Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 4 grudnia 2022 - 18:12
  • Historii na głównej: 114 z 118
  • Punktów za historie: 15454
  • Komentarzy: 425
  • Punktów za komentarze: 3430
 

#88235

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia użytkownika Painkiller spowodowała, że postanowiłam się przyznać do winy. Tak, ja też jestem piekielna. A ściślej rzecz biorąc, piekielnie głupia.

Pracuję jako opiekunka w Domu Pomocy Społecznej. Praca ciężka i niewdzięczna, ale lubię ją. I, tak jak pisał Painkiller, jakiś dziwny kult ciężkiej pracy fizycznej wisi jak widmo i nad nami...

Podopiecznych mamy różnych, niektórzy leżący i wymagający kompleksowej opieki. Kąpiel minimum raz w tygodniu, co robimy, gdy trzeba wykąpać osobę leżącą? No jak to co, dwójka opiekunów i na "trzy-czte-ry" podopieczny wzięty pod ramiona zostaje przesadzony z łóżka na wózek kąpielowy... Kąpiemy, golimy (mężczyzn), podcinamy włosy, obcinamy paznokcie, po czym znowu "trzy-czte-ry" i z powrotem z wózka kąpielowego na łóżko.

Piekielność? Na wyposażeniu DPS-u jest tzw. dźwig, przyrząd przydatny i tak prosty w obsłudze, że orangutan dałby radę. Ale nie, my się będziemy szarpać z podopiecznym, bo przesadzenie na "trzy-czte-ry" to dwie minuty, użycie dźwigu to ok. 10 minut. A tu przecież nie ma czasu, dwóch opiekunów na zmianie, a osób do wykąpania 10-12, szybciej, bo nie zdążymy!

Piekielność konkretna - jedna z opiekunek, Kamila, przez takie "trzy-czte-ry" załatwiła sobie kręgosłup i o mało nie straciła pracy. Proste pytanie ze strony ówczesnej dyrekcji - dlaczego nie użyła pani dźwigu? DPS jest "kryty", odpowiedni sprzęt jest, jedyny plus był taki, że pracownika na L4 nie można zwolnić, całe procesje współpracowników do dyrekcji dały taki efekt, że Kamila pozostała na swoim stanowisku, oczywiście z całą listą rzeczy, których jej nie wolno robić (umiarkowany stopień niepełnosprawności, jakby kto pytał...).

Piekielność końcowa - dźwig nadal jest. I nadal dźwigamy podopiecznych na "trzy-czte-ry", bo nie ma czasu, bo nas tak mało, a tak dużo roboty. A jak ktoś zaproponuje "weźmy dźwig", to najpewniej usłyszy komentarz, że mu się robić nie chce, co to za problem "uszarpać się" z jednym, drugim, piątym podopiecznym...

Przyznaję się - piekielnie głupia jestem ja, bo też robię to na "trzy-czte-ry". No dobra, robiłam, dopóki tego nie odczułam w plecach. Ale po pewnym poranku, kiedy nie mogłam wstać z łóżka, grzecznie ripostuję, że jak wynajdą wymienne kręgosłupy, to będę dźwigać do oporu, ale na razie to idę po dźwig. No i jestem tą, której się "nie chce pracować".

P.S. Mechanizm podnoszący łóżka też wg niektórych jest kompletnie niepotrzebnym gadżetem, no ja tam wolę podnieść sobie to łóżko na odpowiednią wysokość, zanim się wezmę za toaletę podopiecznego... Ktoś, kto tego nie zrobi, zaoszczędzi całą minutę - ja tam wolę zaoszczędzić swój kręgosłup.

P.P.S. Tak, wiem, że nie dźwiga się niczego "z pleców" tylko "z nóg", ale to nic nie daje, plecy i tak bolą. Nie ma pozycji nieobciążającej kręgosłupa, są tylko takie, które go obciążają mniej.

DPS

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (187)

#88119

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pewnie zaraz zbiorę mnóstwo komentarzy "jak można zapomnieć o kupoworkach, idąc z psem na spacer", no ale zapomniałam. Po prostu wzięłam pierwszą-lepszą bluzę z wieszaka, kupoworki były w kieszeni tej drugiej. Zorientowałam się już w sporej odległości od domu, przez chwilę zastanawiałam się, czy opłaca się wracać, bo Kruszyna "dwójeczkę" załatwia zazwyczaj o innej porze dnia, miałam nadzieję, że tak będzie i tym razem. Niestety, nadzieja prysnęła jak bańka mydlana w momencie kiedy psica zaczęła kręcić charakterystyczne kółeczka na trawniku...

Stoję zrezygnowana, beznadziejnie przeszukuję kieszenie i intensywnie myślę, co robić??? Opcję "za chwilę wrócę i posprzątam" zostawiłam sobie jako rozwiązanie ostateczne, rozglądam się rozpaczliwie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mi posłużyć do uprzątnięcia produktów przemiany materii i jest! Śmieć, no niejeden na trawniku, ale jeden nadawał się idealnie - mała, zmięta torebka foliowa. Super, Kruszyna akurat skończyła, więc ruszam dziarskim krokiem w kierunku śmietka, czyli kierunku odwrotnym od psiej kupy. Wtedy za plecami słyszę karcący głos:

- Halo, proszę pani, proszę posprzątać po psie!

Bardzo grzecznie, no bo kobieta ma rację (skąd mogła wiedzieć, że idę po śmietek, a nie oddalam się beztrosko) odpowiadam:

- Oczywiście, że posprzątam.

- No co za ludzie! Jak nie przypilnujesz, to nie posprzątają! Zas*rane te trawniki jak nie wiem. Brud i syf na tym osiedlu!

Jej perora była dłuższa, ale dokładnie w tym stylu, więc nie będę jej całej przytaczać. Na koniec pani (chyba zmęczona przemową) wyciągnęła z torebki paczkę papierosów, otworzyła ją, po czym pozostałe po tej czynności śmietki rzuciła na trawnik...

Za to też pewnie zbiorę od Piekielnych ochrzan, ale nic nie powiedziałam, naprawdę mnie zatkało. Za duży przeskok od poczucia winy (no bo zapomniałam tych kupoworków) do zderzenia z hipokryzją tej pani. A kosz na śmieci był w zasięgu wzroku.

osiedle

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (148)

#88046

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Rzucam palenie. Reakcje otoczenia? No zazwyczaj "to super, ale wiesz..." Oto lista tych "ale wiesz":

"Jak rzucasz? A, tabletki bierzesz... Ale wiesz, z tabletkami to się nie liczy." Kurczę, no nie wiedziałam. W ogóle nie pamiętam momentu, w którym zdecydowałam się wziąć udział w konkursie na najbardziej hardcorowe rzucenie palenia, raczej wydawało mi się, że po prostu chcę nie palić.

"A jakie tabletki? ABC? Ale wiesz, one są kiepskie, sąsiadki wujka kolegi brat je brał i nie rzucił, weź kup lepiej XYZ, one są lepsze." Po trzecim takim tekście odechciało mi się tłumaczyć, że tabletki ABC, XYZ i jeszcze parę innych mają dokładnie taki sam skład.

"Tabletki bierzesz??? Łojezusmario, ale ty wiesz, jakie one są szkodliwe?" Hmm... Bardziej niż palenie?

"Długo paliłaś? Ooo, XX lat? Ale wiesz, to ty na pewno nie rzucisz." No dzięki.

"Dlaczego zdecydowałaś się rzucić? Masz rację, szkoda pieniędzy, ale wiesz że finansowa motywacja jest nic nie warta?" Och, naprawdę? To już lecę wymyślać "ambitniejszą" motywację.

Kurczę, gdybym była memem, to miałabym podpis: "rzucanie palenia- robisz to źle". A ja głupia myślałam, że liczy się efekt...

relacje_międzyludzkie

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (206)

#87774

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Uprzejmie informuję, że celem tej historii nie było wywołanie gó*noburzy pt. "czy zakaz jedzenia w miejscach publicznych jest sensowny". Historia jest o "równych i równiejszych" i nawet nie chodzi w niej o naszych kochanych decydentów (też jestem przeciwna polityce na tym portalu), tylko o najzwyklejszych ludzi, różnie traktowanych.

Byłam wczoraj z Młodą w galerii handlowej (pilnie nowych spodni potrzebowała), po zakupach przycupnęłyśmy na chwilę na murku przy fontannie- takie ogólnie wykorzystywane miejsce na odpoczynek. Ponieważ zaraz obok jest lodziarnia (cukiernia/ kawiarnia? nie wiem, lokal, który głównie słynie z lodów, podobno najlepszych w mieście), murek był w dużej części zajęty przez osoby spożywające lody- lodziarnia jest czynna, ale sprzedaje tylko "na wynos", nie wolno siadać przy stolikach.

Chwilę po tym, jak usiadłyśmy na murku, niedaleko nas usiedli chłopak z dziewczyną z papierową torebką z "zaopatrzeniem" z fast foodu. Usiedli, otworzyli torbę, zaczęli jeść... No właśnie nie zaczęli, bo nagle zmaterializował się przed nimi ochroniarz. Z dużym trudem przytargał tablicę, która zazwyczaj stoi tuż przy wejściu i kazał im przeczytać. Ponieważ byłam blisko, też odruchowo przeczytałam i też nie wiedziałam, o co mu chodzi, ponieważ pierwsze zdanie na owej tablicy oznajmiało o konieczności zachowania odstępu 2m od innych osób.

Chłopak (autentycznie zdziwiony):

- Mnie się wydaje, że my jesteśmy 2m od innych osób...

Ochroniarz (z wyższością):

- Następne zdanie!

No tak... Coś o zakazie spożywania posiłków na terenie galerii... Chłopak popatrzył w prawo, popatrzył w lewo i ze zdziwieniem stwierdził:

- Ale tu wszyscy siedzą i jedzą.

Na co ochroniarz tonem wygłaszania prawdy objawionej:

- Inni jedzą lody!!!

Chłopaka na chwile zatkało (mnie zresztą też, ale ja nie musiałam brać udziału w tej dyskusji), po kilku głębszych oddechach zapytał grzecznie:

- A przepraszam, to lody je się jakoś inaczej? Bo nie rozumiem?

Niestety, ochroniarz był tylko w stanie wskazywać napis na tablicy zabraniający spożywania posiłków na terenie galerii, chłopak został zmitygowany przez dziewczynę ("chodźmy stąd, nie chcę kłopotów, zjemy na zewnątrz"), ja nie byłam stroną w tym sporze, więc pozostałam z nierozwiązanym dylematem, może Piekielni pomogą:

Czym różni się spożywanie lodów od spożywania hamburgera i frytek? Oprócz oczywistych różnic smakowych?

galeria_handlowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (183)

#87695

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Było ostatnio parę historii o niewłaściwych relacjach rodzinnych na linii rodzice-dziecko, wtedy przypomniała mi się historia mojego kumpla, teraz wrzucam.

Dorośli byliśmy, albo prawie-że-dorośli, ot grupka młodzieży w okolicach 18-go roku życia. Lubiliśmy się, kumplowaliśmy się, spędzaliśmy razem czas, ale nie wnikaliśmy "jak kto ma w domu", chyba ze ktoś chciał się pożalić. Krzysiek nie chciał. Krzysiek po prostu nigdy nie zapraszał nikogo do siebie, co przyjmowaliśmy tak samo naturalnie jak to, że u Maćka można było przesiadywać godzinami, a u Kamili na jej hasło "dobra, wychodzimy" zmywaliśmy się bez pytania o przyczyny.

Ale któregoś dnia Krzysiek zaprosił mnie do siebie. Zaproszenie było podyktowane głównie warunkami atmosferycznymi, po prostu przepotwornie lało, wracaliśmy skądś razem i w połowie drogi do mojego przystanku Krzysiek powiedział:

- Ja tu mieszkam, chodź, osuszysz się trochę i ogrzejesz, może ten deszcz przejdzie, zanim będziesz musiała iść.

Weszłam. Nie pytałam, nie komentowałam, nie okazywałam zdziwienia, może dlatego potem zostałam jeszcze parę razy zaproszona. Moje obserwacje z tych wizyt (pewne rzeczy uświadomiłam sobie dopiero po latach):

Warunki mieszkaniowe - domek jednorodzinny, nie żadna willa, ot normalny dobrobyt bez przepychu. Z wyjątkiem pokoju Krzyśka. Stare, zniszczone, rozwalające się meble, wypłowiały i poprzecierany dywan na podłodze, sprane firanki i wypłowiałe zasłonki w oknach. Ale czyściutko i schludnie. Natomiast pokój jego brata -tak, Krzysiek miał brata tak z 5-6 lat młodszego - to był full wypas. Weszłam tam (weszliśmy) na wyraźne zaproszenie Marka (brata), po prostu Krzysiek brzdąkał coś na starym, rozstrojonym pianinie (stojącym w takim niby-salonie), Marek wychylił się ze swojego pokoju i powiedział:

- Zostaw to pudło, chcesz pograć, to chodź tutaj.

No to weszliśmy, Krzysiek od razu podszedł do keyboardu (na tamte czasy to była super droga nowość), ja usiadłam i słuchałam jak gra. Owszem, zarejestrowałam nowiusieńkie meble (fuj, brzydkie, nie chciałabym takich!), puszysty dywan na podłodze, najnowszy model wieży (phi, mam podobną) i ogromną kolekcje płyt i kaset (co za szajsu on słucha!). Jakby ktoś chciał to skomentować - tak, byłam rozpieszczoną nastolatką, przynajmniej w tym sensie, że z rzeczy materialnych dostawałam to, co chciałam.

Zapytałam Marka, czy często gra na tym keyboardzie, dzieciak zrobił oczy jak pięć złotych i stwierdził:

- No co ty, mnie to w ogóle nie interesuje, ja nie mam słuchu, ale jak starych nie ma w domu, to Krzysiek sobie pogra, on to lubi.

Aha...

Jedzenie. Generalnie w domu jedzenie było dla Marka, przynajmniej zawsze, jak Krzysiek próbował coś zjeść, słyszał "zostaw, to dla Marka!". Jako gość (i to gość "gorszej kategorii", o tym za chwilę), po kuchni się raczej nie pałętałam, ale odgłosy stamtąd dochodziły. Z tego co wiem, jeśli Krzysiek nie zdążył na obiad, to go po prostu nie jadł. Zrobienie sobie kanapki na śniadanie/kolację też graniczyło z cudem, bo wtedy materializowała się przy nim matka, wyrywając mu z rąk to, czego jej zdaniem nie powinien brać. Jedna sytuację znam z jego relacji - naprawdę, tak jak wspomniałam wcześniej, Krzysiek nigdy się nie żalił, ale wtedy chyba coś w nim pękło - poszedł do kuchni napić się czegoś, nalał sobie szklankę kompotu, upił z niej może łyk, kiedy weszła jego matka, wyjęła mu tę szklankę z kompotem z ręki, wylała kompot do zlewu, po czym bez słowa wyszła...

Goście. Nie było zakazu przyprowadzania gości, ale goście Krzyśka zawsze byli "gorszej kategorii". No dobra, to delikatnie powiedziane, lepiej wprost - do Krzyśka na pewno przychodzili tylko wykolejeńcy, patologia, narkomani albo alkoholicy, a dziewczyny to puszczalskie albo nawet wręcz zawodowe ku*wy. Najchętniej matka poszczułaby ich psem, no niestety w przepięknym Dino (w typie mocno przerośniętego podhalana) zakochałam się od pierwszej wizyty z wzajemnością, zanim weszłam, parę minut musiałam poświęcić na głaskanie, mizianie, czochranie ogromnego i baaardzo groźnego psiesa... A jedyny gość Marka (chyba kolega z klasy), musiał grzecznie czekać za furtką, aż gdzieś zamkną Dina, bo inaczej by nie wszedł, nie wiem czemu Dino bardzo chciał wypróbować na nim uścisk swojej potężnej szczęki.

Nie wiem, dlaczego matka tak odmiennie traktowała swoje dzieci. Może Krzysiek był "wpadką", popsuł jej jakieś plany życiowe, a dopiero Marek był tym zaplanowanym, upragnionym dzieckiem? Co ciekawe, relacje miedzy braćmi były dobre, pewien dystans wynikał raczej z różnicy wieku, a nie z różnicy traktowania ich przez rodziców.

Puenty nie ma. Taka tam historyjka z dawnych lat...

relacje_rodzinne

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (180)

#87683

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niewiele brakowało, a byłaby to moja historia, a nie mojej znajomej. Lenistwo jest czasem przydatne.

Jestem opiekunką osób starszych, obecnie pracuję w DPs-ie oraz biorę różne zlecenia (w sensie opieki). Nie chodzę już "prywatnie" (czytaj - na czarno), ale był czas, gdy brałam i takie "fuchy", z tamtego okresu zostało mi ileś tam kontaktów w telefonie. Wczoraj właśnie zadzwonił jeden z takich numerów:

- Pani Xynthio, przyjdzie pani dzisiaj o 13.00 do mamy? Ja jestem chora i nie mogę, a pani wie, co tam u mamy trzeba zrobić, jak się nią zająć.

No w sumie mogłam, miałam wolny dzień i nic do roboty, ale najzwyczajniej w świecie mi się nie chciało. Pomijam już fakt, że tam zawsze były jakieś problemy, pani mocno uciążliwa i upie*dliwa (nie podopieczna, jej córka), a to godziny jej się nie zgadzały, a to "zapomniała", że ja nie pracuję za "co łaska", tylko za określoną stawkę, a to jeszcze coś tam... Ale w tym momencie po prostu jedyną moją myślą było to, że mi się nie chce i już, więc grzecznie odmówiłam.

Pani (powiedzmy) Bożenka była niepocieszona (średnio) i oburzona (bardzo):

- Ale jak to pani nie może??? No to może mi pani chociaż kogoś poleci?

Przypomniałam jej, że gdy kończyłyśmy współpracę, dałam jej nr telefonu do mojej znajomej, również opiekunki i że z tego, co wiem, to korzystała z jej usług przez jakiś czas. Zakończyłam rozmowę, wróciłam do nicnierobienia. Wieczorem zadzwoniła do mnie wspomniana znajoma:

- Ty wiesz, co mi ta Bożenka narobiła?

Średnio zainteresowana zapytałam:

- Nie zapłaciła ci czy przetrzymała do wieczora? (U Bożenki "pani przyjdzie na dwie godzinki" oznaczało czasem siedzenie u jej mamy pół dnia).

- Nie, gorzej!!! Poszłam tam, już z dobrą godzinę tam siedziałam, jak mi zadzwoniła, że zaraz przyjedzie wymazobus i mam ich wpuścić, bo mama prawdopodobnie ma covida!

- Cooo???

- A jak jej powiedziałam, że mogła uprzedzić, to mi prychnęła w słuchawkę i stwierdziła, że jak mi nie pasuje, to sobie mogę iść. No to ja jej na to, że teraz, jak już weszłam, jestem tu z godzinę i cały czas zajmuję się jej mamą, to sobie może w buty wsadzić taką informację, jak już jestem, to zostanę. A Bożenka owszem, jest chora, no właśnie covida ma.

Różne niecenzuralne słowa mi przyszły na myśl, część z nich mi się wymknęła do słuchawki, znajoma dorzuciła swoje, przez chwilę nasza rozmowa przypominała rozmowę dwóch meneli jeśli chodzi o ilość inwektyw w jednym zdaniu. Po wyładowaniu emocji spytałam:

- No i co zrobisz?

- Na razie nic, dziecka jutro do szkoły nie poślę, zakupy mam, Bożenka da mi znać, jaki wynik. Mam nadzieję, że jednak negatywny...

Dzisiaj był wynik testu, no niestety pozytywny. Brak mi słów, aby to skomentować.

opieka

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (214)

#87581

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dej, mam horom curke...

Wiem, jak ciężko być samotną matką. I dlatego, pomijając ogólną życzliwość i chęć pomocy wszystkim (bo wtedy ten świat jakoś lepiej funkcjonuje...), to takim osobom jakoś chętniej pomagam.

Przyszła do mnie znajoma. Zaprosiłam ja do kuchni, przepraszając za bałagan w pokoju, ale Młoda parę godzin wcześniej robiła porządek w swoich ciuchach, odkładając to, z czego już wyrosła (oczywiście niepotrzebne rzeczy odkładając na sam środek MOJEGO pokoju, nie swojego). Znajoma wykazała pewne zainteresowanie:

- A jaki to rozmiar? Wiesz, mam sąsiadkę, ona ma córkę trochę młodszą od twojej Młodej, a tam u nich dosyć biednie jest, może by im się przydało?

Nie ma sprawy, i tak niepotrzebne rzeczy zamierzałam wrzucić do kontenera na odzież, jeśli się komuś konkretnie przyda, to tym lepiej. Przyniosłam stos ciuszków, posprawdzałyśmy rozmiary i znajoma dzwoni do sąsiadki:

- Hej, słuchaj, mam tu reklamówkę ciuchów dla twojej Kasi, kiedy ci to podrzucić?

- O fajnie, dzięki, możesz jutro, ale po południu, bo rano idę na paznokcie, a potem do fryzjera.

Nosz kur... Popatrzyłyśmy na siebie ze znajomą, po czym powiedziałam z ciężkim westchnieniem:

- No weź jej zanieś te ciuchy...

Pracuję na półtora etatu, żeby Młodej niczego nie brakowało. Kombinuję z godzinami dodatkowej pracy, żeby je "odrobić" wtedy, gdy Młoda ma treningi - no, wiecie, kocham ją i lubię z nią spędzać czas.

I co jakiś czas jak obuchem wali mnie informacja, że można inaczej - "dej, dej, dej, ja mam dzieci, mnie się należy!".

Bez pracy, na zasiłkach, z których starcza na paznokcie i fryzjera. Mnie nie stać. No dobra, może i mnie stać, ale po co?

Paznokcie czyste, schludnie obcięte (i dość krótko, no cóż, taka praca), włosy też raczej bez fryzjera, bo muszę mieć spięte w pracy... Nowy ciuch to nie pamiętam, kiedy sobie kupiłam, bo Młoda rośnie jak szalona, a ja już nie.

Co robię nie tak?

dej

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (253)

#87559

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w Domu Pomocy Społecznej.

Naprawdę lubię moją pracę i lubię moich podopiecznych, mimo że często są marudni, upie*dliwi, albo po prostu wredni - lubię ich i mam do nich cierpliwość. Jednak czasem są takie sytuacje, że "nóż się w kieszeni otwiera", no i dzisiaj się otworzył...

Krótki rys "architektoniczny" potrzebny do zobrazowania sytuacji - DPS, w którym pracuję, był tyle razy rozbudowywany i przebudowywany, że w jego strukturze ciężko jest doszukać się jakiejkolwiek logiki. Rzecz działa się w jednym z bocznych korytarzyków, gdzie znajdują się cztery pokoje - trzy bez łazienki, a raczej ze wspólną łazienką na korytarzu, oraz jeden trzyosobowy, ze swoją łazienką, do której wejście jest z pokoju, nie z korytarza. Łazienkę na korytarzu od dawien dawna uznawał za swoją prywatną pan Piekielny, może dlatego, że jego pokój był najbliżej, może dlatego, że przez długi czas tylko on z niej korzystał (w pozostałych pokojach były osoby "pampersowane"), a może dlatego, że tak i już!

Jednak teraz z "jego" łazienki korzysta również pani Zosia - nie w pełni samodzielnie, bo wymaga pomocy opiekunki, należy ją przesadzić z wózka inwalidzkiego na toaletę, a po wszystkim z powrotem na wózek. No i nie ma co ukrywać, pani Zosia preferuje długie "nasiadówki", więc wysadzając ją na "dwójeczkę", nikt nie czeka pod drzwiami, aż skończy, tylko idziemy robić coś innego, pani Zosia zadzwoni, kiedy skończy (w każdym pomieszczeniu jest dzwonek, w dyżurce jest tablica, na której wyświetla się nr pomieszczenia, z którego ktoś dzwoni).

Wysadziłam panią Zosię na toaletę, po czym przeszłam się po pozostałych pokojach w korytarzyku, aby sprawdzić, czy ktoś czegoś nie potrzebuje.

Od razu wpadło mi w oko, że pan Mieciu pilnie potrzebuje golenia. Już wyglądał jak menel, jeszcze trochę i wyglądałby jak Mikołaj, biorąc pod uwagę datę, na tę fuchę nie miał już szans, no to golimy. To był akurat ten pokój z łazienką, do której go grzecznie zaprosiłam, nawet wyjątkowo nie protestował (ja nie wiem, czemu oni tak nie lubią się golić...), chwilę potrwało znalezienie pianki do golenia, jednorazówki, płynu po goleniu, a, jeszcze papierosa musiał dopalić... Byłam w połowie golenia, gdy spod "prywatnej łazienki pana Piekielnego" zaczęły dobiegać ciekawe odgłosy.

Pan Piekielny:

- No nie, ona znowu tu siedzi! Ileż można babo, kończ już! Dzwoń na opiekunki, niech cię stąd zabiorą, no słyszysz, dzwoń!!!

Chwila ciszy (pani Zosia chyba zadzwoniła, chociaż nie jestem pewna, dzwonek słychać w dyżurce, a nie w całym budynku), po czym pan Piekielny stanął w drzwiach pokoju, w którym byłam (nie widział mnie, bo z progu pokoju nie widać wnętrza łazienki) i zwrócił się do jednego z mieszkańców:

- No słyszysz? Zadzwoniła, a żadna kurtyzana* nie przyszła!

Szlag mnie trafił. Pomijając już absurd oczekiwania, że w parę sekund po dzwonku ktoś się zjawi (teleportować się jeszcze nie umiemy), to chamstwo jego wypowiedzi i fakt, że wydzierał się na panią Zosię sprawiły, że nie zdzierżyłam. Zostawiłam w połowie ogolonego pana Miecia, zrobiłam dwa kroki z łazienki do pokoju, po czym powiedziałam spokojnie (no dobra, mam nadzieję, że spokojnie, chociaż na pewno głośno i dobitnie):

- Panie Piekielny, jeżeli żadna kurtyzana nie przyszła, to zapewne żadnej kurtyzany nie ma w dyżurce, więc nie słyszą dzwonka. Przypuszczam, że wszystkie kurtyzany są gdzieś w innych rejonach budynku, zajmując się tym, za co nam płacą, a mianowicie opieką nad pensjonariuszami. Jak skończę golić pana Miecia, to zabiorę panią Zosię z łazienki.

Spodziewałam się pyskówki, ale o dziwo, pan Piekielny po prostu się zaczerwienił, zrobił "w tył zwrot" i pospiesznie ewakuował się do swojego pokoju, chociaż coś tam mało życzliwego mamrotał pod nosem.

Ech, ci nasi podopieczni...

*oczywiście nie użył słowa "kurtyzana", tylko krótszego i bardziej dobitnego, tak samo jak ja odpowiadając mu

dom_pomocy_społecznej

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (130)

#87431

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii "spadkowych" sobie popłynę, bo mi się przypomniało.

Spadkobiercy (uwaga, będzie długo!):

W pewnej biednej wioseczce na kielecczyźnie była sobie rodzina, najbogatsza we wsi. Na obecne czasy żaden powód do dumy i chwały, bo "najbogatsi we wsi" w realiach kielecczyzny oznaczało tylko tyle, że oni akurat na przednówku głodem nie przymierali. Trójka synów tam była, no i pierworodny (Henryk) zakochał się nie tak, jak by rodzice chcieli... Każdą pannę we wsi mógł mieć, a kogo wybrał? Mariannę z największej biedoty, sierotę w dodatku!

Marianna miała kruczoczarne warkocze i ogromne, błękitne oczy, no dobra, robotna też była, ale kto ciężko pracować nie umiał, to po prostu z głodu zdychał, więc żadna zasługa. Awantury były, ale Henryk charakterek miał i na swoim umiał postawić, ożenił się ze swoją ukochaną. Szybko okazało się, że Marianna oprócz urody posiada wiele innych zalet, bo w tempie wręcz ekspresowym z "bidoty i przybłędy" awansowała na "kochaną Marianeczkę", ulubienicę całej rodziny i oczko w głowie teściów. Żyli sobie spokojnie ok. 10-ciu lat, aż Henrykowi się zmarło, Marianna została sama z dwiema córkami.

Nie, nie sama! Rodzina już ją dawno pokochała, uznała za swoją, więc zebrali się zdecydować, jak jej pomóc. Henryk miał jeszcze dwóch braci, obaj skwapliwie wyrazili chęć poślubienia Marianny (hm, czyżby przez tyle lat podkochiwali się w przepięknej bratowej?), a ona zgodziła się na ten pomysł, wybrała starszego z braci, Wojciecha, z którym potem miała jeszcze syna i córkę. Miłości wielkiej może i nie było miedzy nimi, ale było to bardzo zgodne małżeństwo, całą czwórkę dzieci wychowali, wykształcili (w międzyczasie za namową Marianny przenieśli się ze wsi do pobliskiego miasteczka, w sumie na gospodarce został najmłodszy syn). Wojciech różnicy między dziećmi swoimi a swojego brata nie robił żadnej, tak samo jak później między wnukami. Tyle na razie wystarczy.

Spadek:
Rodzina "najbogatsza we wsi", to i pola trochę miała. No ale ziemię dostał Jakub, najmłodszy, który na gospodarce został. W posiadanym "majątku" był jeszcze las, który już nie Jakubowi przypadł, a wszystkim trzem synom do podziału. Las... Ten las to największe rozczarowanie mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak ktoś z dalszej rodziny naopowiadał mi, że mam kawałek lasu na własność, wyobraziłam sobie piękną, szumiącą, bezkresną knieję, męczyłam rodziców, że ja chcę pojechać obejrzeć mój las i nie rozumiałam, dlaczego tak się śmieją. Zabrali mnie tam w końcu - zagajniczek paru brzózek, który nawet mnie, kilkuletniej dziewczynce, wydawał się śmiesznie mały. Teraz prosta matematyka - trzech spadkobierców, sześcioro dzieci tychże spadkobierców (Jakub miał dwoje), dziewięcioro wnucząt. Dalszych pokoleń nie liczę, bo na etapie wnuków Marianny i Henryka rozgrywa się historia.

Jestem wnuczką Marianny i Henryka, ale moim dziadkiem był Wojciech - innego nigdy nie miałam i nie znałam. Ba, nawet moja mama nie bardzo pamiętała swego ojca, chyba cztery lata miała, jak zmarł. Marianna była siłą scalająca rodzinę - dopóki żyła, każde święta, rodzinne uroczystości, wakacje były okazją do "zjazdu" wszystkich dzieci i wnuków. Potem Marianna zmarła, jej rolę próbowała przejąć ciotka Zośka (starsza siostra mojej mamy), ale po Mariannie odziedziczyła tylko twardość i niezłomność charakteru, jej ciepła już w sobie nie miała...

Potem zmarła moja mama i moje relacje z rodziną uległy znacznemu pogorszeniu. Nie jeździłam tam, nie wiedziałam, co u nich słychać, oni nie wiedzieli co u mnie. Poprzez dalszą rodzinę czasem dochodziły mnie jakieś wieści, które (szczerze mówiąc) nie bardzo mnie interesowały, za dużo żalu do nich miałam. Dziadek podobno przed śmiercią sporządził testament, w którym mnie nie uwzględnił, i z tego powodu było mi bardzo, ale to bardzo wszystko jedno.

Parę lat po śmierci dziadka skontaktowała się ze mną jedna z moich kuzynek - wnuczka Marianny i Wojciecha. Zaczęła mnie namawiać do podważenia testamentu Wojciecha, bo przecież zachówek mi się należy!

Od razu mówię, że jeśli wyłapiecie jakieś nieścisłości, to jak najbardziej możecie mieć rację, temat mnie absolutnie nie interesował, rozmawiałam z nią na zasadzie "daj mi spokój kobieto" i nie wchodziłam w szczegóły. Jedną nieścisłość widzę ja sama - jaki zachówek, nie byłam wnuczką Wojciecha, jestem córką jego brata, bardzo wątpię, czy mam prawo dziedziczyć po nim. Oczywiście kuzynka nie z dobroci serca namawiała mnie na uzyskanie praw do choćby części spadku po Wojciechu - niestety dziadek tuż przed śmiercią narobił jakichś długów, które teraz spadkobiercy muszą spłacać. Oczywiście zanim doszło do opcji ujawnienia tego faktu, 3/4 rozmowy było na zasadzie "no ale czemu nie chcesz spadku???".

Bo nie chcę. Dziadka kochałam i szanowałam, miał prawo dysponować swoim dorobkiem tak, jak chciał. Wychował i wykształcił moją mamę, mnie dał dużo miłości i beztroskie chwile w wakacje spędzone u niego (dla dzieci dość surowy, wnuki rozpieszczał). Jakie ja mam prawo podważać jego testament? I mówię tu o "prawie moralnym", bo formalnych podstaw raczej bym nie miała, nie byłam jego wnuczką.

Kuzynka widząc, że nie "połasiłam się" na spadek, użyła koronnego (w swoim mniemaniu) argumentu - "no ale jak uzyskasz prawa do części spadku, to część lasu będzie twoja!". Tu już nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Najpierw zapytałam, czy widziała ten "las". Potem, czy ma jakieś pomysły na to, co mam zrobić z dwoma-trzema brzózkami (bo tyle by mi przypadło po podziale). Następnie uświadomiłam jej, że las, to mi się należy po Henryku, po Wojciechu inny kawałek lasu dziedziczy ona i dzieci syna Wojciecha. A na koniec zaproponowałam, że jak zorganizuje notariusza, to ja się zrzeknę również tego "lasu" bo na cholerę mi on, będę mieli te dwie-trzy brzózki więcej do podziału.

Jedno, czego nie mogę odmówić kuzynce, to inteligencja, i dlatego końcówka naszej rozmowy zabrzmiała jak skecz "Sęk" kabaretu Dudek (no, za późno się zorientowała, w jaki dialog zabrnęła):

- Xynthia, na pewno nie chcesz tego spadku?

- Daj mi spokój, nie chcę!

- No ale las...

- Wiesz co? Ty sobie weź ten las za darmo!

"Zajarzyła", na takich kabaretach obie byłyśmy wychowane, dlatego chyba z rozpędu zapytała:

- A tartak?

- A tartak ty sobie też weź za darmo!

- Dobra, nie zapytam o psa...

- No i dobrze, bo pies ci mo*dę lizał!

To rozładowało sytuację, ale kontaktów nadal nie utrzymujemy. A las nadal stoi... chyba...

spadek

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (126)

#87415

przez (PW) ·
| Do ulubionych
No dobra, mam natchnienie (a raczej spać mi się nie chce), więc będzie druga historia.

Młoda potrzebuje strój na solówkę, więc wrzuciłam ogłoszenie na odpowiednią grupę na fb, czego szukam. A szukam:

- strój do tańca współczesnego;

- niezdobiony lub skromnie zdobiony;

- jedno lub najwyżej dwukolorowy, preferowane stonowane kolory;

- wykluczone długie, powiewne spódnice (przeszkadzałyby w trudniejszych elementach, może doświadczona tancerka zrobi fiflaka w spódnicy owijającej się wokół kostek, Młoda na pewno nie).

Jakie odpowiedzi dostawałam? Najwięcej było propozycji strojów do gimnastyki artystycznej - wiecie, to tak jak byście wrzucili post, że potrzebujecie buty do biegania, a dostalibyście propozycję kupna butów do tenisa, no o co chodzi, to sport i to sport... Następną co do liczebności grupą były stroje do disco dance - patrz porównanie wyżej. Żeby dobitniej uświadomić bezsens takich propozycji "nieznawcom" tematu, powiem tylko, że akurat stroje do gimnastyki artystycznej i do disco dance są zazwyczaj bardzo bogato zdobione (kamienie Swarovski), a ja potrzebuję stroju bez kamieni.

Aha, podałam też rozmiar, nie wiem po co, bo dostawałam propozycje strojów dwa rozmiary większych lub mniejszych niż potrzebuję. Nie wiem, Młoda ma się wcisnąć w za mały strój? Nie wiem po co mam wydawać na to pieniądze, bo za mały to akurat ma... Albo mam jej kupić za duży "na przyszłość"? Potrzebujemy TERAZ i NA TERAZ!

O kolorystyce już nie wspomnę, dominowały stroje wielokolorowe, w jaskrawych barwach. I oczywiście prawie wszystkie (oprócz wspomnianych wcześniej strojów do gimnastyki artystycznej i do disco dance) miały długie, powiewne spódnice...

Tak się zastanawiam, po co pisać dokładnie, czego się szuka, skoro i tak nikt tego nie czyta? Następnym razem wrzucę po prostu post o treści "Szukam stroju do tańca", i tak w odpowiedzi dostanę WSZYSTKO, co akurat ludzie maja na sprzedaż.

A termin występu coraz bliżej...

fb_grupy_sprzedażowe

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (133)