego wejścia w „dorosłość”.

Pożyczka została obarczona tysiącem próśb o uwagę, aby nikt nie stłukł, nie uszkodził, bo komplet, bo cenne, bo pamiątka, bo śliczne itp.

Całą imprezę doglądałam uważnie cudeniek. Pilnowałam, zabierałam z ręki, odstawiałam w bezpieczne miejsca, chuchałam i dmuchałam. I co powiecie? Ocaliłam wszystkie! Żadnemu nie stała się nawet najmniejsza krzywda!

Dumna z siebie, rano po imprezie – przed powrotem rodziców – sprzątałam. Myłam i wycierałam naczynia, układając je na miejscach. Cudne, szmaragdowe skarby mamy ustawiłam nóżkami go góry na tacy, pełen nienaruszony komplet, celem osuszenia.

W pewnym momencie otworzyłam szafkę umiejscowioną nad nimi aby włożyć tam talerzyki. Jedna szklanka była źle postawiona, za blisko krawędzi. Wypadła przy otwarciu…

Ocalał jeden.

A całą noc tak bardzo pilnowałam.

• O tym historia będzie osobna…

osiemnastka

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (161)

#90340

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak wielu Piekielnych, tak i ja, losowałam sobie historie i natrafiłam na tą:

https://piekielni.pl/87388

Wychowałam się na PRL-owskim blokowisku z lat 80-tych. Obecnie blokowiska te mają złą sławę „molochów” lub „mrówkowców” jednak nie do końca mogę się z tym zgodzić. Przede wszystkim, były one bardzo mądrze i wygodnie zaprojektowane. Nie twierdzę, że wszystkie w tym kraju, ale moje i kilka sąsiednich na pewno. Na każdym z blokowisk znajdował się „Sam Spożywczy”, szkoła, przedszkole, boiska, place zabaw, tereny zielone, skwerki i sporo zieleni. Na moim był np. mini-las. Sosnowy. Zajmował powierzchnię zaledwie jakichś 200 m2. Ale do dziś pamiętam, jak szaleliśmy w nim z kolegami i koleżankami bawiąc się a to w partyzantów a to w piratów a to w nie wiadomo co. Boiska co zimę – za sprawą dozorców wylewających wodę – zamieniały się lodowiska, na których spędzaliśmy długie godziny. Były górki do zjeżdżania na sankach i nartach. Do szkoły dwa kroki, do supersamu też. Było naprawdę dużo zieleni. Było wszystko, co potrzebne do w miarę wygodnego życia.

Było też coś, na co wówczas jako dziecko nie zwracałam uwagi ale co potem – za sprawą pewnej delegacji, co opiszę poniżej – uderzyło we mnie z całą mocą.

Mianowicie – odległości pomiędzy blokami. W blokowisku wielkie bloczyska (na moim po 10 klatek, po 12 – 15 pięter każde) rozmieszone były w formie wielkich czworoboków, pośrodku których znajdowały się wspomniane powyżej elementy infrastruktury osiedlowej. Nie używało się nawet zasłon, że o żaluzjach nie wspomnę, bo nie było takiej potrzeby.

Jako osoba już z oczywistych względów dorosła zostałam wysłana w delegację do Poznania celem uczestnictwa w tamtejszych Targach. Moja ówczesna firma była jednym z wystawców. Tak się jednak złożyło, że byłam jedyną kobietą z całej ekipy, zatem panom wynajęto dom z kilkoma sypialniami ale wspólnym salonem i kuchnią, mnie zaś – osobny apartament na mega-super-hiper nowoczesnym osiedlu.

Apartament był piękny, wyposażony bardzo bogato i nowocześnie do tego stopnia, że czułam się tam bardzo nieswojo bojąc się coś zniszczyć czy uszkodzić. Zajęta podziwianiem otaczających mnie luksusów nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął zapadać zmrok. I wówczas ujawnił się mankament, który – jak dla mnie, przyzwyczajonej do prywatności we własnym domu – okazał się być wręcz dyskwalifikujący. Otóż przez okno mogłam zobaczyć dosłownie, co sąsiad ma na talerzu na kolację. Apartament mieścił się bloku czworobocznym z maleńkim patio pośrodku. Tak maleńkim, że żaluzje musiały być obowiązkowym wyposażeniem każdego mieszkania.

Od tej pory zwracam baczną uwagę na wszystkie nowo budowane apartamentowce. I chyba wszędzie jest tak samo. Oczywiście, wynika to z małej liczby dostępnych gruntów, z których deweloper musi wycisnąć wszystko, co się da a nawet jeszcze trochę ale powiem Wam szczerze. Tak z nutką nostalgii tęsknię za dużymi przestrzeniami oddzielającymi od siebie wielkie bloki na wielkich blokowiskach…

blok blokowisko

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (173)