Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#76243

(PW) ·
| Do ulubionych
Wojna międzypokoleniowa :)

Mój serdeczny kolega się ożenił nieco później niż średnia krajowa. Wraz z ożenkiem zdecydował, że życie pod skrzydłami mamusi należy zakończyć i należy utworzyć samodzielną komórkę społeczną zwaną rodziną. Niestety jego szanowna mamusia nie mogła zrozumieć, że jej ukochany synek, zaledwie trzydziestolatek, chce i może stać się od niej niezależny.

Pomimo znaczącej odległości, nawiedzała go z wizytacją dość często. Zbyt często. Zapewne miłość synowska i przyzwyczajenie powodowały, że niespecjalnie przeciwstawiał się swojej matce. A mamusia powodowała z każdym przyjazdem małe tsunami w jego rodzinie. Z pozoru wszystko wyglądało na pełną zrozumienia troskliwość i chęć niesienia pomocy. Tyle że niesienie tej pomocy objawiało się chęcią dalszego sterowania synkiem i podporządkowania sobie synowej.
Znacie to?

A to okazywało się, że synowa nie potrafi gotować, nie wie jak należy sprzątać, a jak pojawił się wnuk, to i nie potrafi o niego zadbać. Wszystko oczywiście w rękawiczkach, małe złośliwości pod płaszczykiem dobrych rad, prezenty w formie proszku do prania czy nawet papieru toaletowego (bo synowa źle kupuje). Wszystko na tyle umiejętnie, że synowa nie mogła wskazać nic złego, ale czuła się mało komfortowo w tej sytuacji.

Nadszedł czas świąt i synowa przeszła do kontrofensywy.
Zostali zaproszeni do domu szanownej mamusi kilka dni przed świętami.
Wojna została wypowiedziana następnego dnia rano. Babcia, z wielką troską w głosie, stwierdziła, że wnuczek jakiś taki słabowity, pewnie mało spacerów ma, bo matka cały czas poświęca na pracę i przez to zaniedbuje jej i swojego synka.

Po powrocie ze spaceru zastała synową rozwieszającą świeżo uprane firany!
- ja wiem, że przed świętami mamusia była zajęta, ale one były tak zakurzone i szare...
- mamusia pójdzie do okulisty, wiadomo, że na starość (cios bezpośredni) wzrok się psuje, a widziałam, że w cieście skorupki się zaplątały...
- niech mamusia poda przyprawy na stół, bo wczoraj obiad był zbyt mdły...
- to ja odkurzę mieszkanie, bo widzę, że mamie trudno już sięgnąć wszędzie, a wnuczek wrażliwy na kurz, więc trzeba choć raz na tydzień sprzątnąć...

Tego typu pomoc i odzywki trwały dwa dni. Panowie wycofali się na bezpieczne pozycje, a atmosfera w domu gęstniała tak, że smog krakowski się chowa.
Ciosem kończącym (według kolegi) była uwaga synowej:
- mamusia pozwoli, znam się trochę na przeróbkach krawieckich, to trochę poluźnię tę sukienkę, bo widać, że nieco przyciasna się zrobiła...

Od roku wizytacje zmieniły się w wizyty, choć panowie twierdzą, że spotkanie ich pań bardziej przypomina spotkanie dwóch tygrysów przyglądających się który pierwszy okaże słabość.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 517 (531)
21 grudnia zdałam gzamin na prawo jazdy. Zależało mi na szybkim odebraniu plastiku i tego samego dnia pobiegłam do wydziału komunikacji żeby uiścić opłatę za wyrobienie dokumentu. Niby żadna filozofia, prawda? No ale Panie w okienkach to czysta piekielność :)

Podeszłam do informacji, powiedziałam w czym rzecz, dostałam numerek i rozkaz "iść do stanowiska 12 albo 13". Iść to iść, idę.

O dziwo kolejka niewielka, bardzo szybko na kolorowym ekraniku pojawiły się cyferki identyczne jak te, które miętoliłam w ręce. W momencie gdy zrywałam się z krzesła, podbiegł Pan krzycząc "Cześć Zosia!". Zagryzłam zęby i stwierdziłam, że poczekam, nie będę robiła afery, poczekam. Po 20 min straciłam cierpliwość, podeszłam i ze słodkim uśmiechem zapytałam czy jeśli nad pana głową jest numer identyczny jak mój, to mogę załatwić sprawę z którą przyszłam? Pan zgłupiał, pani Zosia również. Wygrałam? Tak tylko myślałam :)

Powiedziałam, że chciałabym zapłacić za dokument prawa jazdy, pani rzuciła mi pusty blankiet do przelewu i usłyszałam "iść do kasy i zapłacić". Pytam czy mam wrócić z potwierdzeniem, kiedy spodziewać się odbioru... nie dokończyłam, bo krzyknęła "iść i zapłacić, nie wracać! Kolejkę blokuje!". Zaraz za mną do okienka doskoczył ten, który był przede mną...

Zapłaciłam. Wróciłam do domu. Od znajomej dowiedziałam się, że jest strona internetowa, na której można sprawdzić czy dokument jest już wyrobiony. Zalogowałam się, a tam informacja o obowiązkowej zapłacie i wymienione sposoby jak w szybki sposób można, to zrobić. Zdziwiłam się, ale stwierdziłam, że skoro już to zrobiłam, to mnie to nie dotyczy. Do samej Wigilii sprawdzałam czy to już, nic się nie zmieniło.

31 grudnia dostałam pismo, że jestem wzywana do zapłaty, a potwierdzenie muszę odnieść z powrotem do okienka 12 lub 13! Na dole numer telefonu do Pani prowadzącej postępowanie. Zadzwoniłam, po drugiej stronie słuchawki bardzo miła kobieta powiedziała mi, że oni nie mają wglądu w księgowość i jedynym potwierdzeniem jest kopia, którą dostałam w kasie. Koniecznością jest wrócenie z tym papierkiem do okienka. Jeśli już zapłaciłam, to bardzo dobrze ale niestety muszę przyjechać jeszcze raz.

Pojechałam... 4 stycznia weszłam wściekła, po numerek... do kolejki... w okienku Pani Zosia. Zapytałam dlaczego poprzednim razem nie powiedziała mi o tej konieczności, z którą musiałam się pofatygować jeszcze raz? Co usłyszałam ? "Mówiłam! Ja na pewno mówiłam, bo ja wszystkim mówię! Nie słucha, to nie wie, a ja mówiłam! Za 7 dni roboczych przyjdzie i odbierze, po co te nerwy?".
Po powrocie do domu zalogowałam się na PKK, status zmienił się na oczekiwanie na dokument.

Złożyłam skargę, a jak :)

Okienka wydział komunikacji Pani w okienku urząd uslugi

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 268 (318)

#76190

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.
Podczas kontroli w autobusie trafiłem na pasażerkę, która bardzo długo grzebała w torebce szukając biletu. Gdy autobus zatrzymywał się na przystanku, zapytała czy mógłbym z nią wysiąść, bo to był akurat jej przystanek.
Wysiedliśmy razem. Kobieta postawiła torbę na ławce i dalej szukała biletu.

Po chwili odezwał się stojący na przystanku ok. 50-letni, podchmielony wąsaty jegomość:
- Za uczciwą robotę byście się wzięli! - krzyknął w moim kierunku.
Lecz kompletnie gościa zignorowałem.
- Zostaw kobietę! Co na święta chcesz zarobić? -kontynuował.
Mimo to nadal go ignorowałem.
Po chwili podszedł do kobiety i powiedział:
- Pani sobie idzie, na przystanku nic nie mogą zrobić.
Kobieta spojrzała na niego krzywo. Po chwili z bocznej kieszonki w torebce wyciągnęła zagubiony bilet, wręczyła mi go, przepraszając jednocześnie za kłopot.

Tak się złożyło, że do następnego autobusu, który zatrzymał się na przystanku, razem ze mną wsiadł wspomniany wcześniej jegomość.
Gdy podczas kontroli podszedłem do niego i poprosiłem o bilet, zaczął krzyczeć:
- Co myślisz, że nie mam? Ch*ja na mnie zarobicie!
Po czym wyciągnął bilet miesięczny.
Przeterminowany o 3 dni.

Zapłacił od razu.

komunikacja_miejska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 286 (312)

#73535

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponieważ sporo na Piekielnych historii o dzieciach, ich rodzicach i otoczeniu - poniżej krótki poradnik "Jak postępować z cudzym dzieckiem".

Wszystkie opisywane sytuacje mają naprawdę miały miejsce, pisane z życia mojego 2-letniego syna:

1. Nie całuj cudzych dzieci (sic!). Nigdy.

2. To, że dziecko jest na spacerze z ojcem, nie oznacza, że jego matka je porzuciła, nie leży pijana w domu, ani go nie kocha (a z takimi komentarzami się spotkałem).

3. To, że dziecko jest na spacerze z ojcem, nie oznacza też, że rodzice są rozwiedzeni, a ojciec dostał dziecko na "widzenie".

4. To, że dziecko jest na spacerze z ojcem, nie oznacza, że nie ma właściwej opieki.

5. To, że dziecko ma odrapane kolana i guza na głowie, nie oznacza, że jest bite i zaniedbane. Przypomnij sobie własne dzieciństwo.

6. Zanim dasz coś cudzemu dziecku, zapytaj rodzica, czy możesz. Co prawda wiele dzieci pije słodkie "soczki", i żyje, ale zdarzają się dziwacy, którzy sobie tego nie życzą.

7. Zanim zapytasz rodzica, czy możesz coś dać dziecku, pomyśl. Landrynka dla rocznego dziecka to na pewno jest zły pomysł.

8. Dziecko, w sklepie samoobsługowym. Siedzi w wózku i pożera bułkę, jakby od roku nic w gębie nie miał. Nie oznacza to, że nie stać mnie na inne jedzenie. On naprawdę lubi jeść suche bułki! Nie musisz się nad nim litować i kupować mu czekoladki! Tym bardziej, że punkt 6.

9. Dziecko, w sklepie samoobsługowym. Siedzi w wózku i zagryza bułkę. Nie, nie oznacza to, że zamierzam tę bułkę ukraść. Naprawdę, zawsze mówię przy kasie "i jeszcze bułka". Czasami jesteśmy w tym sklepie 2-3 razy dziennie, obsługa doskonale zna nas i nasze "obyczaje", i nigdy nie miała nic przeciwko.

10. Dziecko w sklepie. Wyje, płacze i krzyczy. Ja naprawdę mógłbym mu kupić tę czekoladkę, jajo-niespodziankę (dwulatek!), soczek, czy co tam sobie ubzdurał - od razu miałbym spokój. Nie robię tego, nie dlatego, że mnie nie stać, ani nie dlatego, że jestem złym rodzicem. Złym rodzicem byłbym właśnie wtedy, gdybym kupował każdą duperelę.

11. Dziecko, na rękach u rodzica. Wbrew pozorom, dizecko jest żywe i ruchliwe, a taka pozycja nie jest najstabilniejsza na świecie. Nie zygaj do niego, nie rób min, nie głaszcz, nie dawaj mu nic (punkt 6), nie potrząsaj za rączkę, nie zagaduj, a już na pewno nie punkt 1. Bo jak się gwałtownie obróci, to może się po prostu wyśliznąć z rąk i upaść.

dziecko plac_zabaw sklep rodzice

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 350 (390)

#71975

(PW) ·
| Do ulubionych
Biedronka. Ruch umiarkowany. Po szybkim uzupełnieniu zapasów spożywczych udałam się do kasy. Za mną stanęła w kolejce kobieta z nastoletnią córką. Za chwilę usłyszałam ich dialog:

- Ty, zobacz co ta baba robi - mówi matka wskazując głową stoisko z cukierkami.

Z ciekawości sama zerknęłam w tamtym kierunku.
I co ujrzałam?
Stoi osobnik płci żeńskiej, przebiera w cukierkach na wagę, po czym rozpakowuje jeden, nadgryza, zawija papierek i wrzuca z powrotem do kartonu.
Zagotowało się we mnie. Odwracam się i mówię do kobiet stojących za mną:

- Obrzydliwość....
- Wie pani co.... trzeba chyba kupować tylko cukierki zapakowane. Ona tak już kilka sztuk przetestowała - rzekła starsza.
- O nie... trzeba takim osobnikom zwracać dosadnie uwagę - odparłam i tylko czekałam na odpowiednią okazję, wbijając wzrokiem w ziemię tę chodzącą obrzydliwość.
Ku mojej uciesze babsztyl ustawił się w kolejce za nami. Towarzyszyła jej inna kobieta.
Nie czekałam zbyt długo, odchyliłam się i zwróciłam do piekielnej:

- Teraz powinna pani kupić wszystkie te cukierki.

Kobieta nieznacznie się zmieszała, ale po chwili odzyskała rezon i mówi:

- Przecież nic takiego nie zrobiłam, ułamałam tylko i odłożyłam....
- Nie ułamała pani "tylko", a nadgryzła - wtrąciła się moja sojuszniczka z kolejki. - Tak się nie robi!
- O rany! Mogę zaraz iść po tego cukierka (ciekawe jak go zamierzała znaleźć w tej stercie), jeden cukierek i wielkie halo!

W tym momencie znowu pobiegła do tego stoiska, coś pogrzebała i wróciła, ja natomiast wymieniałam uwagi z panią stojącą za mną.
Niestety nie spodobało się to babsztylowi oraz towarzyszce, bo przechodząc w tryb ataku zwróciły się do mnie:

- A czego się wtrąca? Nie jej sprawa...

Ha! Dla mnie to była woda na młyn! :-)

- Jestem takim samym konsumentem jak pani i nie zamierzam jeść obślinionych, napoczętych przez innych ludzi cukierków. I mnie gdyby ktoś przyłapał w takiej sytuacji i zwrócił uwagę, byłoby wstyd. A pani jeszcze dyskutuje. Nie jestem jedyną osobą, która widziała całe zdarzenie. Gdyby tu była ochrona, wyrzucono by panią na zbity pysk!

Cały czas potakiwała mi moja sojuszniczka dorzucając swoje uwagi.
Kasjerka natomiast zapytała, która kobieta robi takie numery z cukierkami i tylko skinęła głową, gdy wskazałam.
Babsztyl uspokoił się trochę, ale coś mruczał pod nosem.
Niestety nie wiem jak się incydent zakończył, gdyż już zapłaciłam, zapakowałam swoje produkty, pożegnałam uprzejmie z sąsiadkami z kolejki i wyszłam ze sklepu.
Trzęsie mnie do teraz!
Proszę Was, czytelnicy/konsumenci... zwracajcie uwagę w takich sytuacjach, nie siedźcie cicho! Bo tylko tak można niektórych ludzi wychować.

sklepy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (311)

#68256

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z wczoraj z placu zabaw.
Siedzi Małżonek na ławce, córka radośnie ryje piaskownicę. Obok Małżonka przysiadł się Pan w średnim wieku z pieskiem, małym kundelkiem. Przechodzi chłopczyk ok 5 lat i w psa kamieniami.

Pan: - DZIECKO, NIE BIJ TEGO PSA, BO BĘDĘ MUSIAŁ JA UDERZYĆ CIEBIE.
Dzieciak odszedł i za chwilę znowu w psa kamieniami, pan się zamachnął i dzieciaka smyczą w d.... Nagle armagedon! Dopada mamuśka i z mordą:
- NIE MIAŁ PAN PRAWA! TO MOJE DZIECKO, JA JE WYCHOWUJĘ! PAN NIE MA PRAWA BIĆ!!!!!
Małżonek się odzywa: PANI CHOWA, A NIE WYCHOWUJE, DLACZEGO PANI NIE ZWRÓCIŁA UWAGI, GDY RZUCAŁ SYN KAMIENIAMI?
Kobieta niezrażona dalej się drze, a facet spokojnie:
- KSZTAŁT PANI TWARZOCZASZKI WSKAZUJE NA TĘPOTĘ UMYSŁOWĄ, PODEJRZEWAM ZATEM, ŻE DZIECKO JEST GENETYCZNIE OBCIĄŻONE, ODEJDŹ ZATEM KOBIETO.

Małżonek mówi, że się popłakał ze śmiechu jak zobaczył jej minę.

Skomentuj (74) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 712 (800)

#73718

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze.

Mam córkę, końcówka podstawówki, formalnie mieszka ze swoją matką, z którą jesteśmy rozwiedzeni bez orzekania o winie od pięciu lat. Młoda nocuje dwie - trzy noce w tygodniu u mnie, pozostałe u ex, weekendy różnie - fifty fifty. Płacę alimenty dosyć solidne, bo w kwocie 1,6 tys/mc.

Nie staram się Córce gadżetami, nagrodami, pieniędzmi wynagradzać rozwalonej rodziny w stylu "Mama, Tata, Dzieci pod jednym dachem", oczywiście mając Ją jedną, staram się jak mogę, by wspólny czas był atrakcyjny do bólu, choć oczywiście wychowanie najważniejsze. Słowem - lekcje zrobione, obowiązki domowe wspólnie machnięte, free time, buszujemy w zbożu.

Z ex mamy kontakty dość sztywne, bo sporo żalu, że się zaprzepaściło, takich owakich, jak to pomiędzy byłymi małżonkami. Jednak żadnych kłód pod nogi jedno drugiemu itp.

Jakoś rok temu, była poprosiła o pożyczkę, ponieważ skradziono jej auto. Odmówiłem, ponieważ po pierwsze z luźnymi środkami było kiepsko, a oczczędności nie naruszę , po drugie, kwota o jaką prosiła to mniej więcej równowartość jej półrocznych zarobków, po trzecie zaś, cóż - podzieliliśmy majątek w proporcji 6 Dla niej, 4 dla mnie, a w jego skład wchodził prawie nowy, projektowany indywidualnie dom, jakieś tam oczczędności itp, niezależnie zaś mieszkanie dla Młodej i jej matki. Słowem - naprawdę przyzwoite "zaopatrzenie" na dalsze życie.

Koniec części opisowej. Akcja.

Odebrałem na poczcie polecony. Komornik. Ale żeeeeeee? Mandat zawsze płacę uczciwie, o innych grzechach nie ma mowy, więc co jest grane???

No właśnie, nie dodałem.Od 10 mcy, daję ex alimenty w gotówce w dłoń. Poprosiła, dla mnie luz, toteż proszę bardzo, w powody nie wnikam.

Wpadłem do komornika i Tak, tak, ależ oczywiście - wniosek ex za niezapłacone alimenty!!!

"No właśnie" po raz drugi - w końcu to człowiek, którego onegdaj kochałem, z którym dobrze było na świecie, toteż brać pokwitowanie za zapłacone alimenty, byłoby obelgą dla tego, co onegdaj nas łączyło.

Telefon. I w słuchawce: "I co, było dać kasę wtedy..."

Pieniądz rzecz nabyta, mam to w zadzie, zapłaciłem komornikowi, wziął niewielką górkę, ponieważ zrozumiał sytuację i zadowolony, że ma sprawę z głowy. Sześć noży w serducho jednak przyjęte.

Ku przestrodze.


PS. W odpowiedzi na niektóre komentarze:

- fakt, zbiegły się dwie podobne historie. Moja opowieść nie przypomniała się pod wpływem wcześniej zamieszczonej, od dawna zastanawiałem, czy pisać o sprawach osobistych i w końcu się zebrało,

- naiwność - tak, jednak nie umiałbym walczyć o pieniądze z kobietą, którą kiedyś kochałem, wolałem machnąć ręką i na rzecz spojrzeć z moralną wyższością. Bezpowrotnie straconego zaufania, które ocierało się o naiwność, nic już jedna nie zwróci...

byłe / byli

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 404 (420)

#69461

(PW) ·
| Do ulubionych
Na pustym biurku, które stoi obok mojego, często leżą słodycze różne i różniste. Przywozimy je, mój zespół i ja, z wypadów za granicę - czy to osobistych, czy służbowych. Po kilka sztuk, tak do kawy, nie żeby jakieś góry cukru i kalorii się przewalały, ale zawsze jest coś aby poprawić humor w zły dzień.

Ten nasz skarbiec upodobał sobie jakiś czas temu kolega z biura - facet bezczelny, obleśny, nieprzyjemny w obyciu i traktujący wszystkich jak śmieci. Nie pracujemy z nim bezpośrednio, ba, jego biurko jest po drugiej stronie piętra, ale pasożyt jeden potrafi przeleźć kilometry żeby się tylko napchać za darmo, czyimś kosztem. Potrafił wyżreć nam do cna wszystkie łakocie i jeszcze z pełnymi ustami nawrzucać nam co to za chłam przywozimy, my wsiury takie i owakie, i następnym razem to on chce widzieć jakieś markowe czekoladki i specjały z najwyższej półki.

Pewnego dnia pasożyt pojawił się przy naszych biurkach i wyczaił całkiem sporą, papierową torbę z bardzo popularnej cukierni. Torba stała na pustym biurku, w torbie ewidentnie coś było i pasożyt już się oblizywał na myśl o wyżerce. Ale torba jak stała, tak stoi, a żadne z nas się nie śpieszy to rozpakowania. Pasożyt posapał, połypał oczami i w miarę szybko skończyła mu się cierpliwość. Z wysyczanym "sharing is caring!" (kulawo przetłumaczone "dzielenie się z innymi jest wyrazem troski"), wpakował łapę do torby.

Sekundę później rozległo się wycie godne syreny przeciwmgielnej. Koledzy i koleżanki z zespołu rzucili się ratować pasożyta, ja rzuciłam się ratować torbę. Bo oczywiście nie było tam żadnych słodyczy - w torbie podróżowali Kevin, Bob i Stuart - moje kaktusy, które po pracy chciałam zabrać do koleżanki mieszkającej w domku z ogrodem, aby przesadzić ich do większych doniczek.

Pasożyta jak na razie od kilku dni nie widać, może się obraził.
Kevin, Bob i Stuart mają się dobrze, nie odnieśli większych obrażeń.

biuro

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 637 (677)

#27710

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem didżejem (nie mylić z wodzirejem).
Tak, gram w klubach już prawie dekadę i ciągle mi tego mało. To jest to co kocham i co sprawia wewnętrzną satysfakcję. I tak sobie już plumkam, głównie co weekend, w paru stolicznych miejscach. Stereotyp jaki jest, wszyscy wiemy - didżej to k*rwiarz i r*chacz, nieważne czy za "dekami" stoi przystojny facet z obrączką na palcu czy nastoletni gówniarz, który nie potrafiłby wyrwać najgorszego kaszalota na parkiecie. Didżej po prostu wyrywa lachony w liczbie większej od liczby zer po przecinku naszego długu publicznego. Nieważne, że jego największą miłością jest muzyka i doprowadzenie do zadowolenia nią wszystkich się bawiących, nie każdego indywidualnie w jakiś inny sposób. To teraz sytuacja, która jeszcze bardziej utwierdza mnie w owym przekonaniu ogółu ludzkości;)

Sobota, ok. północy. Klub.

Lightmanek sobie pogrywa w najlepsze (w końcu czas, gdy ludzie już porządnie się rozgrzewają), pali jak to zwykle papieroska i raczy się napojem o złocistym kolorze. Wtedy podbija [O]na. Lat maksymalnie dziewiętnaście i pół, chyba świeżo odebrany dowód, coby swój wiek chłopakom na bramce udokumentować. Włosy rozwiane niczym Mandaryna na koncercie w Pcimiu Górnym, w pasie - ni to pasek, ni to spódniczka, w każdym bądź razie rzecz nie wiele zakrywająca miejsce, które publicznie zakryte być powinno. But oczywiście wysoki, z serii "Takie co ledwo na nich stoję, nie mówiąc o chodzeniu", zapewne pożyczony od mamy po niedawnym Sylwestrze. Bluzeczka adekwatna do pory roku (luty, średnio -20), czyli zapięta na jeden guziczek, przewiewna, ot coby (w tańcu) zbytnio nie przeszkadzała i śliczności pod nią skryte sowicie eksponowała. Myślę sobie: "Chłopcy pewnie na bramce popili, że larwę wpuścili.". Ale to już nie moja sprawa, [J]a jedynie stoję i obserwuję, nie mogąc się doczekać gorącej dyskusji z nowoodkrytym podgatunkiem płci pięknej.
[O]: Cześć, jesteś tu didżejem?

Nie, k*rwa, stoję i trzymam kredens, tudzież walizki z płytami, coby od nadmiaru głośności mi z konsolety nie pospadały. I tak stoję tu sobie jakieś 3 lata - mniemam oczywiście w myślach, nie chcąc urazić eksponatu. Oczywiście rozumiem pytanie. Dziecko pewnie pierwszy raz w klubie, ludzi nie zna (choć mogło się skapnąć widząc mnie ze słuchawkami na uszach, akurat miksującego 2 kawałki).

[J]: Owszem, to ja. W czym mogę pomóc?
[O]: Zagrałbyś Lejdi Gagę albo Ryjanę? Weź zagraj coś fajnego!

Nie będąc na moim miejscu, zapewne nie zrozumiecie mojego burakowatego wyrazu twarzy, idącej pary z uszu, potowego tsunami płynącego z mego czoła i ogólnym MEGAwk*rwie. My didżeje, po prostu uwielbiamy jak ktoś nam mówi, żeby zagrać coś fajnego (czyli to, co do tej pory było ch*jowe tak? jakoś nie zauważyłem po pękającym w szwach klubie od kilku dobrych lat). Kochamy także, gdy proszą nas o współczesne gwiazdy popu, typu Pitból, Ryjana czy Lejdi Dżaga. Otóż jest jedna zasada. Co do stylu i sposobu grania może mieć zastrzeżenia tylko jedna osoba - właściciel lokalu. Didżej nie będzie się kierował zachcianką jednej osoby, gdy widzi, że parę setek świetnie bawi się na parkiecie przy dotychczasowej muzyce. Tym bardziej nie będzie zamieniał ambitniejszego house′owego pierd*lnięcia na komercyjne badziewie, grane nawet na Tv Trwam i w Radiu Maryja. Lecz, ze względu na kilkuletnie doświadczenie i masę takich sytuacji, zawsze staram się być spokojny i ładnie wytłumaczyć, ażeby osoba nie poczuła się urażona. To, co w duchu sobie pomyślę, niech zostanie dla mnie. ;)

[J]: Przykro mi, nie gramy dziś komercji.
[O]: Ale ja bardzo proszę...

I tutaj jej słodka minka niczym kot ze Shreka. A więc - myślę sobie - zwierzyna złapana, czas się zabawić. Zalotnym spojrzeniem i jednoznacznie wrednym uśmieszkiem kieruję do niej moje ulubione słowa, podczas konwersacji z takimi "kobietkami".

[J]: A co jesteś w stanie za to zrobić?

Z reguły po tym pytaniu dziewczyny odpuszczają albo jeszcze chwilkę pożartują i "rozstajemy się" w zgodzie i miłym wspomnieniu. Tym razem odpowiedź zbiła mnie kompletnie, tak jakby larweczka specjalnie na to czekała.

[O]: Loda ci zrobię! Zobaczysz, jeszcze takiego w życiu nie miałeś!

I śmieje się dziewczę, na dodatek bezceremonialnie jej ręka wędruje ku mojemu rozporkowi. Tylko dzięki refleksowi nabytemu podczas codziennej, kilkugodzinnej grze w szachy, zdołałem w porę złapać jej kończynę zdecydowanym ruchem, przy okazji szczerząc zębiska, a spojrzenie zmienić w spojrzenie kota, któremu inny kot narobi do kuwety.

[J]: Pohamuj się trochę dziewczynko, ciut za krótko się znamy!

Wtem zmieszana, z opuszczoną głową, nie wie bidulka co czynić, ale brnie dalej w sytuację.

[O]: Bo ja tak naprawdę nie przyszłam po kawałek. Mam dziś wieczór panieński (!!!) i to jest moje zadanie od przyjaciółek. Muszę zrobić loda didżejowi w klubie X. No i akurat Ty dziś tu grasz. Najlepiej tutaj, w czasie gdy miksujesz.

Chyba nie muszę mówić dokąd sięgała moja szczena, po wypowiedzeniu tych paru słów. Rozumiem, gdyby jeszcze tak bardzo by jej się didżej spodobał, czy naszłaby ją nieodparta ochota i ja akurat byłem w pobliżu. Ale żeby zakład?! I żeby w jakiś tydzień przed ślubem?! Swoim?! Skinąłem jedynie na koleżankę barmankę (zawsze mi pomaga, gdy jest "u mnie" ktoś upierdliwy), po czym ona wpada i szybkim "Jak tam, Kochanie?" próbuje spłoszyć insekta. Po części jej się to udało, bo dziewczę już kieruje się do zejścia, mówiąc na odchodne:

[O]: Zastanów się jeszcze, ja ci zapłacę, bo mam pieniądze!

Do końca imprezy czułem na sobie jedynie spojrzenia jej i przyjaciółek. Przed finiszem uraczyła mnie jeszcze na chwilę swą obecnością, wręczając zalotnie kartkę papieru z adresem.

Po imprezie, jak to zwykle cała obsługa zebrała się na zapleczu i popija piwko. Ja oczywiście dzielę się wrażeniami - chłopaki z baru mówią, że głupi jestem, bo nie dość, że i bym "pociupciał", to i jeszcze bym im flaszkę postawił. Na to jeden z kumpli mówi, że skoro mam adres, to on sobie z chęcią użyje. Po prostu poda się za mnie (że niby ciemno w lokalu, na pewno nie zapamiętała wyglądu), żebym mu dał jedynie jedną walizkę z płytami na dowód. A proszę cię bardzo, myślę sobie. Niech tylko jakaś płytka zginie, to płacisz podwójną wartość. Poszedł. I wrócił. Po jakiejś godzinie, z obitą mordą. Dziewczę, podając mi ową kartkę, chyba zapomniało, że mieszka z narzeczonym. ;)

To tyle, jeśli chodzi o pierwszą klubową historyjkę z mojej strony. Kto był piekielny? Dziewczę, bo gotowa dla przyjaciółek na taką rzecz przed ślubem? Czy też przyjaciółki, bo wysłały przyszłą Pannę Młodą do takiego zadania? Może ja, bo złamałem stereotyp i nie wziąłem podanego na tacy? A może narzeczony, bo pobił nam kolegę? :) Oceńcie sami.

PS. Walizki i płytek narzeczony nie uszkodził, ufff...

klubik w stolicy

Skomentuj (88) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 918 (1132)

#73466

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Leżę z dziewczyną w ogrodowym basenie na materacu, upał. Sąsiad rozpala grilla, wystawia krzesła i stoły. Podchodzi [s]ąsiad do płotu i wywiązuje się dialog.

[s]:Grilla będę palił.
[ja]:To pal.
[s]:Ale dym będzie.
[ja]:Nie przeszkadza mi.
[s]:W domu lepiej by wam było.
[ja]:Wątpię.
[s]:NO IDŹŻE KU*WA STĄD!
[ja z nieco rozdziawioną mordą]: A w czym Ci przeszkadzam?!
[s]:Ty w niczym. ONA!
[ja]:A w czym ONA Ci przeszkadza?!
[s]: Adaś(syn) za godzinę przyjeżdża, nie będzie mu ta ku*wa gołą dupą świecić i na złą drogę sprowadzać!

Z mocnymi argumentami nie wygrasz, kazałem mu wypierd*lać.

Syn sąsiada uczy się na księdza, fucha dobra, tylko ten celibat.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 426 (448)